"...Na początku czerwca sytuacja hospodara mołdawskiego znacznie się pogorszyła. Obiecana przez Olbrachta Łaskiego i Konstantego Wasyla Ostrogskiego pomoc z Polski nie nadchodziła. Tymczasem sułtan zgromadził już nad Dunajem 20-30 tysięczną (wg L. Góreckiego 200 tys.) armię wyposażoną w ciężką artylerię i sprzęt oblężniczy. Oblegający zamek tehiński Iwonia posłał wówczas część swego wojska pod dowództwem perkułaba chocimskiego Jeremiego (Hieremiego) Czarnowicza w celu zablokowania przeprawy nieprzyjaciela przez rzekę. Jeremi został jednak potajemnie przekupiony przez hospodara wołoskiego i nie stawiając żadnego oporu Turkom wycofał się z powrotem w głąb Mołdawii, po czym dołączył do głównych sił mołdawskich. Po przekroczeniu Dunaju pod Galati (Gałacz) armia turecka rozłożyła się obozem na północ od Jeziora Kaguł (Kahul, Kagul), a Iwonia porzucił oblężenie Tehinii i ze wszystkimi siłami ruszył na południowy zachód. Znad Kogilnika (Kohylnika) wysłał dla rozpoznania sił tureckich pierwsze podjazdy, ale nie dostarczyły one pewnych informacji. Dnia 9 czerwca armia mołdawska rozłożyła się obozem w odległości około 22 km od pozycji tureckich (zapewne pod Bełhradem nad Jeziorem Jałpuch). Jednocześnie doszło do starcia kilkutysięcznych oddziałów strażniczych obu stron. Wprawdzie rozpoznanie kozackie donosiło o znacznej liczebności armii tureckiej, to jednak Iwonia, który dokonał osobistego rekonesansu, nie był przekonany o przewadze nieprzyjaciela. Wbrew opinii Świerczowskiego rozdzielił swe wojsko na 30 oddziałów - osobno jazdy i piechoty - i każdemu z nich przydzielił po dwa działa.
Bitwa rozegrała się przypuszczalnie w ograniczonej wzgórzami dolinie małej rzeczki wpływającej od północy do Jeziora Kaguł, na zachód od obecnej miejscowości Vulcănești (Vulkănești). Pierwszy miał ruszyć do ataku zdradziecki Jeremi Czarnawicz z częścią jazdy, ale zbliżając się do nieprzyjaciela polecił swym podwładnym skapitulować. Turcy zawrócili wówczas jeźdźców mołdawskich i gnając ich przed sobą natarli na pozostałe wojsko Iwoni. Przerażeni zdradą Mołdawianie zaczęli się cofać, ale wzburzony hospodar nie tracąc jednak zimnej krwi rozkazał ostrzeliwać Turków i pędzonych przez nich jeźdźców z dział. Zdrajcy zginęli, a część oddziałów mołdawskich poczęła oskrzydlać przeciwnika z jednej strony, a z drugiej Kozacy „swoim obyczajem wypadłszy z boków (...) strzelbą ich [tzn. Turków] tak barzo parzyli, że je zamieszali (..)". Turcy zastosowali wówczas manewr pozornego odwrotu, by naprowadzić przeciwnika pod ogień ukrytych własnych dział. Dzięki ostrożności Kozaków i Mołdawian podstęp się nie udał, po czym zwycięski Iwonia ściągnął większość wojska do obozu dla odpoczynku i uzupełnienia broni.
Po chwilowym osłabieniu zacięty bój rozgorzał na nowo. „Padali z koni tureccy i wołoscy mężowie; ludzie siłę, a żelazo hart swój traciło. Pył i proch armatni kłębami zaćmił słońce, głos ludzki nie mógł być słyszanym w ciżbie, człek człeka nie mógł widzieć, a puszkarze nie wiedzieli, w którą stronę kierować wystrzały" - pisał L. Górecki. Na dodatek rozpętała się gwałtowna burza, a ulewny deszcz zlał proch i działa, które były bardzo pomocne przy osłanianiu cofających się niekiedy szyków mołdawskich. Kolejne rzuty tureckie wzmocnione Tatarami, a bezpieczne teraz wobec przerwanego ognia artyleryjskiego przeciwnika, ponowiły natarcie w centrum i ze skrzydeł. Jazda mołdawska nie wytrzymała tego naporu i rzuciła się do ucieczki. Na placu boju pozostało kilka tysięcy piechoty mołdawskiej i 250 spieszonych Kozaków. Iwonia nakazał odwrót i odciągnięcie dział, ale zwiększające się z każdą chwilą niebezpieczeństwo uniemożliwiło ratowanie artylerii. Działa porzucono po uprzednim ich uszkodzeniu, by wróg nie mógł ich użyć. Mołdawianie, wolno przemieszczając się „dla stosów trupów, które leżały niepogrzebione na drodze", nocnym i później całodziennym marszem zajęli nową pozycję, odległą przeszło 7 km na północ od pola bitwy, przy zgliszczach spalonej wsi. Tam szybko się okopano, ale brak w tym miejscu wody wykluczał dłuższy opór. Turcy w pościgu dotarli do resztek wojska mołdawskiego przed wieczorem 10 czerwca i ze wszystkich stron otoczywszy je, przeczekali noc, po czym rankiem otworzyli ogień ze wszystkich swoich dział. Był on jednak bezskuteczny, gdyż jak się okazało Mołdawianie trzy dni się dzielnie bronili zza dobrze usypanych i wysokich szańców, a nawet urządzali wypady na nieprzyjacielskie stanowiska. W tej sytuacji wódz turecki rozpoczął rokowania z Iwonią, który skapitulował pod warunkiem swobodnego odejścia Kozaków i przekazania go żywego sułtanowi. Dnia 11 czerwca hospodar poszedł bez broni do obozu tureckiego, „wziąwszy z sobą Osmólskiego Polaka", ale basza turecki obrażony słowami jeńca „szable dobywszy pchnął go w brzuch i przez gębę ciął, a janczarowie głowę mu w tem utną, którą wnet na kopię wdziali (...)". Wychodzących z obozu Mołdawian i Kozaków, nic nie wiedzących o losie Iwonii, zaatakowali Turcy i prawie wszystkich wymordowali. Nieliczni cofnęli się do obozu i tam stawiali do końca opór. „Polscy harcerze (...) wpadłszy na większe siły, bohatersko walczyli, a niektórzy śmiertelnie ranieni, rżnąc się jeszcze przez środek obozu, przecież od ostatnich wysileń niepomarli (...)". Wszyscy, z wyjątkiem 12 Polaków zginęli. Ocaleni, wśród których był Świerczowski, Kozłowski, Janczyk i Sokołowski, zostali później wykupieni z niewoli tureckiej. Nowym hospodarem mołdawskim został Piotr V Kulawy..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom II. Lata 1548–1575" s. 290-292