"...Flota hiszpańska wraz z eskadrami z Genui, Neapolu, Sycylii i Malty składała się łącznie z 90 lub 91 galer, 24 galeonów i wielkich statków transportowych, 50 małych fregat i brygantyn; wenecka – ze 106 galer, 6 galeasów, 2 galeonów i 20 fregat; papieska – z 12 galer i 6 fregat. Łącznie było więc 316 jednostek pływających, w tym 208 lub 209 galer, 6 galeasów, 26 galeonów, 76 brygantyn, małych fregat i statków transportowych. [...]
Mimo złej pogody flota Ligi popłynęła dalej, chcąc zablokować okręty przeciwnika w Zatoce Korynckiej. Wczesnym rankiem, 7 października, znalazła się w pobliżu wyspy Kurtsolari przy wejściu do zatoki Patras. Po godz. 7.00 admiralski „Real di Spagna” spotkał się z flagowym okrętem Andrea Dorii „Capitania”, płynącym wraz z eskadrą genueńską od strony wyspy Oksja. Pół godziny później chrześcijanie zauważyli na wschodzie dwa żagle, następnie osiem, wreszcie całą flotę nieprzyjaciela.
Spotkanie było dla obu stron niespodzianką: Turcy sądzili, że chrześcijanie kotwiczą koło wyspy Kefalonia, natomiast ci ostatni nie mieli informacji o wyjściu floty osmańskiej z portu Lepanto. Chrześcijanie pierwsi ujrzeli Turków, płynęli bowiem za pomocą wioseł, ci zaś wykorzystując lekki wiatr podnieśli żagle, przez co stali się z dala widoczni. [...]
Siły obu flot były olbrzymie, nie spotykane dotąd w dziejach wojen morskich. Dokładne ich określenie jest trudne, bowiem różne źródła i opracowania podają rozmaite dane. John F. Fuller określa flotę Ligi Świętej skupioną w Mesynie na 316 okrętów. Najbardziej wiarygodny Giuseppe Fioravanzo ocenia ją na 209 galer, 6 galeasów, 30 galeonów i statków transportowych. Badacz ten nie wspomina o małych jednostkach (brygantynach i fregatach) wzmiankowanych przez Fullera. Who’s who in military history pod redakcją Johna Keegana ocenia siły floty Ligi na 300 okrętów, a włoska Enciclopedia militare na 207 galer i 30 małych okrętów bojowych. W dalszych rozważaniach będziemy opierać się na danych Fioravanzy. [..]
Również dane o liczebności załóg okrętów są rozbieżne. Fuller podaje, że w bitwie uczestniczyło 30 tysięcy żołnierzy oraz 50 tysięcy marynarzy i wioślarzy, a Fioravanzo – 28 tysięcy żołnierzy, 12 920 marynarzy i 43 500 wioślarzy. Antony E. Sokol ocenia siły Ligi na 20 tysięcy żołnierzy, 12 tysięcy marynarzy i 43 tysiące wioślarzy, a Who’s who in military history na 20 tysięcy żołnierzy. Jak widać, dane o liczbie wioślarzy są dość zgodne, natomiast marynarzy i żołnierzy – nieco rozbieżne 2. Po analizie wywodów tych autorów możemy przyjąć, że pod Lepanto walczyło od 20 do 25 tysięcy żołnierzy chrześcijańskich i ponad 12 tysięcy marynarzy. [...]
Uzbrojenie floty Ligi Świętej było bardzo dobre. Na pokładach znajdowało się łącznie 1805 lub 1815 dział różnych kalibrów, strzelających podwójnymi pociskami żeliwnymi, kulami łańcuchowymi, połączonymi łańcuchem, pociskami zapalającymi, granatami. Głównym zadaniem artylerii było zniszczenie takielunku (ożaglowania) jednostki przeciwnika, uszkodzenie burt i wioseł, zadanie strat w sile żywej i w konsekwencji zapalenie lub unieruchomienie okrętu. Skuteczny zasięg ognia dział wynosił 350 metrów, jedynie pociski artylerii ciężkiej sięgały dalej. Szybkostrzelność dział wynosiła średnio dwa pociski na godzinę, w kulminacyjnym momencie bitwy dochodziła do trzech. Żołnierze byli dobrze wyposażeni w ręczną broń palną: arkebuzy, pistolety kołowe, a nade wszystko w nowoczesne muszkiety mające znacznie większy zasięg ognia. Nowoczesną broń sieczną stanowiły rapiery. W powszechnym użytku były też łuki, kusze, miecze i noże. Tak więc uzbrojenie załóg stało na pograniczu dwóch epok – średniowiecznej i nowożytnej.
Galernikami na okrętach byli głównie więźniowie, jeńcy wojenni i niewolnicy. Jedną trzecią wszystkich stanowili skazańcy chrześcijanie. Tym Don Juan obiecał wolność za dzielną postawę. Drugie tyle było jeńców i niewolników muzułmańskich. Pozostała część rekrutowała się z najuboższych warstw społecznych. Ochotnicy ci mieli nadzieję zostania w przyszłości marynarzami lub żołnierzami. Jako ludzie wolni nie byli przykuci do ławek łańcuchami.
Największymi okrętami Ligi Świętej były galeasy spełniające funkcję późniejszych pancerników. Pojawiły się w basenie Morza Śródziemnego stosunkowo późno, dopiero w drugiej połowie XVI w. Pod Lepanto stoczyły pierwszą wielką bitwę morską. Były okrętami wiosłowo-żaglowymi o konstrukcji podobnej do galery. Miały od 600 do 1000 ton wyporności (a więc tyle co późniejsze wielkie żaglowe oceaniczne), 60 do 80 metrów długości, 10 do 16 metrów szerokości, wysokie burty, dodatkowy pokład znajdujący się nad pokładem wiosłowym, trzy maszty z ożaglowaniem trójkątnym. Napęd stanowiło do 25 par wioseł umieszczonych w jednym rzędzie, obsługiwanych przez pięciu – dziesięciu ludzi każde. Okręt był uzbrojony w 40 do 60 dział. Główna artyleria mieściła się w nadbudówkach na dziobie i na rufie. Na pokładzie na śródokręciu były ustawione lekkie działka. Na przykład galeasa uczestnicząca w bitwie pod Lepanto, „San Lorenzo”, miała 4 działka sześćdziesięciofuntowe (a więc największego wówczas kalibru na świecie), 8 – trzydziestofuntowych, 6 – dziewięciofuntowych i 16 lekkich falkonetów. Mniejszymi od galeasów były galery. W zależności od rozmiarów dzieliły się na kilka rodzajów. Miały ostrodenny kadłub pokryty od dziobu do rufy pokładem. W bitwie pod Lepanto galery hiszpańskie były większe, mocniej zbudowane, weneckie – z reguły lżejsze i słabsze. Wszystkie były okrętami wiosłowo-żaglowymi. Przeciętna galera miała do 200 ton wyporności, 40–50 metrów długości i około 6 metrów szerokości. Napęd stanowiło od 16 do 26 par wioseł umieszczonych w jednym rzędzie, każde wiosło obsługiwane przez trzech – pięciu ludzi. Łącznie na galerze znajdowało się od 140 do 170 wioślarzy.
Galery chrześcijan były uzbrojone zwykle w pięć dział ustawionych na pomoście dziobowym. [...]
Załogę galery tworzyło od 60 do 140 marynarzy i żołnierzy. Zajmowali oni miejsce na pokładzie wzdłuż ścieżki prowadzącej między ławkami galerników. Zadaniem pierwszych było kierowanie okrętem, drugich – prowadzenie walki.
Większość załogi galery stanowili żołnierze: artylerzyści, strzelcy pokładowi, strzelcy wyborowi, grupa abordażowa. Przeciętna galera mieściła w sumie około 300 osób: wioślarzy, marynarzy i żołnierzy.
Pomocniczą funkcję pełniły we flocie chrześcijańskiej galerony, brygantyny i fregaty.
Galerony były żaglowcami uzbrojonymi w dwa działka (nie mylić z galeonami oceanicznymi, mającymi około 1500 ton wyporności, wyposażonymi nawet do 100 dział). Miały charakterystyczny pękaty kadłub, wysokie burty, kunsztownie zdobiony długi dziób, dwie nadbudówki na pokładzie, na czterech masztach ożaglowanie prostokątne zapewniające okrętowi znaczną prędkość. Podczas kampanii 1571 r. pełniły funkcję statków transportowych.
Brygantyny były niewielkimi okrętami żaglowymi o wyporności od 150 do 200 ton, używanymi do prowadzenia rozpoznania, konwojowania statków handlowych i do służby łącznikowej. Miały po dwa maszty, ożaglowanie rejowe (na przednim maszcie) i gaflowe (na tylnym; nazwa pochodziła od gafla, tj. długiego, ukośnie ustawionego drzewca, opierającego się jednym końcem o maszt) i kilka dział. Niektóre były też wyposażone w 8 do 15 par wioseł, dzięki czemu mogły poruszać się także podczas bezwietrznej pogody. Załoga składała się ze 100 do 150 marynarzy, żołnierzy i wioślarzy.
Fregaty były małymi półpokładowcami służącymi jako okręty rozpoznawcze i łącznikowe. Miały napęd żaglowo-wiosłowy. Wyposażone były w kilka dział. Załoga składała się z kilkudziesięciu ludzi.
Dane o armadzie muzułmańskiej także się różnią. Według Fioravanzo flota turecka składała się z 229 galer i 60 galeot, Fuller ocenia ją na 220 galer i 63 galeoty, a hiszpańska Enciclopedia Militare – na 222 galery i 60 galeot. W naszych rozważaniach będziemy opierać się na Fioravanzie.
Również dane o liczebności załóg okrętów są różne. Fioravanzo szacuje je na 13 tysięcy marynarzy, 34 tysiące żołnierzy i 41 tysięcy wioślarzy, w ogromnej większości niewolników i więźniów, głównie chrześcijan, ale także Murzynów z Czarnej Afryki. Inne opracowania podają zbliżone wielkości, tylko Who’s who in military history ocenia Turków na 16 tysięcy żołnierzy. Ponieważ źródła i opracowania chrześcijańskie podawały zwykle zawyżone dane o siłach przeciwnika, ta ostatnia liczba wydaje się być bliższa prawdy.
Załogi osmańskie stanowiły mozaikę narodowościową, składały się bowiem z Turków, Greków, Dalmatyńczyków, islamizowanych Słowian, Albańczyków, Egipcjan, Libijczyków, Algierczyków i Tunezyjczyków. Integrował je islam i żarliwa wiara w „świętą wojnę” z „niewiernymi” (muzułmanie nazywali chrześcijan „giaurami”). Załogi okrętów tureckich były przemęczone długotrwałym przebywaniem w morzu, wygłodzone i schorowane. Pod względem kondycji fizycznej ustępowały więc załogom okrętów Ligi Świętej.
Galery tureckie były słabsze od chrześcijańskich pod względem tonażu, wielkości i wytrzymałości, przewyższały je natomiast zwrotnością i prędkością. Ponieważ miały też mniejsze zanurzenie, mogły nawet pływać po płytkich wodach. Galery osmańskie były słabiej uzbrojone – miały tylko po trzy działa o krótszym zasięgu i mniejszej szybkostrzelności niż chrześcijańskie. Turcy zgromadzili na swych okrętach łącznie 750 dział, tj. ponad 2,5 razy mniej niż chrześcijanie. Jeszcze bardziej – bo trzykrotnie – ustępowali im w ręcznej broni strzeleckiej. Tylko janczarowie (około 2500 ludzi) byli wyposażeni w rusznice, reszta załóg dysponowała łukami i kuszami. Natomiast w broni białej Turcy dorównywali chrześcijanom.
W składzie floty tureckiej uderzająco duża była liczba galeot – małych, zwinnych i szybkich galer wyposażonych w 16 do 23 par wioseł – każda obsługiwana przez dwóch, trzech ludzi, jeden lub dwa maszty z ożaglowaniem rejowym i dwa – trzy działa lekkiego kalibru. Mogły one dość skutecznie manewrować podczas walki, ale w bezpośrednim starciu z galerami weneckimi, a zwłaszcza hiszpańskimi, nie miały żadnych szans. Również w pojedynku artyleryjskim niewiele mogły wskórać.
Obie strony dysponowały wyborową kadrą dowódczą. Naczelnego dowódcę floty Ligi Świętej Don Juana de Austria już znamy. Ten „spóźniony rycerz krzyżowy” – jak o nim mówiono – w pełni wykazał pod Lepanto swój talent dowódczy. Doświadczeniem przewyższał go jednak znacznie Gian Andrea Doria – pochodzący ze znakomitego rodu o bogatych tradycjach morskich. [...]
Flota ustawiała się gęsto w szyku czołowym lub półksiężykowym z wysuniętymi nieco do przodu skrzydłami. Pierwsza linia okrętów składała się z centrum oraz lewego i prawego skrzydła. Jednostka flagowa dowódcy znajdowała się z reguły w środku szyku. W pobliżu niej pływały okręty łącznikowe przewożące rozkazy do dowódców poszczególnych eskadr i informacje od nich do naczelnego dowódcy floty lub dowódców eskadr.
W czasie bitwy posługiwano się umówionymi zawczasu sygnałami: chorągiewką, światłem lub dźwiękiem instrumentów. Okręty walczyły w linii, bardzo blisko siebie, nie dopuszczając do przecięcia szyku przez jednostki nieprzyjaciela.
W drugiej linii zajmowała miejsce eskadra odwodu. Zadaniem jej było zwalczanie tych okrętów przeciwnika, które zdołały przedrzeć się przez pierwszą linię, wchodzenie do walki na miejsce zatopionych czy mocno uszkodzonych jednostek pierwszej linii i udzielanie wsparcia załamującym się szykom tej linii, przejście do pościgu za nieprzyjacielem w razie zwycięstwa.
W czasie bitwy galery nieustannie manewrowały, starając się zająć dogodną pozycję do staranowania przeciwnika, a zarazem same unikając tego. Podczas manewrów prowadziły walkę ogniową.
Najsilniejszą częścią galery był potężny taran w kształcie żelaznej, długiej na 6 metrów ostrogi przymocowany do nadwodnej części metalowego dziobu, słabymi miejscami były natomiast burty i rufa. Podczas manewrowania galera starała się z jak największą prędkością przepłynąć wzdłuż burty okrętu nieprzyjacielskiego, połamać mu wiosła i wybić załogę z broni strzeleckiej. Następnie zawracała i usiłowała zająć pozycję do ataku na rufę lub burtę przeciwnika. Po staranowaniu grupa abordażowa przeskakiwała na pokład wrogiej jednostki i w walce wręcz wybijała załogę, brała łupy i jeńców, zdobywała okręt. Taka taktyka prowadziła do przekształcenia dużej bitwy w wiele pojedynków między galerami. Każdy kapitan upatrywał sobie przeciwnika we wrogim szyku i nawiązywał z nim walkę. W razie zwycięstwa przychodził w sukurs najbliższemu znajdującemu się w opałach okrętowi lub szukał dowódcy i czekał na jego rozkazy.
W toku bitwy wkraczały do akcji okręty pomocnicze. Ratowały tonących sprzymierzeńców, niszczyły unieruchomione lub płonące okręty wroga, dobijały ich załogi, chwytały jeńców, pomagały gasić pożary na własnych jednostkach, tropiły uchodzące okręty przeciwnika. [...]
Po zauważeniu okrętów tureckich rozległ się na „Realu di Spagna” wystrzał armatni. Był to znak, że wróg jest w pobliżu. Na pokładach galer zawrzała gorączkowa praca. Dowódcy wydawali rozkazy, marynarze zajmowali stanowiska, artylerzyści ładowali działa, strzelcy wyborowi sadowili się w „bocianich” gniazdach, żołnierze szykowali oręż, wkładali hełmy i napierśniki, dozorcy poganiając wioślarzy, wszyscy zaś modlili się i prosili Boga o zwycięstwo.
Kapitanowie okrętów i dowódcy eskadr przesiedli się na brygantyny i popłynęli do „Reala” na naradę. Naczelny dowódca Don Juan zawczasu opracował dla całej floty ugrupowanie bojowe. Teraz wręczył każdemu kapitanowi plan bitwy z zaznaczeniem miejsca jego okrętu w szyku. Każdemu też dał ścisłe rozkazy dotyczące postępowania podczas walki. Niektórzy z przybyłych kolejny raz sprzeciwili się wydaniu walnej bitwy, dowodząc, że zbyt duże oddalenie od własnych baz może w razie przegranej zakończyć się zagładą floty i doradzali wykonanie manewru odwrotowego. Don Juan przeciął jednak wszelką dyskusję: „Panowie – oświadczył – czas narad się skończył, nadszedł czas bitwy!”¹ Po otrzymaniu rozkazów dowódcy powrócili na okręty i podjęli ostatnie przygotowania do walki.
W rozkazie do załóg Don Juan zaapelował: „Przybyliście tu walczyć za Święty Krzyż, zwyciężyć albo zginąć! Czy macie jednak zwyciężyć, czy zginąć, czyście dziś swą powinność, a chwalebną nieśmiertelność sobie zyskacie!" Słowa te wszyscy przyjęli z wielkim aplauzem. Kapelani wyspowiadali uczestników przyszłych zmagań i udzielili im rozgrzeszenia. Na każdym okręcie odmówiono wspólnie modlitwę. [...]
Centrum tworzyła eskadra "niebieska" (miała wywieszone niebieskie proporczyki) pod wodzą Don Juana w sile 63 galer. W środku eskadry znalazł się admiralski "Real di Spagna". Po obu jego burtach ustawiły się okręty hiszpańskie. Na prawo od nich zajęły miejsce galery papieskie z okrętem Colonny pośrodku, na lewo zaś weneckie z jednostką Veniery. W pobliżu ustawiły się dwa inne okręty flagowe: Sabaudii z dowódcą hrabią Provanną di Leina i Genui z Ettore Spinola. Niedaleko "Reala" zajęła także miejsce wspaniała galera de Requesensa. Lewą flanką sił centrum dowodził kapitan Lomellini, prawą Pietro Giustiniani.
Lewe skrzydło floty Ligi Świętej zajęła "żółta" eskadra – 53 galery weneckie pod wodzą Agostina Barbarigo, prawe "zielona" eskadra genueńsko-hiszpańska Gian Andrea Dorii i także 53 galery.
Okręty chrześcijańskie uszykowane były gęsto, jeden przy drugim. Ich wiosła dzieliła odległość zaledwie kilku metrów. Każda z eskadr stanowiła faktycznie samodzielną flotyllę, odległość między jedną a drugą wynosiła około 75 metrów. Cały front okrętów Ligi miał około czterech mil szerokości.
Przed nim, w odległości niecałej mili, zajęły pozycję cztery galeasy ustawione parami. Jednostkami centrum dowodził kapitan Francesco Duodo, lewym skrzydłem – kapitan Andrea Pesaros. Obie pary galeasów miały powstrzymać silnym ogniem atak nieprzyjaciela, zmieszać jego szyki, zadać jak największe straty w sile żywej i okrętach, stworzyć dogodne warunki do uderzenia galer. Wysunięcie galeasów przed okręty stanowiło ważną innowację w taktyce wojen morskich. Twórcą tego pomysłu był Don Juan.
Lewe skrzydło pod dowództwem admirała Barbarigo miało osiągnąć lewą flanką wybrzeże Etolii i nie dopuścić do oskrzydlenia floty chrześcijańskiej przez Turków, prawe skrzydło dowodzone przez Dorię – dotrzeć do przylądka Araksos na wybrzeżu Achai i zablokować przeciwnika w zatoce Patras. Rola centrum sprowadzała się do odparcia uderzenia Turków i przełamania ich szyku.
Ponieważ bitwa miała się toczyć na wąskim akwenie, ograniczonym od północy wybrzeżem Etolii, od południa wybrzeżem Achai, głębszy manewr w rodzaju oskrzydlenia czy obejścia był wykluczony. Pozostawał więc tylko atak czołowy. To zaś stawiało w lepszej sytuacji chrześcijan mających większe i cięższe okręty niż Turcy.
Przed bitwą Andrea Doria polecił strącić tarany z galer, przez co ich dzioby zanurzyły się głębiej w wodę, a tory pocisków armatnich miały mniejsze zakrzywienie. Dzięki temu ogień artylerii stał się skuteczniejszy. Don Juan rozkazał ustawić wzdłuż burt trawersy (dodatkowe deski, poprzecznie) chroniące załogi przed pociskami, a w celu utrudnienia przeciwnikowi abordażu rozwinąć wzdłuż okrętów sieci.
Za skupionymi w centrum okrętami flagowymi stanęło 10 lekkich galer i brygantyn, mających wspierać je w czasie walki. O milę dalej znalazła się "biała" eskadra – 30 galer dowodzonych przez Alvaro de Bazana. Stanowiła ona odwód mający likwidować okręty przeciwnika, które przedarły się przez pierwszą linię, i w kulminacyjnym momencie włączyć się do walki. Za odwodem ustawiły się okręty pomocnicze: brygantyny, galeony i fregaty. Zajęły one miejsce daleko za szykiem bojowym, by nikt z załóg galer nie szukał na ich pokładach schronienia przed bitwą. Tuż przed bitwą Don Juan przesiadł się na pokład brygantyny i z krzyżem w ręku przepłynął wzdłuż jednostek lewego skrzydła, sprawdzając gotowość okrętów do walki i pozdrawiając załogi. Marynarze i żołnierze serdecznie witali swego dowódcę. Podobnego przeglądu prawego skrzydła dokonał de Requesens. [...]
Turcy zauważyli chrześcijan około godz. 7.40. Muezzinzade Ali Pasza zjadł właśnie śniadanie i zadowolony zmierzał na pokład, gdy nagle rozległ się krzyk z "bocianiego" gniazda: "Widać galery giaurow!". Kapudan rozkazał policzyć okręty wroga. "To niemożliwe, bo są gęsto zbite!" – padła odpowiedź. Ali Pasza polecił więc sprawdzić, czy galery wroga stoją na kotwicy, czy też płyną w stronę Turków. Po chwili już wiedział, że okręty chrześcijan zbliżają się z dużą prędkością do zatoki Patras, z której właśnie wypływali Turcy. Wiadomość ta jak grom poraziła Alego Paszę. Był pewien przewagi swych sił, zakładał, że chrześcijanie nie ośmielą się stanąć do otwartej walki. Teraz przekonanie to zostało zachwiane, flota Ligi Świętej ukazała się oczom Turków w całej okazałości, wspaniała i silniejsza, niż przypuszczali. Dowódca turecki znacznie stracił na rezonie. Według opinii jednej z kronik dubrownickich ogarnął go zwykły strach 3. Szybko otrząsnął się jednak z tej słabości i zaczął wydawać rozkazy.
Flota osmańska płynęła całością sił po rozległej przestrzeni wodnej i znacznie łatwiej niż chrześcijanie mogła uszykować się do boju. Centrum tworzyła eskadra Muezzinzade Ali Paszy w sile 94 galer. W środku eskadry znalazł się okręt admiralski "Sultan". Okrętami prawej flanki sił centrum dowodził Hasan Pasza, lewej – Dardagan Pasza. Na prawym skrzydle ustawiła się eskadra Sirocco Mehmeda Paszy – 60 galer, na lewym zaś korsarze Ułudż Alego Paszy – 65 galer. W drugiej linii znalazł się odwód – 10 galer i 60 galeotów pod Muradem Dragutem, synem poległego na Malcie sławnego korsarza. Turcy w celu utrudnienia abordażu wysmarowali górną część burt i pokładu łojem i smołą. Nie osłonili jednak dodatkowo burt, przez co narazili się na duże straty. Dowódcy osmańscy zachęcali załogi do walki w imię "wojny świętej" z "niewiernymi", obiecywali łupy i jeńców, nagrodę od sułtana. Ali Pasza zapowiedział nawet galernikom, że odzyskają wolność, jeśli przyczynią się do zwycięstwa.
Chrześcijanie uszykowali swe okręty po zachodniej stronie akwenu, między przylądkiem Skrofa a przylądkiem Araksos, Turcy po wschodniej stronie. Południowo-wschodni wiatr sprzyjał muzułmanom, którzy płynęli na rozwiniętych żaglach. Natomiast okręty Ligi posuwały się wolno, napędzane siłą mięśni wiosłarzy. Po pewnym czasie wiatr nagle ustał i okręty tureckie wytraciły prędkość. Tymczasem od zachodu podniosła się lekka bryza sprzyjająca chrześcijanom.
Rozpoznanie przeciwnika wypadło na niekorzyść Turków. Przez długi czas sądzili oni, że mają przed sobą tylko siły zgromadzone w sierpniu w Mesynie (te rozpoznali prawidłowo). Tuż przed bitwą spostrzegli jednak, że flota Ligi jest znacznie liczniejsza. Był to rezultat błędu popełnionego przez Osmanów podczas kampanii morskiej – wypuszczenia cało eskadry weneckiej bazującej na Krecie. Jak wiemy, zdołała ona połączyć się po drodze z głównymi siłami Don Juana.
Mimo to Muezzinzade Ali Pasza postanowił zaatakować od czoła i przełamać centrum przeciwnika, Sirocco Paszy zaś rozkazał obejść lewe skrzydło maksymalnie zbliżając się do brzegu Etolii. Turcy płynęli w szyku czołowym. Zaskoczeni widokiem wysuniętych daleko do przodu czterech galeasów zwolnili w centrum i na lewej flance prawego skrzydła, gdzie znajdowały się owe kolosy. W ten sposób szyk turecki nabrał kształtu półksiężyca z wysuniętymi do przodu skrzydłami.
Około godz. 9.30 lewe skrzydło chrześcijan było nieco wysunięte do przodu, jego lewa flanka nie sięgała jednak do brzegu Etolii, ponieważ oficerowie Barbarigo obawiali się przybrzeżnych mielizn. Centrum floty Ligi poruszało się do przodu w gęstym szyku, okręt przy okręcie, niemal wiosło w wiosło. Ponieważ tureckie lewe skrzydło rozciągało się poza prawe skrzydło chrześcijan, Doria płynął dalej na południe, nie pozwalając się oskrzydlić. Ruch jego eskadry powiększył jednak na ponad milę lukę powstałą między skrajem lewego skrzydła admirała genueńskiego a skrajem prawego skrzydła centrum. Dwie pary galeasów znajdowały się daleko w przodzie przed eskadrą centrum i lewego skrzydła chrześcijan. Rezerwowa eskadra de Bazana wypływała z cieśniny i zajmowała miejsce za eskadrami pierwszej linii.
Ponieważ szyk turecki przybrał kształt półksiężyca, najpierw doszło do walki między eskadrami Sirocco Paszy i Barbarigo. Pół godziny później starły się ze sobą okręty w centrum, a po godzinie eskadry Andrea Dorii i Ułudż Alego. Bitwa pod Lepanto rozpadała się więc na trzy oddzielne starcia wrogich sobie flot. Każde z nich przekształciło się jakby w oddzielną bitwę.
Przed południem wiatr się uciszył, na bezchmurnym niebie zajaśniało pełnym blaskiem słońce. Jego promienie odbijały się od pozłacanych dziobów galer tureckich, pomalowanych jaskrawymi kolorami burt, od wysadzanych drogimi kamieniami turbanów paszów, głowni szabel, od lśniących luft rusznic. Morze uspokoiło się. Niskie, leniwe fale ledwie unosiły okręty.
Sprzyjająca chrześcijanom bryza zachęciła Don Juana do rozpoczęcia ataku. Na jego rozkaz pomknęła do boju "niebieska" eskadra, na lewym skrzydle ruszyła "żółta". Także Turcy zerwali się gwałtownie do walki, wydając przeraźliwe okrzyki "Allah akbar" (Allah jest wielki) i dmąc w instrumenty. Chrześcijanie odpowiedzieli im równie bojowym okrzykiem: "Jezus! Maria!" Obie ustrojone tysiącami chorągiewek floty ruszyły na siebie.
Po godz. 9.30 tureckie prawe skrzydło zbliżyło się do dwóch galeasów weneckich, płynących przed eskadrą Barbarigo. Wzdłuż ich burt zabłysły ognie, po chwili grad pocisków spadł na najbliższe galery Osmanów. Niszczący ogień galeasów spowodował ogromne straty na pokładach okrętów tureckich, zmieszał ich szyki. Uchodząc przed lawiną pocisków galery zaczęły z dala opływać ziejące ogniem kolosy, powodując kolizje z sąsiednimi jednostkami. Turcy z trudem utrzymali szyk i po ominięciu galeasów zbliżyli się do galer Barbarigo. Po drodze utracili jednak dwie galery. Podobnie było w centrum, gdzie niektóre okręty tureckie zostały wręcz zdruzgotane ogniem galeasów Francesco Duodo. Uszkodzone zostały m.in. galery Muezzinzade Ali Paszy i Pertew Paszy. Trwające zaledwie około dziesięciu minut starcie mocno podniosło na duchu chrześcijan. Na pokładach czterech galeasów weneckich rozległy się okrzyki radości, zawtórowały im załogi galer lewego skrzydła i centrum.
Mimo tak niepomyślnego dla Turków prologu bitwy Ali Pasza ruszył całą siłą wioseł w środek szyku floty chrześcijańskiej. Za jego przykładem poszły galery. W rezultacie manewrów floty tureckiej cztery powolne galeasy weneckie płynące na czele centrum i lewego skrzydła pozostały w tyle i nie wzięły udziału w drugiej, decydującej fazie bitwy. Zadanie swe jednak wypełniły, zadały bowiem przeciwnikowi ciężkie straty i osłabiły tempo natarcia.
Ponieważ Turcy dobrze znali brzeg Etolii, prawoskrzydłowa eskadra Sirocco Paszy zbliżyła się prawie do przylądka Skrofa i próbowała obejść lewe skrzydło chrześcijan. Barbarigo przejrzał jednak ten zamiar i posłał tam galery lewej flanki. W zaciętej walce tuż przy brzegu Wenecjanie osiągnęli sukces, zdobyli sześć czy siedem okrętów, zmusili część załóg tureckich do ucieczki na brzeg. Sirocco Pasza rzucił teraz do walki galery nie zaangażowane dotąd w walkę. Okręt flagowy Barbarigo zaatakowało aż pięć galer. Najpierw ostrzelały go ogniem z dział, następnie z broni ręcznej i strzałami z łuków. Po zbliżeniu się na niewielką odległość Turcy usiłowali dokonać abordażu i wziąć jednostkę admiralską szturmem. Pierwszą próbę udaremnił Wenecjanie, następną również. Podczas trzeciej Barbarigo został trafiony w oko strzałą z łuku. Postrzał okazał się śmiertelny. Śmierć admirała spowodowała zamieszanie w szykach weneckich. Porządek usiłował przywrócić nowy dowódca kapitan Marco Contarini, ale i on wkrótce zginął od kuli. Część galer weneckich pod naporem Turków już się rozproszyła, inne pod wodzą Paola Canale stawiały w dalszym ciągu opór.
Po śmierci Contariniego komendę przejął kapitan Federico Nani. Zdołał on zebrać rozproszone galery weneckie i jeszcze raz zaatakować.
W trakcie tej fazy bitwy zapadło niespodziewane rozstrzygnięcie. Spowodował je dowódca prawej flanki lewoskrzydłowej eskadry, Marco Quirini. Jego galery na początku bitwy nie zostały związane walką, ponieważ całe skrzydło Sirocco Paszy przesunęło się na północ w stronę wybrzeża Etolii i przed okrętami Quiriniego powstała luka. Dowódca wenecki umiejętnie to wykorzystał, szybkim manewrem wyszedł na tyły okrętów Sirocco Paszy i zaatakował galery tureckie. Ponieważ znajdujące się przed nimi okręty Naniego stawiały zacięty opór, z tyłu zaś nacierał Quirini, załogi tureckie nie widziały innego wyjścia, jak tylko szukać ratunku na brzegu Etolii. Tu część okrętów wpadła na mieliznę. Ścigający je Wenecjanie wskakiwali na porzucone okręty, wybijali w walce wręcz opieszających, strzelali do usiłujących dostać się wpław do brzegu, uwalniali galerników. Na dno poszła wtedy galera Sirocco Paszy. Admiral ratował się ucieczką, ale został wyłowiony i ścięty w głowę przez Giovanniego Contariniego, mszczącego się za śmierć brata. Zginął dowodzący lewą flanką prawego skrzydła Mehmed Bej, namiestnik Negroponte. Wiele galer spalono bądź zatopiono, inne stały się łupem Wenecjan. Około godz. 12.30 prawe skrzydło tureckie przestało istnieć.
Dłużej ważyły się losy bitwy w centrum, gdzie walczyły najlepsze siły obu flot. Mimo otrzymania morderczego ognia z galeasów Turcy zbliżyli się do galer weneckich. Muezzinzade Ali Pasza skierował swego "Sultana" wprost na okręt Don Juana, ten odpowiedział podobnym manewrem. Na okrętach admiralskich powiewały z dala widoczne chorągwie: wielki sztandar kapudana paszy na "Sultanie", flaga papieska na "Realu".
Oba okręty dysponowały dużą siłą ognia: oprócz dział na "Sultanie" było 300 janczarów wyposażonych w rusznice i 100 łuczników, a na "Realu" 400 arkebuzerów regimentu sardyńskiego. Ogień Hiszpanów okazał się bardziej skuteczny. Mimo to "Sultan" zdołał wbić się ostrogą aż do czwartej ławki wioślarskiej "Reala". Ten jednak wytrzymał cios. Wykorzystując zamieszanie na pokładzie "Sultana", spowodowane morderczym ogniem arkebuzerów, Hiszpanie wdarli się na wrogą jednostkę. Turcy stawili jednak zdecydowany opór i zmusili ich do odwrotu. Nie zrażeni tym niepowodzeniem żołnierze z "Reala" ponowili atak, ale z podobnym skutkiem. Wówczas Don Juan rozkazał uwolnić od wioseł galerników, uzbroić ich i rzucić do walki. Przerzedzona mocno załoga okrętu odczuła wydatnie ich pomoc. Słabnącą załogę "Reala" niebawem wsparły też oddziały szturmowe z innych okrętów. Veniero posłał w sukurs Don Juanowi część swoich ludzi, a de Bazan wydzielił z odwodu 200 żołnierzy. Nadpłynął również Colonna z okrętami papieskimi, wśród których wyróżnił się "Toscana". Natomiast "Sultana" wsparł walczący na lewo od niego Pertew Pasza.
"Bitwa rozszerzała się jak płomień i przybierała na zaciekłości. Nie można już było kierować jej przebiegiem. Setki galer tworzyło istne kłębowisko, myślano tylko o abordażu. Huk armat, grzechot rusznic i hakownic przebijał przez nieustanną wrzawę różnojęzycznych głosów wściekłości, przekleństw i modłów o ratunek. Tysiące strzał ze świstem przecinało powietrze, szczęk mieczów i zbroi, grzechot taranowanych kadłubów i trzask łamanych wioseł uzupełniały ten zgiełk rozbrzmiewający na wiele mil wokół, odbijający się od gładkiej, lśniącej odblaskiem słońca wody. Kiedy niekiedy spośród tego kłębowiska rozbłyskiwały nagle płomienie i ogarniały natychmiast przesycone smołą liny i drewno. Mimo to szaleństwo walki było tak potężne, że walczący dalej wiedli śmiertelne zapasy, dopóki żar płomieni nie zmusił ich do szukania ratunku w wodzie. Groźny żywioł bezlitośnie pochłaniał ofiary, szukające ratunku przed ostrzem miecza lub żarem ognia"
Cały akwen pokrył się gęstym dymem rozwiewanym od czasu do czasu przez lekki powiew wiatru. Wtedy oczom walczących ukazywał się straszny widok. "Zdawało się, jakby trąba powietrzna przeszła po morzu i pokryła je szczątkami okrętów, które przed chwilą dumnie kołysały się na jego łonie. Okręty te mało przypominały niedawną swą wspaniałą powierzchowność. Strzały pogruchotały ich zręby, maszty i sztaby zwaliły i roztrzaskały w kawałki, żagle podarły się na szmaty i powiewały na wietrze, a tysiące ranionych i tonących ludzi, uczepiwszy się pływających ułomków, żałośnie o pomoc wołało. Dziki zgiełk nastąpił po świątecznej ciszy, jaka przed dwiema godzinami w owym pięknym ustroniu panowała". [...]
Tymczasem Colonna dość szybko rozprawił się z eskadrą Pertewa Paszy. Pociski zapalające Włochów zamieniły okręty tureckie w płonące pochodnie, sam dowódca eskadry ledwie uszedł z życiem. Stało się to między godz. 12.00 a 13.00.
Teraz Colonna pośpieszył z pomocą "Realowi". Jego okręt przepłynął wzdłuż burty "Sultana" zasypując pokład gradem pocisków z muszkietów. Przybył też de Bazan. Jego okręt zatopił wspierającą "Sultana" galerę, abordażował drugą, wybił załogę. Mimo otrzymania trzech ran dzielny markiz nie zszedł z pokładu.
Zachęceni odsieczą żołnierze "Reala" po raz trzeci wdarli się na pokład okrętu tureckiego. W ruch poszły miecze, noże i sztylety. Muezzinzade Ali Pasza padł rażony w czoło pociskiem z rusznicy. Widząc to galernik z "Reala", rodem z Malagii, podskoczył do rannego admirała, odciął mu głowę i wrócił na pokład swego okrętu, by wręczyć ją Don Juanowi i otrzymać nagrodę.
Niebawem "Sultan" dostał się w ręce Hiszpanów, wielka chorągiew kapudana paszy została strącona z masztu. Na ten widok z gardeł żołnierzy i marynarzy chrześcijańskich wydarł się potężny okrzyk: "Victoria!" Wśród jeńców wziętych na "Sultanie" znaleźli się dwaj synowie Ali Paszy, siedmio- i trzynastoletni chłopcy. Zwycięstwo zostało jednak drogo okupione. Na "Realu" zaledwie 10 procent załogi pozostało przy życiu i zdrowiu, okręt był potrzaskany, maszty zwalone, żagle porwane.
Wkrótce po zdobyciu "Sultana" zaciekle walczące centrum tureckie zostało osaczone i złamane. Jego rozproszone okręty kolejno padały łupem chrześcijan, poddawały się lub szły na dno. Załogi ich w panice opuszczały pokłady i szukały ratunku w małych szalupach. Za nimi uganiały się lekkie brygantyny i fregaty.
Około godz. 10.30, a więc w czasie gdy zaczęła się bitwa między eskadrami Barbarigo i Sirocco Paszy, a okręty Don Juana zbliżały się do jednostek Alego Paszy w centrum, Andrea Doria płynął w kierunku południowym zamierzając obejść lewe skrzydło przeciwnika. Natomiast Ułudź Ali rozwijał wówczas swą eskadrę do walki. Obserwując manewr okrętów Andrea Dorii mógł albo uderzyć na chrześcijan i próbować obejścia ich ze swojej lewej flanki, albo zmienić kurs z południa na północny zachód i wejść w lukę powstałą między lewym skrzydłem Andrea Dorii a prawym Don Juana. Szybko zdecydował się na tę drugą możliwość. Jego okręty zmieniły kurs i płynęły teraz w przeciwnym kierunku niż jednostki Dorii. Skutki tego manewru okazały się dla chrześcijan bardzo niebezpieczne. Korsarze Ułudź Alego natknęli się na nieliczną flotyllę maltańską dowodzoną przez przeora zakonu kawalerów maltańskich w Mesynie, Pietro Giustinianiego, wchodzącą w skład prawego skrzydła eskadry centrum. Ogniem dział, broni palnej i strzałami z łuków zmasakrowali załogi, zdobyli flagową galerę "Capitana".
Na pomoc Maltańczykom przypłynął Juan de Cardona z ośmioma galerami. Jednakże osaczyły go wnet okręty korsarzy północnoafrykańskich. Rozgorzała zacięta walka. Padł śmiertelnie ranny de Cardona, spośród 500 żołnierzy i marynarzy jego okrętu przy życiu i zdrowiu pozostało zaledwie 50. Podobnie działo się na innych jednostkach. Na papieskiej galerze "Florence" zginęła większość załogi i galerników, kapitan Tomasso de Medici został kilkakrotnie ranny w głowę. Na "San Giovannim" zginęła cała załoga wraz z kapitanem, trafionym w szyję dwoma pociskami z rusznicy. Poległa też cała załoga wraz z dowódcą sabaudzkiego okrętu "La Piamontese de Sabaya".
W tym starciu chrześcijanie stracili wszystkie 12 galer oraz 1000 żołnierzy i marynarzy. Ale ich bohaterski opór i ofiara życia nie poszły na marne. Aż 21 okrętów Ułudź Alego zostało silnie uszkodzonych, duże też były straty w ludziach. W rezultacie jego eskadra straciła częściowo zdolność do dalszej walki.
Tymczasem Andrea Doria zmienił kurs swych okrętów i ruszył przeciw Ułudź Alemu. Nadpłynęły również galery z odwodu Ligi. Don Juan, który zdążył już uporać się z eskadrą Alego Paszy, wysłał z centrum przeciw korsarzom 12 galer. Zagrożony otoczeniem Ułudź Ali znalazł lukę między okrętami de Bazana i przemknął się tamtędy ze swymi galerami na otwarte morze, porzucając zdobyte na chrześcijanach jednostki, w tym i galerę przeora. Przepłynął najpierw koło wyspy Santa Maura, następnie wiosłując przez całą noc w deszczu i sztormie dotarł do miejscowości Preveza, pamiętnej z bitwy w 1538 r. Jego pozostałe galery umknęły w porę do portu Lepanto, gdzie schroniły się pod lufy dział fortecznych.
Don Juan chciał ścigać uchodzące na otwarte morze okręty Ułudź Alego, ale pogarszająca się pogoda zmusiła go do skierowania wszystkich jednostek Ligi na wody zatoki Petala. Tu wódz hiszpański ostro rozmówił się z Dorią. Oskarżył go o nieudolne dowodzenie i unikanie walki, a w konsekwencji o zagładę okrętów maltańskich i sycylijskich.
Straty w trwającej prawie pięć godzin bitwie były ogromne. Z 229 galer tureckich zatonęło lub uległo płomieniom 80 jednostek, 117 zdobyli chrześcijanie. Z 60 galeotów aż 27 poszło na dno lub zostało spalonych, 13 dostało się w ręce zwycięzców. Ocalały prawie wyłącznie okręty Ułudź Alego. Ogromne były też straty w ludziach. Większość źródeł chrześcijańskich szacuje je na 25 do 30 tysięcy zabitych żołnierzy i marynarzy, a więc 50 do 60 procent ogółu walczących, niektóre mówią nawet o 40 tysiącach zabitych. W rzeczywistości straty tureckie były mniejsze. Najbardziej chyba wiarygodny Handbuch für Heer und Flotte wymienia 8 tysięcy zabitych Turków. Byli to polegli na pokładach okrętów. Po doliczeniu topielców możemy szacować straty muzułmanów na kilkanaście tysięcy poległych. Do niewoli dostało się według jednych źródeł 8 tysięcy, według innych – tylko 3500 Turków. 10 do 15 tysięcy galerników chrześcijańskich odzyskało wolność. Poległych wioślarzy nikt oczywiście nie liczył, ale z pewnością było ich również kilkanaście tysięcy.
Wśród poległych byli prawie wszyscy wyżsi dowódcy z wyjątkiem Ułudź Alego, Hasana Paszy i Pertewa Paszy. Ogółem życie straciło 35 paszów, w tym: sam kapudan Muezzinzade Ali, Sirocco Mehmed, wielki skarbnik Mustafa Czelebi, sandżakbejowie Aleksandrii, Nikopola, Mityleny, Rodosu, Chiosu, Ankary, Karaguezu, Nauplii i Righii. Chrześcijanie zdobyli 274 działka okrętowe, wiele chorągwi, w tym największą kapudana paszy pokrytą wersetami z Koranu, buńczuków, mnóstwo kosztowności. Na przykład na "Sultanie" znaleźli 150 tysięcy dukatów, na innych okrętach – 40 tysięcy. Obfite łupy stanowiły poważne zagrożenie dla jedności chrześcijan. Colonna później powiedział: "Nie tylko cud i łaska Boża sprawiły, że wygraliśmy taką bitwę. I to jest również wielki cud, że panująca [wśród załóg – L.P.] żądza i chciwość nie przeciwstawiły nas jeden przeciw drugiemu w następnej bitwie". Dowódcom udało się zapobiec walce o łupy między marynarzami i żołnierzami różnych nacji, tu i ówdzie do bójek jednak z pewnością dochodziło.
Precyzyjnie zostały ustalone straty chrześcijan. Poległo 7656 żołnierzy i marynarzy, w tym 4,6 tysiąca Wenecjan, 2 tysiące Hiszpanów i Niemców na żołdzie hiszpańskim, tysiąc papieskich (nie licząc galerników, których tylko na okrętach weneckich zginęło około 2,5 tysiąca), 7784 było rannych. Stracono 15 galer zatopionych lub zdobytych przez nieprzyjaciela. Wśród tych ostatnich znajdowała się galera wenecka z Kotoru obsadzona przez załogę słowiańską pod wodzą Herubina Bizantyńczyka. Wśród znaczniejszych oficerów Ligi polegli admirał Agostino Barbarigo, dwaj jego krewni Giorgio i Andrea, ponad 20 senatorów weneckich z najbardziej znanych rodów, jak: Contarini, Coredano, Veniero, Quirini, Paschaligo, dwaj hiszpańscy dowódcy bracia de Cardona, Caraffa z Neapolu, dwaj Orsini z Rzymu, komendant Mainzu Joachim Sport i przeor joannitów z Mesyny, Pietro Giustiniani. Zginęło 17 kapitanów galer. Ranni zostali m.in.: Veniero, de Bazan, dowódca genueński Spinola, Santa Fiore i sam Don Juan.
Poszkodowany był też najsławniejszy później uczestnik bitwy, Cervantes. Galera "Marquesa", na której służył, znalazła się na lewym skrzydle szyku Ligi. Tego dnia Cervantes miał wysoką gorączkę. Mimo to wybiegł na pokład i dzielnie walczył do końca, chociaż otrzymał ciężką ranę i silnie krwawił. Później długo leczył się w Italii, zapewne w Reggio w Kalabrii. Utrata władzy w lewej ręce stała się powodem jego dumy, przelał bowiem krew w obronie wiary chrześcijańskiej i królestwa Hiszpanii. W uznaniu zasług rok później otrzymał podwyżkę żołdu i nagrodę pieniężną. [...]
Lepanto 1571 r. było najkrwawszą w dziejach bitwą morską.
Fragment książki: Leszek Podhorodecki "Lepanto 1571" s. 80-113