"...Po tygodniu przeprawiono się przez Wołgę rozpoczynając oblężenie Kazania. Obecność cara okazała się zbawienna dla Rosjan. Nie dopuszczał myśli wycofania się spod twierdzy bez osiągnięcia zamierzonego celu. Nie zwracał też uwagi na przeciwności losu, które w innym wypadku byłyby uznane za niepomyślne wróżby. Gdy gwałtowna burza zwaliła namioty i zatopiła część łodzi, rozkazał naprawić uszkodzenia i podciągnąć posiłki. Nie tylko osobiście dopilnował odpowiedniej dyslokacji wojsk, ale również nieustannie, dniem i nocą sprawdzał stan przygotowań do generalnego szturmu. Nie pozwalał na samowolne wypady przeciw nieprzyjacielowi nie chcąc doprowadzić do przedwczesnego osłabienia armii.
Siły oblegających pięciokrotnie przewyższały liczbę obrońców, mimo to car nie ryzykował natychmiastowego ataku. Przygotowywano wieże oblężnicze, budowano nasypy tak, że wkrótce Kazań otoczono drugim wałem, z którego artyleria rosyjska kartaczowała oblężonych i wzniecała pożary w mieście. Próby udzielenia pomocy z zewnątrz zostały udaremnione przez wojska moskiewskie.
Rozbijany, palony i systematycznie niszczony Kazań bronił się jednak z bezprzykładnym bohaterstwem. Nie pomogła carowi nawet publiczna egzekucja kilkuset jeńców tatarskich, którą urządził na oczach obrońców.
4 września wysadzono w powietrze podziemny korytarz, którym dostarczano wodę do miasta. Od tej chwili obrońcom pozostawał już tylko niewielki, zanieczyszczony i cuchnący strumień. Pod koniec miesiąca wysadzono w powietrze mury oporowe. Wieże oblężnicze podtoczono pod kilka bram twierdzy. Car osobiście zagrzewał wojsko do walki. Podpalono umocnienia. 1 października artyleria rosyjska strzelając ogniem bezpośrednim rozbiła mury Kazania. Szturm wyznaczono na dzień następny.
Propozycja kapitulacji została odrzucona. Iwan usłyszał: „Nie poddamy się! Na murach Ruś, na wieżach Ruś. To nic! Zbudujemy nowy mur i albo umrzemy, albo uda nam się obronić".
Postępowanie cara w dniu rozstrzygającego starcia było co najmniej dziwne. Wojsko walczyło od wczesnych godzin rannych; car w tym czasie słuchał mszy. Do namiotu, w którym odprawiano nabożeństwo, dochodził huk wystrzałów, wybuch ładunków minerskich, przybiegali bojarzy prosząc, by monarcha ukazał się oblegającym i dodał im zapału. Car nie ruszał się z miejsca. Wsiadł na konia dopiero w chwili, gdy Rosjanie wdarli się do miasta i, praktycznie rzecz biorąc, wynik walki został już przesądzony.
Możliwa jest dwojaka interpretacja opisywanego wydarzenia.
Najprościej byłoby stwierdzić, że car stchórzył w obliczu rzeczywistego niebezpieczeństwa. Ale nie zawodził przecież w chwilach starć z opozycją wewnętrzną, co wymagało wcale nie mniejszej odwagi niż bój pod murami Kazania!
Bardziej prawdopodobna wydaje się wersja, że Iwan IV demonstrował pobożność po to, by nie pozbawiać się ostatniego ze swych oddziałów odwodowych i rzucić go do walki albo w chwili koniecznej potrzeby, albo też w momencie, gdy nie będzie groziła żadna nieprzewidziana zmiana sytuacji. Jak się okazało, oddziały rezerwowe dowodzone przez monarchę wkroczyły do boju we właściwym czasie, część bowiem wojsk znajdujących się w mieście zajęła się grabieżą domów zapominając o przeciwniku, który wciąż jeszcze stawiał zaciekły opór. Po spaleniu meczetu i zabiciu mułły część wojsk tatarskich usiłowała ratować się ucieczką przez rzekę, jednak Rosjanie rozbili je doszczętnie.
Przy życiu pozostali tylko nieliczni mieszkańcy Kazania. Jeszcze przed rozpoczęciem szturmu Iwan IV wydał rozkaz zabijania wszystkich, których napotka się z bronią w ręku. Poza kobietami i dziećmi nie brano jeńców, a w żarze bitewnym poniosło śmierć także wiele z nich.
Car postępował tak, jak chanowie tatarscy. Mieszkańców Kazania, którzy przeżyli oblężenie i walki w mieście, podarował swym żołnierzom; sam zabrał tylko ostatniego chana kazańskiego Jedigera, armaty i sztandary. Daninę z terenów podporządkowanych dotychczas Tatarom utrzymał w niezmienionej wysokości. W mieście oczyszczonym z trupów w ciągu kilku dni wystawiono cerkiew. Mianowano namiestników. 11 października 1552 car ruszył w drogę powrotną..."
Fragment książki: Władysław A. Serczyk "Iwan IV Groźny" str. 113-115