"...Malta. 20 maja 1565 r. Kiedy osmańska armada pojawiła się na wodach maltańskich, zakon i wyspa nie były jeszcze w pełni przygotowane do oblężenia. Większość inwestycji obronnych była wprawdzie już wykonana, zgromadzono również podstawowe zapasy żywności i amunicji. Zwlekano jednak z dokończeniem budowy planowanych fortyfikacji. Szybkość, z jaką flota osmańska pojawiła się u brzegów Malty, zaskoczyła wielkiego mistrza i hiszpańskiego wicekróla Sycylii.
Z osmańskich okrętów w Zatoce Marsa zeszło prawdopodobnie 28,5 tys. osmańskich żołnierzy, a wśród nich m.in. 6 tys. janczarów, 9 tys. spahisów, 4 tys. fanatyków religijnych, tzw. „layalarsów”, 7 tys. piechoty, lekkiej jazdy i artylerzystów, a wkrótce przybyło kilkanaście tysięcy korsarzy pod wodzą Draguta. Na okrętach Piali Paszy pozostało kilka tysięcy marynarzy. Zwraca uwagę widoczna dysproporcja pomiędzy jazdą a piechotą. Czyżby Mustafa Pasza liczył najpierw na stoczenie walnej bitwy z joannitami?
Z późniejszymi posiłkami z Aleksandrii i z Algierii w kampanii maltańskiej brało udział co najmniej 48 tys. muzułmanów.
Przeciwko osmańskim wojskom inwazyjnym wielki mistrz Jean Parisot de La Valette zgromadził 8,5 tysiąca obrońców. Znajdowało się wśród nich 592 kawalerów zakonnych, ale między nimi były także osoby chore i w podeszłym wieku. Miał również do dyspozycji 1230 doświadczonych w wojnach najemnych żołnierzy hiszpańskich. Wspierało joannitów i żołnierzy 5830 rdzennych Maltańczyków, czyli praktycznie wszyscy dorośli mężczyźni na wyspie, tworzący tradycyjne pospolite ruszenie zwane „Dejma”, od maltańskiego słowa „dejjem” — zawsze, a w tym znaczeniu — zawsze gotowi. Byli to ludzie przyuczeni wprawdzie do posługiwania się bronią, ale trudno o nich mówić jako o regularnym wojsku, raczej stanowili pospolite ruszenie. Przy najwyższej nawet ocenie ich kwalifikacji wojskowych pod każdym względem ustępowali którejkolwiek z formacji wojsk sułtańskich. Ponadto obrońców wyspy wspierało 500 marynarzy zdjętych z zakonnych okrętów, grupa kilkuset ochotników włoskich oraz gości zakonu z całej Europy, a także młodzi potomkowie Greków z Rodos, którzy przybyli wraz z zakonem na Maltę oraz licząca ok. 600 osób grupa niewolników z galer, obdarowanych wolnością w zamian za czynne i wierne uczestnictwo w walkach.
Wprawdzie na galerach zakonnych było jeszcze ponad 700 marynarzy, ale wszystkie jednostki pływające, w obawie przed rozgromieniem ich przez tak liczną osmańską flotę, wyprowadzono wcześniej z portów na wyspie, zdejmując tylko z nich większość armat, które ustawiono na murach. Okręty zaś odpłynęły na północ, na Gozo i na Sycylię. Na miejscu pozostał jedynie z kilkoma galerami dowódca całej maltańskiej floty, wielki admirał zakonu — Pietro dal Monte.
Wielki mistrz de La Valette nie zamierzał stoczyć z najeźdźcami jakiejś jednej walnej bitwy gdzieś na plażach czy polach Malty. W takim starciu nie miałby najmniejszych szans z zaprawioną w licznych bojach lądowych armią osmańską. Dlatego wszystkie jego wojska zgromadzone były w trzech fortach: San Elmo, San Michel i San Angel, w stosunkowo dobrze ufortyfikowanych miastach — Birgu i Senglea (dawna Ilsola) oraz w najsłabiej ufortyfikowanej, Mdinie. Niewielki, niemal symboliczny garnizon wojskowy pozostawił też na wyspie Gozo.
Główną ideą obrony było związanie sił osmańskich na tak długi czas, jaki byłby wystarczający dla przybycia odsieczy, obiecanej wielkiemu mistrzowi przez wicekróla Sycylii, wielkiego admirała floty hiszpańskiej, don Garcię de Toledo. Liczono zresztą, że odsiecz ta przybędzie bardzo szybko, w ciągu najbliższych kilku tygodni. Na wszelki jednak wypadek zgromadzono za murami miast i fortów sześciomiesięczne zapasy żywności, amunicji i wszelkiego wyposażenia
Najsilniejszymi umocnieniami na wyspie dysponował fort San Elmo. Zbudowany został na litej skale i odgrywał kluczową rolę w systemie obronnym wyspy. Położony na wysuniętym cyplu półwyspu Sceberras, był oddzielony od wzgórz półwyspu płaską przestrzenią znajdującą się pod ostrzałem dział. Przedpola fortu chroniły potężne umocnienia ziemne. Stanowił zarazem najdalej w morze wysunięty punkt obrony, umożliwiający kontrolowanie wpływania statków do zatoki Wielkiego Portu i bronił w ten sposób miast Birgu i Senglei przed atakiem od strony morza. [...]
Kim był wielki mistrz kawalerów maltańskich? Jean Parisot de La Valette urodził się w 1494 r. Pochodził ze starego, zasłużonego dla Francji rodu, wywodzącego się z Tuluzy i rządzącego rozległymi dobrami w Prowansji. [...] W czasie oblężenia liczył już 71 lat. Był rówieśnikiem Sulejmana Wspaniałego.
Dowódca osmański, Lala Mustafa Pasza, ze swymi głównymi siłami zajął wzgórze nieopodal Birgu. Następnie przeprowadził wojska, przy biciu w bębny, w zwartych szykach, w bezpiecznej odległości wokół murów miasta. Była to demonstracja siły, mająca na celu osłabienie morale obrońców. Jean de La Valette nakazał z murów odpowiedzieć swoim trąbkom. [...]
Przez trzy dni po wyładowaniu armia osmańska, zgodnie z regułą w niej obowiązującą, zajmowała się wyłącznie grabieżą i niszczeniem tego wszystkiego, co jeszcze pozo- stawili uciekający do miast mieszkańcy licznych wiosek. Nie napotykała przy tym żadnego oporu ze strony obrońców wyspy. Kiedy rozgrabiono i spalono już wszystko, co się tylko dało, należało się spodziewać, że teraz szybko wyruszy ona całą swą potęgą w kierunku centrum wyspy, przeciwko najsłabszemu punktowi obrony, jakim była na pewno dawna stolica Malty — Mdina.
Jednak Lala Mustafa Pasza zawrócił swoje wojska zupełnie niespodziewanie w kierunku fortu San Elmo, który z kolei stanowił najmocniejszy, pod względem fortyfikacji i wyposażenia obrońców, punkt obrony Malty. Uznał, że szybkie zajęcie najmocniejszego punktu oporu otworzy mu skutecznie drogę do Birgu, siedziby wielkiego mistrza. Głównodowodzący osmańską inwazją był przy tym absolutnie przekonany, że zdobycie tej jak mniemał niewielkiej twierdzy powinno potrwać trzy dni, a w najgorszym przypadku nie dłużej niż tydzień. Taki spektakularny upadek San Elmo miał być porażającym kawalerów maltańskich dowodem sprawności i potęgi osmańskiej armii. [...]
Odejście Mustafy Paszy spod murów Birgu i skoncentrowanie całej armii pod San Elmo umożliwiło Guillaume de Coupiert, wielkiemu marszałkowi zakonu, dokonanie wypadu ze sporym oddziałem poza mury miasta i rozbicie kilku grup osmańskich maruderów łupiących jeszcze nadal okoliczne miejscowości. Odcięte głowy najeźdźców z triumfem przywiózł w workach do Birgu. Z militarnego punktu widzenia działanie to nie miało najmniejszego wpływu na poprawę skuteczności obrony Malty, niemniej stanowiło dla oblężonych swego rodzaju demonstrację własnej siły. Znakomicie również podnosiło ich morale przed czekającą walką.
Wielki mistrz zabronił jednak wielkiemu marszałkowi kontynuowania, bez wyraźnego rozkazu, podobnych wypadów. W tej pierwszej walce z oddziałami osmańskimi zginęło bowiem dwóch kawalerów oraz kilkudziesięcioosobowa grupa zaciężnych żołnierzy. Uznał, że nie wolno w taki sposób osłabiać sił zakonnych, jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia.
24 maja siły oblężnicze rozpoczęły sypanie szańców wokół fortu i zamku San Elmo, a także bocznych wałów zabezpieczających szturmujących przed ostrzałem z boku, z fortu San Angel. Nie była to łatwa praca. Skalisty teren uniemożliwiał tworzenie naturalnych nasypów. Robiono zatem szalunki z desek, wypełniano je kamieniami, ziemią, słomą, sitowiem, morskimi wodorostami. Ziemię dowoziły okręty Piali Paszy z innych rejonów wyspy. Na takich szańcach ustawiano pospiesznie artylerię, która natychmiast rozpoczynała ostrzał fortu. [...]
Ostrzał artyleryjski trwał kilka dni, nie dając jeszcze widocznych efektów. Co więcej, był na tyle nieskuteczny, że do fortu dotarły, od strony morza, przyprowadzone przez kawalerów Juana de La Cerda i Francois de Marans des Homes-Saint-Martin posiłki z Birgu — 60 zakonnych kawalerów i dwie chorągwie żołnierzy. Na więcej nie pozwalała wielkość fortu. Także zapasy amunicji i żywności były przecież ograniczone pojemnością magazynów i wymagały stale uzupełnień tą samą drogą.
Bierność atakujących okazała się jednak dla nich, w ostatecznym efekcie, działaniem skutecznym. Oto 29 maja dowództwo fortu, kawaler de Broglio i wielki komandor zakonu — Juan de Eguaras, bailiff of Negroponto, ulegli licznym namowom kawalera Francois de Maranas des Homes-Saint-Martin i zgodzili się, by poprowadził on wycieczkę ochotników na stanowiska osmańskie. Był to niestety błąd, dla oblężonych, tragiczny w skutkach. Wycieczka została bowiem szybko odparta, a w kontrataku oblegający, pomimo heroicznych wysiłków obrońców, wtargnęli na tzw. półksiężyc, czyli przeciwskarpę twierdzy.
Podciągnęli na nią szybko swoje armaty i natychmiast rozpoczęli stamtąd ostrzeliwanie oblężonych. Było ono tak skuteczne, że umożliwiło wkrótce kolejny szturm na maltańskie umocnienia w San Elmo. Wykorzystując karygodne zagapienie się, a konkretnie — zaśnięcie maltańskich strażników na murach, muzułmanie ruszyli do nocnego szturmu na zamek. Mimo ogromnych strat poniesionych przez szturmujących, dramatycznych walk wręcz toczących się w jego murach, zamek nie został wprawdzie zdobyty, napastników odparto, ale w rękach wojsk osmańskich pozostał kolejny, bardzo ważny element jego fortyfikacji — przeciwszańcie. Również stamtąd rozpoczęto niezwłocznie ostrzeliwanie murów fortu.
Mahmed Piali Pasza, dowódca floty, dotychczas faktycznie asystujący ze swoimi okrętami wszystkim podejmowanym działaniom lądowym, chciał szczelnie otoczyć całą wyspę swymi galerami, a zwłaszcza kontrolować dwie zatoki — Mellieha i św. Pawła, jedynych miejsc w klifowym wybrzeżu wyspy umożliwiających wysadzenie desantu, blokując w ten sposób wszelkie ewentualne możliwości odsieczy. Musiał jednak od tego zamiaru odstąpić i – choć uczynił to demonstracyjnie niechętnie – podporządkować się decyzjom głównodowodzącego wojsk inwazyjnych. Animozje w łonie najwyższego dowództwa oblegających, niezwykły wprost upór Mustafy Paszy zmierzającego do szybkiego rozstrzygnięcia militarnego, bez względu na cenę życia swoich żołnierzy, spowodowały, że obaj adwersarze tylko czyhali na błędy popełniane przez siebie nawzajem. Można się przy tym domyślać, że nawzajem sobie „pomagali” w popełnianiu tych błędów i nawzajem informowali o tym sułtana.
Owe animozje pomiędzy dowódcami były widoczne dla całej armii. Z jednej strony zięć sułtana (Piali Pasza), opromieniony spektakularnymi sukcesami na morzu, z drugiej jego najwierniejszy, najbardziej oddany dowódca, współtwórca licznych zwycięskich bitew i kampanii lądowych. Każdy doskonale znał swoją wartość. Pozornie tych dwóch ludzi skazanych było na sukces. Tyle tylko że każdy z nich chciał ten sukces osiągnąć samodzielnie, minimalizując przy tym zasługi i znaczenie tego drugiego. Zdecydowanie armia osmańska atakując w 1565 r. Maltę miała o jednego wodza za dużo.
Mustafie Paszy towarzyszyła wprawdzie Rada Wojenna, w której skład wchodzili m.in.: właśnie admirał floty Piali Pasza, namiestnik Tripolisu Dragut Rais, namiestnik Algierii Hassem, dowódca janczarów Janizer Aga, gubernator Rodos Ochali Fartas, regent i gubernator Aleksandrii Perviz Aga, regent Grecji Hay Aya, dowódcy poszczególnych rodzajów wojsk – Ayyadar Aga, Axi Mozat, Sanjaz-Beji, ale rada ta, jak to było w zwyczaju wojsk osmańskich, miała wyłącznie głos doradczy, którego nie musiał uwzględniać naczelny wódz.
Zamyśl Sulejmana, by przeciwko kawalerom maltańskim wysłać dwóch najlepszych swoich dowódców, okazał się błędem rzutującym na przebieg całej kampanii. W efekcie, urażony wyraźnym lekceważeniem głównodowodzącego, Piali Pasza siedział bezczynnie w swoim namiocie w obozie na półwyspie Sceberras, wyraźnie dystansując się od decyzji Mustafy Paszy i przeprowadzając jedynie od czasu do czasu lustrację stanu gotowości swoich okrętów.
Kolejny frontalny szturm na fort San Elmo nastąpił z udziałem doborowych oddziałów janczarów. Nie był to również atak do końca odpowiednio przygotowany. Fosa nie została jeszcze całkowicie zasypana, a przede wszystkim przygotowane wcześniej w obozie drabiny oblężnicze okazały się za krótkie, nie sięgały do pełnej wysokości murów. Atakujących janczarów po prostu zmasakrowano.
Na głowy szturmujących zrzucano z murów pierwowzory tego, co dzisiaj nazywamy „koktajlami Mołotowa”, czyli gliniane naczynia wypełnione czymś będącym ówczesnym napalmem — mieszaniną siarki, smoły, żywicy, terpentyny i azotanu potasowego. Rzucano również w atakujących najnowszy wynalazek oblężonych, którego autorstwo przypisywane jest kawalerowi Ramonowi Fortuniemu, czyli niewielkie płonące obręcze owinięte szmatami nasączonymi saletrą, oliwą i alkoholem, od których zapalały się szybko turbany i bufiaste stroje muzułmanów. Obrońcy wylewali też na głowy i pod nogi szturmujących gorącą smołę. Popychani przez następne oddziały, grzęznąc w rozpalonej smole, muzułmanie wycinani byli w pień przez obrońców San Elmo.
Również wojska osmańskie stosowały swoje bomby zapalające, którymi obrzucano umocnienia i obrońców za pomocą katapult, a ogień móżdzierzy wywoływał pożary wewnątrz twierdzy. Był to najkrwawszy z dotychczas przeprowadzonych ataków na fort i zamek, ale nie przyniósł muzułmanom żadnych konkretnych efektów. Poległo w nim, przy stosunkowo niskich stratach obrońców, prawie dwa tysiące napastników.
Na szczęście dla oblegających do wyspy dopłynęli wreszcie od dawna zapowiadani — stary pirat Dragut Rais, jeden z sułtańskich kapudanów, a wówczas także sułtański namiestnik Trypolisu oraz Kludi Ali, namiestnik Aleksandrii, przyprowadzając łącznie 1500 nowych żołnierzy na 30 zwrotnych i świetnie uzbrojonych galerach. Dragut miał już za sobą poprzedni zwycięski najazd na wyspę sprzed kilkunastu lat oraz wieloletnie doświadczenie w zdobywaniu zamków i miast. Doskonale także wiedział, jak zdobywać twierdze z lądu i z morza.
Odbyła się burzliwa narada, podczas której korsarz bardzo ostro skrytykował dotychczasowe poczynania Mustafy Paszy, zarzucając mu niewłaściwe przygotowanie do szturmu. Po ostrej wymianie zdań, uzyskał od niego wolną rękę do przeprowadzenia „po swojemu” kolejnego szturmu na San Elmo.
Dragut nigdy nie był zwolennikiem nieustannego ponawiania frontalnych, zmasowanych ataków na silne umocnienia. Jak każdy pirat oszczędzał swoich ludzi. Wolał, aby zamiast nich walczyły działa i muszkiety. Tym bardziej że muzułmanie mieli na Malcie znakomitą przecież artylerię. Dlatego rozpoczął od przemieszczenia dotychczasowych stanowisk artyleryjskich. Baterie dział, tzw. śmigownic, ustawił na wzgórzu na południe od zamku San Elmo i na zachodnim przylądku, zwanym od tamtego czasu, po dzień dzisiejszy, Przylądkiem Draguta, na wprost zachodniego boku twierdzy. Tak poprowadzony ostrzał fortu jednocześnie z dwóch stron przyniósł natychmiastowe efekty.
Codziennie 54 armaty, trafnie ustawione przez Draguta na tych nowych stanowiskach, zasypywały San Elmo 7 tysiącami żelaznych i kamiennych kul. Wśród armat było też kilka potężnych dział, odlanych specjalnie na tę kampanię, o niespotykanie dotąd wielkości, mogących strzelać nawet ogromnymi na ówczesne czasy 128-funtowymi kulami. Pod zmasowanym, silnym ogniem mury twierdzy zaczęły pękać i walić się na głowy obrońców. Równolegle korsarz nakazał nieustannie podwyższać dotychczasowy przeciwszańec, aż do stanu, w którym ustawione na nim armaty osmańskie znalazły się powyżej linii murów fortu i mogły już strzelać bezpośrednio do jego wnętrza, do wybieranych celów.
Przygotowując się do przeprowadzenia rozstrzygającego szturmu, Dragut wydał też rozkaz stałego zasypywania suchej fosy wokół murów, aby zniwelować teren do poziomu pozwalającego na skuteczne użycie owych przykrótkich oblężniczych drabin. Sypano do niej zatem nie tylko dowożone statkami z innych rejonów wyspy ziemię i faszynkę, ale wszystko co tylko było można, z obozowymi odpadami włącznie.
Takie poczynania Draguta okazały się bardzo groźne w skutkach dla obrońców twierdzy. Zwłaszcza że w wyniku artyleryjskiego ostrzału zburzone zostało kolejne umocnienie fortu, tzw. cavalier, wolno stojąca wieża, z której prowadzono dotychczas ogień na pozycje muzułmańskie.
Praktycznie żołnierze za murami nie mieli już odtąd żadnej osłony przed muzułmańskim ogniem artyleryjskim. Wszystkich niepokoiła też realna groźba całkowitego zasypania suchej fosy. Pod koniec pierwszej dekady czerwca widoczne już było wyraźnie, że jeśli fort San Elmo nie otrzyma żadnej zewnętrznej pomocy, jego dni będą policzone.
W tej sytuacji dowództwo obrony wysłało do wielkiego mistrza, jako delegata załogi twierdzy, kawalera de Medran z prośbą o pomoc w ewakuacji zagrożonej placówki. Zwołana natychmiast przez Jeana de La Valette „Rada Wielkich Krzyży”. [...] poparła jednogłośnie prośbę obrońców San Elmo o niezwłoczną ewakuację obrońców twierdzy i wysadzenie jej w powietrze, by nie mogła służyć muzułmanom. Wielki mistrz wysłuchał spokojnie głosów swych najbliższych współpracowników i podjął własną decyzję — San Elmo będzie się nadal bronić! [...]
Po kilku następnych dniach celnego ostrzału, w wyniku którego zginęło pod gruzami walących się domów i murów wielu kawalerów zakonnych, a także innych obrońców, z fortu przybył jeszcze jeden wysłannik, młody, nieznany z nazwiska kawaler zakonny. Przywiózł niecodzienny list do wielkiego mistrza. Jego nadawcami było 50 jego rówieśników, młodszych wiekiem kawalerów walczących w San Elmo. Stwierdzali oni w swym liście całkowity bezsens takiej ofiary życia oraz grozili, że jeśli wielki mistrz nie zabierze ich stamtąd, samowolnie podejmą wycieczkę na stanowiska nieprzyjaciela i polegną w samobójczym ataku, zabijając muzułmanów, ale nie zginą biernie, jak szczury, od kul armatnich czy walących się murów. Był to, w tamtych czasach, już prawie jawny bunt w szeregach, który należało natychmiast zdusić w zarodku.
Z Birgu natychmiast udało się do San Elmo trzech zakonnych komisarzy, by na własne oczy ocenić realną szansę dalszej obrony fortu. Po powrocie dwaj z nich stwierdzili, że zamek i stan resztek umocnień nie dają najmniejszych nawet możliwości obronienia się przed muzułmanami. Zdobycie San Elmo było, ich zdaniem, kwestią najbliższych już dni.
Trzeci z komisarzy, którego nazwisko zachowało się w dokumentach zakonu, włoski kawaler Constantino Cestriota, był jednak zupełnie odmiennego zdania. Stwierdził mianowicie, że umocnienia nie są w stanie aż tak rozpaczliwym, jak napisano w liście i jeśli tylko wielki mistrz wyśle wraz z nim silny oddział żołnierzy, gotów jest natychmiast powrócić i długo jeszcze bronić San Elmo. Niektórzy z ówczesnych kronikarzy utrzymywali, że kawaler Cestriot był bardzo starannie poinstruowany przez wielkiego mistrza o tym, co ma w San Elmo zobaczyć i co ma później mówić.
Kawaler Cestriot na San Elmo już nie powrócił. Przeżył całe oblężenie. Wyprawiono za to na drugą stronę przystani gońca-pływaka z pismem do 50 młodych kawalerów. Wielki mistrz napisał w nim z brutalną otwartością: „Kiedy wstępowaliśmy do zakonu, przysięgaliśmy poświęcić nasze życie, zawsze, kiedy i gdzie zajdzie taka potrzeba” i dalej — „Wracajcie do Birgu, gdzie będziecie bezpiecznie. Muszę być pewny, że fortu San Elmo bronią żołnierze rzeczywiście godni zaufania”.
Wobec takiego postawienia sprawy, ewakuacja do Birgu byłaby wielką plamą na honorze każdego kawalera, możliwa „do zmycia” jedynie własną krwią. Odesłali więc pływaka z kolejną prośbą, by Jean de La Valette pozwolił im pozostać i zginąć w San Elmo, na którą wielki mistrz natychmiast przystał. List młodych kawalerów nie pozostał do końca bez echa. Z Birgu, natychmiast po powrocie komisarzy, wysłano do San Elmo dodatkowe zapasy żywności i amunicji oraz materiały niezbędne do naprawy nadwątlonych ostrzałem umocnień i murów. [..]
Wobec słabnącej obrony i zmniejszającego się ostrzału z fortu, wreszcie do akcji mógł wkroczyć ze swoją bezczynnie dotychczas zachowującą się flotą kapudan Piali Pasza. Okręty osmańskie opłynęły wyspę i ustawiły się przy ujściu Wielkiego Portu. Zaczęły stamtąd, z trzeciej już strony, ostrzeliwać San Elmo.
Aż do połowy czerwca obrońcy San Elmo utrzymywali regularną łączność z Birgu, skąd nocami, drogą wodną, dostarczano do twierdzy nowych żołnierzy i niezbędne zaopatrzenie oraz wywożono najciężej rannych. Zastanawiające jest, dlaczego tak długo muzułmanie zezwalali na te transporty i nawet nie próbowali przerwać stałej komunikacji Birgu z San Elmo?
Dopiero dzięki pomysłom i szybkim działaniom Draguta przystąpiono do skutecznego likwidowania trasy tych nocnych przerzutów. Rozpoczęto bowiem, zgodnie z sugestią doświadczonego pirata, umacniać i podwyższać dotychczasowe artyleryjskie stanowiska osmańskie na brzegu zatoki tak, aby można było równocześnie ostrzeliwać z nich zarówno zamek jak i zatokę. Prace te odbywały się bez przerwy, choć pod silnym ogniem dział z San Elmo, co powodowało kolejne, znaczne straty w ludziach. Ostatecznie udało się oblegającym wojskom, wprawdzie dopiero po kilku tygodniach od rozpoczęcia oblężenia, doprowadzić do definitywnego przerwania nocnych dostaw do twierdzy i z Birgu, i fortu San Angel. Obrońcy San Elmo zostali odtąd wyłącznie zdani na własne, coraz bardziej już nadwątlone siły. [...]
20 czerwca, w przypadające na ten dzień święto Bożego Ciała, rozpoczął się kolejny szturm w wykonaniu doborowych oddziałów janczarów. Także odparty, choć w uporczywych i bezlitosnych walkach wręcz, gdyż janczarzy wdarli się już nawet do wnętrza zamku. W krwawych, wielogodzinnych starciach poległo jednak wówczas wielu obrońców, zginął wtedy również kawaler de Medran.
Ogromną i niepowetowaną stratą było także zniszczenie w wyniku artyleryjskiego ostrzału jedynego już magazynu prochu i materiałów palnych. Wobec takich poważnych strat, dni twierdzy wydawały się być dokładnie policzone. Po drugiej stronie przypadkowo został śmiertelnie ranny odłamkiem odłupanej pociskiem skały nie biorący bezpośredniego udziału w szturmie Dragut.
Obrońcy fortu słali do wielkiego mistrza raz po raz sygnały o niemożności dalszego utrzymania fortu. Wspierali ich w tym zdaniu inni członkowie Rady Wielkich Krzyży. Wielki mistrz Jean de La Valette był jednak nieugięty w swoim postanowieniu. San Elmo musiało się bronić za wszelką cenę, jak najdłużej, aż do ostatniego żołnierza! Jako jedyny wiedział, że jeśli warownia padnie, wicekról Sycylii nie wyśle dla ratowania wyspy i zakonu ani jednego okrętu, ani jednego żołnierza.
22 czerwca nastąpił kolejny szturm. Znowu, po zmasowanym ostrzale artyleryjskim, w kierunku murów ruszyły tysiące muzułmanów. Zacięte i dramatyczne walki trwały aż do późnych godzin wieczornych. Trzykrotnie osmańskie wojska wdarły się już do zamku i trzykrotnie zostawały stamtąd, po krwawych walkach, wyparte. Był to jednak ostatni już triumf bohaterskich obrońców San Elmo.
Okupiony został on jednak ogromną ofiarą, gdyż z 260 żołnierzy i kawalerów, stanowiących jeszcze rano załogę twierdzy, poległo aż 200. Ci, którzy przeżyli, odnieśli większe lub mniejsze rany. Ciężkie rany, wykluczające z udziału w walce, odniósł wielki komandor zakonu Juan de Eguaras, bailiff of Negroponto. Złożono go w kaplicy „oddając w opiekę boską”. Wynik następnego szturmu zdawał się być, w tej sytuacji, dla obu stron przesądzony. Tym bardziej że dla San Elmo nie było już żadnych możliwości ewentualnego ratunku ze strony wojsk znajdujących się w Birgu. Zdawali sobie z tego doskonale sprawę obrońcy i dlatego przez całą noc, modląc się w kaplicy, szykowali się na nieuchronną śmierć. [...]
Obrońcy fortu pozostali osamotnieni w ruinach twierdzy. Zdawali sobie sprawę, że znikąd nie mogą spodziewać się już żadnego ratunku i szykowali się do ostatniej swojej bitwy. Niektórzy z rannych, nie mogąc ustać o własnych siłach, kazali się przywiązywać do krzeseł i siedząc w pełnym uzbrojeniu oczekiwali na szturmujących.
23 czerwca rankiem, nomen omen w dzień św. Jana Chrzciciela, patrona zakonu, po raz kolejny i jak się okazało już po raz ostatni, Lala Mustafa Pasza z wszystkimi siłami całej swej armii ruszył do szturmu na gruzowisko San Elmo. Tym razem zmasowany ostrzał artylerii osmańskiej poprzedzający atak piechoty okazał się rozstrzygający.
Walki w murach twierdzy trwały już tylko niespełna godzinę i to całkowicie wystarczyło, aby zielona Wielka Chorągiew Osmanów triumfalnie zatknięta została na ruinach zdobytego zamku, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie do tej pory powiewał czerwony z białym krzyżem sztandar zakonny. Zatknięty wtedy na gruzach twierdzy zielony sztandar sułtana pozostał tam nieprzerwanie, mimo wysiłków artylerzystów z Birgu, aż do 7 września.
Wobec obrońców nie znano litości. Szturm, a raczej, w tych warunkach najzwyklejsza rzeź, przeżyło tylko dziewięciu rannych, nie mogących już walczyć kawalerów zakonnych, którzy poddali się korsarzom Draguta, zawsze przecież chętnym do wzięcia okupu. Osmańskie wojska nikogo nie oszczędzały, gdyż Mustafa Pasza przed decydującym atakiem zabronił kategorycznie swoim żołnierzom brania jakichkolwiek jeńców. Kawalerowie ci zostali zresztą później bardzo szybko wykupieni przez zakon z rąk korsarzy. Pozostałych obrońców, łącznie z tymi, którzy schronili się w kościele, wycięto bez litości w pień, poza kilkoma rannymi żołnierzami maltańskimi, którzy wskoczyli do wody i wpław szczęśliwie dotarli do Birgu.
Flota osmańska, uroczystym, w paradnym szyku, przy dźwiękach muzyki wpłynęła wreszcie do zatoki Wielkiego Portu, kierując się w stronę Birgu i Senglei. Mustafa Pasza kazał też niezwłocznie wysadzić w powietrze zamek, a raczej resztę ruin, jakie z niego pozostały. Na gruzach San Elmo, na wysokich palach, aby było to widoczne z daleka, zatknięto odcięte głowy czterech zabitych lub pojmanych jako rannych co znakomitszych obrońców twierdzy, wśród nich wielkiego komandora Juana de Eguarasa bailiffa Negropontu i dowódcy zamku kapitana Andreasa de Miranda. W kadłubach ich ciał natomiast wycięto na piersiach krzyże maltańskie. Tak sprofanowane bezgłowe zwłoki przybito następnie do krzyży z desek i spuszczono na wody zatoki, wybierając takie miejsce, które gwarantowało, że prąd morski skieruje je prosto pod mury Birgu.
Reakcja obrońców miasta na ten makabryczny widok była niemal identyczna w swym okrucieństwie. W odwecie kilkunastu z nielicznych już jeńców muzułmańskich przetrzymywanych w mieście, z osobistego rozkazu wielkiego mistrza, natychmiast obcięto głowy, niezwłocznie nabito nimi lufy armat i wystrzelono w kierunku pozycji muzułmańskich, „aby muzułmanów ludzkości nauczyć”. Szaleństwo tej wojny w jednakowym stopniu opanowało już obie walczące strony. I od tego momentu żadna z nich nie brała już więcej jeńców.
Bezgłowe ciała obrońców San Elmo zostały wyłowione z wody i w uroczystej procesji pochowane w klasztornym kościele w zamku San Angel, pomiędzy grobami wielkich mistrzów. [...]
Cena za zdobycie fortu i zamku była rzeczywiście, nawet jak na owe czasy i stosowane sposoby zdobywania twierdz, wyjątkowo wysoka. Siły osmańskie straciły pod murami San Elmo, według źródeł chrześcijańskich, co najmniej 6 tysięcy ludzi, choć wymienia się także nawet 8 tysięcy zabitych i zmarłych w obozie wskutek chorób. W dniu decydującego szturmu zmarł przypadkowo śmiertelnie ranny (rykoszet armatniej kuli), podczas prac przygotowawczych do jednego ze szturmów, stary korsarz Dragut Rais. Rany, choć mniej groźne, odniósł także dowódca osmańskiej floty Mahmed Piali Pasza. Wojska przygotowywane przed wyprawą na odniesienie, jak to zwykle się dotychczas działo, kolejnego szybkiego zwycięstwa nad niewiernymi, teraz były już bardzo wyczerpane krwawymi szturmami. A była to dopiero pierwsza przeszkoda w zdobywaniu wyspy.
W dodatku na Morzu Śródziemnym okręty wicekróla Sycylii coraz częściej zupełnie bezkarnie przechwytywały lub topiły osmańskie statki transportowe dostarczające wojskom Mustafy Paszy zaopatrzenie w żywność i broń z osmańskich emiratów Maghrebu. Krążyły też w obozie oblegających uporczywe wieści o rychłej, spodziewanej odsieczy z Sycylii. Miała być ona bardzo wielka, większa od całej inwazyjnej armii Mustafy Paszy. [...]
Świadome poświęcenie przez wielkiego mistrza fortu San Elmo i jego bohaterskiej załogi okazało się, z militarnego punktu widzenia, decyzją w pełni uzasadnioną. Na długie pięć tygodni udało się kawalerom maltańskim związać całą osmańską armię inwazyjną w jednym tylko miejscu na wyspie, zadając jej przy tym poważne straty. Było to także ważne pięć tygodni, jakie otrzymał w ten sposób wicekról Sycylii na staranne przygotowanie odsieczy. Czas oblężenia San Elmo został wykorzystany również na pospieszne dokończenie budowy umocnień w Birgu i San Michel zaprojektowanych znacznie wcześniej przez głównego architekta zakonu — Marco Evangelistę, który bezpośrednio nadzorował te prace.
Niemniej w ruinach San Elmo poległo aż ponad tysiąc doborowych żołnierzy i co najmniej 150 kawalerów maltańskich. Stracono także 30 dział, czyli prawie połowę całej zakonnej artylerii na wyspie. Zwycięski Pasza kazał owe działa odesłać natychmiast do Konstantynopola, w podarunku sułtanowi, Sulejmanowi.
Był to gest wprawdzie bardzo efektowny, być może nawet głównodowodzącemu wtedy bardzo potrzebny aczkolwiek w przypadku działań osmańskich na wyspie nie miał najmniejszego sensu. Oznaczał on przecież dobrowolne pozbawienie się aż 30 dodatkowych armat. Zdecydowanie większy pożytek owe działa przyniosłyby Mustafie Paszy, gdyby zamiast odsyłać je do Konstantynopola, skierował ich lufy natychmiast w stronę Birgu i wzmocnił w ten sposób siłę ostrzału miasta.
San Elmo. 24 czerwca 1565 r. Zwycięskie wojska osmańskie niemal z marszu natychmiast rozpoczęły ostrzeliwanie Birgu, Senglei i broniących je zamków — fortów San Angel i San Michel. Nie towarzyszyła już jednak muzułmanom ta sama pewność łatwego zwycięstwa, z jaką rozpoczynali swe walki na Malcie. [...]
W czasie gdy dopełniały się dni bohaterskiego San Elmo, wicekról Sycylii wysłał wreszcie na Maltę, jako forpocztę zapowiadanej odsieczy, pierwszą eskadrę składającą się z kilku własnych galer oraz dwóch zakonnych, z 700 żołnierzami hiszpańskimi i 42 kawalerami zakonnymi z europejskich komandorii na pokładach, którzy nie zdążyli dotrzeć na wyspę jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia. Dowodził nimi Don Juan de Cardona. Trzykrotnie próbowali oni wylądować na Malcie i trzykrotnie, w obawie przed muzułmańskimi okrętami, rezygnowali z tego zamiaru i szukali schronienia na, tak zlekceważonej przez Mustafę Paszy, wyspie Gozo. [...]
Jednak zaryzykował raz jeszcze i za czwartym podejściem udało się sycylijskim galerom wyszukać dogodne miejsce do zakotwiczenia i wysadzenia wojska. Desant wylądował na drugim, przeciwległym krańcu wyspy w zatoce Piera Negra. Dowództwo nad nim objął kawaler zakonny Melchior de Robles, ponieważ Don Juan de Cardona powrócił z galerami na Sycylię. [...]
Pod osłoną nocy i mgły wojsko, niezauważone wcale przez oblegających, bezpiecznie dotarło do Angielskiej Przystani w zatoce Wielkiego Portu, leżącej na północ od Birgu. Stamtąd, łodziami, przy zachowaniu bezwzględnej ciszy, bezpiecznie przeprawiło się do miasta. Znowu rodzi się pytanie, dlaczego transport ponad siedmiuset osób i pewnej ilości zaopatrzenia nie został wcale zauważony przez straże osmańskie? Nie wszystko da się wytłumaczyć nocą i mgłą. Czy te straże w ogóle były wystawiane?
Przybyłe z odsieczą posiłki, nazwane później przez kawalerów maltańskich: Piccolo Soccorso (małą odsieczą), wśród których było 56 zawodowych artylerzystów, tak bardzo teraz w Birgu potrzebnych, natychmiast włączono w szeregi obrońców. Podniosło to niezwykle morale żołnierzy i mieszkańców. A w dodatku kawaler de Robles przywiózł ze sobą bullę papieża Piusa IV gwarantującą pełny odpust wszystkich dotychczasowych grzechów każdemu, kto walczy na Malcie z muzułmanami. [...]
Tymczasem pod murami Birgu Lala Mustafa Pasza początkowo zwlekał z frontalnym szturmem. Przypomniał sobie wreszcie, że zgodnie z osmańską tradycją zdobywania miast i krajów najpierw trzeba próbować układów z obrońcami, a także zjednywać sobie rdzennych mieszkańców. O zjednywaniu mieszkańców, po „trzydniówce” osmańskiej armii po wyładowaniu na wyspie, nie mogło być już mowy, niemniej pozostały układy z obrońcami. Wysłał zatem do Jeana de La Valette, w charakterze swego parlamentariusza, niewolnika Greka, z wezwaniem, by wielki mistrz niezwłocznie poddał sułtanowi Birgu i wyspę, a w zamian zapewni jemu i jego towarzyszom wolny wyjazd, wraz z całym dobytkiem, na Sycylię lub w inne bezpieczne miejsce. Mieszkańcy Malty mogliby pod władzą osmańską zachować wszystkie swoje majątki i swoją religię. Warto w tym miejscu zauważyć, iż złożył on Jeanowi de La Valette dokładnie taką samą propozycję, jaką przed laty skutecznie przedstawił na Rodos młody sułtan Sulejman I ówczesnemu wielkiemu mistrzowi zakonu — Philippe de L’Isle Adamowi. [...]
Propozycja, oczywiście, została niezwłocznie odrzucona przez wielkiego mistrza. Początkowo zamierzał nawet wcale na nią nie odpowiadać, lecz po prostu nieszczęsnego posłańca powiesić w widocznym miejscu na murach. Ostatecznie jednak odesłano go do Mustafy Paszy z odpowiednią, iż obrońcy chętnie oddadzą mu jedynie fosy wokół miasta do grzebania poległych podczas szturmu muzułmanów. Z rozkazu wielkiego mistrza powieszono natomiast jednego z żołnierzy, który głośno wypowiedział się, iż lepiej poddać Birgu na warunkach Mustafy Paszy, niż niechybnie zginąć wkrótce pod jego gruzami.
Była to jedyna, w trakcie tego całego oblężenia, próba podjęcia układów. Znowu przemówiły działa.
Osmański głównodowodzący ustawił je na pagórkach u stóp góry Cordinu, a na południowym stoku Wielkiego Portu rozkazał zbudować wysokie umocnienia w jednej linii, aż do Góry Zbawiciela. Ustawiono tam liczne baterie armat. Działa ustawiono także na gruzach zamku San Elmo. Pozwoliło to na otoczenie Birgu artylerią i ostrzał ze wszystkich stron.
Także siły oblegających zostały wreszcie wzmocnione przez od dawna oczekiwane posiłki. Dwa i pół tysiąca zaprawionych w bojach arabskich piratów przypłynęło razem z Hassemem, zięciem Draguta, berberyjskim korsarzem w służbie Sulejmana I, mającym swoje zawiedzione rachunki z kawalerami maltańskimi. Mówiono także, że był to przede wszystkim ochotniczy zaciąg śródziemnomorskich korsarzy pragnących pomścić śmierć swojego ulubionego wodza — Draguta.
Hassemowi powierzono od razu dowództwo najbliższego szturmu. Już po raz drugi głównodowodzący inwazją zadziwiająco łatwo oddał prawo prowadzenia szturmu w ręce świeżo przybyłego korsarza, mało jeszcze zorientowanego w realiach oblężenia. Podobnie uczynił również w przypadku San Elmo i Draguta. Czy był to kolejny sygnał braku zdecydowania, albo może efekt bardzo ostrych konfliktów w naczelnym dowództwie osmańskim? Warto w tym miejscu zauważyć, że Piali Pasza, drugi w hierarchii dowódca inwazji, nie dowodził przecież ani razu samodzielnie żadnym osmańskim szturmem.
Wódz korsarzy postanowił tym razem zaatakować miasto od strony wody. Ponieważ bezpośrednio pod mury nie mogły podpłynąć duże okręty ze szturmującymi zdecydował, iż wyręczą je w tym lekkie czółna. Te czółna należało najpierw zbudować na lądzie, a następnie przeciągnąć przez wzgórze rozdzielające zatokę. Zebrano zatem wszystkich niewolników z galer i zapędzono do budowy około 80 czółen, a następnie do przetransportowania ich na własnych barkach poprzez wzgórze rozdzielające przystanie.
Takiej operacji nie można było utrzymać długo w tajemnicy. Do Birgu przedarł się jeden z licznych szpiegów wielkiego mistrza, pozostawionych na tyłach wojsk osmańskich jeszcze przed oblężeniem, i przyniósł szczegółową relację o przebiegu muzułmańskich przygotowań oraz spodziewanym terminie najbliższego szturmu.
Wobec takiego zagrożenia wielki mistrz rozkazał wbić w bagienne dno przystani, w pobliżu murów, liczne drewniane pale powiązane ze sobą ciężkimi łańcuchami, tworzące w ten sposób gęsty palisadowy ostrokół uniemożliwiający żeglugę jakiejkolwiek jednostce pływającej. Ta podwodna palisada ciągnęła się przez całą zatokę, od krańca miasta La Sengle do stóp góry Cordinu, i stanowiła skuteczną zaporę nie tylko dla statków osmańskich, ale nawet dla tych lekkich czółen.
Hassem, obserwujący te poczynania obrońców, szybko wysłał na wody zatoki zespół pływaków z toporami, aby wyrąbali kilka przejść w tej zaporze. Zostali oni wprawdzie zdziesiątkowani celnym ogniem z murów i ostatecznie zmuszeni do ucieczki, niemniej zdążyli wykonać pokaźną i trudną do szybkiego naprawienia wyrwę w tym umocnieniu.
Rankiem 15 lipca rozpoczął się walny szturm na fort San Michel. Atak nastąpił jednocześnie z lądu i z morza. Był to niesamowity widok. Przy trwającym artyleryjskim ostrzale maltańskich umocnień, czółnami płynęło prawie 3 tysiące piechurów i korsarzy uzbrojonych w nowoczesne muszkiety i krzywe szable. Mustafa Pasza odwołał się też do pomocy niebios, do swojego Proroka. Pomiędzy żołnierzami siedzieli zatem w łodziach w uroczystych strojach imani, którzy czytali im głośno sury Koranu o świętej wojnie i miotali najgroźniejsze koraniczne przekleństwa na niewiernych.
W ogłuszającym dźwięku bębnów i trąb dopłynęli tak do zapory. Większość czółen zatrzymała się na zaporze, ale niektóre z nich skierowały się w stronę wyrwy. Z pozostałych wojsko wysiadło tuż przed łańcuchami i brodząc w płytkiej wodzie, mimo silnego ognia artyleryjskiego z fortu, dotarło, dźwigając oblężnicze drabiny, na brzeg, pod mury San Michel. Przednie szeregi osmańskich wojsk popychane były do przodu przez nadchodzące kolejne oddziały, dowożone łodziami z zajętego przez muzułmanów brzegu. Wspierała je artyleria z okrętów Piali Paszy i galer korsarskich.
Jednocześnie artyleria osmańska rozpoczęła ze wszystkich swych lądowych stanowisk gwałtowny i zmasowany ostrzał do wewnątrz twierdzy. Jeden z armatnich pocisków trafił w skład amunicji. Wybuch był tak wielki, że na parę minut ucichły wszelkie walki. Kiedy opadły chmury czarnego dymu, pierwsi otrząsnęli się z zaskoczenia muzułmanie i ruszyli do ataku. W kilka chwil napastnicy byli już na murach fortu. Wydawało się, że szybko zostaną panami sytuacji. Jednak obrońcy San Michel raz jeszcze potrafili zerwać się do boju. W samą porę dotarły też pontonowym mostem, który łączył oba forty, posiłki z Birgu, prowadzone osobiście przez wielkiego mistrza. W brawurowo przeprowadzonym i skutecznym kontrataku zginął jednak kawaler Antonio de Sa Noguera, dowódca zamku.
Jean de La Valette nakazał już wcześniej przygotować w Zatoce Galer most pływający. Teraz wykorzystał go do skierowania przy jego użyciu posiłków do San Michel. To właśnie dzięki tym posiłkom wyparto z murów muzułmanów. I znowu rodzi się pytanie — dlaczego, mimo że most był doskonale widoczny z pozycji osmańskich, nie próbowano w żaden sposób doprowadzić do jego zniszczenia? Błąd w strategii oblężenia, przeoczenie, czy też zwykła nieodpowiedzialność?
Szturm tego dnia jeszcze się nie zakończył. Tysiąc janczarów opłynęło w dziesięciu wielkich łodziach ostrokół i pojawiło się tuż przed bastionem Ostrogi. Ale w ten sposób dostali się bezpośrednio pod ogień z dział fortu San Angel. Był to straszliwie morderczy ostrzał. Janczarzy wystawieni zostali na ogień z dwóch stron — z murów i od strony fortu, nie mając żadnych szans ratunku. Kierujący w San Angel artylerią kawaler Bernel de Guiral zatopił ogniem z dział aż 9 z tych 10 łodzi z janczarami. Zginęło ośmiuset spośród owego tysiąca janczarów. Długo jeszcze, po odparciu oblężenia, nurkowie maltańscy wydobywali z dna morskiego należące do janczarów bogate elementy strojów i sakiewki z pieniędzmi.
Po masakrze janczarów szturm się załamał na wiele dni. Napastnicy powrócili do zawsze skutecznego ostrzału artyleryjskiego. W jego wyniku zginął m.in. kawaler zakonny don Fadrique de Toledo, syn wicekróla Sycylii. Kanonady artyleryjskie trwały do końca lipca. Odgłosy armatnich wystrzałów słychać było aż w Syrakuzach czy w Katanii.
Mustafa Pasza, korzystając z pomysłów Draguta spod San Elmo, ciągle podwyższał swoje okopy, obsadził artylerią Port Angielski i ustawił też baterię dział na Górze Zbawiciela. Stamtąd skierował ogień z 14 baterii na bastion Kastylski i do wewnątrz miasta Birgu. Było to także w tym przypadku bardzo skuteczne działanie, które nie tylko kruszyło same mury, ale i morale ludzi stłoczonych za tymi murami. [...]
Minęły dwa tygodnie takiego nieprzerwanego ostrzału i generalny szturm został ponowiony. Poinformowany przez swoich szpiegów o przygotowaniach muzułmanów Jean de La Valette kazał zatopić od strony Portu Angielskiego kilka zakonnych galer, uniemożliwiając w ten sposób ostrzał z bliższej odległości, zamierzony przez okręty Piali Paszy.
Wczesnym rankiem 2 sierpnia znowu ruszyły wojska osmańskie. Mustafa Pasza zaatakował San Michel, a Piali Pasza za swoimi marynarzami równocześnie zaatakował bastion Kastylski. Trzykrotnie muzułmanie ruszali na mury miasta. Każdy z tych trzech szturmów został i tym razem z trudem odparty przez obrońców. Raz jeszcze zawiodła strategia muzułmańska polegająca na licznych okupionych dużymi stratami szturmach, prowadzonych z nadzieją, że równie wielkie straty poniosą także obrońcy. Faktycznie, w szturmie tym zginęło 900 obrońców, ale straty muzułmańskie oszacowano na 3–4 tysiące zabitych. Zdobyte sztandary i buńczuki osmańskie wywieszono na murach San Michel. Niemniej Jean de La Valette wysłał gońca do Mdiny z poleceniem, by w przypadku ponowienia szturmu, stacjonująca tam kawaleria spróbowała zaatakować jeden z obozów osmańskich.
Znacznie lepiej powiodło się muzułmanom następnego dnia. Brawurowo wdarli się do zamku San Michel, zatknęli tam swoje sztandary i praktycznie stali się już panami Senglei. Ulicami miasta, nie napotykając większego oporu, pędziły zbrojne gromady muzułmanów już rozglądające się za rabunkiem.
Kiedy wszystko wskazywało, że miasto i zamek zostaną już zdobyte przez wojska Mustafy Paszy, wydarzył się — jak to próbowano początkowo określać — widomy cud boski, w postaci słupa gęstego dymu gdzieś na głębokim zapleczu wojsk osmańskich. Atakujący również dostrzegli go z murów. Szybko zlokalizowali go w jednym z muzułmańskich obozowisk. Uznali, że obóz ten jest już zaatakowany przez spodziewaną odsiecz hiszpańską z Sycylii. Zatrąbiono zatem w tej sytuacji pospiesznie na odwrót. Senglea została uratowana. Później pisano, że dzięki cudownej pomocy świętych patronów wyspy.
Okazało się, iż nie był to żaden cud, lecz wcześniej ustalony z wielkim mistrzem wypad niewielkiego oddziału kawalerii z Mdiny pod wodzą wielkiego marszałka zakonu. Kawaleryści wtargnęli do jednego ze słabo chronionych obozowisk i podpalili je. Atak kawalerii nie trwał długo, niemniej odbył się dokładnie wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny. Podjęto go właśnie w celu wywołania zamieszania na tyłach wroga.
Bezpowrotnie zmarnowana została niewątpliwie najlepsza osmańska okazja do zdobycia Senglei i definitywnego przesądzenia losów oblężenia. W dodatku, w podłożonym przez zakonną kawalerię ogniu spłonęło wiele zapasów żywności. Raz jeszcze okazało się, jakim wielkim błędem Mustafy Paszy było pozostawienie w spokoju Mdiny. [...]
Kolejny wielki szturm nastąpił rankiem 18 sierpnia. Muzułmanom udało się wreszcie podłożyć minę pod bastion Kastylski. Kiedy wybuchła, powstał duży wyłom w murach, przez który wtargnęli do miasta i zaczęli szybko, niszcząc po drodze wszelki opór, posuwać się jego wąskimi uliczkami w kierunku San Angel. Na wałach zatknięto już triumfalnie Wielką Chorągiew Osmańską. W mieście wybuchła panika. Wielki mistrz uczestniczył wtedy w mszy w klasztornym kościele pod wezwaniem św. Anny w forcie San Angel. Na wieść o sukcesach atakujących muzułmanów miał powiedzieć: „Czas na modlitwę nie jest czasem straconym” i po wysłuchaniu mszy zarządził kontratak, którym osobiście dowodził. Po niezwykle krwawych walkach wyparto ostatecznie, jeszcze tego samego dnia, osmańskich wojowników poza wyłom, ale Jean de La Valette został w tej akcji lekko ranny w nogę.
Ponowiony dwa dni później, tym razem o zmroku, szturm oddziałów osmańskich również nie przyniósł atakującym spodziewanych sukcesów. Muzułmanów odparto po niezwykle dramatycznych zmaganiach, w których po stronie oblężonych walczyły nawet kobiety i dzieci. W trakcie tych walk pocisk trafił w turban Lali Mustafy Paszy, nie czyniąc mu jednak poważniejszej szkody, poza chwilowym ogłuszeniem. Ciężko ranny został natomiast nowy dowódca zamku San Michel, admirał del Monti, który zmarł kilka dni później. Zginął podczas tego szturmu także jeden z najbliższych krewnych wielkiego mistrza — Henri Parisot de La Valette.
Po tym ataku, oceniając jego tragiczne dla miasta skutki, Rada Wielkich Krzyży, po burzliwych i dramatycznych obradach, jednogłośnie przyjęła wniosek o niezwłoczne opuszczenie Birgu przez mieszkańców oraz wojsko i przeniesienie się do mniej zaciekle atakowanego, a znacznie silniej umocnionego San Angel. Wielki mistrz, mając w pamięci ustalenia z wicekrólem Sycylii, zdecydowanie odrzucił jednak taką możliwość. Upadek Birgu i zamknięcie obrońców w twierdzy San Angel mogły przecież doprowadzić do zajęcia całej Malty. Mury San Angel też zresztą już ucierpiały podczas oblężenia i nie dawały solidnych gwarancji długotrwałej obrony. [...]
Siły muzułmańskie, po wyczerpującej serii nieudanych frontalnych ataków na potężne umocnienia obu fortów, nie były już w stanie podjąć kolejnego generalnego szturmu. Oczywiście, nadal trwały próby zdobywania Birgu w bezpośrednich atakach, ale miały one zasięg ograniczony do działań obliczonych na wyczerpanie moralne i fizyczne obrońców. Tym razem Mustafa Pasza starał się także zgnębić ich za pomocą sposobów inżynierskich, sypiąc wyższe umocnienia dla stanowisk swojej artylerii, nieustająco ostrzeliwującej miasto, a także zdecydował się na podjęcie niektórych działań rodem z walk prowadzonych w poprzedniej epoce. Kazał nawet, co świadczyć może już tylko o jego desperacji, budować, zarzucone już wtedy w wojskowej technice zdobywania miast, jako nieskuteczne wobec ówczesnej artylerii, drewniane wieże oblężnicze, próbował także miotać za pomocą katapult ponad murami, do wewnątrz miasta, wielkie pojemniki z materiałami wybuchowymi.
Nie ustawały także żmudne i ostatecznie bezowocne próby podkopania się w ciężkim, skalistym gruncie pod bastiony i umocnienia Birgu. Przeciwko minerom osmańskim wielki mistrz wysyłał swoich saperów. Walki zatem toczyły się także i pod ziemią. [...]
Błyskawiczna w założeniu operacja militarna stawała się uporczywą walką o najmniejszą nawet przewagę.
W dodatku w ostatnich dniach sierpnia, niespodziewanie gwałtownie, załamała się pogoda. Spadły rzadko tu spotykane o tej porze roku nadzwyczaj ulewne deszcze. Poza tym w obozie szerzył się już głód, pojawiła się też biegunka, przyjmująca szybko charakter epidemii. Nieuchronnie także zbliżał się okres silnych sztormów jesiennych na Morzu Śródziemnym, co mogło spowodować konieczność przezimowania najeźdźców na wyspie. Na taką możliwość wojska osmańskie nie były jednak absolutnie przygotowane.
Równie krańcowo wyczerpani byli także obrońcy Birgu i Senglei. W pierwszych dniach września, w czwartym już miesiącu oblężenia Malty, zdolnych, licząc także lżej rannych, do noszenia broni było zaledwie 600 kawalerów i żołnierzy. Żywności wprawdzie jeszcze wystarczyłoby na kilka tygodni, ale szybko wyczerpywały się zapasy prochów i amunicji zgromadzone przez wielkiego mistrza przed oblężeniem. Za murami Birgu także nie brakowało powodów do pesymizmu.
Tymczasem Don Garcia de Toledo, wicekról Sycylii i główny admirał hiszpańskiej floty, nieprzerwanie organizował odsiecz, szukając wsparcia, a przede wszystkim statków transportowych w Genui, Neapolu, Livorno i Syrakuzach. [...]
28 sierpnia o świcie podniosło kotwice 28 dużych galer i kilkanaście statków transportowych, na których znajdowało się 11 tys. żołnierzy i 200 kawalerów maltańskich z całej Europy. Była to ta od dawna oczekiwana i tak potrzebna odsiecz dla obrońców Malty. Niestety, jeszcze i tym razem do nich nie dotarła.
Panujący wówczas na Morzu Śródziemnym gwałtowny sztorm uszkodził i rozproszył galery, które dotarły już prawie do zachodnich brzegów wyspy. Musiały w tej sytuacji zawrócić do sycylijskich portów. Kiedy wreszcie zebrano je w jednym miejscu, okazało się, że około tysiąc żołnierzy, korzystając ze sztormowego zamieszania, najzwyczajniej w świecie zdezerterowało. Nie mieli ochoty na zmierzenie się z niepokonaną dotąd armią osmańską. [...]
Następna próba wyładowania na wyspie już się w pełni powiodła. 7 września flota z odsieczą, od swojej liczebności nazwana Gran Soccorso, przepłynęła cieśninę dzielącą Gozo od Malty na wysokości zatoki Friuli i dopłynęła w absolutnej ciszy na pokładach, pod osłoną nocy, do plaży Mellieha w północno-zachodniej części Malty, zupełnie w tym miejscu niekontrolowanej przez siły muzułmańskie. Na redzie stanęło 20 galer hiszpańskich pod dowództwem Don Alvaro de Sande, 19 galer pod dowództwem Don Sancho de Leyra, 8 sycylijskich galer, którymi dowodził Don Juan de Cardona i 8 galer genueńskich pod wodzą Giovanni Andrea Dorii. I znowu rodzi się pytanie — dlaczego dysponując tyloma okrętami wojennymi, praktycznie bezczynnie stojącymi w zatoce Wielkiego Portu i ograniczającymi się tylko do ostrzeliwania Birgu, Lala Mustafa Pasza nie zarządził szczelnej, całkowitej morskiej blokady Malty? Czy tylko dlatego, że nie chciał słuchać podpowiedzi Piali Paszy?
Okręty z desantem przez całą noc stały, nie atakowane przez flotę osmańską, na kotwicach w pobliżu plaży. Dopiero o świcie zeszło z nich w ciągu dwóch godzin na ląd, pod dowództwem don Ascanio de La Corna i Alvaro de Sande’a, ok. 9 tys. świetnie uzbrojonych i gotowych do walki żołnierzy hiszpańskich oraz grupa kawalerów maltańskich z europejskich komandorii zakonu. Po czym okręty te spokojnie zawróciły ponownie na Sycylię. Odpłynęły po kolejne osiem tysięcy żołnierzy, którzy oczekiwali tam już na swój transport na Maltę. Tymczasem na wyspie oddziały desantowe, obciążone licznymi bagażami (nie wzięły żadnych jucznych zwierząt do dźwigania żywności i amunicji), bardzo wolno, spodziewając się zasadzek, posuwały się w stronę Birgu.
Wiadomość o wyładowaniu sycylijskiego desantu i płynącej na wyspę kolejnej wielkiej flotylli z odsieczą dotarła także do wojsk inwazyjnych. Odbyło się to także za sprawą wielkiego mistrza, który wypuścił muzułmańskiego jeńca, gdyż „wobec przybycia tak potężnej armii, stać go na ten łaskawy gest”. Relacja jeńca o siłach odsieczy była podobno ostatnim argumentem, który przeważył o decyzji w sprawie odwrotu z Malty. Nie chcąc, wobec takiego rozwoju zdarzeń, doprowadzić do całkowitej klęski na wyspie, głównodowodzący osmańską inwazją Lala Mustafa Pasza zarządził natychmiastowy odwrót do Konstantynopola.
W ciągu jednej nocy, z 7 na 8 września, zaokrętowano zdziesiątkowaną w bojach i w zmaganiach z chorobami armię. W niesławie, ostatecznie przegrani najeźdźcy opuścili 8 września rano Maltę, biorąc kurs na wschód. Żegnani byli przez obrońców ogniem artyleryjskim oraz biciem dzwonów w ocalałych kościołach. „Nigdy muzyka nie brzmiała ludzkim uszom milej, niż wtedy, gdy te dzwony wezwały nas na mszę w tej samej godzinie, w której przed ponad trzema miesiącami dzwoniły na trwogę w obliczu nieprzyjaciela” — zapisał później Francesco Balbi z Correggio.
Pierwszym działaniem obrońców, po odpłynięciu osmańskiej floty, było ponowne zawieszenie zakonnego sztandaru na ruinach San Elmo. Następnie przystąpili oni do likwidacji osmańskich okopów i opróżnionych stanowisk artyleryjskich oraz pospiesznego grzebania, w obawie przed wybuchem zarazy, ciał poległych muzułmanów.
Okazało się, że w okopach najeźdźcy pozostawili dwa swoje najcięższe działka burzące, których już nie zdążyli przetransportować na okręty. Działa te obecnie można obejrzeć w zbrojowni znajdującej się w Pałacu Wielkich Mistrzów w La Valetta.
Kiedy osmańskie okręty opuszczały już Maltę, do Mustafy Paszy dotarły wreszcie prawdziwe informacje o wielkości i uzbrojeniu desantu, który wylądował na wyspie. Głównodowodzący podjął natychmiastową decyzję o zawróceniu okrętów i wysadzeniu na ląd swoich wojsk (bez artylerii), a także szybkim stoczeniu bitwy z przybyszami, zanim zdążą oni dotrzeć do oblężonych. Liczył przy tym, oczywiście, na bitwę zwycięską, pozwalającą przynajmniej częściowo zrekompensować niepowodzenia i poprawić nadszarpniętą reputację zarówno osmańskiej armii, jak przede wszystkim jej głównodowodzącego. Prawdopodobnie po ewentualnym zwycięstwie oblężenie i tak już nie zostałoby wznowione, niemniej Mustafa Pasza odpłynąłby z Malty z jakimś spektakularnym sukcesem.
Osmańskie wojska, składające się głównie z konnicy, ale też i z doborowych oddziałów piechoty, natychmiast skierowały się przeciwko siłom de La Corny. Lala Mustafa Pasza osobiście stanął na ich czele. Jednocześnie okręty Piali Paszy popłynęły do Zatoki św. Pawła, aby uniemożliwić jakikolwiek ratunek drogą morską resztkom rozgromionego na lądzie — jak przewidywano to w dowództwie osmańskim — sycylijskiego desantu.
Don Ascanio de La Corna uprzedzony został jednak w porę przez Jeana de La Valette o spodziewanych ruchach oddziałów muzułmańskich. Przygotował się więc pospiesznie w okolicach miasteczka Vieille Cité do stoczenia walnej bitwy. Licząc na zaskoczenie nieprzyjaciela, pierwszy zaatakował pod jego murami zbliżające się osmańskie wojska.
Bezpośrednie starcie zdecydowanie znacznie liczebniejszej, lecz już zdemoralizowanej, zmęczonej i zniechęconej częstymi i bezskutecznymi szturmami armii Mustafy Paszy ze świeżymi, świetnie uzbrojonymi siłami hiszpańskimi nie mogło trwać długo. Na nic się zdała liczebna przewaga armii osmańskiej. Po początkowym sukcesie i zajęciu niemal bez walki niewielkiego zameczku, muzułmanie zostali niespodziewanie zaatakowani z trzech stron wszystkimi siłami hiszpańskimi.
Nie wytrzymali pierwszego już natarcia i łatwo poszli w rozsypkę. Sam Mustafa Pasza walczył bardzo dzielnie. Dwukrotnie zabito pod nim konia. Został też w trakcie walki lekko ranny. Mimo usilnych starań nie był jednak w stanie powstrzymać paniki wybuchłej we własnych szeregach. W tej sytuacji zarządził pospieszny odwrót do Zatoki św. Pawła, gdzie oczekiwały okręty Piali Paszy mające przecież ostatecznie rozprawić się z uciekającymi Hiszpanami. Tymczasem role się odwróciły, to muzułmanie uciekali w popłochu i jedynie dzięki sprawności artylerii osmańskich okrętów nie doszło do rzezi armii Mustafy Paszy na plaży w Zatoce św. Pawła.
Stamtąd szybko resztki przegranej osmańskiej armii odpłynęły w kierunku Konstantynopola. 6 października 1565 r. pokonana armada zawinęła do tamtejszego portu, budząc konsternację i wywołując uliczne zamieszki skierowane przeciwko chrześcijańskim mieszkańcom stolicy imperium.
Zwycięscy Hiszpanie spokojnie, nie spiesząc się, w zwartym szyku pomaszerowali, już bez przeszkód, w stronę Birgu. Zostali tam powitani owacyjnie przez obrońców. Radość tych ostatnich stała się tym większa, gdy okazało się, że jest to dopiero pierwsza część korpusu spieszącego z odsieczą i że kolejne okręty z rycerstwem i żołnierzami na pokładach wzięły już kierunek na Maltę. Wyspie przestało już zagrażać jakiekolwiek niebezpieczeństwo muzułmańskie. Można było zacząć świętować i... liczyć straty.
Z olbrzymiej armii inwazyjnej powróciło z wyprawy, według danych współczesnych kronikarzy europejskich, niespełna 15 tys. żołnierzy i marynarzy. Była to najdotkliwsza porażka poniesiona przez sułtana Sulejmana Wspaniałego w licznych kampaniach wojennych towarzyszących jego panowaniu. Nic więc dziwnego, że gdy tylko dotarła do niego wieść o nieudanym oblężeniu Malty, natychmiast zapowiedział powrót armii osmańskiej za rok na wyspę, już pod swoim osobistym dowództwem, aby ostatecznie i raz na zawsze rozprawić się z kawalerami maltańskimi.
Wśród obrońców cieszących się z zakończonego oblężenia był co najmniej jeden z polskich kawalerów maltańskich — Szymon Łatkowski herbu Poraj. Niestety, był on uciekinierem z Polski, oskarżonym i skazanym na karę śmierci w kraju za zabójstwo dworzanina króla Zygmunta II Augusta. Na Malcie bardzo dzielnie walczył w obronie wyspy. W uznaniu jego zasług położonych dla tej obrony, wielki mistrz Jean de La Valette początkowo mianował nawet Szymona Łatkowskiego komandorem w poznańskiej komandorii zakonu.
Jednakże tej nominacji zdecydowanie i skutecznie sprzeciwił się polski król, zapowiadając wielkiemu mistrzowi, iż z chwilą pojawienia się Szymona Łatkowskiego na polskich ziemiach, zostanie on od razu uwięziony i odpowie natychmiast gardłem za popełnioną przed laty zbrodnię. Nie są bliżej znane późniejsze losy owego polskiego kawalera-banity.
Wiadomo również, iż czynnie w obronie Malty uczestniczył także inny nasz rodak — Prokop Pieniążek herbu Odrowąż. Nie był on jednak, wbrew niektórym polskim publikacjom, kawalerem zakonnym. Walczył na wyspie jako jeden z licznych rycerzy-ochotników. Po oblężeniu pozostał nadal w służbie zakonu i potem przez wiele lat dowodził jednym z zakonnych okrętów.
Następnego dnia po odpłynięciu okrętów osmańskich we wczesnych godzinach południowych przypłynęła jeszcze na Maltę, wpływając tym razem już triumfalnie do zatoki Wielkiego Portu, licząca 60 galer sycylijska flota, oczywiście wraz z wicekrólem don Garcia de Toledo na pokładzie i z resztą przygotowanego, choć już na szczęście dla obrońców wyspy niepotrzebnego desantu. Wszystkie okręty wicekróla miały na swoich banderach naszyty czarny krzyż, jako symbol uczestnictwa w wyprawie krzyżowej.
Po entuzjastycznym powitaniu rozpoczęła się powszechna uroczystość dziękczynna. We wszystkich ocalałych maltańskich kościołach odśpiewano uroczyste Te deum laudamus... Potwierdzono też, że dzień 8 września, dzień odwrotu najeźdźców, będzie odtąd także i świętem kościelnym dla Maltańczyków. [...]
Zakończone zostało prawie czteromiesięczne oblężenie Malty. Siły osmańskie kosztowało ono nie tylko tysiące zabitych, ale przede wszystkim utratę opinii niezwyciężonej armii. Obrońcy Malty stracili 2500 żołnierzy, ponad 200 kawalerów maltańskich i wszystkich 500 uwolnionych przed oblężeniem galerników.
Znacznie poważniejsze straty ponieśli rdzenni mieszkańcy wyspy. Spośród 12 tysięcy Maltańczyków, których działania wojenne zastały na wyspie, zginęło prawie 7 tysięcy. Wielu odniosło poważne rany. Niemal całkowicie zniszczona została większość domów w obleganych miastach, fort San Elmo był jednym gruzowiskiem. Dwie twierdze — San Angel i San Michel prezentowały się nie wiele lepiej. Całkowicie zniszczone zostały setki upraw. Większość wsi i gospodarstw rolnych praktycznie już nie istniała.
W trakcie ostrzału i walk na ulicach Birgu i Senglei zginęło także wiele dzieci. Musiało ich polec podczas całego oblężenia bardzo dużo, o czym świadczy zachowana do dziś tablica wmurowana w ścianę odbudowanego fortu San Elmo: „Ku pamięci dzieci maltańskich, które podczas Wielkiego Oblężenia w 1565 r. straciły życie walcząc ramię w ramię z dorosłymi za wiarę i ojczyznę”..."
Fragment książki: Andrzej Zieliński "Malta 1565" s. 107