"...Jak wspominaliśmy, brak możliwości skutecznego szkodzenia głównym umocnieniom Gdańska spowodował, że powrócono do koncepcji zaatakowania Wisłoujścia. Gdańszczanie jednak, przewidując taki obrót sprawy, zadbali o dodatkowe zabezpieczenia. W tym celu naprawili uszkodzone mury, powiększyli załogę, usypali nowe szańce i wzmocnili stan uzbrojenia, przesyłając prochy, pociski i kilka ciężkich dział. Dzięki zachowanym dwóm odręcznym rysunkom wykonanym współcześnie, które stanowią cenne uzupełnienie relacji pisanych, mamy w miarę dokładny obraz stanu warowni, o którą kolejny raz zamierzały się pokusić wojska królewskie. Przygotowania czyniła także strona Polska. W celu zdobycia Latarni naprawiono dawne umocnienia z poprzednich walk, usypano nowe szańce i rozpoczęto ostrzał z ciężkich dział oblężniczych..."
Fragment książki: Karol Olejnik "Stefan Batory" s. 127
"...Głównym obszarem działań były jednak nie przedpola Gdańska, lecz Wisłoujście. Od 11 sierpnia armaty ustawione na szańcach biły w wieże i mury Latarni. W ciągu 10 dni oddać miano na twierdzę 9875 wystrzałów, a więc dziennie każde z 18 dział strzelić musiało aż 55 razy. Bombardowanie było skuteczne, a więc użyto dział dużego kalibru: falkonów, feldszlang, serpentyn, falkonetów. Wiadomo też, że strzelano z dział ognistych kulami kamiennymi lub bombami zapalającymi o średnicy około 2,4 cm. Wznieciły one pożar w drewnianych umocnieniach otaczających Latarnię, a zwłaszcza w palisadzie ciągnącej się za wzmocnionym kamieniami brzegu wiślanym. Szerzący się 21 i 22 sierpnia ogień stopił nawet jedno z dział gdańskich. Najważniejszym skutkiem ostrzału artyleryjskiego było jednak zburzenie wieży Latarni. Obrońcy musieli zejść do wieńca, też już znacznie uszkodzonego, gdyż od strony zachodniej powstała wyrwa sięgająca wysokości ściany. Dn. 23 sierpnia nadeszła odpowiednia chwila do przeprowadzenia szturmu.
Największym problemem była przeprawa piechoty przez Wisłę. Wiadomo, że ściągnięte przez Weihera okręty kaperskie pięć razy pomyślnie przybijały do wydm między ujściem Leniwki a morzem i twierdzą. Przewieziono w ten sposób około 1000 piechurów węgierskich, polskich i niemieckich. Okrętów było dziewięć, a więc każdy z nich desantował za jednym rejsem 20-25 żołnierzy. Nie mogły więc to być baty, duże łodzie wiosłowe przystosowane do wysadzania małych desantów, bo nimi można było przewieść tylko do 12 ludzi. Najprawdopodobniej Weiher dysponował szkutami wiosłowo-żaglowymi o dwukrotnie większej pojemności, 16-osobowej załodze i uzbrojeniu składającym się z 5-6 działek. Za szóstym desantem nieprzyjaciel zorientował się w niebezpieczeństwie i wszczął alarm. Ku ujściu Wisły ruszyły późnym popołudniem z obozu gdańskiego kompanie szkockie i francuskie, nadciągnęła też rota mieszczańska wysyłana kolejno codziennie z miasta do pomocy przy pracach fortyfikacyjnych. Wreszcie nadpłynęły okręty duńskie, które z cięższych dział otworzyły ogień do żołnierzy weiherowych. Wzięci w dwa ognie piechurzy zostali praktycznie odcięci, gdyż flota duńska dowodzona przez Muncka i składająca się z 11 większych okrętów bez trudu odpędzała, ścigała i zatapiała szkuty kaperskie. Stłoczeni na wąskim skrawku nadbrzeża żołnierze ponosili straty od ognia artyleryjskiego i ręcznej broni palnej sięgające 300-400 zabitych. Jak zapisano w źródłach „sami nie mogli należycie bronią władać w ciasnocie na wąskim skrawku ziemi, - wydzierali z niej kamienie, żeby się zasłonić barykadą; niektórzy spadali, inni skakali z rozpaczy do morza". Na lewy brzeg Wisły przybył sam król przyprowadzając wsparcie w postaci 800 żołnierzy. Były to ostatnie już roty piechoty zaciężnej (500 drabów dowodzonych przez Żbikowskiego) oraz spieszona jazda prywatna i ochotnicza (300 zbrojnych Mikołaja Mieleckiego, Andrzeja Zborowskiego i Jana Płazy). Przy zapadającym zmroku przeciągnięto z jednego brzegu na drugi linę, do której przymocowano złączone ze sobą łodzie i tratwy. Po tej zaimprowizowanej przeprawie przerzucono posiłki, które wchodząc na równinę prawobrzeżną na północ od Latarni odciążyły piechotę Weihera. Przed świtem 24 sierpnia dostało się jeszcze na prawy brzeg rzeki 200 piechurów mazowieckich prymasa i około 50 spieszonych jeźdźców litewskich Ościka. W ten sposób siły polskie na przyczółku wiślanym między twierdzą a morzem wzrosły do blisko 2 000 ludzi i kilku lekkich dział.
Rankiem 24 sierpnia od nowa rozgorzała krwawa walka. Przypuszczalnie natarcie piechoty zaciężnej Weihera (900 ludzi) rozwijało się na lewym skrzydle w kierunku obozu gdańskiego. Na prawym zaś skrzydle atakowała prywatna piechota i spieszona jazda (1100), która zbliżyła się do Latarni „na rzut kamienia". Dowodzący tu zapewne Żbikowski opanował nawet jeden wschodni szaniec, a komendant Latarni pułkownik Georg von Schweinitz oraz kapitan Farensberg zostali ranni. Gdańszczanie przez cały jednak czas zasilali swych walczących posiłkami z miasta. Szturmując pod ogniem kilku dział i co najmniej setki arkebuzów, słabo wyszkolona i zaimprowizowana spośród jeźdźców piechota prywatna mimo zbliżonej liczebności nie była w stanie przełamać obrony pikinierów. J.Bielski zapisał w swej kronice, że gdańszczanie zdobyli dwie polskie chorągwie: „jednej Ościkowej, a drugiej arcybiskupiej, pierzchnęli bowiem nowotni Mazurowie i Ościkowi piechurowie, który tegoż dnia przyszli". Źródła niemieckie wspomniały też o kilku działach porzuconych przez Polaków w czasie odwrotu. Nie powiodło się też piechurom Weihera. Szkoci dowodzeni przez pułkownika Wiliama Stuarta i strzelcy gaskońscy Jana Garona (około 1200 żołnierzy) zostali wsparci przez 3 kompanie mieszczańskie przyprowadzone przez wielkiego przegranego spod Lubieszowa „najwyższego hetmana" Hansa Winckelbrucha (600), tak więc siły nieprzyjacielskiej piechoty wzrosły do około 1800 ludzi, czyli były w tym miejscu dwukrotnie liczniejsze od polskich. Natarły one na przyczółek rozpaczliwie broniony przez hajduków węgierskich, polskich drabów i Niemców w służbie królewskiej. W starciu zginął trafiony kulą między oczy sam Winckelbruch, a dowództwo po nim objął Duńczyk Hans Farensbeck. Szkoci i Francuzi ogniem trzymali przeciwnika na odległość, a dysponując lepszą bronią palną i sprawniej stosując kontrmarsz, wyparli piechotę królewską z powrotem do przeprawy. Batory obserwujący walkę z przeciwnego brzegu nie mógł wesprzeć jazdą cofających się, ponieważ budowa mostu nie była skończona, a przedostające się po łodziach posiłki mogły tylko spiętrzyć tłok na wąskiej przeprawie i zwiększyć liczbę ofiar. W rezultacie udało się wycofać z prawego brzegu większość żołnierzy, przyczółek utrzymano, o godzinie 17-ej strzały ucichły, ale straty były ogromne. Zginęło 500 ludzi, zwłaszcza w piechocie Weihera.
W ciągu następnych trzech dni ukończono pod osłoną roty pieszej rozmieszczonej na szańcach budowę mostu pontonowego, układając z desek droźnię na belkach zamocowanych na łodziach. Miała ona szerokość trzech ludzi obok siebie maszerujących. Dnia 28 sierpnia przeszło po nim 8 rot (około 1600 żołnierzy). Były to oddziały zdziesiątkowanej piechoty zaciężnej, nadwornej i prywatnej (około 900 ludzi) oraz częściowo spieszona jazda (700 zaciężnych). Ponowiono szturm na Latarnię, ale bez powodzenia. Przypuszczalnie w walkach z lancknechtami pod Latarnią brały również udział nadworne chorągwie husarskie, ale nie mogły się wykazać swymi bojowymi walorami ze względu na ciasny teren pocięty rowami, szańcami i palisadą. Wskazuje na to opisany przez B. Paprockiego wyczyn dworzanina królewskiego Marka Sobieskiego, dziada króla Jana III, który - jeśli wierzyć heraldykowi - „pode Gdańskiem tym sposobem z Niemcy wiele a mężnie czyniąc rozgromił ich; wpadł mu jeden w przekopę, którego sięgał szablą, chcąc go dokonać, ale go nie mógł z konia dosiądź, Niemiec go wtem on szpadą ciął w nogę, tak aż do pół stopy przez ostrogę przeciął. Drugi potem Niemiec z tyłu przypadłszy, uderzył go rusznicą w głowę, aż przykląkł. Wtem przypadli Polacy, Niemce odgromili, onego odratowali. A gdy nie mógł rowu przeskoczyć, objeżdżał nad Wisłą do miejsca lepszego, wtem się z nim brzeg urwał, począł tonąć, koń pływać nie umiał, sam tak we zbroi jako był w potrzebie Wisłę przepłynął. A gdy pod brzeg przykry trafił, nie mógł także wynidż, zaledwie był ratowan, gdy mu dodano drzewa albo kopii". Kolejne dni zeszły na obustronnych walkach, w czasie których gdańszczanie ponawiali zaciekłe ataki, których celem było zniszczenie mostu.
Pierwsza próba spalenia mostu płonącą szkutą, wypełnioną drewnem i słomą, nie powiodła się, strzelcy polscy rozstawieni na brzegu nie pozwolili jej zbliżyć się do Wisłoujścia (29 sierpnia). Zadanie to zobowiązał się wykonać innym sposobem Holender Dirk Hendrich, żądając 200 talarów Magistrat przyjął propozycję, dał mu 20 strzelców, kilka małych dział i 50 łasztów ładunku. 1 września ochotnicy mieszczańscy zdołali dotrzeć na ciężkich szkutach do mostu, porąbać tratwy, liny, a most puścić z biegiem Wisły, odcinając 600 doborowych żołnierzy królewskich z zaciężnych rot piechoty. Oddziały stacjonujące na prawym brzegu złożyły wówczas broń, poddając się gdańszczanom; przywitano ich ogniem tak, że ocalało jakoby tylko trzydziestu ludzi. Była to dotkliwa strata, ale dotkliwszą było załamanie się królewskiego planu. Stopień wyniszczenia piechoty królewskiej był tak duży, że Batory zdecydował się na zaniechanie prób zdobycia Latarni. Straty wynosiły około 1250 zabitych, a więc blisko 2/3 stanu piechoty sprzed miesiąca..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 87-92