"...Twierdza Połock, odbudowana po 1563 r. z polecenia Iwana Groźnego, składała się z trzech obwarowanych części, wznoszących się przy ujściu Połoty do Dźwiny. Połota była niewielką rzeczką o szerokości od kilkunastu do dwudziestu kilku metrów przy ujściu. Miała dość wyraźnie zarysowaną i stromą linię brzegową, jednak nie była głęboka i w porze letniej można ją było przechodzić wpław. Płynęła z północy na południe, ale jakieś 700 m przed korytem Dźwiny skręcała niemal pod kątem prostym na zachód, by po kilkuset metrach ponownie skręcić na południe. Po raz drugi Połota zwracała się swym nurtem na zachód ok. 350 m od Dźwiny, płynęła jakiś czas równolegle do niego i wreszcie skręcała z powrotem na południe, wpadając do głównej rzeki ziemi połockiej. Tworzyła więc dwa zakola rozwierające się na wschód, co znakomicie wykorzystali budowniczowie twierdzy. Dźwina dochodziła pod Połockiem do szerokości 120 m, a naprzeciw ujścia Połoty znajdowała się na niej, wspomniana w poprzednich rozdziałach, spora wysepka.
Fortyfikacje Połocka pozostały drewniano-ziemnymi. Kluczowym elementem umocnień był Zamek Wysoki (Arx Superius). Przez historiografię rosyjską, a ostatnio także przez S. Alexandrowicza, zwany jest Zamkiem Górnym. Najbardziej niedostępny, wznosił się na wzgórzu rozciągającym się w zakolu przy samym ujściu Poloty do Dźwiny. Jego umocnienia górowały znacznie nad pozostałymi fortyfikacjami miasta, a ich kształt był przystosowany do nieregularnego zarysu "wzgórza o wymiarach od ok. 470 m na północy, tj. wzdłuż brzegu Połoty, do ok. 300 m na południu (wzdłuż brzegu Dniepru) 1. Wzgórze to wznosiło się dość stromo wprost z lewego brzegu Połoty, opadając łagodniej przy brzegu Dźwiny.
Ustalenie dokładnego kształtu umocnień Zamku Wysokiego w 1579 r. nastręcza nieco trudności, gdyż w późniejszych czasach ulegał wielokrotnym pożarom, a w 1654 r. został gruntownie przebudowany. Według wspomnianej już rewizji z 1552 r. wał zamkowy składał się z 204 drewniano-ziemnych horodni i 9 drewnianych wież. Umocnienia te ucierpiały dość poważnie w wyniku oblężenia przez Iwana Groźnego w 1563 r., jednak nie spłonęły, tak jak pozostałe części miasta. Należy więc przyjąć, że ich kształt i charakter nie uległ większym zmianom i wał drewniano-ziemny liczył nadal ok. 200 horodni, oblepionych częściowo gliną i zaopatrzonych w otwory strzelnicze dla ręcznej broni palnej.
Zwiększyła się natomiast znacznie liczba baszt, których było 15 (na niektórych sztychach z epoki — 14 lub 16). Jedna z nich znajdowała się wewnątrz umocnień Zamku Wysokiego, w jego wschodniej części i przypominała samotnie stojący, wysoki donżon (tj. obronna wieża lub baszta budowana wewnątrz zamku). Zbudowana na planie ośmiokąta, trzypiętrowa, przewyższała znacznie linię wałów i pozostałe baszty. Dzięki temu umieszczone na niej działa mogły prowadzić ogień we wszystkich kierunkach. Pozostałe baszty miały dwa piętra przystosowane dla dział i niewiele przewyższały linię wałów, wzdłuż których były umieszczone. Wszystkie zbudowano na planie kwadratu lub wielokąta. Niektórzy rytownicy przedstawiający oblężenie Połocka umieścili przy jego wałach baszty okrągłe, co było niewątpliwym błędem. Możliwe, że część z nich, oblepiona gliną mogła przypominać taką formę, jednak bez wątpienia zbudowano je na planie wielokąta, co bardziej odpowiadało konstrukcjom drewnianym. Wszystkie pokrywały szpiczaste lub dwuspadowe dachy.
Północno-zachodnia część Zamku Wysokiego wcinała się w kolano Połoty i była zakończona ostrokątnym angułem, czyli narożnikiem. Posiadał on jeden plac boju dla ręcznej broni palnej, z której można było prowadzić ogień przez liczne otwory strzelnicze umieszczone w jednym rzędzie. Narożnik flankowały dwie umieszczone za nim masywne baszty, z których można było prowadzić ogień artyleryjski. Według S. Alexandrowicza narożnik ten był jednym z pierwszych znanych nam przykładów fortyfikacji typu bastionowego na ziemiach litewskich.
Z Zamku Wysokiego wychodziły trzy bramy prowadzące przez baszty. Pierwsza, wiodąca przez czworokątną basztę z dwuspadowym dachem, wychodziła na Połotę i Zapołocie. Łączność między obydwiema częściami twierdzy zapewniał drewniany most przerzucony nad rzeką. Druga wiodła do Zamku Strzeleckiego (Arx Scolpetariorum), połączonego z Zamkiem Wysokim wspólną ścianą drewniano-ziemnego wału. Trzecia znajdowała się w baszcie przy południowo-- wschodniej ścianie Zamku Wysokiego i wychodziła na drogę wiodącą na wschód, między wałem Zamku Strzeleckiego a Dźwiną.
Dużą rolę w systemie obrony Zamku Wysokiego odgrywał też leżący w jego obrębie sobór św. Sofii (Mądrości Bożej). Murowana świątynia była najbezpieczniejszym miejscem podczas ostrzału twierdzy i mogła spełniać rolę kwatery naczelnego dowództwa.
Wody Połoty oblewały umocnienia Zamku Wysokiego od północy i zachodu, Dźwina broniła dostępu od strony południowej. Od strony wschodniej Zamek Wysoki miał wspólny wał z Zamkiem Strzeleckim..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 122-125
"...Za Połotą, z prawej jej strony, leżało miasto Zapołocie, również umocnione wałem, ostrokołem, wieżami i głęboką fosą. Z zamkiem Wysokim połączone było mostem. Twierdza była dobrze zaopatrzona w broń i żywność. Dział kalibru od 1 i 1/2 do 6 funtów było 38, hakownic 300, ponadto wiele innej broni i amunicji. Załoga liczyła około 6 tys. ludzi, a dowodzili nią: kniaź Dymitr Szczerbatoj w zamku Strzeleckim, Piotr Wołyński w Zapołociu i kniaź Wasyl Iwanowicz Tielatiewski w Wysokim. Ten ostatni, stojąc na pierwszym miejscu w hierarchii („miestniczestwie") tamtejszych dowódców, był odpowiedzialny za obronę całej twierdzy połockiej. Dowództwo polskie przerzuciło przez Dźwinę w odległości kilometra przed wałami Zapołocia most pontonowy, dzięki czemu umożliwiło komunikację z Litwą i swobodne przemieszczanie własnych wojsk. Uszykowano je wedle podziału narodowościowego. Na prawym brzegu Połoty rozłożyli się naprzeciw Zapołocia Węgrzy i na lewo od nich wzdłuż lasu Litwini. Po lewej stronie tej rzeki zatoczyli obóz Polacy, otaczając go wozami taborowymi. Tu też znajdowały się namioty króla, dostojników wojskowych i cywilnych. Na lewym skrzydle, obok Dźwiny, rozłożyli się Niemcy i Prusacy. Na styku poszczególnych obozów rozmieszczono kolejno od lewej strony piechotę węgierską, polską i niemiecką..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 150
"...Według sztychów przedstawiających oblężenie Połocka w 1579 r. najbliższe okolice twierdzy na prawym brzegu Dźwiny porastały łąki, z rzadka także sady. Dopiero około kilometra od umocnień rozciągał się las, okalający jakby półkolem Połock i odległe, niewielkie wzniesienia. Większy kompleks leśny rozciągał się na południe od Połocka, dochodząc niemal bezpośrednio do lewego brzegu Dźwiny. Z twierdzy wychodziły dwie drogi na północ. Pierwsza prowadziła przez Sokół i Siebież do Pskowa, druga przez Sitno i Newel do Wielkich Łuków. Pozostałe drogi były w 1579 r. zaniedbane, porośnięte krzewami, a nawet lasem. Taki los spotkał uczęszczany dawniej wschodni trakt łączący Połock z Witebskiem, a także drogi wiodące na południe na Turowie, Krasne i Borysów oraz przez Świr na Wilno. Niewiele lepiej wyglądał trakt zachodni, prowadzący wzdłuż biegu Dźwiny do Dyneburga i Rygi..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 126
"...Możliwości ataku na twierdzę było kilka, toteż wybór kierunku uderzenia na Połock stał się przedmiotem narady dowództwa. Już 11 sierpnia, a więc zaraz po przybyciu pod miasto, Batory zlustrował w otoczeniu hetmanów jego umocnienia. Doszedł do wniosku, że ostrzał i szturm winien być wymierzony przeciwko wałom Zaniku Wysokiego. Można je było atakować tylko od strony północnej, przez Połotę na wąskim odcinku między Zapołociem a Zamkiem Strzeleckim. Należało najpierw sforsować rzeczkę, a następnie uderzyć po dość stromym stoku wiodącym pod wały. Mimo takich trudności zdobycie w pierwszej kolejności Zamku Wysokiego było możliwe, a to z kolei niemal gwarantowało końcowy sukces. W przypadku zdobycia Zamku Wysokiego, którego wały i wieże górowały przecież nad umocnieniami Zamku Strzeleckiego i Zapołocia, te ostatnie nie miałyby szans na opór. Gdyby zaś najpierw zdobyto Zamek Strzelecki lub Zapołocie, walki wydłużyłyby się, bo i tak los Połocka zależał od opanowania Zamku Wysokiego.
Według R. Heidensteina zupełnie inne stanowisko prezentował Kasper Bekiesz. Proponował, by najpierw uderzyć od zachodu na Zapołocie, „bo chociaż po jego zdobyciu nieprzyjaciel schroni się do zamku, to przecie pominąwszy już tę korzyść, że wszystkie okropności oblężenia przez spędzenie w jedno miejsce wszystkich obrońców znacznie się spotęgują, to oblężeni nadto upadną na duchu, naszym zaś ubędzie trudu, a przybędzie odwagi; dobywanie też zamku [Wysokiego — D. K.] od strony miasta nie będzie znacznie trudniejsze jak z innej strony, gdyż rzeka Połota, która zdawałaby się utrudniać to przedsięwzięcie, mając wody ledwie po kolana, wszędzie prawie da się przechodzić w bród.
Do najgorętszych popleczników królewskiej koncepcji należał początkowo kanclerz Jan Zamoyski. Kiedy jednak udał się samodzielnie na drugi rekonesans, zauważył trzecią możliwość ataku na Połock. Dotarłszy do pogorzeliska pozostałego po Wielkim Posadzie zauważył, że rów chroniący Zamek Strzelecki nie jest tak głęboki jak sądzono, a i wzgórze wznosi się dość łagodnie, przez co daje szansę efektywnego i gwałtownego ataku na twierdzę od strony wschodniej, czyli z tego samego kierunku, z którego szturmowały go wojska Iwana Groźnego w 1563 r..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 128-130
"...Ostatecznie postanowiono ostrzeliwać twierdzę z kilku stron, w celu dokonania wyłomów umożliwiających szturm. Węgrzy i Litwini podszańcowali się pod Zapołocie, a Niemcy pod zamek Strzelecki..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 152
"...Koniec końców naradę nad kierunkiem ataku przerwali żołnierze. Niemcy pomaszerowali naokoło umocnień twierdzy i ulokowali się naprzeciw Zamku Strzeleckiego rozpoczynając szańcowanie, a Węgrzy zaczęli kopać aprosze (tj. wąskie zygzakowate rowy umożliwiające skryte podejście pod obleganą twierdzę) z miejsca, w którym aktualnie stali — znad brzegu Dźwiny w kierunku Zapołocia. Oczywiście istniała jeszcze możliwość powstrzymania żołnierzy i powrotu do koncepcji królewskiej, ale Batory uznał chyba, że można przystąpić do prac oblężniczych z kilku stron naraz. Motywował to chęcią uniknięcia niesnasek, jakie mogłyby wyniknąć ze współzawodnictwa żołnierzy różnej narodowości skierowanych do ataku na jeden odcinek twierdzy.
Wojska stanęły w porządku według kryterium narodowościowego, poczynając od prawego brzegu Dźwiny. Obóz węgierski usytuowano naprzeciw Zapołocia. Tuż za mostem, przy samej Dźwinie, stanęła piechota, a na lewo od niej jazda węgierska pod ogólną komendą Kaspra Bekiesza. Na lewo od Węgrów, i tak jak oni na prawym brzegu Połoty, stanęli Litwini pod komendą Mikołaja i Krzysztofa Radziwiłłów. Pierwszy obóz litewski, w którym stały roty zaciężne, przybrał kształt placu otoczonego kołem przez namioty. Znajdował się zaraz za obozem węgierskim. Namioty ochotników litewskich i pocztów magnackich, rozrzucone osobno, zajęły całą przestrzeń ciągnącą się wzdłuż lasu aż do cerkwi, którą wybudowano przy monasterze Spaso-Eufrozyńskim bezpośrednio nad brzegiem Połoty. Według planu S. Pachołowieckiego — na południe od owej cerkwi, nad prawym brzegiem Połoty stanęła jeszcze jazda nadworna, dowodzona przez Jana Zborowskiego.
Na lewym brzegu Połoty stanął obóz polski, który przybrał kształt owalny „Obozowali tu prawie wszyscy senatorowie i jazda polska, a nadto Mikołaj Krzysztof Radziwiłł, marszałek nadworny litewski, który pod nieobecność marszałka koronnego był przełożonym nad całym dworem królewskim. Środek obozu zajmowała kwatera królewska i namioty senatorów, z których im kto wyższy piastował urząd, tern bliżej króla obozował. Trzy rzędy namiotów, otaczające główną kwaterę, tworzyły jakby dwie osady równą przestrzenią od siebie przedzielone; dwa też były dostępy do nich przez dwie bramy. Tyleż było bram obozowych, strzeżonych przez straże i placówki. Od zewnątrz tabor wozów, żelaznymi łańcuchami spiętych, obyczajem polskim zasłaniał obóz"9. Na lewy brzeg Połoty kierowano też wszystkie spóźnione polskie oddziały nadciągające pod Połock już w trakcie walk (np. hufiec jazdy księcia Konstantego Ostrogskiego). Zapewne to one wzniosły dwa mniejsze obozy, złożone z nie zabezpieczonych wozami namiotów, na północ i południe od siedziby królewskiej.
Wreszcie na lewo od głównego obozu polskiego, nad samą Dźwiną, wśród sadów miejskich rozbiły swe namioty zaciężne oddziały niemieckie dowodzone przez Krzysztofa Rozrażewskiego. Przed sobą miały niewielki strumyk wpadający do Dźwiny i widniejące za nim wieże Zamku Strzeleckiego, za plecami — stare kurhany, na prawo — roty polskie, na lewo — Dźwinę. Do oddziałów niemieckich dołączono też przybyłych później 500 żołnierzy lennika Rzeczypospolitej, margrabiego Jerzego Fryderyka Hohenzollerna.
Tak więc armia Stefana Batorego otoczyła Połock olbrzymim półkolem, które rozpoczynało się nad Dźwiną — na zachód od twierdzy i kończyło nad Dźwiną na wschód od jej umocnień. Jak już wspominaliśmy szeroka na 120 m Dźwina uniemożliwiała atak na miasto od strony południowej, nie rozmieszczono tu więc żadnych oddziałów za wyjątkiem straży, co uwidaczniają pojedyncze namioty przedstawione na jednym ze sztychów..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 130-133
Jedna bateria prowadziła ogień z południowego brzegu Dźwiny, druga z pozycji niemieckich mierzyła w zamek Strzelecki, ale zasadniczy ostrzał nastąpił w kierunku Zapołocia z armat rozstawionych przy stanowiskach węgierskich, nad prawym brzegiem tej rzeki. Bombardowane stąd były wały drewniano-ziemne i 8 znajdujących się w umocnieniach baszt drewnianych. Jednocześnie piechota węgierska (przypuszczalnie był to pułk siedmiogrodzki dowodzona przez Stefana Karoly'ego) zaczęła kopać dwa zygzakowate aprosze (rowy umożliwiające atakującym skryte podejście) kierując je w stronę wałów i jednej z bram miejskich. Przystąpiono więc najpierw do realizacji planu zdobywania twierdzy od zachodu w myśl wskazówek Bekiesza twierdzącego, że rzeka Połota „mając wody ledwie po kolana, wszędzie prawie da się przechodzić w bród (...)"- nie będzie więc przeszkodą w ataku na zamek Wysoki po opanowaniu Zapołocia. Skuteczny ogień z dział płasko- i stromotorowych załamał wolę oporu wojewodów moskiewskich. Piotr Wołyński i wspomagający go diak Łukasz Raków popełnili ten sam błąd, co Dowojna w 1563 r. Zwątpili w utrzymanie całego kompleksu obronnego włącznie z miastem. Podpalili więc Zapołocie i 12 sierpnia wycofali załogę wraz z mieszkańcami na zamek, niszcząc za sobą drewniany most łączący oba brzegi Połoty. Węgrzy podszańcowali się wówczas w zgliszczach bliżej rzeki, pokonując liczne przeszkody (pale, groby, kloaki) pod ostrzałem dział zamkowych. Usypawszy stanowiska dla dział począł Bekiesz ostrzeliwać zamek Wysoki od zachodniej strony. W ciągu 2-3 dni zbudowano też szańce na północ od spalonego miasta, naprzeciw kolana Połoty, na której w tym miejscu Jan Bornemissa wzniósł na palach most mający ułatwić atak na Zamek Wysoki. Na szańcach węgierska piechota nadworna dowodzona przez Michała Wadasza ustawiła działa osłaniane wiklinowymi koszami napełnionymi ziemią. Odległość baterii artyleryjskiej od wałów zamku wynosiła tu 200-250 m. Drugą baterię umieszczono na szańcach wzniesionych na lewo od Węgrów przez piechotę polską. Po rozbiciu umocnień zamkowych piechota węgierska i siedmiogrodzka miała uderzać przez most od strony Zapołocia, polska zaś forsując rzekę od północy. Nieco dalej, pośrodku między nimi, stało 200 piechurów węgierskich zaciągniętych przez Zamoyskiego, którzy w razie potrzeby mieli wspierać Węgrów lub Polaków. Jeszcze bardziej z tyłu stanowiska zajęła piechota litewska dowodzona przez wojewodę trockiego Stefana Zbaraskiego i kasztelana trockiego Eustachego Wołlowicza. Główny wysiłek oblegający skupili na zniszczeniu trójkątnego narożnika umocnień zamkowych, tzw. angułu, który przez jego ostrokątną formę zaliczyć można do fortyfikacji bastionowych. Posiadał on plac boju i liczne otwory strzelnicze dla ręcznej broni palnej, a flankowany był przez dwie umieszczone za nim z dwu stron masywne dwupiętrowe baszty ze stanowiskami działowymi. Kierujący obroną kniaź Tielatiewski i wspomagający go Iwan Zjuzin umiejętnie potrafili wykorzystać posiadane środki walki. Ostrzał prowadzono z najcięższych polskich dział, tym razem okazał się mało skuteczny. Drewniano-ziemne konstrukcje wałowe wykazały większą odporność niż murowane. Kule grzęzły w namokniętych ścianach, a w izbicowych umocnieniach wypełnionych ziemią i kamieniami pozostawały tylko minimalne ubytki. Również i kule ogniste wobec ciągłego deszczu nie spowodowały zapalenia drewnianych konstrukcji i grzęzły w ziemi wypełniającej izbice. Gdy zaś celowano niżej, bliżej fundamentów, to wg R. Heidensteina „pociski uderzały najczęściej w pagórek, na którym stał zamek, a który tak górował, że przeciwległy punkt, gdzie się znajdowały działa królewskie, acz wcale wysoki, przecież leżał niżej jak zamek - i ryły się w ziemię"..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 152-154
"...Widząc nieskuteczność ostrzału artyleryjskiego, król i jego dowódcy doszli do wniosku, że jedynym sposobem opanowania Połocka jest podpalenie drewnianych umocnień. Batory zwrócił się więc do ochotników wyznaczając wysoką nagrodę dla tego, który zdoła podłożyć ogień. Pierwsi zgłosili się Węgrzy zagrzewani przez Bekiesza, jednak wkrótce dołączyli do nich Polacy i Litwini.
Pierwsze próby podpalenia obwarowań twierdzy źródła opisują dość oględnie. Porównując wszystkie znane nam przekazy należy wnioskować, że sformowano kilka grup ochotników. Pod osłoną ognia artyleryjskiego prowadzonego z szańców piechoty polskiej i węgierskiej przeszły one Połotę „przez most w górę wprost pod zamek". Tak więc bez wątpienia zaatakowano Zamek Wysoki przez jeszcze nie zniszczony most Bornemiszy, wybudowany naprzeciw jego umocnień. Nie da się wykluczyć, że część ochotników ruszyła drugim mostem pod wały Zamku Strzeleckiego. W obu przypadkach teren był niezwykle trudny, gdyż lewy brzeg Poloty wznosił się w tym miejscu dość stromo „że naszy gdy tam szli, aż wschody sobie czynili, a który spadł nie ostał się aż w Połocie"
Ledwie ochotnicy z łuczywami zaczęli się wspinać pod górę zamkową, posypał się na nich grad kul, strzał, kamieni oraz olbrzymich kloców drewna, które zepchnięte z umocnień staczały się po stokach zmiatając po drodze wielu królewskich żołnierzy. Mimo to w kilku miejscach pod wałami i wieżami pojawił się dym oraz niewielkie płomienie. Obrońcy natychmiast rzucili się do gaszenia pożarów. Pomagali wszyscy. R. Heidenstein wspomina o starcach, kobietach i dzieciach, które donosiły wodę nie zważając na gęsty ostrzał z szańców polskich. Ku zdziwieniu oblegających „bardzo wielu z załogi kazało się spuszczać po ścianie od zewnątrz na linach i tak wisząc w powietrzu, wodą dostarczaną z gór) przez innych, zalewali podkładane od zewnątrz łuczywa; a gdy ci od celnych strzałów naszych dział wyginęli, nie brakło przez cały ciąg owego napadu śmiałków, co podobnie, jak poprzednicy, mieli odwagę wzgardzić niebezpieczeństwem i zajmowali miejsce poległych.
Obustronna wzmożona kanonada, trwająca podczas wypadów ochotników pod wały twierdzy, pociągnęła za sobą pierwsze poważniejsze straty po obu stronach. Największe ponieśli obrońcy i niefortunni „podpalacze", ale od ognia artylerii moskiewskiej zginęło także kilku żołnierzy obsadzających szańce, w tym rotmistrz piechoty węgierskiej Michał Wadasz (Było to 15 sierpnia).
Pewne straty poniosła też piechota niemiecka i to z winy dowódców nie potrafiących utrzymać karności. Co prawda działa ustawione na zbudowanych tu szańcach prowadziły ogień na umocnienia zarówno Zamku Strzeleckiego, jak i Wysokiego, jednak koncentracja działań na północnym i zachodnim odcinku oblężenia rozleniwiła nieco piechurów niemieckich. Czuli się tak bezpieczni, że pierwsze dni oblężenia spędzali beztrosko popijając alkohol lub drzemiąc na trawie wśród pobliskich drzew owocowych. Dostrzegł to natychmiast moskiewski komendant Zamku Strzeleckiego Dymitr Szczerbatoj i zorganizował nagły nocny wypad przez wschodnią bramę wychodzącą na podmiejskie sady. żołnierze moskiewscy dopadli niektórych Niemców podczas snu, toteż poniesiono spore straty — było dużo zabitych, rannych i wziętych do niewoli.
Jak pisze jeden z kronikarzy, wielu piechurów niemieckich wziętych do niewoli było tak pijanych, że zrozumieli swą sytuację, dopiero gdy spostrzegli, że są za murami twierdzy.
„Moskale nie bacząc na ich błagania, postąpili z nimi szczególnie okrutnie, przewiercili im plecy, przewlekli przez owe otwory sznury i spuszczali ich z wysokiego wału. Próżne były wszelkie prośby o litość i uwolnienie, nieszczęśnicy zginęli powolną śmiercią w strasznych męczarniach"
Innych jeńców pochwyconych w sadach oblężeni gotowali w kotłach, zanurzając we wrzątku do kolan, by dłużej cierpieli, rozszarpywali lub darli z nich pasy skóry.
Wieszanie powolnie konających Niemców na wałach miało w zamyśle obrońców Połocka oddziaływać deprymująco na oblegających. Jak się później okazało wywołało tylko gniew i chęć odwetu, czyli taką samą reakcję jak spuszczanie pomordowanych na kłodach drewna z biegiem Dźwiny w trakcie marszu armii królewskiej pod twierdzę.
Kiedy wypady załogi na szańce niemieckie powtórzyły się, Batory kazał polskiej jeździe zorganizować zasadzkę. Poskutkowała dwukrotnie i obrońcy poniósłszy znaczne straty zaniechali dalszych wycieczek.
Równocześnie ponawiane przez kilka dni próby podpalenia umocnień Połocka od strony północno-zachodniej nie przynosiły rezultatu. Łuczywa podkładane przez ochotników zalewała nie tylko woda z cebrów połocczan. Deszcze, które rozpoczęły się z chwilą przekroczenia przez armię królewską Dźwiny nie ustawały ani nawet na dzień. Utrudniały one zarówno podpalenie drewnianych izbic, jak i dostęp do nich. Płytka Połota wezbrała do tego stopnia, „że co przedtem piechur mógł ją wygodnie przejść w bród, teraz przeprawa jeźdźcowi nawet groziła niebezpieczeństwem (...)". Trudno było znaleźć skrawek suchej ziemi, toteż życie obozowe w namiotach oraz szałasach budowanych z chrustu stało się wyjątkowo uciążliwe. Prości żołnierze zaczęli nawet szeptać o czarach sprzyjających wrogom- kryjącym się za wałami twierdzy..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 136-138
"...Bardzo szybko okazało się, że zaopatrzenie armii królewskiej w żywność jest niedostateczne. Okolice Połocka były słabo zaludnione, a ponadto miejscowe źródła aprowizacji były już wcześniej wyczerpane przez załogę twierdzy i sąsiednich zamków moskiewskich. Dowóz żywności utrudniały napady z nieprzyjacielskich zamków oraz ciągłe deszcze, które okoliczne ścieżki i bezdroża zamieniały w grząskie błota. Szczególnie szlaki lądowe i wodne łączące Połock z Witebskiem i Czaśnikami były odcięte przez załogi Turowli i Suszy. W rezultacie cała żywność i pasza, jaka dostawała się pod Połock, transportowana była tylko z zachodu - Dźwiną lub drogą lądową przez Świr, Głębokie, Dzisnę. Ceny żywności wzrosły więc bardzo wysoko. Zaczęto jeść nawet padłe konie, a w obozie niemieckim rozwinęły się choroby zakaźne. Na dodatek 800-osobowa załoga moskiewskiej Suszy nagłym nocnym atakiem zaskoczyła kozaków litewskich w Rrasnem i spaliła ten zamek. W ten sposób ostatecznie została odcięta droga zaopatrzenia z Czaśnik. By zabezpieczyć szlak dowozowy z Głębokiego, dowódca kozacki Franciszek Zuk z lekkimi działami i jazdą usiłował zaskoczyć załogę moskiewską w Turowli, ale bezskutecznie. Aktywność Szwedów w okolicy Narwy i spalenie Kirempe przez oddział inflancki Butlera rozpraszały siły Iwana Groźnego. Musiał on posłać kilka oddziałów w celu zabezpieczenia swych zdobyczy inflanckich. Dn. 1 sierpnia wysłał też car z rejonu Pskowa znaczne siły (5 tys. jazdy bojarskiej i Kozaków dońskich) dowodzone przez Borysa Szeina i Fiodora Szeremetiewa na pomoc załodze Połocka. Gdyby wojsku nie udało się dostać do twierdzy, miało ono rozłożyć się pod Sokołem, przeszło 20 km od Połocka u przeprawy przez Dryssę i przecinać drogi dowozowe wojsk królewskich z Wilna. Szein rzeczywiście nie mając odwagi forsować blokady połockiej, rozbił obóz pod Sokołem, skąd czynił nękające wypady na picowników królewskich. Dodatkowo został wsparty przez oddział strzelców (jakoby 2 tys. żołnierzy) przyprowadzony przez Jurija Bułgakowa. W związku z tym Batory posłał pod ten zamek ok. 2 tys. zaciężnej jazdy litewskiej pod dowództwem Krzysztofa Radziwiłła oraz 1 tys. jazdy prywatnej kasztelana mińskiego Jana Hlebowicza, kasztelana smoleńskiego Jana Wołmińskiego i księcia Konstantego Konstantynowicza Ostrogskiego. Gdy wojsko litewskie dotarło pod Sokół, Szein wyprowadził część swych sił przed wały zamku. Nie chciał jednak wdawać się w otwartą bitwę, lecz jedynie zamierzał wciągnąć jazdę litewską pod ogień dział zamkowych. Krzysztof Radziwiłł odczytał zamysł przeciwnika i zezwolił jedynie kilku chorągwiom na zaatakowanie wroga. Po potyczce nieprzyjaciel schronił się w Sokole, a Radziwiłł poniósłszy niewielkie straty i wziąwszy kilku jeńców zawrócił z powrotem pod Połock. Batory dążył bowiem do osiągnięcia głównego celu wyprawy i nie chciał rozdrabniać swych sił dla zabezpieczenia swych szlaków zaopatrzenia. Pod Sokołem pozostała tylko część jazdy Radziwiłła w celu utrudniania wypadów załogi moskiewskiej..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 156-157
"...Narastające trudności wywołane brakiem żywności i brakiem postępów przy obleganiu Połocka prowadziły do coraz większych rozdźwięków w naczelnym dowództwie. Mielecki z rosnącą niechęcią patrzył na faworyzowanie Węgrów i Bekiesza, a i hetmani litewscy nie chcieli uznawać jego zwierzchnictwa. Wszystko to oddziaływało na żołnierzy i prowadziło do rozprężenia dyscypliny.
Coraz trudniejsza sytuacja armii skłoniła Batorego do zwołania narady wojennej, mającej zdecydować o dalszych działaniach. Uznano na niej, że odstąpienie od twierdzy nie wchodzi w rachubę. Większość dowódców opowiadała się za szturmem generalnym przeprowadzonym jednocześnie ze wszystkich kierunków. Batory był temu zdecydowanie przeciwny. Dowodził, że ewentualne załamanie się szturmu generalnego spowodowałoby, że żołnierze upadliby na duchu. Mogłoby też pociągnąć za sobą wielkie straty, a w konsekwencji nawet konieczność odstąpienia od twierdzy. Król zdawał sobie sprawę, że zanim rozpocznie się szturm, jego żołnierze muszą odnieść choćby niewielki, ale widoczny sukces mogący podnieść ich na duchu, a jednocześnie osłabić wolę oporu obrońców2. Takim sukcesem mogło być podpalenie wałów i dokonanie wyłomu w umocnieniach, co ułatwiłoby znacznie atak na Połock..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 142-143
"...Rankiem 29 sierpnia (była to sobota) niebo nad Połockiem wypogodziło się nieco i po raz pierwszy od kilkunastu dni przestało padać. Ochotnicy wzięli to za dobry prognostyk i przeszedłszy most na Połocie ruszyli pod wały zamkowe. W tym samym momencie armaty oraz hakownice ustawione na polskich i węgierskich szańcach otworzyły gwałtowny ogień. Sekundowały im muszkiety piechoty towarzyszącej ochotnikom, co miało utrzymać żołnierzy wroga poza umocnieniami. Obrońcy odpowiedzieli ogniem broni palnej. Część ludzi dobiegła jednak do drewnianej ściany Zamku Wysokiego, „między którymi też był kotlarczyk jeden ze Lwowa (...) i ten (jako niektórzy mieć chcą) kocieł pełny węgla rozpalonego na sobie niosąc, a łuczywa smolnego na ręce mając, wieżę jedną w rogu miał zapalić, z której się ogień wielki wydał tak, iż go ugasić nie mogli..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 143
"...Tymczasem pod Połockiem trwały nieustanne próby podpalenia umocnień. Aby wesprzeć piechotę Batory polecił spieszyć część jazdy. Przygotowując szturm naprawiono most pod zamkiem Wysokim, zniszczony uprzednio przez artylerię moskiewską, a na jego straży pozostawiono piechotę prywatną Zamoyskiego liczącą 400 polskich drabów, 200 hajduków węgierskich i 200 Szkotów pod Marcinem von der Schlechte. Dnia 29 sierpnia płomienie ogarnęły wreszcie znaczny fragment wału. Według relacji uczestnika oblężenia, Joachima Bielskiego, zamieszczonej przezeń w uzupełnieniu do wydania „Kroniki" jego ojca - Marcina, „kotlarczyk jeden ze Lwowa (...) kocieł pełny węgla rozpalonego na sobie niosąc, a łyczy-wa smolnego na ręce mając, wieżę jedną w rogu miał zapalić, z której się ogień wielki wydał tak, iż go ugasić nie mogli (...)". Paląca się część umocnień obejmowała narożnik - anguł z dwiema okrągłymi flankującymi basztami po bokach. Intensywny ogień polskiej artylerii i ręcznej broni palnej utrudniał oblężonym gaszenie pożaru. Król, obawiając się wypadu lub próby przebicia się do pobliskich lasów zdesperowanej załogi, czy też ataku sił moskiewskich z Sokoła, przeprawił się z wojskiem nadwornym na prawy brzeg Połoty i rozstawił je w szyku bojowym. Rosjanie pozornie okazywali chęć poddania się, ale jednocześnie zasłonięci pożarem pospiesznie sypali za płonącą ścianą nowy wał z rowem. Łączył on kolejną parę baszt za dwiema ocalałymi po spaleniu angułu. Batory wzywał załogę do kapitulacji, ale szturm generalny wyznaczył dopiero na następny dzień. Obawiał się bowiem dużych strat przy nocnym forsowaniu Połoty i w czasie wspinania się po stromym stoku zamkowym..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 157
"...Jednocześnie król kazał posłać do twierdzy list, obiecując, że w wypadku dobrowolnej kapitulacji obrońcy zostaną wypuszczeni „do ich hospodarstw z żonami, dziećmi i z majętnością, którą człowiek na sobie zanieść może, wyjąwszy zbroję i wszelką broń. A którzy by chcieli nam służyć — zachęcał Batory — tym łaska i żałowanie [tj. wynagrodzenie — D. K.] nasze, jako i innym obywatelom Wielkiego Księstwa Litewskiego ma być okazywane". Dawał załodze czas na odpowiedź do południa obiecując, że w wypadku otwarcia bram wyśle oficerów i urzędników, którzy dopilnują porządku i uchronią załogę przed samowolą oblegających.
Niektórzy z połocczan zachęceni królewskim listem, a bardziej chyba przerażeni pożarem, zaczęli okazywać chęć poddania się. Dziesięciu obrońców spuściło się nawet z wałów na linach, uciekając w stronę żołnierzy królewskich. Z pewnością nie byli to, jak sądził J. Bielski, delegaci „do traktowania" lecz zwykli żołnierze. Trafili jednak w ręce piechurów węgierskich, a ci wymordowali ich tak pospiesznie, że Bekiesz zdołał ocalić tylko jednego. Odesłano go natychmiast do króla, by wydobyć od niego cenne relacje o stanie twierdzy i nastrojach załogi. Niezbyt rycerski postępek Węgrów tłumaczono tym, iż chcieli innych obrońców odstraszyć od poddawania się, gdyż woleli "zdobyć Połock szturmem w nadziei, że przyniesie im to spore zyski w łupach. Nie mogliby na to liczyć w przypadku kapitulacji. O rzekomych bogactwach i skarbach ukrytych w soborze św. Sofii opowiadano sobie przecież od początku oblężenia..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 144-145
"...Widząc przygasający ogień, spragnieni zdobyczy Węgrzy nie chcieli jednak czekać. Było ich kilkudziesięciu, ale źródła nie informują, z jakich rot się wywodzili i kto nimi dowodził. Z szablami i siekierami w rękach samowolnie rzucili się do szturmu. Przebiegli most i wdrapawszy się na wzgórze sforsowali zgliszcza północnego narożnika umocnień. Za przykładem hajduków poszła i piechota polska. Atakujący natknęli się jednak za wyłomem na rów i usypany naprędce wał, z którego nieprzyjaciel otworzył z bliskiej odległości rzęsisty ogień z broni palnej. Zginęło 27 piechurów, kilkudziesięciu zostało rannych. Straty wśród żołnierzy moskiewskich sięgać miały 200 ludzi. Gdy czołowa grupa śmiałków próbowała wedrzeć się na wał zagradzający drogę na dziedziniec zamkowy, z tyłu doszło do przepychanek między polskimi i węgierskimi piechurami. Niektórzy hajducy uznali, że nie są im potrzebni konkurenci do łupów. W rezultacie polski chorąży został zepchnięty w ogień palących się jeszcze szczap, a kilku drabów zrzucono ze wzgórza zamkowego wprost w wody Połoty. Polacy poczuli się urażeni i wycofali się poza umocnienia, ale i Węgrzy po trzykrotnych bezskutecznych atakach musieli odstąpić od wału pod gradem kul sypiących się z pozycji moskiewskich. Obrońcy wykorzystali moment załamania się przeciwnika i rzucili się do kontrataku. Dopiero przy moście na Polocie 200-osobowa rota piechoty węgierskiej fana Zamoyskiego salwą z rusznic powstrzymała nieprzyjaciela. Niepowodzenie to wywołało ostre spory między Węgrami i Polakami. Jedni obwiniali drugich za brak wsparcia lub przedwczesny pośpiech. Przez następne kilka godzin trwała obustronna kanonada artyleryjska. Załoga zamku Wysokiego zajęta była przede wszystkim dogaszaniem płomieni, toteż tym razem najsilniejszy ogień był kierowany z trzykondygnacyjnej wieży wzniesionej w północnej części zamku Strzeleckiego. To właśnie stamtąd wystrzelono kulę, która zabiła jeźdźca z eskorty królewskiej stojącego w pobliżu monarchy. Batory znajdował się wówczas na prawym brzegu Połoty w pobliżu wąwozu, ciągnącego się stąd od rzeki aż do lasu..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 158
"...Sytuacja wyglądała jednak groźnie. Pod szańce polskie i węgierskie powrócił zarówno król, jak i Zamoyski z Mieleckim. Monarcha jeszcze raz zabezpieczył drogę do Sokoła, a podkanclerzy i hetman ruszyli ku stanowiskom piechoty oraz artylerii. Podczas kontrataku moskiewskiego obawiano się przez chwilę nawet o los armat, co nie było bezzasadne zważywszy na samowolny udział części piechoty w walkach o Zamek Wysoki. Być może, gdyby nie wspomniana wyżej rota Zamoyskiego, obrońcy pokusiliby się o działa i zaatakowali polskie lub węgierskie stanowiska za Połotą.
Powrót króla i wyższych dowódców pod szańce dostrzegła oczywiście załoga twierdzy. Odczytała to, jako przygotowania do nowego szturmu i otworzyła gwałtowny ogień. Polskie działa nie pozostawały dłużne i obustronna kanonada artyleryjska trwała jeszcze przez kilka godzin. Obrońcy Zamku Wysokiego zajęci byli przede wszystkim gaszeniem płomieni, toteż tym razem aktywniejsze były działa Zamku Strzeleckiego. Jak zawsze szczególną celnością odznaczały się te strzelające z wysokiej wieży wzniesionej na dziedzińcu. To właśnie stamtąd wystrzelono kulę, która zabiła jeźdźca z eskorty królewskiej znajdującego się w pobliżu monarchy w momencie, gdy Batory przybył ponownie na prawy brzeg Połoty.
Dowódcy królewscy jeszcze przez kilka godzin po feralnym ataku musieli porządkować zmieszane oddziały piechoty i uciszać wzajemne animozje. Polacy oskarżali Węgrów o lekkomyślność, ci zaś swych adwersarzy o unikanie walki. Doszło nawet do tego, że jeden z rotmistrzów węgierskich dopadł hetmana Mieleckiego i bez ogródek zaczął skarżyć się na Polaków, iż rzekomo nie chcieli pomóc podczas ataku na Zamek. Wyprowadzony z równowagi wódz miał odpowiedzieć: .,«A tom ja Polak i chcę pomóc» i zeskoczywszy z konia a rodelę wziąwszy poszedł sam do szturmu, aż go ledwie od tego odwiódł Jerzyna, podstoli królewski"7. Przytoczone powyżej incydenty świadczą o trudnościach, jakie przysparzało dowodzenie wielonarodową armią. Dopiero następnego dnia udało się uciszyć wszystkie żale i wzajemne pretensje..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 146-147
"...Teraz Rosjanie odrzucili warunki kapitulacji i usiłowali odtworzyć stare umocnienia. Na wzmocnionym wale ustawili kilka działek nabijając je siekanymi odłamkami żelaza, a na naprawionych resztkach bastei w narożniku zamku Wysokiego pojawili się strzelcy. Batory, nie chcąc im dać czasu na ponowne obsadzenie umocnień, natychmiast rzucił piechotę do ataku. Przeprowadzony on został jednocześnie od północnego-wschodu, północy i od zachodu ze spalonego Zapołocia. Piechurzy polscy i węgierscy wspierani przez ochotników z jazdy wdarli się ponownie do spalonego narożnika zamku i wyparli stamtąd strzelców moskiewskich. W walce wręcz największe straty wśród Polaków ponieśli przypuszczalnie żołnierze z roty Sebastiana Rusińskiego. Rotmistrze wyciągnęli jednak wnioski z niepowodzeń poprzedniego dnia i tym razem nie ryzykowali bezpośredniego ataku na wał zagradzający dostęp do dalszej części twierdzy. Zbliżał się decydujący moment oblężenia Połocka. Nie wiemy, kto wydał rozkaz kopania aproszy w kierunku wału - Kasper Bekiesz, Mikołaj Mielecki, czy też sam król. Wiadomo natomiast, że pracami tymi kierował nie dowodzący węgierską rotą pieszą włoski kapitan Helvetius Cusimo, lecz siedmiogrodzki szlachcic-ochotnik Piotr Racz. Jednocześnie udało się podpalić następną basztę zamkową, znajdującą się zapewne na zachód od spalonego narożnika. W nocy z 29 na 30 sierpnia usypano z ziemi pochodzącej z kopanych rowów kontrwał naprzeciwko umocnień moskiewskich, w bardzo bliskiej od nich odległości. Ustawiono na nim kilku żołnierzy z hakownicami i rozpoczęto gwałtowny ostrzał pozycji moskiewskich, uniemożliwiając załodze zamku zarówno przeprowadzenie kontrataku, jak i gaszenie palącej się baszty. Ogień strawił nie tylko zresztą samą basztę, ale i znaczny odcinek biegnących za nią na południe horodni (mimo że były one oblepione częściowo gliną), a nawet pojawił się na następnych basztach..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 159-160
"...Nie znamy żadnej relacji oblężonych o wydarzeniach z sierpniowych walk 1579 r., można jednak przypuszczać, że wkrótce po otrzymaniu listu, tj. wczesnym popołudniem 30 sierpnia, część garnizonu i dowódców dostrzegła beznadziejność położenia. Węgrzy kopali kolejne zygzakowate aprosze, doprowadzając je bardzo blisko wału moskiewskiego zagradzającego dostęp do twierdzy. Zresztą wkrótce i ta przegroda straciła zupełnie swe walory obronne. Pożar strawił nie tylko basztę, ale i spory odcinek biegnących za nią horodni. W ten sposób został odsłonięty dostęp z boku do wału strzeżonego przez żołnierzy moskiewskich i szeroki dostęp do twierdzy.
Relacje o tym, co stało się po dostarczeniu do Połocka trzeciego listu królewskiego są nieco sprzeczne. Wiadomo, że jako pierwsi zażądali przerwania walk przedstawiciele „dzieci bojarskich" i strzelców. Przybiegli do cerkwi św. Sofii, gdzie rezydowało naczelne dowództwo i tu doszło do sporów. Zdecydowanym przeciwnikiem kapitulacji był władyka prawosławny Cyprian. Nie ma natomiast zgodności, co do stanowiska wojewodów carskich. Według jednych relacji — wszyscy sprzeciwiali się poddaniu twierdzy, woląc ją raczej wysadzić w powietrze, według innych — jeden z nich — Piotr Wołyński, czyli drugi w hierarchii moskiewskich dowódców, poparł żądania strzelców
Dowódcy carscy zamknęli się wraz z władyką i swymi zwolennikami w cerkwi, oświadczając, „że tylko gwałtem stamtąd wyprowadzić się dadzą". Stanowisko wojewodów moskiewskich nikogo specjalnie nie dziwiło. Wiedzieli przecież, że wobec zdecydowanej postawy garnizonu nie uchronią twierdzy przed kapitulacją. Jednak carskie rozkazy zakazywały im kapitulacji, toteż stawiając choćby pozorowany opór mieli nadzieję na uniknięcie gniewu Iwana IV. Postępowali tak, choć zdawali sobie sprawę, że nie uzyskają przez to prawa do swobodnego odejścia z twierdzy. Tak było i tym razem. Ostatecznie oblężeni nie zwracając uwagi na protesty wojewodów, posłali do króla posłów, godząc się na kapitulację za cenę zachowania życia i wypuszczenia ich z twierdzy.
Król zatrzymał przedstawicieli załogi posyłając po sześciu wojewodów i władykę, których sprowadzono z cerkwi pod strażą. Nie chciał jednak słuchać wzajemnych oskarżeń, jakie zaczęli rzucać pod swym adresem i oddał ich pod straż podskarbiego litewskiego Wawrzyńca Wojny. Kilka dni później odesłano ich jako jeńców do Wilna.
Sprowadzenie władyki Cypriana oraz wojewodów musiało zająć żołnierzom moskiewskim trochę czasu. Dopiero gdy dowódcy moskiewscy znaleźli się w obozie królewskim, podyktowano delegacji oblężonych warunki kapitulacji. Następnie król posłał kilku Polaków i Węgrów do odebrania twierdzy i zabezpieczenia zdobyczy. Nazwisk Węgrów nie znamy, natomiast wśród Polaków znaleźli się: rotmistrz nadwornej chorągwi husarskiej Stanisław Pękosławski i starosta ciechanowski Krzysztof Niszczycki. Oczywiście znalazło się kilku ciekawskich, którzy samowolnie przyłączyli się do komisji wyznaczonej przez Batorego. Nie opłaciło się im to jednak, bowiem monarcha rozgniewany lekceważeniem jego rozkazów, omal nie przyłożył jednemu z nich czekanem. Połock dostał się w polskie ręce późnym popołudniem lub raczej wieczorem 30 sierpnia..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 149-151
"...W zdobytej twierdzy przejęto 38 ciężkich dział, 300 hakownic, blisko 600 długich rusznic, ogromne zapasy prochu i żywności. Po stronie moskiewskiej miało jakoby zginąć 2 tys. ludzi. Straty w zabitych, zmarłych, zaginionych i dezerterach wyniosły dla piechoty polskiej 602 żołnierzy (36%), a niemieckiej 860 (51%). Piechurzy węgierscy, najaktywniej uczestniczący w oblężeniu, musieli ze swego stanu stracić najwięcej, możliwe że 60%, tzn. ok. 1200 ludzi. Ogółem więc straty mogły sięgać ok. 2700 żołnierzy, w tym ok. 700 zabitych.
Po 16 latach panowania moskiewskiego Połock znów wrócił do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wprawdzie Batory zdobywał go w ciągu 27 dni, a więc o 3 dni dłużej niż Iwan Groźny w 1563 r., to jednak użył do tego mniejszych sił wobec liczniejszej załogi. Fakt ten świadczy o znacznym postępie sztuki oblężniczej w Rzeczypospolitej w okresie batoriańskim (zwłaszcza w zakresie fortyfikacji polowej) i rysującej się i w tym zakresie przewadze wojskowości polsko-litewskiej nad moskiewską. Król kazał odbudować zniszczone w czasie oblężenia fortyfikacje Połocka i pozostawił na załodze 900 żołnierzy, w tym 500 piechoty i 400 jazdy. Komendantem, a zarazem wojewodą połockim został Mikołaj Dorohostajski..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 160-161
"...Warunki kapitulacji Połocka były tak łagodne, że wzbudziły zdumienie carskich poddanych. Jak już wspomniano, w niewoli zatrzymano tylko władykę oraz starszyznę. Pozostałym obrońcom twierdzy pozostawiono wolny wybór, mogli pozostać w Połocku przyjmując poddaństwo królewskie lub odejść na terytoria państwa moskiewskiego. Większość źródeł przyznaje, że tylko nieliczni (zapewne mieszkańcy tych ziem sprzed 1563 r.) wybrali pierwszą możliwość. Pozostali zdecydowali się wracać do ojczyzny, choć wiedzieli, że za kapitulację może ich spotkać śmierć.
Zapewne już wówczas do wojska dotarły wieści o znalezieniu w twierdzy kolejnych dowodów świadczących o znęcaniu się oblężonych nad jeńcami wziętymi do niewoli podczas walk. Wielu żołnierzy królewskich domagało się zemsty, jednak Batory stanął na stanowisku, że nawet wobec nieprzyjaciela nie można złamać raz danego słowa.
Król starał się osobiście pilnować, by nie łamano warunków kapitulacji. Po ceremonii złożenia hołdu przez delegatów załogi odjechał na bok i przypatrywał się ludziom wychodzącym z zamku. Wielu z nich było obładowanych dobytkiem, którego nie chcieli zostawiać na pastwę wroga. Oczywiście kusiło to niezmiernie czeladź obozową. Znalazł się nawet jeden towarzysz poważnego znaku, który zaczął obdzierać z dobytku pokonanych mając nadzieję, że w tłumie nikt go nie zauważy. I znów Batory pokazał tu swą niespożytą energię, gdyż dostrzegłszy kolejną niesubordynację, podjechał do zaskoczonego żołnierza i odpędził go od pokrzywdzonych buzdyganem.
Zdawano sobie sprawę, że amatorzy wzbogacenia się kosztem pokonanych nie dadzą łatwo za wygraną. Wracających do Moskwy skierowano na trakt wielkołucki dając dla ochrony chorągiew husarską Krzysztofa Sadowskiego, liczącą 100 koni i kilka pocztów panów litewskich. Nie uchroniło to jednak carskich poddanych przed rabunkiem, bowiem „gdy na nocleg przyszło, jęło ich hultajstwo, które się za nimi od wojska [królewskiego — D. K.] wlokło szarpać, brać czego im Kozacy, którzy byli przy nich posłani pomagali, co gdy Moskwa będąc strwożona obaczyła, jęła po lesie się rozbiegać, każdy w swą stronę, owa ich Sadowski znowu zebrać nie mógł.
Obrońcy Połocka stracili dobytek, dotarli jednak do kilku miast carskich, gdzie zostali zatrzymani przez miejscowych wojewodów. Ku zaskoczeniu współczesnych car potraktował ich nadzwyczaj łaskawie, rozmieścił w Wielkich Łukach, Zawłoczu, Newlu, Uświacie i kazał zmyć z siebie hańbę kapitulacji przy najbliższej okazji. Postępowanie Iwana Groźnego mogło wynikać z dwóch pobudek. Po pierwsze nie przysłał oblężonym efektywnej pomocy, stąd trudno mu było ich karać, po drugie łaskawość miała wzmocnić wierność załóg pozostałych zamków.
Jeszcze 31 sierpnia dogaszono pożar umocnień Zamku Wysokiego i Batory chciał wjechać do Połocka. Odradzono mu to jednak ze względu na nieznośną woń rozchodzącą się od wielkiej ilości nie pogrzebanych ciał. W takiej sytuacji uroczyste nabożeństwo dziękczynne odprawiono w obozie, a oba zamki obejrzał monarcha we wtorek 1 września.
Okazało się wówczas, że nawet wyznaczenie specjalnych straży nie uchroniło zdobytej twierdzy od samowolnej penetracji czeladzi oraz złaknionych zdobyczy żołnierzy. Polscy kronikarze oskarżali Węgrów, a i do Batorego mieli spory żal pisząc, iż „Węgrowie pustoszyli i brali łupy z zamku pomimo oporu Niszczyckiego, Pękosławskiego, Niemsty, Krasickiego i innych, którym straż powierzono. Lubo Węgrzy temu zaprzeczali, zwalając winę na Polaków, jednak te rzeczy publicznie się przedawały, jakoby król dozwolił Węgrom łupieży". [...]
W Połocku znaleziono natomiast olbrzymie zapasy żywności i paszy, co miało ogromne znaczenie dla wygłodzonego wojska. Zdobyto też 38 dział, 300 hakownic, 600 długich rusznic, 2500 cetnarów prochu, mnóstwo kul i innego sprzętu wojennego, szacowanego nieco z przesadą na 200 tysięcy złotych. Zapasy te wystarczyłyby z pewnością załodze na przetrwanie bardzo długiego oblężenia.
śadne źródła nie podają dokładnych strat obu stron podczas oblężenia Połocka. Wzmianki o poległych 2 tysiącach poddanych carskich są z pewnością nieco zawyżone. Z formacji królewskich największe straty poniosła piechota. Znamy tylko popisy rot polskich i niemieckich, z których wynika, że w tych pierwszych zginęło, zmarło lub zdezerterowało 602 ludzi (36%), z drugich — 860 (51%). Węgrzy, bardzo aktywnie uczestniczący w oblężeniu, musieli stracić co najmniej taki sam odsetek żołnierzy jak Polacy. Najmniejsze ubytki były zapewne w piechocie litewskiej, o której źródła wspominają rzadziej. Oczywiście nie da się ustalić, jaka część owych strat wynikała z działań bojowych, a jaka była wynikiem chorób, głodu czy dezercji. Przykład strat poniesionych podczas walk 29 sierpnia świadczy jednak o tym, iż straty bojowe stanowiły najmniejszy odsetek. Jazda nie poniosła ich wiele, gdyż w bezpośrednich działaniach bojowych brali udział tylko ochotnicy i tylko w dniach 29-30 sierpnia.
Niemal nazajutrz po opanowaniu twierdzy zabrano się do naprawy umocnień zniszczonych w czasie oblężenia. Nad wszystkim czuwał osobiście Batory, mając do pomocy inżynierów zabranych na wyprawę. Piechota węgierska otrzymała polecenie rozkopania szańców i zasypania aproszy wzniesionych naokoło obu zamków. Sprowadzono 77 cieśli z Witebska i Dzisny, którzy przy pomocy żołnierzy odbudowali najbardziej zniszczony odcinek umocnień od strony Połoty.
Wzniesiono niemal w całości 3 kurtyny i 5 baszt Zamku Wysokiego, używając do tego drewnianych pni. Od zewnątrz zabezpieczono je przed ogniem oblepiając grubą warstwą gliny wzmocnionej kamieniami. Sklepienia baszt, na których miały stanąć armaty, składały się z trzech warstw grubych belek. Mimo pewnych wskazówek monarchy należy przyjąć, że prace miały charakter przede wszystkim odtwórczy i nie zmieniły zasadniczo charakteru i kształtu umocnień twierdzy. Ukończono je już 16 września wypłacając robotnikom ze skarbu królewskiego 7 tysięcy zł.
Na wałach oraz basztach Połocka umieszczono 29 armat, w tym jedną dwunastofuntową feldszlangę i 11 sześciofuntowych falkonetów. Przy każdym dziale znajdowała się „lada (...), stempel i 3 ładunki", resztę kul przechowywano w skrzyniach. Oprócz tego pozostawiono w zamku kilkadziesiąt hakownic, a zapewne także część zdobycznych dział moskiewskich
Na wniosek hetmana Mikołaja Radziwiłła król mianował horodniczym zamku połockiego Franciszka Zuka, czyniąc go odpowiedzialnym za stan uzbrojenia i umocnień twierdzy. Naczelne dowództwo nad całą załogą powierzono wojewodzie połockiemu Mikołajowi Drohostajskiemu. Garnizon twierdzy liczył 900 ludzi, w tym 500 piechoty i 400 jazdy oraz 19 puszkarzy pod wodzą cejgwarta Tomasza z Wilna. Późną jesienią skierowano jeszcze do Połocka kilka rot na leża zimowe, dzięki czemu Drohostajski miał do dyspozycji 1350 żołnierzy i mógł nawet podejmować działania dywersyjne na terytorium wroga..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 153-154-157