"...Łącznie armia królewska liczyła sobie ok. 2080 stawek żołdu, czyli ok. 1952 żołnierzy. Żołnierze ci w polu dysponowali 2 działami i 27 hakownicami, a do obrony Tczewa skierowano 4 niewielkie działa. [...]
Obie te przesłanki wskazują na to, że liczba ciurów na polu bitwy nie była zbyt wielka, że mogło być jej tam znacząco mniej niż 1000. Pozostawiając kwestię liczebności czeladzi wojsk królewskich obecnych w bitwie pod Lubieszowem otwartą, przejdziemy teraz do wojsk, z którymi zmierzyła się armia królewska. [...]
Sił miasta Gdańska nie można aż tak precyzyjnie określić, jak to zrobiliśmy z wojskami królewskimi. Armia gdańszczan złożona była z trzech komponentów, tj. z pospolitego ruszenia mężczyzn zdolnych do noszenia broni z Gdańska i gdańskich posiadłości, z wojsk zaciężnych oraz z sił rzecznych. Co do liczby pospolitego ruszenia, biorącego udział w bitwie, to sami gdańszczanie nie byli jej pewni. Jedni określali ją na 8000, inni na 10 000 pieszych1. Do tego doszły poczty konne „miejskich synków", czyli jazda gdańska, w liczbie 4002. Czy wystawienie przez Gdańsk tak licznego pospolitego ruszenia było możliwe? Bez wątpienia tak. Gdańsk liczył sobie w owym czasie prawie 50 000 ludzi, a do tego doliczyć trzeba mieszkańców podmiejskich osad i posiadłości miasta Gdańska, które terytorialnie rozciągały się daleko poza właściwe miasto. [...]
Armia gdańszczan liczyła więc łącznie ok. 12 000-14 000 ludzi, z tego jedynie 3500 lub (doliczając tych, którzy płynęli na statkach) ok. 3700-3900 zawodowych żołnierzy. Miała przy tym na swoim wyposażeniu:
„Dział kwater slangów sztuk 4
Dupel flangoneth 1
Moździerzów na śrut do strzelania, które kotami zowią, sztuk 2
Wozów 3, na których działek żelaznych 30.
Armią tą komenderował doświadczony dowódca Hans Winkcelbruch von Köln. Był to niemiecki kondotier, który w 1552 r. wsławił się obroną Magdeburga przed wojskami cesarskimi.
Porównując stany liczbowe obu armii stwierdzamy, że biorąc jedynie pod uwagę liczbę zawodowych żołnierzy, armia gdańszczan górowała nad armią królewską niemal dwukrotnie (ok. 3500-3900 do ok. 1950). Jeśli jednak uwzględnimy udział pospolitego ruszenia i czeladzi w bitwie, to okaże się, że wojsko mieszczan mogło mieć ok. pięciokrotną a nawet sześciokrotną przewagę liczebną nad żołnierzami Batorego. [...]
Jak skrzętnie odnotowały polskie relacje, początek wyprawy gdańszczan przeciwko armii królewskiej rozpoczął się pod złą gwiazdą. Wypadkom, które za chwilę opiszemy, zgodnie z duchem epoki, przypisywano moc boskiej interwencji. Sam Bóg miał bowiem ostrzegać mieszkańców Gdańska i ich wodza przed tą wyprawą. Gdy więc w sam dzień Wielkiejnocy, o godzinie „ósmej na półzegarzu" wojska tego miasta wyruszały w drogę, rozpętała się straszliwa burza. Nie dość na tym. Dwóch rajtarów, po minięciu bramy, wpadło do fosy miejskiej a pod samym Hansem Winckelbruchem von Köln spłoszył się koń, którego ledwo opanowali, idący obok niego knechci. Na koniec urwała się część baszty i wpadła do fosy. Ilość tych znaków miała dać do myślenia Winckelbruchowi. Rozkazał on powrócić żołnierzom do miasta. Lecz, o zgrozo, zamiast „prawidłowo" odczytać w tych wydarzeniach palec boży, przypisał on je czarom guślarek. Nakazał uwięzić dwie z nich, a samą wyprawę odłożył do następnego dnia. Jednak kolejne dni nie przynosiły poprawy pogody, zmuszając gdańszczan do dłuższego niż planowali pozostania w mieście. Było to na rękę żołnierzom Batorego, gdyż w tym czasie hetmana Zborowskiego zmogła choroba, uniemożliwiająca mu podobno nawet wysiedzenie na wozie.
Mimo swojej niedyspozycji Zborowski nie zaniedbał śledzenia poczynań przeciwnika. Pod Gdańskiem operowali wysyłani na zwiady kozacy, a w samym mieście działali jego szpiedzy. Działali oni na tyle skutecznie, że gdy 16 IV wojska gdańszczan opuściły w końcu miasto, hetman nadworny koronny mimo swego zdziwienia, nie był zaskoczony. Zborowskiego dziwiła ta wyprawa „Bo nieraz ze wszystkim ludem swym, którego miał tylko 2000, pod miasto podciągał, prawie pod same mury, [a] oni [gdańszczanie] nie tylko mocą [tj. siłą, otwartą walką], ale i dobrego harcu dać mu nie chcieli.”
Informowany tak przez szpiegów jak i własną jazdę, nie miał jednak wątpliwości, że tym razem mieszczanie zdecydowali się podjąć kroki ofensywne. Hetman zwołał natychmiast naradę, na którą przybyli rotmistrzowie poszczególnych jednostek. Wiadomo było, że armia nieprzyjaciela maszerowała na Tczew. Wiadomo również było, że w jego kierunku płynęły także „dobrze strzelbą naładowane i ludźmi osadzone" stateczki gdańskie. Zborowski chciał poznać zdanie swoich rotmistrzów, co w tej sytuacji robić powinni. Hetmanowi zapewne chodziło także o wybadanie nastrojów własnych żołnierzy. Zależało mu na sprawdzeniu, czy w sytuacji olbrzymiej przewagi liczebnej przeciwnika nie będą oni skłonni do wycofania się bez walki. Nie zawiódł się jednak na swoich oficerach. Demonstrując swoją subordynację, rotmistrzowie zdali się na opinię hetmana.
Przedstawiony na naradzie plan Zborowskiego zakładał walkę z nadchodzącym nieprzyjacielem w otwartym polu. Przyjęto go bez zastrzeżeń. W ten sposób odrzucono alternatywny do niego projekt, polegający na zamknięciu całej armii królewskiej w mieście. Hetman obawiał się, że w trakcie obrony miasta, może dojść do dywersji tczewian, która mogłaby wywołać panikę w armii królewskiej. Nieufność w stosunku do mieszczan nie była jednak jedynym powodem decyzji walki w otwartym polu. Zborowski zdawał sobie sprawę ze słabości miejskich murów, które nie mogłyby na dłużej zapewnić skutecznej obrony. Nie dał się również zastraszyć wielkiej liczbie wojsk przeciwnika. Wiedział, że w większości jest to pospolite ruszenie, którego wartość była dyskusyjna.
Po skończonej naradzie podjęto energiczne przygotowania do bitwy. Hetman wezwał do siebie radę miejską, którą surowo upomniał, aby tczewianie nie ważyli się podejmować jakiś wrogich kroków w stosunku do jego armii. Ci zapewnili go o swoim posłuszeństwie, prosząc jednocześnie o pomoc w obronie miasta, gdyż jak twierdzili „[...] czym bronić [się] nie mamy, bo ani dział, ani ludzi po temu mamy."
Przychylając się do prośby mieszczan, hetman pozostawił w mieście 4 działa i hajduków z roty Andrzeja Firleja. W tym miejscu w źródłach polskich znajdujemy pewną nieścisłość. Paprocki, Heidenstein i Bielski notują, że liczba tych hajduków wynosiła 100. Ale Annotatur numerus militium podaje, że tylko 50 ze 100 hajduków Firleja obsadziło miasto. [...]
Po rozmowach z radą miejską Zborowski kazał uderzyć w bębny, wzywając swoich żołnierzy. Ci w godzinę stanęli w gotowości bojowej do wymarszu. Wojsko królewskie wyszło z miasta i rozlokowało się na jego przedpolach - w pobliżu wsi Rokitki. Zborowski uszykował je w polu i wygłosił do żołnierzy krótką przemowę. [...]
Zborowski zadbał również o dobytek żołnierzy. Aby nie był on narażony na grabież w wypadku, gdyby wojska królewskie musiały ustąpić z pola bitwy tabor został odesłany do Gniewu. Odeszła z nim, jak wiemy, część czeladzi.
Hetman nie zaniedbał śledzenia wojsk przeciwnika. Wymarsz armii królewskiej z Tczewa poprzedziło wyjście 20 kozaków z roty Jerzego Strusia, których wysłano z zadaniem obserwowania ruchów wojsk gdańskich. Z kolei do obserwacji statków skierowano Andrzeja Karchowskiego. Powierzono mu komendę nad 30 Tatarami „królewskimi" i 30 końmi Andrzeja Górki. [...]
Na tym przygotowania do bitwy zakończyły się. Wojsko królewskie, czekając na nieprzyjaciela, przenocowało poza murami miasta. Sam Zborowski, dając żołnierzom dobry przykład, „Całą prawie noc z wojskiem swem czuwając, na koniach przepędził [spędził] ". [...]
16 IV 1577 spędzili gdańszczanie maszerując. Nie forsowali się jednak zanadto. W ciągu dnia przebyli dystans ok. 15 km i rozłożyli się na nocleg we wsi Łęgowo. Do Tczewa było stąd zaledwie ok. 15 km, tj. nie więcej niż ok. 4 godziny marszu. Tak niewielka odległość między wrogimi armiami zrodziła pomysł nocnego ataku wojsk królewskich na gdańszczan. Zborowski ostatecznie go porzucił. Z jednej strony bał się oddalać zbytnio od Tczewa, który mógł w tym czasie paść łupem gdańskiej floty lub dywersji mieszczan. Z drugiej strony nie chciał porzucać dogodnej pozycji, dzięki której mógł kontrolować groble, prowadzące do miasta.
Szybsze od wojsk lądowych były stateczki gdańszczan, które już pod wieczór 16 IV dopłynęły na odległość 1 mili (tj. ok. 7 km) od Tczewa. Tam zarzuciły kotwice i przeczekały noc.
Noc zeszła spokojnie. Żadna ze stron nie niepokoiła drugiej. Jedynie gdańszczanie hucznie ucztowali i opijali przyszłe sukcesy.
Bitwa rozegrała się kilka kilometrów na zachód i południowy zachód od Tczewa. W tym rejonie płynie Motława, której koryto otoczone było przez grzęzawiska i bagna. Armia królewska, rozłożona przed bitwą po wschodniej stronie Motławy (w pobliżu Rokitek), nie omieszkała [...], obsadzić pobliskiego Tczewa piechotą, której zadaniem była obrona tego miasta przed atakiem wojsk gdańskich. Tczew miał o tyle duże znaczenie, że bronił przeprawy przez Wisłę, a jednocześnie kontrolował ruch statków po tej głównej arterii wodnej Korony, a poza tym znajdował się na tyłach armii królewskiej, która miała zetrzeć się z armią Gdańska.
Wojska gdańszczan zbliżały się do żołnierzy Batorego od północy, będąc od nich oddzielone bagnami Motławy i samą rzeką. W rejonie Tczewa istniały w tym czasie 2 przeprawy z mostkami, które umożliwiały przejście przez rzeczone bagna i rzeczkę. Pierwsza z nich znajdowała się przy trakcie koło Rokitek tj. ok. 4 km na zachód od Tczewa. Druga była położona bardziej na południe od niej czyli pod Lubieszowem, między dwoma jeziorami (ok. 6 km na południowy-zachód od Tczewa).
Wódz gdańszczan, Hans Winckelbruch von Köln, zaskoczony początkowo tym, ze przeciwnik nie uciekł, wierzył głęboko w zwycięstwo. Obawiał się ponoć tylko tego, żeby żołnierze Batorego nie uciekli przedwcześnie z pola bitwy. Wiara ta wynikała z olbrzymiej przewagi liczebnej, jaką mieszczanie tego portowego miasta mieli nad wojskami królewskimi. Mimo jednak tak wielkiej wiary we własne siły Hans Winckelbruch von Köln nie zaniedbał niczego, co pomogłoby mu w zwycięstwie. Plan bitwy, przygotowany przez tego doświadczonego wodza, rokował wszelkie nadzieje na sukces. Zdając sobie sprawę z niewielkiej jakości pospolitego ruszenia, postanowił użyć go tylko do działań wiążących w okolicach przeprawy pod Rokitkami. Sam zaś na czele regularnego wojska postanowił obejść szerokim łukiem pozycje żołnierzy królewskich i uderzyć na nich od południa, tj. na skrzydło i tyły armii Batorego. Zamierzał uderzyć w momencie, gdy armia ta będzie ścierać się z mieszczanami. W tym celu armia Gdańska rozdzieliła się w okolicach Miłobądzia na dwa korpusy. Pierwszy z nich, złożony z całego pieszego pospolitego ruszenia mieszczan z przydzielonymi im 200 jeźdźcami, skierował się na wzgórza wokół Dąbrówka i Zajączkowa. Drugi korpus (3100 lancknechtów i 600 jazdy) skierował się na przeprawę pod Lubieszowem.
Aby w szeregi wojsk królewskich wprowadzić dodatkowe zamieszanie, w momencie dwustronnego ataku sił lądowych, do akcji miały wejść także siły, jakie Hans Winckelbruch wysłał Wisłą. Ich celem był Tczew, jednakże przeciwne wiatry powstrzymały gdańską flotę na tyle skutecznie, że nie zdążyły one wejść do boju o czasie.
Bitwa zaczęła się „troszkę przed południem" przed przeprawą pod Rokitkami tj. na zachodnim brzegu Motławy. Stojące tam pospolite ruszenie gdańszczan poczynało sobie jednak dość niemrawo. Początkowo mieszczanie próbowali wiązać jazdę królewską, ostrzeliwując ją z dział i ręcznej broni palnej. [...]
Teraz napiszmy, co się wydarzyło po nieudanych próbach zaatakowania przez husarię piechoty, chronionej owym „fortelem". Otóż Zborowski nakazał wsadzić kilkudziesięciu hajduków na podjezdki i zmieszać ich z husarią. Po krótkiej wymianie ognia, zranieniu i zabiciu kilku mieszczan i rajtarów, pospolitacy przyjęli już zupełnie bierną postawę. Według Bielskiego wyglądało to następująco: „[...] lecz Niemcy nie nacierali barzo na nasze [wojska], chcąc ich przywieść na działa; postrzegł tego Zborowski iwnetże, wsadziwszy na koń kilkadziesiąt hajduków z długiemi rusznicami, zakrył je między kopijniki, także ich przedsię kilku z rusznic ubili. Jan z Kolna hetman gdański widząc nasze [wojska], że są na tem, aby mu bitwę dali, uczynił płot przed swymi [wojskami] z dylów, które na to wiózł [...]".
Jak widać, pospolitacy byli zaopatrzeni w dyle, tj. żerdzie, drągi, bądź zaostrzone obustronnie słupki, z których, w odpowiednim momencie, ustawiono płot (ostrokół). Dyle te mogły wcześniej służyć pospolitakom jako przenośna osłona przed szarżami jazdy polskiej. I właśnie to był ów fortel, o którym pisał Paprocki.
Zaostrzone obustronnie słupki, wbijane w ziemię w momencie rozpoczęcia przez husarię szarży, skierowane ostrzami w stronę jazdy, stanowiły wystarczającą ochronę dla gdańskiej piechoty. [...] Piechurzy gdańscy nie musieli podtrzymywać owych dyli rękami. Wbite w ziemię były wystarczająco mocno osadzone, aby jazda nie mogła ich zbyt łatwo roztrącić. Pospolitacy odsuwali się od tak stworzonego ostrokołu kilka kroków wstecz, po to, aby kopie husarskie nie mogły ich dosięgnąć. Odsuwali się na bezpieczną odległość, a nacierającą jazdę witali salwami z broni palnej. Ta taktyka okazała się skuteczna i powstrzymała ataki nielicznej husarii.
Nawet po ich wsparciu przez kilkudziesięciu hajduków, liczba żołnierzy, jaką Zborowski wydzielił do walk po zachodniej stronie Motławy nie przekraczała 200. Siły główne trzymał hetman po wschodniej stronie rzeczki i bagien ją otaczających. To tutaj bowiem „Zborowski usadowiwszy się w dobrem miejscu, ponad bagnami, zajął wąskie drogi i przechód im [gdańszczanom] tamować postanowił."
Przeprawę pod Rokitkami, owo wąskie gardło, które prowadziło do znajdujących się po wschodniej stronie Motławy wojsk królewskich, obsadził Zborowski wszystkimi działami i hakownicami jakimi w tej chwili dysponował (2 działka + 27 hakownic).
Jako się już rzekło, po akcji hajduków, pospolite ruszenie straciło resztki animuszu i przyjęło zupełnie bierną postawę, pozostawiając własnej jeździe (200 kawalerzystów) harce z jazdą polską. W tym czasie, zaciężni lancknechci pod wodzą Hansa Winckelbrucha von Köln, wykonywali manewr mający okrążyć armię Batorego. Podążali oni do przeprawy pod Lubieszowem. Na ich czele szła jazda, która miała wiązać harcem jazdę królewską i osłaniać w ten sposób przeprawianie się piechoty.
Obserwująca ich kawaleria (50 petyhorców Temruka) powiadomiła Zborowskiego o ruchach tej grupy wojsk. Hetman wojsk królewskich wsparł petyhorców rotą Spytka Jordana (50 husarzy) oraz 20 nadwornymi husarzami węgierskimi. Zanim jednak wsparcie nadciągnęło, rajtarzy i lancknechci, spychając nieliczną jazdę lekką, zaczęli przeprawiać się przez Motławę. Nie pomogło zrzucenie za sobą mostka przez żołnierzy Temruka. Lancknechci mostek naprawili. Wsparcie, jakie Zborowski udzielił Temrukowi, przybyło w końcu w okolice przeprawy pod Lubieszowem, lecz 120-140 koni jazdy królewskiej, jakie się w tym momencie tam znalazło, nie miało najmniejszych szans na powstrzymanie lancknechtów. Zborowski nakazał więc Żółkiewskiemu wraz z jego husarzami (40 koni) ruszyć na pomoc Spytkowi Jordanowi i Temrukowi. Żółkiewski polecenie wykonał i dołączył do sił, próbujących przeszkadzać ruchom wojsk niemieckich po wschodniej stronie Motławy.
Zacięte walki między chorągwiami jazdy królewskiej Temruka, Jordana, Żółkiewskiego i nadwornymi husarzami węgierskimi (łącznie 160-180 koni) a rajtarami i jazdą gdańską (600 koni) nie miały już na celu wyparcia niemieckich wojsk zaciężnych za Motławę, lecz miały one dać czas Zborowskiemu na przegrupowanie własnej armii.
Hetman zdecydował przegrupować swoje wojska tak, aby skutecznie stawić czoła nadciągającym z południowego-zachodu wojskom zaciężnym. W tym celu wycofał z zachodniej strony Motławy harcujących tam do tej pory kawalerzystów i zrzucił za nimi mostek. Zabezpieczył się w ten sposób przed szybkim przekroczeniem przeprawy pod Rokitkami przez pospolite ruszenie gdańszczan tj. zabezpieczył tyły swojej armii, która teraz mogła skierować swój front w kierunku lancknechtów. Poza tym, ściągnął do sił głównych żołnierzy Karchowskiego, którzy dotąd obserwowali stateczki gdańskie. Wysłał dodatkowych 50 hajduków Firleja do pomocy załodze Tczewa tak, że od tego momentu miasta bronił garnizon stuosobowy, wygłosił mowę do wojska i ruszył z armią na przeprawę pod Lubieszowem. [...]
Przemowa hetmana bardzo korzystnie wpłynęła na morale wojska: „Za tym napomnieniem dziwna rzecz, jako wszyscy szli [na nieprzyjaciela], by ich [Zborowski] zapalił [do boju] (acz im było nierówno [liczbą w stosunku do liczby nieprzyjaciela)"
Zanim siły główne Zborowskiego dotarły w okolice przeprawy pod Lubieszowem, lancknechci pod osłoną rajtarów ustawili 3 działa oraz zaczęli kopać szańce i stawiać palisadę.
„[...] było to już z południa o godzinę", gdy zbliżał się kulminacyjny moment bitwy. Wojska królewskie przybyły na miejsce starcia z zawodowym wojskiem niemieckim. Obie armie stanęły w szyku, gotowe do walki. Naprzeciw lewego skrzydła Niemców ustawiło się 600 nadwornej piechoty węgierskiej Batorego. Była to cała piechota, jaką w tym momencie dysponował Zborowski. Naprzeciw prawego skrzydła Niemców stanęła polska jazda.
W pierwszym rzucie uszykowały się chorągwie: Jana Andrzeja Leśniowolskiego (100 husarzy), Andrzeja Firleja (100 husarzy), Jordana Spytka (50 husarzy), Temruka (50 petyhorców), husarze węgierscy (20-40)28. Łącznie było to 320-340 jazdy (a właściwie stawek żołdu). Na tym skrzydle (choć nie jest pewnym czy w pierwszej linii) znajdowała się także chorągiew kozacka Jerzego Strusia (100 koni).
W posiłku pierwszemu rzutowi jazdy polskiej stały chorągwie husarskie Jana Zborowskiego (100 koni) i Marcina Kazanowskiego (100 koni). [...]
Z całą pewnością pod Rokitki skierowano Tatarów Karchowskiego, których zwolniono z zadania śledzenia gdańskiej floty. Opis walk jednego z nich z rajtarami pozostawił Paprocki. Przytoczymy go tutaj w całości, gdyż nie tylko pokazuje on, w jaki sposób odbywały się harce z gdańszczanami, gdy przeciwko lancknechtom ruszyły siły główne wojsk królewskich, ale jest również zabawnym przyczynkiem do historii wojskowości staropolskiej.
Czy oprócz Tatarów Karchowskiego pod Rokitkami pozostała jeszcze jakaś jazda królewska? Wydaje się, że było to najzupełniej zbędne. Co prawda pozostawienie zaledwie 1 roty pieszej (30 hajduków hetmańskich) i ok. 60 jeźdźców jazdy lekkiej w celu obrony przeprawy pod Rokitkami, gdy po jej drugiej stronie stał wielotysięczny tłum pospolitaków gdańskich, może się wydawać decyzją szaleńca, ale w istocie tak nie było. Przypomnijmy, że:
- pospolite ruszenie wykazywało dużą bierność,
- piechurom pozostawiono liczną artylerię,
- zrzucono mostek, który uprzednio umożliwiał przeprawę na wschodnią stronę Motławy. [...]
Zaznaczyliśmy powyżej, że możemy określić położenie jeszcze jednej jednostki. Tą jednostką jest chorągiew husarska Marcina Ossolińskiego. Otóż w rejestrze strat, jakie poniosło wojsko królewskie w bitwie, a dokładniej w spisie strat tej chorągwi, można przeczytać, że „Pacholik p. Święcickiego, gdy koń pod nim zabit, wpadł miedzy hajduki, z nimi gdy działa brał, opalon prochem, żywnie będzie".
Czyli chorągiew ta stała w posiłku hajdukom węgierskim tj. w odwodzie, na prawym skrzydle polskim. Zapewne (choć to tylko nasz domysł, bo źródła o tym milczą), stały tam też inne chorągwie jazdy królewskiej.
Przejdźmy do szyku wojsk niemieckich. Prezentował się on następująco: prawe skrzydło niemieckie (tj. naprzeciw lewego skrzydła polskiego) obsadzali rajtarzy i lancknechci; lewe skrzydło niemieckie dzierżyli lancknechci. Tam też znajdowały się 3 duże działa i wozy z umieszczonymi na nich mniejszymi działkami. Łącznie Niemcy dysponowali armią złożoną z ok. 3100 lancknechtów (ale jedynie ok. połowa z nich przeprawiła się na wschodnią część Motławy) i 600 jazdy.
Walki na przeprawie pod Lubieszowem przebiegały w kilku fazach:
Przebieg szarży 1 wyglądał więc następująco. Uszykowane w pierwszej linii roty Jana Andrzeja Leśniowolskiego (100 husarzy), Andrzeja Firleja (100 husarzy), Spytlca Jordana (50 husarzy), Temruka Piotrkowskiego (50 petyhorców) i husarze węgierscy (20-40) w momencie, gdy hajducy zaangażowali się w walkę ogniową z lewym skrzydłem niemieckim, zaszarżowały na stojących naprzeciwko nich rajtarów. Dlaczego na rajtarów? Taki wniosek wysunąć można z fragmentu opisującego szarżę 2, który mówi o tym, że „jazda królewska po drugi raz na [jazdę] gdańską się rzuciła". Czyli pierwszy raz, pierwsza szarża, także musiała być skierowana przeciwko rajtarom. Czy pierwsza szarża była również skierowana przeciwko lancknechtom? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że szarża pierwszego rzutu wojsk polskich została wsparta przez chorągiew kozacką Jerzego Strusia (100 koni). Kozacy uderzyli na tyły wojsk niemieckich, co wywołało na Niemcach spore wrażenie. [...]
Faktem jest, że cała ta szarża jazdy królewskiej nie została uwieńczona powodzeniem. Rajtarów nie przełamano. Nie przełamano, chociaż dysproporcja sił nie była aż tak znaczna (rajtarzy 600 koni, husarze i petyhorcy 320-340 koni). Dlaczego? Źródła tego nie wyjaśniają. Możemy jedynie spekulować, że szarża ta zakończyła się złamaniem kopii przez pierwszy szereg husarzy. Dlatego też rotmistrzowie nakazali odwrót po to, aby husarze z niezłamanymi dotąd kopiami wysunęli się na czoło swoich jednostek. Po takiej reorganizacji szyków, jazda królewska mogła zaatakować ponownie, mając u frontu husarzy z ich morderczymi kopiami.
Przejdźmy teraz do szarży 2, która odniosła pełen sukces. Atak husarii skierowano ponownie przeciw rajtarom. Tym razem rozbito ich. Pierwsze pytanie, jakie tu należy postawić, to pytanie o jednostki kawalerii królewskiej, które uczestniczyły w tej szarży. Najwięcej na ich temat pisze Paprocki. Jego zdaniem miała to być chorągiew hetmańska, licząca sobie 200 koni (co jest błędem, bo liczyła ona sobie tylko 100 husarzy) i chorągiew Kazanowskiego (ta wg rejestrów miała 100 husarzy). Bielski potwierdza udział chorągwi hetmańskiej w tej szarży, a Heidenstain jedynie ogólnikowo pisze o „jeździe królewskiej".
Można więc przyjąć za Paprockim, że w szarży brały udział 2 chorągwie husarskie (Zborowskiego i Kazanowskiego), przy czym ich łączna liczebność wynosiła 200 koni.
Gdyby rozpatrywać całość akcji husarii tzn. dwie szarże razem a nie każdą oddzielnie, to ich obraz rysowałby się bardzo logicznie. Obie szarże miały następujący przebieg. Najpierw miała miejsce opisana już przez nas szarża 1. Husarze pierwszej linii po uderzeniu w rajtarów i złamaniu na nich kopii wycofali się, ustępując miejsca jednostkom drugiej linii. Druga linia składała się z chorągwi Zborowskiego i Kazanowskiego. Zaszarżowali oni na wstrząśniętych pierwszym atakiem rajtarów, gdy tylko chorągwie pierwszej linii tj. pierwszego rzutu, zrobiły im miejsce. Taki falowy atak był typowy dla polskiej kawalerii i wydaje się najlepiej tłumaczyć całe opisywane tu przez nas zdarzenie.
Wszystko to działo się na lewym skrzydle wojsk królewskich, gdy w tym czasie na lewym skrzydle wojsk niemieckich trwała walka piechoty.
Rozbicie rajtarów nie oznaczało wszakże końca walk. Za rajtarami stali bowiem lancknechci z ich pikami. Jednak husarze Zborowskiego i Kazanowskiego poradzili sobie i z nimi. Uciekający rajtarzy „jeszcze bardziej" pomieszali szyki piechoty, przez co stali się oni łatwym łupem dla husarzy. Dlaczego jednak piechota stojąca dotąd za rajtarami była już wstępnie zmieszana? Zdaje się, że odpowiedzialnością za to obarczyć można jazdę kozacką Strusia, która wcześniej, tj. przed szarżą husarii Zborowskiego i Kazanowskiego, uderzyła z tyłu na wojska niemieckie (a więc tam, gdzie lancknechci nie byli chronieni przez rajtarów) i niemało Niemców strwożyła, choć sama poniosła przy tym znaczne straty. Wstępne zmieszanie lancknechtów mogło też być wynikiem tego, co się działo na niemieckim lewym skrzydle, gdzie hajducy brawurowo poczynali sobie z pikinierami. I właśnie teraz nadszedł czas, żeby im poświęcić naszą uwagę. [...]
Dziesiętnicy i kapitanowie stali u frontu piechoty. Za nimi dopiero stali szeregowi. Pierwszy szereg był najbardziej narażony na straty tak od ognia broni palnej jak i od broni ręcznej. Jak to wykazaliśmy powyżej, straty od ognia lancknechtów nie były wielkie. Zdecydowana większość poszkodowanych zginęła i została ranna w momencie bezpośredniego starcia pikinierów i hajduków.
Jaki obraz walki wyłania się z tej analizy? Otóż gdy hajducy odrzucili rusznice, aby z szablami w dłoniach rzucić się na pikinierów, na czele ich szyku stali dziesiętnicy (ok. 60, bo oddział ten liczył sobie 600 żołnierzy). Gdy doszło do zwarcia pierwszego szeregu hajduków i lancknechtów, ok. połowa pierwszego szeregu w jednej chwili została nadziana na piki! Tak doszło do hekatomby dziesiętników, którą obserwowali stojący za nimi szeregowi. To, że w tym momencie nie spanikowali, lecz, wykorzystując fakt, że piki ugrzęzły w ciałach ich dowódców, zaczęli wciskać się między spisy, ciąć je i po dotarciu do samych pikinierów zabijać ich szablami i toporkami, świadczy o olbrzymiej determinacji piechoty. Jest to dowód wysokiej jakości bojowej tych żołnierzy oraz świadczy dobitnie o ich wysokim morale. [...] Zasada więc była taka sama - wcisnąć się pod albo pomiędzy piki, aby ich końce nie były groźne dla żołnierzy, którzy zbliżając się do pikinierów, powalali ich ciosami krótkiej broni (szablami, mieczami, toporami, itp.).
Przy okazji opisu walk piechurów, spójrzmy na to, co robił Zborowski w czasie bitwy. Jak wskazują na to przytoczone fragmenty, początkowo był on wśród piechoty, gdzie nieomal zginął od kuli armatniej. Później widzimy go wydającego rozkazy jeździe. Doglądał on zatem prawego i lewego skrzydła polskiego. Doszło wtedy do ciekawego epizodu, który - zdaniem Paprockiego - wyglądał następująco:
„Zborowskiego samego, hetmana, na ten czas gdy przejeżdżał upatrując, kędy by pomoc potrzebna której stronie była, otoczyło ośm rajtarów. Strzelili do niego z rusznic chcąc go albo zabić, albo wżdy dostać jakokolwiek do ręku. Wszakoż on mając serce wielkie na nieprzyjaciela tego z rusznice jednego zabił, drugie potem mężnie rozgromił."
Co należy sądzić o tym opisie? Czy jest on wiarygodny? Podobnego do wyżej opisanego starcia wykluczyć nie można, ale wydaje się nam, że Zborowski nie był w nim sam. Przecież sam Paprocki zanotował wcześniej, że hetman przemieszczał się po polu bitwy w towarzystwie 4 sług (w tym noszącego znak hetmański giermka). Wracajmy jednak do bitwy.
Rozbicie przez husarzy wojsk prawego skrzydła niemieckiego spowodowało panikę i ucieczkę tegoż skrzydła. Także żołnierze lewego skrzydła niemieckiego, którzy niezbyt szczęśliwie ścierali się z hajdukami, spanikowali na ten widok. Panika udzieliła się również pospolitemu ruszeniu gdańszczan, które nienaciskane przez nikogo, rzuciło się do ucieczki. Spanikowali także ci lancknechci, którzy nie zdążyli przejść na wschodnią stronę Motławy. Bitwa zmieniła się w pogoń i rzeź pierzchających niemieckich wojsk zaciężnych i gdańszczan. Na przeprawie lubieszowskiej zbyt wąski mostek i grobla spowodowały zator. Uciekający z pola bitwy stłoczyli się tutaj, padając pod ciosami pogoni. Wielu lancknechtów, nie mogąc przejść przez most, zrzucało z siebie zbroje i próbowało wpław przebyć jezioro. Lecz nie dla każdego taka próba była szczęśliwa. Część z nich utonęła. Ciała zabitych przy mostku zatamowały na chwilę pogoń. Trupy usunęli w końcu hajducy i pościg kontynuowano: „Szli potem za nimi, bijąc ich, całe trzy mile [ok. 21 km] tak, aż trup podle trupa leżał".
Faktycznie żołnierze w pościgu zapędzili się aż do Pruszcza Gdańskiego, tj. właśnie 21 km od Tczewa. W końcu sam Zborowski, porażony zapewne wielkością strat przeciwnika, zabronił zabijać uciekających. Zamiast tego żołnierze królewscy mieli ich brać w niewolę. W mordowaniu (i grabieniu) szczególnie odznaczali się hajducy, którzy na upominania hetmana, aby oszczędzali życie pokonanym, odpowiedzieli podobno „[...] iż oni [nieprzyjaciele], gdyby się im powiodło, tożby byli nam czynili.
Niestety, mieli rację. Obyczaje wojenne tych czasów nie były zbyt humanitarne i takie sytuacje, jak powyżej opisana, należały do typowych.
Podczas ucieczki w niebezpieczeństwie znalazł się sam Hans Winckelbruch von Köln, któremu postrzelono konia. Uciekł on ostatecznie na koniu podanym mu przez Choińskiego (jednego ze swoich towarzyszy), który zaś przypłacił to życiem. Dla samego Winckelbrucha ucieczka nie była jednak końcem problemów. Już po dotarciu do Gdańska omal nie zginął z rąk gdańszczanek, które z okrzykami „wróć nam zły człowiecze męże, wróć nam syny, któreś nam wywiódłszy tam nie wiem gdzie potracił" rzuciły się na niego.
Gdy wojska królewskie zapędziły się w pogoń za rozbitymi wojskami przeciwnika, nadpłynęła w końcu gdańska flota, która miała zaatakować Tczew. Mimo że spóźniona, starała się wywiązać z zadania, jakie jej powierzono („szyfy stanąwszy na Wiśle gęstą strzelbę do miasta puszczali"). W tym momencie hetman Zborowski miał przy sobie jedynie 200 ludzi. Zatrąbił więc na odwrót i podążył na ratunek Tczewa, który udało mu się ocalić. Żołnierze na stateczkach mieli więcej szczęścia niż ich towarzysze na lądzie. Widząc nadchodzącą odsiecz, domyślili się, że bitwę wygrał przeciwnik. Zrezygnowali więc ze szturmu do miasta i „[...] zapaliwszy tedy na przewozie dom i piwo, co go tam było wypiwszy, jęli zaraz uciekać, jednak niedaleko z tego miejsca odciągnęli (bo im wiatr był przeciwny), przeto za wyspą postaną."
Z braku własnej floty stateczków tych wojska królewskie nie ścigały. Bitwa dobiegła końca..."
Fragment książki: Radosław Sikora "Lubieszów 17 IV 1577 " s. 18-50
"...17 kwietnia od wczesnego ranka nadciągały chorągwie rajtarów i knechtów wzgórzami za Motławą. Siła, jaką dysponował nieprzyjaciel, mogła wzbudzać trwogę. Heraldyk Bartosz Paprocią, opisując bitwę w życiorysie Jana Zborowskiego, użył takich słów: „Troszkę przed południem, już nie byli dalej tylko w pół mili, poczęło się wojsko Kolnowa sypać jako czarny las". Dalej pisze: „Jan z Kolonii widząc wojska polskie gotowe do bronienia grobli, a więc przyjmujące walkę, zdziwił się pomału: w jego oczach było to zuchwalstwem mierzyć się z nieprzyjacielem wobec tak nierównych sił". Widząc jednak Polaków zgrupowanych w obronnym miejscu, którzy spokojnie dawali znać stronie przeciwnej, że gotowi są do boju, zamierzał zrezygnować z ataku frontalnego. Postanowił obejść ich pozycje i uniemożliwić wycofanie się w umocnienia Tczewa. Do walki z polskimi harcownikami wysuniętymi za Motławę Winckelbruch wysłał drogą na Rokitki 200 rajtarów. Chcąc zatrzymać przeciwnika przy gościńcu, posunął gdańskie cechy od Dąbrówki i Zajączkowa na wzgórza, rozlokował artylerię, a przed atakiem jazdy polskiej osłonił ich płotem z drągów i częścią artylerii. Sam natomiast z zaciężnym wojskiem i kilkoma działkami ruszył od Miłobądzia w kierunku południowym boczną drogą przez wieś Lubieszów. Przez zabudowania wsi i groblę przedzielającą jezioro Lubieszowskie skierował lancknechtów z resztą rajtarii, aby niepostrzeżenie wyjść na skrzydło i tyły wojska Zborowskiego i odciąć mu drogę odwrotu do miasta lub w górę Wisły. W tym samym czasie miasto, zamek i port tczewski miały zaatakować siły wysłane drogą wodną. Ten ostatni punkt planu gdańskiego wodza nie powiódł się na samym początku bitwy, gdyż statki nie były w stanie dopłynąć na czas pod Tczew z powodu przeciwnie wiejącego wiatru.
Przy dobrej synchronizacji i dużej szybkości działań gdańszczan Polakom groziło zniszczenie. Nie mogli się nawet osłaniać wozami w czasie odwrotu do miasta, ponieważ Zborowski odesłał wcześniej cały tabor z częścią czeladzi do Gniewa. Utrzymał jednak dotąd hetman większość sił (92%) w jednej masie i obserwował manewr gdańszczan za pośrednictwem 20 kozaków, którzy wycofując się w walce zdołali w krótkim czasie powiadomić go o rozwijającym się natarciu wroga na grobli lubieszowskiej. Dla obrony przeprawy i dokonania głębszego rozpoznania, pchnął natychmiast 20 węgierskich husarzy nadwornych, połowę 100-konnej chorągwi husarskiej Spytka Jordana oraz 50-konną chorągiew petyhorską Temruka. Zanim ten oddział liczący w sumie 120 koni dotarł do jezior, Winckelbruch zdążył już przerzucić 600 jazdy, 2500 piechoty i 3 ciężkie działa wąską drogą przez groblę lubieszowską. Niemcy zaczęli się okopywać, a Temruk i Jordan rozpoznawszy walką znaczne siły przeciwnika, słali do hetmana prośby o wsparcie.
Tymczasem pod Rokitkami trwały walki rajtarów z husarzami. Poczty nadworne (119 koni) próbowały atakować pozycje nieprzyjacielskiej jazdy (200 koni) na stokach wzgórza schodzącego od Dąbrówki w zabagnioną dolinę Motławy. [...] Przedbitewne „harce" nie stwarzały możliwości zastosowania „karakolu" w zwartym szyku kolumnowym, dlatego też rajtarzy, jeśli nie zdążyli użyć pistoletów, musieli w walce na białą broń ustępować przed gwałtownymi natarciami husarskimi. [...] Stąd „Niemcy używali fortelu nie chcąc naszym dać statecznego spotkania, tylko ich na strzelbę nawodzić, aby ich husarze kopijami dosięgać nie mogli". Pozorowanymi ucieczkami naprowadzali rajtarzy husarzy na tzw. czostki, czyli wbite w ziemię w kilku rzędach zaostrzone pale. Gdy jeźdźcy wyhamowywali pęd koni, gdańszczanie oddawali salwy z dział i broni palnej. Niewiele mogli husarze dokonać ze swych nielicznych pistoletów przeciw rusznicom i arkebuzom milicji gdańskiej. W rezultacie szarże chorągwi husarskich załamywały się w odległości 100-150 m od pierwszych szeregów czworokątnych kolumn piechoty.
W tym momencie gońcy zaalarmowali Zborowskiego o rozwijającym się natarciu nieprzyjaciela na grobli lubieszowskiej. Hetman uświadomił sobie, że największe niebezpieczeństwo może nadejść z lewego skrzydła. Natychmiast pchnął na zagrożony odcinek 37 husarzy z pocztu prywatnego Jana Zamoyskiego pod dowództwem porucznika Stanisława Żółkiewskiego, by ci wzmacniając walczącą tam jazdę do 177 żołnierzy hamowali pochód zaciężnego wojska gdańskiego i dali czas na przegrupowanie sił polskich. Sam zaś po wygłoszeniu przemówienia do wojska rozkazał przerwać harce za Motławą, zerwać most pod Rokitkami, aby uniemożliwić nieprzyjacielowi przeprawę oraz ściągnął oddział tatarski obserwujący w dole rzeki statki. Obawiając się ataku gdańszczan na Tczew od południowego zachodu drogą przez Śliwno, wzmocnił załogę Tczewa 50 hajdukami. Wobec miernego efektu ataków husarii na strzelczą piechotę, najważniejszym zadaniem było przerzucenie 600 nadwornych hajduków węgierskich w jak najkrótszym czasie w rejon grobli lubieszowskiej. Blisko trzykilometrową odległość wzdłuż Motławy pokonali oni zapewne częściowo na podjezdlcach lub z tyłu na koniach za husarzami. Towarzyszył im sam hetman z własną chorągwią zaciężną. Reszta jazdy ruszyła łukiem przez wzgórze rozciągające się na północ od Śliwna. Pod Rokitkami pozostało 300 piechurów hetmańskich, 3 działa, 28 hakownic, 500 husarzy i 60 Tatarów pod dowództwem Karchowskiego ściągniętych znad Wisły. Obrona znajdującej się tu przeprawy po zniszczeniu drewnianego mostu nie nastręczała większych trudności, tym bardziej że milicja gdańska nie przejawiała większej ochoty do walki.
Po przybyciu na miejsce walki Zborowski ujrzał uszykowane już przed groblą lubieszowską wojsko niemieckie. Na prawym jego skrzydle Winckelbruch rozstawił kolumnę lancknechtów (2 kompanie - 1100 piechurów) i 600 rajtarów. Natomiast lewe skrzydło stanowiła druga kolumna lancknechtów (2 kompanie - 1200 piechurów) wzmocniona artylerią (3 kwaterszlangi). Trzecia, najsłabsza kolumna, licząca 2 kompanie (800 piechoty) jeszcze nie zdążyła się przedostać na wschodnią stronę Motławy. W bezpośrednim starciu przy grobli lubieszowskiej wzięło więc udział 2900 żołnierzy gdańskich i 1480 polskich, a więc stosunek sił wynosił 2:1. Zborowski na swym prawym skrzydle rozstawił całą swoją piechotę, jaką w tym momencie dysponował, czyli 600 nadwornych hajduków węgierskich. Na lewym skrzydle uszykował jazdę w dwóch liniach. W hufcu przednim stanęły chorągwie: petyhorska (50 koni), 2 kozackie (150), 2 husarskie zaciężne (200) i husarskie poczty ochotnicze - w sumie 462 koni. W drugiej linii (hufiec walny) rozstawiono husarię nadworną (119 koni) i 3 chorągwie husarskie zaciężne (300) - razem 419 koni.
Walka rozpoczęła się od wymiany ognia z bliskiej odległości na prawym skrzydle polskim. Hajducy węgierscy pod dowództwem Michała Wadasza (Wadas'ego) rzucili się na piechotę niemiecką. Działa i arkebuzerzy dali ognia, ale Węgrzy widząc dymy przyklękli, unikając w ten sposób rażenia. Wykorzystując chwilowe osłabienie ognia związane z ładowaniem broni przez nieprzyjaciela, poderwali się z ziemi i podbiegłszy na odległość donośności rusznicy (około 100 m) poczęli ostrzeliwać przeciwnika. Kule z dział niemieckich sięgały miejsca dowodzenia, a nawet jedna z nich „wielka uderzyła pod koń hetmański, aż się w koło obrócił; Zborowski zaraz z onego miejsca uskoczywszy, krzyknął na roty, aby się potykały". Ruszył więc do ataku na lewym skrzydle huf przedni - w centrum husaria (chorągwie Leśniowolskiego i Firleja), po bokach kozacy i petyhorcy. Natarcie załamało się jednak w ogniu karakolującej rajtarii, a pod rotmistrzem Leśniowolskim zabito konia. Tymczasem hajducy, zawiesiwszy rusznice na plecach, z siekierami i szablami w rękach, doskoczyli do dział ustawionych przed niemiecką piechotą, wycięli obsługę i obrócili je przeciwko wrogowi. Znów doszło do wymiany ognia, przy czym obie strony ponosiły znaczne straty - lancknechci od kul działowych, Węgrzy od hakownic zamontowanych na wozach. [...]
Chcąc odbić utraconą baterię, Winckelbruch zdecydował się na ponowne natarcie. Pułkownik węgierski Michał Wadasz został ranny mieczem w kolano, a „upadając zawołał do swoich, żeby rzuciwszy precz broń palną, mieczów dobyli. Dzielnie się sprawili, częścią włóczniami, częścią mieczami robiąc, częścią sprytnie między włócznie się wciskając tak, że piechoty nieprzyjacielskiej szyki połamane zostały". Przytoczony wyżej opis R. Heidensteina ataku lancknechtów i ich walki wręcz z hajdukami zawiera błędne informacje dotyczące uzbrojenia ścierających się piechurów. Precyzyjniejszy był M. Bielski, który zwięźle zapisał, że „hajducy porzuciwszy rusznice do szabel skoczyli, a złożywszy się siekierami wręcz się z nimi siekli". Kolumna lancknechtów atakowała Węgrów ukosem z prawego skrzydła. Arkebuzerzy ukryli się wówczas za osłoną czworoboku pikinierów, który nacierał niczym nastroszony igłami wielki jeż. Piki były jednak skuteczne tylko w masie i wobec zwartej kolumny przeciwnika. Szyk hajduków był luźniejszy, a ponadto i kolumna lancknechtów w czasie marszu i zmiany kierunku natarcia straciła wiele ze swej zwartości. Wykorzystali to doświadczeni dowódcy węgierscy nakazując swym żołnierzom unikać pchnięć, wciskać się między piki i ścinać je szablami i siekierkami. Jak malowniczo napisał historyk tej bitwy F. Kudelka „hajducy oburącz siekali siekierami Niemców, jakoby pnie w lasach karpackich". Mimo dwukrotnej przewagi nieprzyjaciela Węgrzy przełamali prawoskrzydłową kolumnę niemiecką, gdy tymczasem druga, lewoskrzydłowa, będąc pod ostrzałem broni palnej, a zwłaszcza utraconych dział w centrum, zachowała się biernie i nie udzieliła wsparcia swej krwawiącej towarzyszce.
Winckelbruch popełnił więc błąd w dowodzeniu nie potrafiąc zorganizować dobrego współdziałania między czworobokami lancknechtów, gdy tymczasem Zborowski pilnie kontrolował rozwój sytuacji na obu skrzydłach i „przejeżdżał upatrując, kędyby pomocy potrzeba której stronie była (...)". Na swym lewym skrzydle ponownie rzucił do szarży huf przedni, który tym razem rozbił rajtarów i począł ich spychać na stojącą za nimi i walczącą z Węgrami kolumnę. Jednocześnie chorągiew kozacka Strusia zaskoczyła Niemców od tyłu. Widząc, że szala zwycięstwa przechyla się teraz na jego stronę, hetman uruchomił swój odwód. Huf walny złożony z 419 wyborowych husarzy z impetem atakując zmieszane szyki nieprzyjacielskie zadecydował ostatecznie o wyniku bitwy. Jak pisał B.Paprocki „rota hetmańska (...) z Kazanowskiego rotą na Niemcy żarko uderzyła, wparli ich w jezioro tak, iż poczęli tyłu podawać". [...] W sumie wśród węgierskich husarzy nadwornych poległo 3 towarzyszy i pocztowy, 5 żołnierzy zostało rannych, a 12 koni padło lub zostało kontuzjowanych. Straty przekroczyły więc 1/3 stanu chorągwi. W jednostce Kazanowskiego zginęło 4 husarzy, a 2 zostało rannych.
Zmieszane oddziały Winekelbrucha poczęły się cofać łoi jedynej drodze odwrotu, to znaczy do małego mostku i grobli między Jeziorami Lubieszowskimi. Wybuchła panika, a polski pościg stłoczył uciekających w wąskie gardło przesmyku i spychał w wodę. „W tejże pogoni Zarzycki towarzysz z roty Kazanowskiego we zbroi postrzelon, której wiele ufał, i dawał do niej strzelać z półhaka; ale na ten czas, gdy Bóg przysłał cios żywotowi jego, puściła". Na mostku powstał zator, a ciała zabitych żołnierzy tamowały dalszy pościg, dlatego też hetman rozkazał hajdukom, by ci zepchnęli je do wody. Opis masakry, jakiej dokonali Polacy na Niemcach przy grobli lubieszowskiej, autorstwa B. Paprockiego, uzupełniają uwagi M.Bielskiego dotyczące uciekających, którzy „bronie i zbroje z siebie miecąc przez jezioro libiszowskie puszczali się w pław, ale ich wiele tonęło. Dziwna to jest, jako to człowiek ma z przyrodzenia, że woli czasem wpaść w wodę albo w ogień i zginąć, a niż się do rąk drugiego człowieka dostać". [...]
Klęska gdańszczan była całkowita. Przeciwnik poniósł ogromne straty: 4416 zabitych, około 2600 utonęło i padło podczas pościgu. Do niewoli dostało się 1000 jeńców. Według relacji kupca gdańskiego Melchiora Bittnera do miasta powróciło 2000 piechoty i 2000 jazdy. Hans Winckelbruch ocalał dzięki szlachcicowi z Prus - Chocińskiemu, który oddał mu swego konia, płacąc za to życiem. W Gdańsku jednak hetmana o mało nie rozszarpały wdowy, upominając się o poległych mężów. Wszystkie sztandary, 150 wozów, 7 dział większych spiżowych i 30 mniejszych żelaznych, które były godne cekhauzu królewskiego przybyło siłom polskim. Na dowód zwycięstwa Zborowski odesłał królowi zdobyte chorągwie - 5 kompanii knechtów i jedną jazdy. Straty polskie były minimalne wobec strat strony przeciwnej. Na podstawie raportów, które przysłał hetman królowi z relacją całej bitwy, straty wynosiły: poległych Polaków 14, Węgrów 4, hajduków 40, w sumie 58, rannych Polaków 45, Węgrów 5, hajduków 80, razem 130. Padło koni: polskich 31, węgierskich 7, rannych odpowiednio 58 i 7 - w sumie 103 koni. [...]
Bitwa pod Lubieszowem jest jedną z najkrótszych bitew w historii polskich wojen XVI w. Rozpoczęła się o pierwszej godzinie w południe, prawdopodobnie trwała kilkadziesiąt minut, potem walka przerodziła się w rzeź. Według A.Pawińskiego: „Upór gdańszczan złamanym nie został, ale moralnie wzmogły się siły polskie. Po długim lekceważeniu powagi króla i narodu nastąpiło pierwsze zadość uczynienie". Dobrze przemyślany plan Winckelbrucha polegał na czołowym związaniu Polaków pod Rokitkami przy demonstracji na Tczew od Wisły i wykonaniu manewru na skrzydła i tyły doborowymi siłami. Zawiodła jednak synchronizacja jego wojsk. Sprawowane na sposób zachodni dowodzenie było stateczne, przez co inicjatywa przeszła w praktyce w ręce energicznego Zborowskiego, który zaskakiwał niemieckiego wodza niekonwencjonalnymi akcjami..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 65-72