"...Klasztor w Pieczarach pod wezwaniem Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, tzw. Ławra Peczerska, był ważnym miejscem kultu religii prawosławnej, słynącym w całej ziemi pskowskiej. Ks. Piotrowski porównał go nawet do polskiej Częstochowy. Składał się z dość obszernego kompleksu świątyń i budynków gospodarczych leżących przy trakcie do Inflant, 20 km na północ od Izborska. W 1565 r. otoczono go kamiennym murem (obwód 726 m) wzmocnionym 10 basztami o 2-3 kondygnacjach.
Ta niewielka, ale silnie ufortyfikowana twierdza, posiadała załogę wojskową złożoną z ok. 200-300 strzelców, wspartych przez okoliczną ludność i dawała się mocno we znaki królewskim oddziałom zaopatrzeniowym oraz kupcom z Rygi, usiłującym dotrzeć pod Psków. Napadała także na powracających spod Pskowa, czego doświadczył ochotnik ze Śląska Hans von Reder, który stracił wozy skarbowe z cennym złotym łańcuchem — prezentem od Batorego. W takiej sytuacji król zaczął zastanawiać się nad możliwością opanowania Ławry Peczerskiej. Korzyścią miało być nie tylko zabezpieczenie dostaw żywności z okolic klasztoru, ale także uzyskanie jakiegoś znaczniejszego sukcesu taktycznego, mogącego wywrzeć wrażenie na carskim dworze.
28 października pod Ławrę Peczerska ruszył Jerzy Farensbach na czele 600 jazdy niemieckiej i polskiej. Następnego dnia królewska konnica zaskoczyła pod klasztorem niewielkie zgrupowanie kawalerii moskiewskiej, rozbijając go doszczętnie (podobno naliczono 80 zabitych). Pochwyceni pod Ławrą jeńcy opowiadali o nagromadzonych tam skarbach, zapasach żywności i amunicji. Po oględzinach umocnień klasztornych Farensbach doszedł do wniosku, że można je opanować przy użyciu stosunkowo niewielkich sił i środków. Z obozu królewskiego posłano 3 armaty i 1000 piechoty niemieckiej, która rozpoczęła regularne oblężenie. Wkrótce wzniesiono szańce i 5 listopada Farensbach kazał otworzyć ogień artyleryjski do murów i baszt klasztornych.
7 listopada zdruzgotano jedną z baszt oraz wybito wyłom w murze. Piechurzy natychmiast przypuścili szturm, wdrapując się po gruzach do wyłomu. Doszło do zażartej walki z obrońcami, którzy zagrodzili dostęp na dziedziniec. Wśród wystrzałów i gradu kamieni poszły w ruch szable, piki i berdysze. Z powodu zbyt wąskiego wyłomu, cała masa żołnierzy niemieckich nie mogła wziąć udziału w walce. Ci, którzy szli jako pierwsi, zmagali się z obrońcami, a jednocześnie byli napierani z tyłu przez swych towarzyszy. Widząc co się dzieje, grupa żołnierzy przystawiła drabiny do zrujnowanej baszty, mając nadzieję, że dostanie się z niej na dziedziniec. Kiedy zaczęli schodzić na niższe piętra, załamały się nagle schody i poturbowani oraz pozbawieni wsparcia śmiałkowie dostali się do niewoli. Znalazł się wśród nich młody Wilhelm Kettler, synowiec księcia Kurlandii oraz Kasper i Reinhold Tyzenhauzowie. Pierwszy z nich zdołał po kilu dniach uciec do swoich.
Niestety, po pierwszym szturmie musiano na jakiś czas przerwać ostrzał umocnień klasztornych, bowiem zabrakło prochu. Przy oblężeniu Ławry Peczerskiej powtórzyły się więc wszystkie mankamenty znane z walk pod Pskowem. Obrońcy zyskali czas na zatarasowanie wyłomu i kiedy 10 listopada przywieziono z obozu królewskiego amunicję oraz kilka nowych dział, musiano zaczynać wszystko od początku. Wraz z amunicją i armatami przybyło wsparcie w postaci kilkuset Węgrów Jana Bornemiszy. Ci zaś w ciągu pięciu dni wybili drugi wyłom i podszańcowali się pod mury, po czym przypuścili kolejny szturm. „Tomasz Solandy, zebrawszy garść ciurów i polskich kozaków, zaczął się wdzierać po drabinkach na wieżę w stronie wprost przeciwnej leżącą [tj. z innej niż szańce — D. K.], ażeby przez to uwagę nieprzyjaciela rozerwać, został jednak odparty. Następnie Niemcy przez swój wyłom przypuścili ponownie szturm, ale znalazłszy silny opór załogi, która się tymczasem cała zbiegła, musieli również ustąpić. Po nich Węgrzy, czekając aż Niemcy się cofnęli, z takimż skutkiem poszli do szturmu".
18 listopada musiano posyłać pod Ławrę Peczerską następną partię prochu. Kolejne szturmy, powtarzane do grudnia, nie przynosiły jednak efektu. Załoga, wspierana przez mnichów i zgromadzoną w klasztorze ludność, odpierała wszystkie ataki. Atakujący przypisywali niepowodzenia czarom mnichów, obrońcy cudom Bogarodzicy, ale prawda była taka, że z powodu braku amunicji wybito zbyt małe szczeliny w murze. Ostatecznie, gdy 6 grudnia piechota niemiecka została zwolniona ze służby, po czym odeszła do Rygi (po żołd), zwinięto oblężenie i ograniczono się do blokady klasztoru przy użyciu kilkuset pieszych Węgrów. Pod koniec roku wsparła ich setka Szkotów przybyłych z Rygi..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 187-189