ozdoba

Psków 1581

ozdoba

Szukaj:

Zapisz się na bezpłatny newsletter:

"...Najstarszą częścią miasta był Krom, przypominający moskiewski Kreml. Zresztą Krom to stara nazwa Kremla, zbudowanego w Pskowie przy samym ujściu rzeki Pskowy do Wielikiej, na wysokim, skalistym miejscu. Pierwotne drewniano-ziemne umocnienia, zastępowano od drugiej połowy XIII w. murami z miejscowego kamienia ciosowego (wydobywanego m.in. z koryta rzeki), a w następnych stuleciach wzniesiono baszty.

Zachowana do dziś budowla wznosiła się na wzgórzu usytuowanym 17 m ponad poziomem Wielikiej, górując nad resztą miasta. Pskowa, płynąca w stronę Wielikiej pod kątem prostym, skręcała na 200 m przed jej korytem i biegła jakiś czas niemal równolegle do Wielikiej, tworząc cypel, do którego dostosowano mury Kremla. Przypominały one ostrze noża zwrócone wypukła stroną ku Pskowie o dwóch bokach po 300-350 m i jednym ok. 100 m.

Zachodnia ściana umocnień Kremla biegła wzdłuż rzeki Wielikiej, wschodnia (dłuższa) część muru, wzmocniona dwoma basztami, została zbudowana wzdłuż Pskowy, a najkrótsza na południu, skąd miano najłatwiejszy dostęp do Kremla. Południowy pas murów Kremla określany był przez ówczesnych mieszkańców miasta mianem „piersi". Tędy, przez Wielką Bramę (zwaną też basztą Troicką), prowadziło główne wejście na Kreml. Druga brama, tzw. Małe Wrota, wychodziła na Pskowę, a trzecia znajdowała się w baszcie Smerdnej (Cuchnącej), przy południowej kurtynie umocnień i prowadziła na brzeg Wielikiej. Mury Kremla dochodziły do 10 m wysokości (wraz z zadaszeniem), a wzmacniały je 4 baszty (wspomniana już Smerdna, Wielka, Średnia baszta nad Pskowa i Kutekroma w północnym kącie twierdzy). Ta ostatnia wzięła swą nazwę od określenia Kutnyj kostier, czyli narożna wieża. Centralnym punktem Kremla był zachowany do dziś sobór troicki, górujący nad murami miasta.

Do południowego boku Kremla, tj. do „piersi", przylegała tzw. twierdza Dowmunta, zbudowana w XTV w. Wznosiła się ona na brzegu dochodzącym do 10 m nad lustrem Wielikiej, na planie zbliżonym do trapezu. Na jego narożach znajdowały się cztery baszty bramne: Smerdna i Własewska nad Wieliką oraz Wielka i Rybnicka nad Pskowa. Wejście do twierdzy Dowmunta znajdowało się w południowej ścianie jej umocnień (szerokości ok. 150 m), a stąd już można było przejść na Kreml. Mury otaczające Kreml i twierdzę Dowmunta miały śerdnio ponad 6,5 m wysokości i 4 m grubości. Tu, na dość niewielkiej przestrzeni, zbudowano aż 20 cerkwi.

W latach siedemdziesiątych XIV w. zaczęto wznosić mur opasujący osadę, rozciągającą się na południe od Kremla i twierdzy Dowmunta. Ciągnął się on na przestrzeni ponad 1600 m, osłaniając półkolem domy i cerkwie tzw. Zamurza. Z czasem tę część Pskowa zaczęto nazywać Środkowym Miastem („Srednij Gorod") od centralnego położenia w obrębie twierdzy. [...]

Od strony rzeki Wielikiej Średnie Miasto zaczynało się przylegającą do twierdzy Dowmunta kwadratową, trzykondygnacyjną basztą Własewska, z bramą o tej samej nazwie. Kolejnymi basztami nad Wieliką były: okrągła, trzykondygnacyjna baszta Połoska, w której znajdowała się również brama i baszta Mścisławska. Od baszty Mścisławskiej umocnienia Średniego Miasta skręcały na wschód i biegły łukiem ku rzece Pskowie, a następnie 500 m wzdłuż jej biegu, gdzie łączyły się ponownie z twierdzą Dowmunta

Ta część muru wzmocniona została 9 basztami, rozmieszczonymi średnio co 100 m, a więc o wiele gęściej niż nad brzegiem Wielikiej, gdzie na przestrzeni ponadpółkilometrowej rozmieszczono tylko trzy wzmiankowane wyżej baszty. Tak więc kolejną, po nadrzecznej baszcie Mścisławskiej, była okrągła baszta Nikolska zbudowana w latach 1387-1397, dalej znajdowała się Wielka baszta z 1477 r., przez którą wiodła brama (Wielka Brama) i następne (m.in. Wasilewska, Trupiechowska, Kstowska, Kurnicza, Kozia). Większość z nich pełniło jednocześnie funkcje bram, zbudowane były na planie koła lub kwadratu, posiadały trzy kondygnacje, a wszystkie wieńczyły drewniane, ostro zakończone dachy.

Dalszy rozwój przestrzenny miasta naturalną koleją rzeczy doprowadził do rozbudowy twierdzy. U schyłku XV w. rozpoczęto budowę muru okalającego dotychczasowe umocnienia Pskowa szerokim łukiem. W ten sposób powstał ostatni, zewnętrzny pas umocnień, osłaniający dwie dzielnice: tzw. Okólne Miasto i Zapskowie. [...]

Przy ujściu Pskowy do Wielikiej zbudowano drugi odcinek arkad i murów z żelaznymi kratami, zwanymi „niskimi", które pełniły tę samą funkcję, co kraty „górne". Dzięki arkadom umocnienia Zapskowia połączono z fortyfikacjami Kremla i z baszty Wysokiej można było przejść galerią, ponad ujściem Pskowy do baszty Płoskiej. Była to trzykondygnacyjna, okrągła baszta, wzniesiona w 1500 r. na końcu narożnego cypla powstałego przy ujściu Pskowy do Wielikiej. Krótki odcinek muru (100 m) łączył ją z narożną basztą Kremla. [...]

Psków

Baszty wysunięto przed mur nierównomiernie, najczęściej w dwóch trzecich obwodu, co umożliwiało skuteczniejszy ostrzał wrogich wojsk atakujących miasto. Zwieńczono je drewnianymi, stromymi dachami, a na szczycie niektórych umieszczono latarnie umożliwiające obserwację dalekiego przedpola twierdzy. Były z reguły na tyle obszerne, że wewnątrz nich ustawiono działa. Baszty bramne i bramy umieszczone w murach wzmocniono tzw. „zachabami", tj. specjalnymi przybudówkami, stanowiącymi dodatkową osłonę. Dość często brama wychodziła przez mur przy samej baszcie, a następnie przez ową przybudówkę. Chcąc dostać się do twierdzy należało iść wzdłuż muru, wejść do przybudówki, a następnie skręcić przed basztą. Atakujący przez cały czas byli narażeni na ogień flankowy, najpierw z muru, a potem z baszty. Poza tym, chcąc zburzyć basztę bramną, należało najpierw zbić ogniem artyleryjskim osłaniający ją „zachab".

Zewnętrzny pierścień murów (włącznie z brzegiem Wielikiej) wzmacniało 25 baszt, kolejne 14 znajdowało się przy wewnętrznych murach Średniego Miasta, twierdzy Dowmunta i Kremla. Komunikacja między basztami była możliwa nie tylko przez wspomniane już tarasy muru (stąd wchodzono na drugie piętra baszt), lecz także przez specjalne podziemne przejścia. W basztach i murach znajdowało się łącznie 48 bram i furt miejskich..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 108-112-114

"...Biorąc pod uwagę znaczenie, jakie car przywiązywał do utrzymania w swych rękach Pskowa i porównując powyższe szacunki, należy zgodzić się z liczbą ok. 10 000 jazdy i piechoty oddanej pod komendę Szujskich. Można tylko powątpiewać, czy 7000 spośród tej ostatniej to strzelcy. Źródła moskiewskie wzmiankują obecność w Pskowie miejscowych strzelców pskowskich i przysłanych przez cara. Liczebność strzelców w całym państwie moskiewskim oceniano wówczas na ponad 18 000 ludzi, ale większość z nich służyła w innych miastach. Należy raczej uznać, że podana przez H. Kotarskiego liczba 7000 odnosi się do całej piechoty znajdującej się w Pskowie. Z pewnością, oprócz strzelców, byli tam piechurzy wystawiani systemem wybranieckim — „datoczni" ludzie, a także wspominani wyżej kozacy.

Natomiast liczba kilku tysięcy mieszczan i chłopów zdatnych do obrony wydaje się maksymalna, na jaką mogli liczyć wojewodowie dowodzący obroną (jeśli przyjmiemy, że ludność miasta liczyła ok. 30 000 mieszkańców, a z okolic napłynęło jeszcze kilka tysięcy). Tak więc liczbę aktywnych obrońców Pskowa należy szacować łącznie na ponad 15 000 zbrojnych. Wystarczało to w zupełności do obsady murów (np. zewnętrznych o długości 9,5 km), wydzielenie dużego odwodu i formowanie mniejszych oddziałów, mogących urządzać wypady poza umocnienia.

Artyleria Pskowa składała się z 40 ciężkich dział oraz całej masy lżejszych armat i hakownic wałowych. Zapasy prochu wynosiły podobno 25 000 cetnarów. Dane te potwierdza pośrednio wizytacja Pskowa z 1630 r., kiedy to w twierdzy naliczono 41 dział ciężkich i półciężkich, 68 lekkich oraz 270 hakownic..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 134-135

"...Zlustrowawszy umocnienia, król zrozumiał od razu, że szanse zdobycia twierdzy są nikłe, bowiem posiada zbyt słabą artylerię, za mało piechoty i amunicji. Mimo rozpoznania prowadzonego od wielu miesięcy nie przypuszczał zapewne, że napotka aż tak potężną twierdzę. Według Heidensteina nosił się podobno z myślą ominięcia Pskowa i ruszenia na Nowogród lub zamki moskiewskie na pograniczu estońskim, jednak nie potwierdzają tego inne źródła. Monarcha rozumiał, że odstąpienie od twierdzy może wpłynąć demoralizująco na armię, a przeciwnika natchnąć duchem oporu. W zaistniałej sytuacji taktyka polskiego dowództwa musiała się sprowadzić do otoczenia twierdzy i przecięcia połączeń moskiewskich z Inflantami w celu zmuszenia cara do ustępstw.

Mimo nie najlepszych perspektyw postanowiono przystąpić do aktywnych działań oblężniczych. Miały one przebiegać dwutorowo. Z jednej strony należało zablokować Psków, tak, aby jak najskuteczniej przeciąć komunikację obrońców ze światem zewnętrznym. Blokada mogła w dłuższej perspektywie doprowadzić do kłopotów aprowizacyjnych w tak ludnym mieście, do którego schronili się uchodźcy z pobliskich wiosek. Oględziny twierdzy dowiodły, że król posiada zbyt mało wojska, aby otoczyć twierdzę szczelnym pierścieniem oblężniczym. Należało więc rozmieścić jazdę na głównych szlakach komunikacyjnych, spędzając z pola wszelkie oddziały próbujące przedrzeć się do Pskowa. Zdawano sobie przy tym sprawę, że czas jest wrogiem nie tylko nieprzyjaciela, lecz także armii królewskiej. Zima bowiem nigdy nie sprzyja armii oblężniczej, a tym bardziej polskiej, rozpuszczanej zwykle na leża zimowe już jesienią. Trzeba było przygotować się na protesty ludzi związane z żołdem, warunkami bytowymi, aprowizacją itp.

Król i hetman wiedzieli także, że nie można poprzestać na samej blokadzie, bowiem jest ona najmniej odpowiednia dla armii przyzwyczajonej do aktywnych działań bojowych. Zbyt bierne postępowanie wywołałoby olbrzymie niezadowolenie w wojsku liczącym na obfite łupy. Należało podjąć prace oblężnicze mogące zagrozić twierdzy, te zaś, przy sprzyjających warunkach, mogły przynieść pewne efekty. Można było liczyć na wywabienie załogi za mury i zadanie jej znacznych strat, sprowokowanie cara do bardziej aktywnych działań w polu, których armia królewska nie musiała się obawiać. Można było też próbować szturmu, który mógł doprowadzić do opanowania choć części umocnień. Każdy sukces mógł przyspieszyć zakończenie wojny. Prace oblężnicze miały spaść na barki piechoty osłanianej przez część jazdy.

Podejmując działania przeciw twierdzy należało wybrać odpowiednie miejsce na główny obóz. Jako że armia królewska nadciągnęła od południa, a ta strona umocnień Pskowa była najłatwiej dostępna, król zdecydował rozstawić tu namioty. Kiedy 26 sierpnia ostatnie oddziały przeprawiły się przez Czerechę, postanowiono założyć obóz naprzeciw południowo-wschodniego naroża twierdzy, nad rzeką Pskowa, w pobliżu monasteru Nikoło-Jubiatowskiego. Miejsce to, położone obok gościńca nowogrodzkiego, wydawało się najdogodniejsze, gdyż przecinało główny szlak łączący miasto z państwem moskiewskim. Jak argumentował Zamoyski, rzeka Pskowa zabezpieczała flankę, z której mogła nadciągnąć odsiecz, a miękki grunt nadawał się doskonale do prowadzenia podkopów. Jeszcze tego samego dnia niektóre pułki podeszły na wskazane miejsce, ale znajdowało się ono zbyt blisko murów (ok. 1,5 km). Ciężkie działa moskiewskie zaczęły ostrzeliwać wozy i żołnierzy, stąd musiano je przenieść gdzie indziej. Reszta armii czekała nad Czerechą, a przez cały następny dzień zastanawiano się gdzie wyznaczyć teren pod obóz. Zapanował przy tym spory bałagan, gdyż nie było chętnego do kierowania pracami. [...]

przedefilowała armia

Dopiero 28 sierpnia naznaczono odpowiednich ludzi i armia królewska przedefilowała przed oczyma obrońców na nowe stanowiska. „Naprzód szły wszystkie roty i poczty litewskie; okazawszy się dobrze Moskwie, poszły do obozu swego, który w prawo od królewskiego położył się. Za niemi szedł pan radomski [Tarnowski — D. K.] z rotami jemu należącemi, potem hetmańska chorągiew z swojemi rotami, potem Urowiecki z swoimi pieszymi; drudzy rotmistrze piesi za nim. Na ostatku Węgrów pieszych 15 chorągwi, pan marszałek potem Zborowski z dworską chorągwią i wszytkim dworem. Na końcu zamknął pan Przyjemski z rotą swą. Trwała ta procesja mało nie do wtórej w nocy" — czyli do drugiej godziny po zmierzchu. Celem tej swoistej parady była demonstracja siły wobec pskowian, którzy mogli ją oglądać z murów. Nie strzelali, bowiem nowy obóz znajdował się między Promierzycą a Czerechą (obie wpadały do Wielikiej), ok. 4 km od południowego naroża umocnień twierdzy. Podjęli jedynie próbę wypadu na wozy piechoty węgierskiej, powstrzymaną ogniem arkebuzerów Sobockiego..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 141-144

"...30 sierpnia, po rozlokowaniu wojska w obozach, Zamoyski zwołał naradę rotmistrzów. Poniesiono już pierwsze straty, załoga Pskowa porywała czeladź szukającą pod murami żywności, a niektórzy żołnierze podjeżdżali zbyt blisko umocnień, chcąc jako tzw. harcownicy zetrzeć się z nieprzyjacielem. Hetman zakazał żartobliwie, acz stanowczo takich praktyk „gdyż to niepodobna, aby kto kopią mur przewrócić miał, albo i głową przebić, ani to męstwo nie jest na kule, aby od niej zginąć"1. Zakazał też samowolnego posyłania czeladzi po żywność, zapowiadając, że w tym celu zostaną zorganizowane specjalne wyprawy w okolice miasta. Wspomniał wreszcie o konieczności przestrzegania artykułów wojskowych, a na koniec naznaczył swym zastępcą wojewodę bracławskiego Janusza Zbaraskiego.

Rozkaz hetmański poskutkował i harcownicy przestali zapuszczać się pod mury. Zapanowała trzydniowa cisza, bo obrońcy nie mieli do kogo strzelać. Jazdę zatrudniono do patrolowania szlaków wiodących z miasta, a większe zgrupowanie konnicy posłano w kierunku Porchowa, gdzie przebywali Tatarzy moskiewscy. Piechota i czeladź rozpoczęła wożenie chrustu i plecenie koszy dla osłony stanowisk oblężniczych.


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 146-147

Oblężenie Pskowa 1581 roku

"...Batory dysponował jedynie 20-ma ciężkimi działami. Wprawdzie dział lżejszych i ręcznej broni palnej było dużo, to jednak brakowało kul i prochu. Zdawał sobie sprawę w tej sytuacji król, że twierdza jest nie do zdobycia szturmem. Ścisła blokada była również trudna wobec niewystarczającej liczby wojsk. Pozostawało uporczywe stanie pod murami twierdzy i zmiękczanie przeciwnika nieustannymi atakami. Większość sił oblegający skoncentrowali na południe od Pskowa. Tam też rozmieszczono artylerię i zatoczono obozy. Poszczególne nacje (Polacy, Litwini, Węgrzy i Niemcy) zajęły odrębne stanowiska na wprost tych fragmentów umocnień, które zamierzano atakować. Gdy Węgrzy ruszyli na swe stanowiska na lewym skrzydle, wypadła na nich z twierdzy grupa jazdy moskiewskiej. Arkebuzerzy Stanisława Sobockiego (100 koni), którzy zostali przydzieleni Baltazarowi Batoremu, zmusili ją do odwrotu, kilku przeciwników zabijając i czterech biorąc do niewoli. Od 1 września rozpoczęto podszańcowanie się pod południowy kąt twierdzy (nie flankowany ogniem bocznym) pomiędzy wieżą Pokrowską i Świńską. Każdy z podłużnych, zygzakowatych okopów, drążony był przez oddział jednej narodowości. Pierwszy aprosz kopali Litwini, drugi i trzeci Polacy, czwarty Niemcy, a piąty nad rzeką Wieliką - Węgrzy. Ponadto siedem okopów poprzecznych połączyły aprosze podłużne. Prace te zostały wykonane w ciągu trzech dni, mimo że w piaszczystym gruncie trafiały się ogromne kamienie. Gdy żołnierze znaleźli się w zasięgu skutecznego strzału armatniego, puszkarze pskowscy otworzyli ogień. Artyleria moskiewska górowała nad pozycjami piechoty królewskiej, toteż silny ogień (70-funtowe kule żelazne i kamienne) z najcięższych dział i moździerzy ustawionych na murach nie wyrządzał oblegającym większych strat. W nocy z 6 na 7 września ukończono sypanie stanowisk dla artylerii i zaciągnięto na nie 19 dział, osłaniając je koszami wypełnionymi ziemią. Polacy strzelali z 8 dział, Węgrzy na swej pozycji dysponowali taką samą liczbą, a ponadto z baterii ustawionej za Wieliką koło monasteru Mirożskiego prowadzono ostrzał z 4 dział. Ogień rozpoczęto o świcie, a był on na tyle silny, że Rosjanie musieli wycofać swoje działa rozstawione na blankach tarasowych z zagrożonych odcinków. Zewnętrzna ściana XV-wiecznego jakoby poczwórnego kamiennego muru zaczęła pękać, choć miała 6 i pół metra grubości i tyleż wysokości. Ta ostatnia informacja przekazana przez K.Górskiego wzbudza wątpliwości, ponieważ przy czterech liniach obwarowań głębokość fortyfikacji sięgnęłaby z międzymurami przynajmniej trzydziestukilku metrów. Wydaje się, że chodzi tu o jednolity 6 i pół metrowy mur zbudowany z czterech związanych ze sobą ścian ciosów kamiennych, po ok. 16 cm grubości każdy. Wskutek bombardowania zniszczony został najpierw drewniany dach na blankach. Kruszyć się zaczęły także następne warstwy muru podcinane przez kule u swej podstawy, a wieże Pokrowską i Świńska zostały poważnie uszkodzone. Dowództwo polskie nie miało jednak pewności, czy wybite w murze trzy wyłomy umożliwiają przeprowadzenie szturmu. Jeden otwór powstał koło wieży Świńskiej od kul z dział kierowanych przez Mikołaja Urowieckiego, a dwa przy wieży Pokrowskiej były rezultatem ognia krzyżowego prowadzonego z baterii węgierskich Jana Bornemissy i Stefana Karoly'ego.

Zwiad żołnierzy polskich

W południe dn. 8 września grupa piechurów polskich i niemieckich pod osłoną ognia z broni palnej stwierdziła wprawdzie znaczny stopień zniszczenia (wyłomy o szerokości 50-150 metrów), ale nie aż tak wielki, by zdecydować się na atak. Zwiad 20 żołnierzy polskich stwierdził możliwość przebycia przekopu pod murami, ale rekonesans 50 Niemców nie był zbyt dokładny. Według ustalonego planu mieli oni po rozpoznaniu szerokości wyłomów i uznaniu, że dostęp przez nie do miasta jest wystarczający, poderwać okrzykiem „Gott mit uns" najpierw knechtów niemieckich do szturmu, a później polskich drabów. Nie dostrzegli jednak Niemcy, że obrońcy za ostrzeliwanym odcinkiem kamiennego muru zbudowali w międzyczasie drewnianą ścianę z nasypem ziemnym poprzedzony fosą. Niewątpliwie Iwan Szujski, który przybył przed trzema dniami z dwoma diakami w rejon wieży Pokrowskiej, wykorzystał tu doświadczenia z obrony Połocka. Król Stefan natomiast, znalazłszy się przy szańcach węgierskich, spędził ogniem z broni palnej strzelców moskiewskich z blanków tej części muru, co jeszcze między wyłomami stała, otoczył jazdą miasto, ale kontrwałów przed kamiennymi zwaliskami nie nakazał wznosić..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 192-194

"...Tymczasem obrońcy Pskowa przygotowywali się do szturmu. Kilkudniowe prace oblężnicze dały im dostatecznie dużo czasu, aby podjąć odpowiednie środki zaradcze na wypadek wyłomu w murach Okólnego Miasta. Jeszcze przed rozpoczęciem ostrzału artyleryjskiego, żołnierze polscy kopiący aprosze doskonale słyszeli odgłosy prac sapersko-ciesielskich docierających z miasta. Czynnikiem sprzyjającym obrońcom było trójkątne ukształtowanie zagrożonego odcinka twierdzy. Na rozkaz Szujskiego, w pewnej odległości za ostrzeliwanym murem, zbudowano poprzeczną, drewnianą palisadę zagradzającą dostęp do miasta. Na zagrożony odcinek ściągnięto oddziały z innych rejonów twierdzy, na nowym wale ustawiono hakownice oraz lżejsze działa. Nocą z 7 na 8 września zdołano też zatarasować częściowo wyłomy w murze, ale użyto do tego celu desek i wiklinowych koszy napełnionych ziemią.

Rankiem 8 września artyleria królewska wznowiła ostrzał Pskowa rozbijając bez trudu prowizoryczne zapory w wyłomach. Po pięciu godzinach przerwano ogień. Węgrzy przyprowadzili do króla jakiegoś hajduka z roty Bornemiszy, który twierdził, że zakradł się pod mur i obejrzał wyłom przy baszcie Pokrowskiej. Zaręczał, że jest on dość szeroki i dogodny do szturmu, a za nim nie widać żadnych przygotowań obronnych oprócz jakiegoś drewna rozrzuconego pod murem. Batory uległ tym razem perswazjom swych rodaków i postanowił jeszcze tego samego dnia, około południa, przypuścić szturm do twierdzy.

Król i hetman odbyli natychmiast naradę z dowódcami piechoty i być może wówczas padł ostatni głos krytykujący przedsięwzięcie jako zbyt przedwczesne. Owemu nieznanemu z nazwiska „przedniejszemu senatorowi", nie dano jednak posłuchu. Jednym z argumentów za atakiem, było wyczerpywanie się zapasów prochu oraz obawa, że każdy dzień zwłoki pozwala przeciwnikowi na zabezpieczenie wyłomów.

Jednakże wszyscy doradzali ostrożność, toteż postanowiono pchnąć na rekonesans kilkudziesięciu doświadczonych żołnierzy z rot polskich i niemieckich, aby zbadali dokładniej wyłomy. Pozostałe roty piesze miały się ustawić w okopach i czekać na ewentualny sygnał do szturmu, dany dopiero po powrocie oddziału zwiadowczego. Zgodnie z kierunkiem aproszy, oddziały polskie i niemieckie miały atakować wyłom przy baszcie Swinuskiej, a Węgrzy przy Pokrowskiej.

Wieści o planowanym ataku na Psków obiegły lotem błyskawicy cały obóz. Do króla natychmiast przyszli rotmistrzowie jazdy: Prokop Pieniążek, Andrzej Orzechowski, Jerzy Mniszech i Stanisław Stadnicki, prosząc, aby mogli towarzyszyć piechocie na czele ochotników spośród jazdy. Batory chętnie na to przystał, toteż odważni oficerowie wywiesili przed swymi namiotami chorągwie, wpisując zgłaszających się towarzyszy na specjalne listy. [...]

Wczesnym popołudniem Batory wyjechał z obozu stając nad Wieliką, u wylotu szańców węgierskich, poza zasięgiem wrogich armat. Królewska artyleria i piechota otworzyły ogień na górne partie muru, między basztą Pokrowską i Swinuską, aby spędzić zeń obrońców. W mieście zrozumiano, że jest to przygotowanie do ataku i uderzono w dzwony. Około godziny 13 ruszył do przodu oddział zwiadowczy, mający potwierdzić możliwość wdarcia się do twierdzy..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 151-153

szturm

"...Tymczasem mało zdyscyplinowani hajducy węgierscy nie chcieli czekać. Samowolnie rzucili się do ataku. Wsparli ich Niemcy z sąsiedniego okopu, co wymusiło również natarcie piechoty polskiej. Na czele kolumny polskiej szli Stanisław Stadnicki (200 husarzy) i Prokop Pieniążek (300) z ochotnikami spieszonej jazdy koronnej. Za nimi ze swymi żołnierzami rotmistrze: Stanisław Sobocki, Marcin Gostyński, Andrzej Orzechowski, Jerzy Mniszek, Teodor Bokiej (wszyscy po 100 ludzi), Gabriel Bekiesz (300), Jerzy Farensbach z rajtarami i Dunin Russak (50). W sumie 1500 jeźdźców, którzy stanęli do walki pieszo, w pełnych zbrojach ochronnych, część nawet ze skróconymi kopiami i krótką bronią palną. Półzbrojki i szyszaki uchroniły wielu z nich od ran i potłuczeń, które stały się udziałem piechurów pozbawionych uzbrojenia ochronnego. Szturmujący zostali przywitani silnym ogniem armatnim. Udało im się jednak przebyć rów i uderzyć w wyłom. W tym momencie posypał się na nich deszcz kul i kamieni z usypanego za otworem wału. Pod gwałtownym ogniem atak utknął w miejscu. Część żołnierzy polskich i węgierskich wdarła się na wieże Pokrowską i Świńską i wywiesiła na ich szczytach swoje chorągwie - polską Wawrzyniec Wybranowski i Łukasz Serny, a węgierską Tomasz Derheni i Mateusz Kierekiesz. Wieża Pokrowską znajdująca się w rogu południowozachodnim obwarowań nad samą rzeką Wieliką zbudowana została jeszcze w XIV w. Była pięciometrowa, miała 15 m wysokości, aż 26 m szerokości i należała do największych w twierdzy pskowskiej. Piechurzy węgierscy, którzy do niej się wdarli, nie mieli żadnego dostępu do miasta, ponieważ został on odcięty przez uczynione wyłomy z obu stron osamotnionej wieży. Natomiast mniejsza wieża Świńska, w której znaleźli się Polacy, miała wyjście w jedną stronę na blanki, z drugiego piętra, ale jedynie przez zatarasowane drzwi. Na zdobyte obiekty został otwarty gwałtowny ogień moskiewski z sąsiednich wież, na których były umieszczone „trajkotka" i „lampart" - największe działa moskiewskie strzelające na odległość ponad 1 lon. W wyniku ostrzału zniesiono dach na wieży Świńskiej oraz podpalone zostały jej wiązania piętrowe i belki. Zmusiło to Polaków do zejścia w dół wieży, a gdy następnie obrońcy podtoczyli beczki z prochem i wysadzili jej ściany, rzucono się do ucieczki. Jednocześnie kontratak załogi wyparł piechurów z wyłomu po krwawej walce na szable i berdysze. Dłużej nieco bronili się Węgrzy w baszcie Pokrowskiej, ale i oni zostali zmuszeni do odwrotu. Straty były znaczne. Poległo 500 żołnierzy polskich i zapewne tyle samo Węgrów i Niemców. Spośród dowódców zginęli: prowadzący do szturmu ochotników z węgierskiej spieszonej husarii rotmistrz Gabriel Bekiesz, rotmistrz polskiej piechoty szlacheckiej Urowieckiego Wojciech Tłukowski i porucznik chorągwi husarskiej Urowieckiego Konopkowski, a sam Mikołaj Urowiecki oraz rotmistrze jazdy Prokop Pieniążek, piechoty Wojciech Tarnawski, kapitan roty arkebuzerii kurlandzkiej Wilhelm Kettler i jego porucznik Bartłomiej Butler zostali ranni - głównie od postrzałów, a więc przypuszczalnie w czasie ataku przez wyłomy w murach. Po stronie moskiewskiej straty były niższe i wyniosły 863 zabitych i 1626 rannych..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 195-196

wizualizacja dramatycznego szturmu na Psków

"...Wstrzymanie natarcia przez wojska królewskie, wymuszone w dużej mierze przez trudności techniczne, pozwoliło dowództwu moskiewskiemu przezwyciężyć poważny kryzys, jaki początkowo ogarnął szeregi obrońców. Strzelali wprawdzie do atakujących, ale widok wrogich sztandarów zatkniętych na basztach przeraził niektórych do tego stopnia, że gotowi byli opuścić swe stanowiska. Wstrzymał ich Iwan Szujski pędząc tam i z powrotem na pokrwawionym rumaku i zaklinając, aby wytrwali. Wkrótce od strony miasta pojawiła się osobliwa procesja prowadzona przez szanowanego powszechnie ihumena Tichona. Wśród bicia dzwonów i śpiewów, przemieszanych z trzaskiem broni palnej, niesiono ku wałom relikwie świętego Wsiewołoda Gabriela i obraz Najświętszej Marii Panny z soboru Świętej Trójcy. Pod wpływem takich świętości strach i niepewność ustąpiły natychmiast odwadze i determinacji.

Obrońcy Pskowa, poderwani religijnym zapałem, ruszyli do kontrataku nie bacząc na polskie pociski. Nawet kobiety i dzieci donosiły proch, kamienie i drewniane kłody, które starano się ciskać na atakujących. Działa moskiewskie, stojące na sąsiednich basztach, zostały skierowane na wieżę Świnuską. Kilka pocisków trafiło w cel, a jeden strzał z siedemdziesięciofuntowego „Lamparta", wystarczył, aby runęła z niej reszta podniszczonego dachu. Na szczęście ostrzał artylerii moskiewskiej nie pociągnął za sobą poważnych strat i Polacy nie zamierzali ustąpić, ostrzeliwując pskowian z pogruchotanej baszty. Wtedy, na rozkaz Szujskiego, grupa żołnierzy moskiewskich podtoczyła do niej kilka beczek z prochem. Pierwsza detonacja nie przyniosła odpowiedniego skutku i obrońcy ruszali jeszcze dwa razy na basztę, zarówno z prochem, jak i smolnymi łuczywami. Mimo olbrzymich strat, podpalili w końcu drewniane sklepienia wieży, zmuszając Polaków do odwrotu. Również ci, którzy walczyli u wyłomu przy baszcie Swinuskiej musieli się wkrótce wycofać.

Po obsadzeniu wyłomu przy baszcie Swinuskiej cały impet moskiewskiego kontrnatarcia skierował się ku Węgrom walczącym nadal w oparciu o resztki wieży Pokrowskiej. Wprawdzie odpędzono ich od wyłomu, ale obalone mury po obydwu stronach samej baszty, uczyniły z niej samodzielny punkt oporu. Mimo ostrzału, prób podłożenia pod basztę prochów i kilkakrotnego kontrataku, rodacy króla odpierali ataki moskiewskie aż do wieczora. Dopiero o zmroku uznali dalszą walkę za beznadziejną, zabrali ciała poległych i cofnęli się do obozu.

Piechota była do tego stopnia wyczerpana szturmem, że na rozkaz królewski arkebuzerzy Gostyńskiego zsiedli z koni i poszli strzec szańców. Ponieważ Uhrowiecki został ranny podczas szturmu, tymczasowy nadzór nad redutami objął Stanisław Pękosławski

Rannych i zabitych niesiono wzdłuż rzeki tak, że niemal dotykali stojącego tam króla. Batory patrzył ze smutkiem na zwłoki młodego Gabriela Bekiesza, syna swego przyjaciela, na ciała dwóch rotmistrzów i wielu, zbyt wielu poległych żołnierzy. By nie szerzyć defetyzmu w armii, zakazano mówić o stratach, a król i Zamoyski w listach pisanych do senatorów pozostałych w kraju, pomniejszali je do 150 zabitych. W rzeczywistości poległo niemal 500 ludzi.

Wśród kilkuset rannych znaleźli się Stanisław Stadnicki, Mikołaj Uhrowiecki, Prokop Pieniążek, Wojciech Tarnawski, synowiec księcia Kurlandii Wilhelm Kettler i Hans von Reder, ochotnik z Czech. Chirurdzy i balwierze mieli pełne ręce roboty, jednak nawet ich nadludzkie wysiłki nie były w stanie uratować wszystkich rannych, którzy umierali jeszcze przez kilka dni po pechowym szturmie. Niewielkim pocieszeniem był fakt, nieznany zresztą polskiemu dowództwu, że i obrońcy ponieśli znaczne straty sięgające 863 zabitych i ponad 1626 rannych23. W tym wypadku wynikały one z zupełnie niepotrzebnego kontrataku na baszty opanowane przez żołnierzy królewskich. Ogień artylerii był wystarczający, by zmusić ich w końcu do odwrotu.

Nawet surowe dekrety, zakazujące szerzenia wieści z obozu bez cenzury kancelarii królewskiej, nie mogły powstrzymać wojska od szemrania, a i opinia szlachecka w kraju szybko poznała prawdziwe straty. Pośpiech okazał się po raz kolejny złym doradcą. Nie ulega wątpliwości, że szturm był przedwczesny. Gdyby przeprowadzono odpowiednie rozpoznanie, wiedziano by o rowie i drewnianym wale zbudowanym za walącymi się basztami, a także o urwisku, jakie powstało na skutek obalenia górnych partii muru na zewnątrz, a nie do wewnątrz twierdzy. Nie były to przeszkody nie do sforsowania, ale aby je przebyć, należało zabrać odpowiedni sprzęt, choćby drabiny oblężnicze. Można je było wykorzystać zarówno do zejścia z baszt, jak i ataku na kolejne zapory. Poza tym, zbyt wąskie wyłomy w murze (przy baszcie Swinuskiej) nie pozwalały na udzielenie walczącym efektywnej i szybkiej pomocy przez tych, którzy nadciągali z tyłu. Być może jeszcze jeden dzień ostrzału artyleryjskiego wystarczyłby, aby je poszerzyć.

Wkrótce wyszło na jaw, że możliwości powiększenia wyłomów były raczej teoretyczne. Następnego dnia pskowianie strzelali po części do szańców, po części na wiwat, natomiast artyleria królewska milczała. Okazało się, że zapasy prochu są już na wyczerpaniu! To, co pozostało wystarczało na oddania od czasu do czasu kilku wystrzałów dla zasygnalizowania swojej obecności. Trudno w to uwierzyć, ale zapasy były tak niewielkie, że zużyto je w ciągu dwóch dni kanonady artyleryjskiej. Niewiele pomogła ofiarność hetmana Zamoyskiego, który przekazał królowi kilkadziesiąt cetnarów prochu i 300 kul z własnych zapasów. Była to przysłowiowa kropla w morzu potrzeb. Posłano także do Zawłóczą, Rygi i księcia kurlandzkiego z prośbą o jak najszybszą pomoc, ale stało się jasne, że wielkich dostaw nie należy się spodziewać. [...]

Wykorzystując zaistniałą sytuację, załoga Pskowa już 9 września zatarasowała wyłomy. Po kilku dniach zorientowała się też, co oznacza owo zagadkowe milczenie polskiej artylerii. Powiesiła na murze jeńca węgierskiego zapowiadając, że taki sam los czeka wszystkich żołnierzy królewskich. Miotała zuchwałe przekleństwa na Batorego i Zamoyskiego, a do żołnierzy strzegących szańców wołała szyderczo: „Szto to za król wasz? Ziela nie ma (proch zielem zowią) ani pieniędzy, pójdźcie wy do nas, u nas ziela, dzieng i wszeho mnoho"

Istotnie, pskowianie musieli mieć dużo amunicji, gdyż strzelali i w dzień, i w nocy do polskich szańców oraz patroli kawaleryjskich jeżdżących wokół miasta. Nie było dnia, by ktoś nie zginął lub nie został ranny, czy porwany. Najczęściej wynikało to z nieostrożności samych żołnierzy, którzy chodzili pod same mury, by szukać pożywienia w rozciągających się tam ogrodach warzywnych. Czasami puszkarzom moskiewskim sprzyjało po prostu szczęście, jak 11 października, kiedy to jeden z kupców przyniósł beczkę miodu do samych szańców. Natychmiast zbiegło się kilkudziesięciu piechurów spragnionych trunku. Nagle rozległ się huk i kula wystrzelona z miasta trafiła w beczkę zabijając i raniąc kilkunastu ludzi. Pięciu zginęło od razu, dwóch musiano dobić z powodu okropnych ran, kilku innych zmarło w ciągu najbliższych dni.

Dzięki wyczerpaniu amunicji przez oblegających obrońcy zyskali dostatecznie dużo czasu, aby naprawić i umocnić drewniany wał wzniesiony naprzeciw wyłomów. Dobudowano do niego liczne baszty, na które wciągnięto hakownice i działa. Postawiono na nim dębowy częstokół, a między drewniane izbice sypano ziemię wybieraną na przedpolu. W ten sposób między kamiennymi murami, a drugą linią obrony, powstał głęboki rów, który wzmocniono wbijając na dnie palisadę z zaostrzonych pali. Z czasem, mocnym dębowym częstokołem wzmocniono wyłomy oraz zrujnowane baszty. Armia królewska traciła szanse na wdarcie się do twierdzy od strony zburzonych baszt Pokrowskiej i Swinuskiej..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 156-161

"...Po nieudanym szturmie artyleria królewska zaprzestała ostrzeliwania twierdzy. Zabrakło bowiem kul i prochu. Dn. 12 września przybyły posiłki - 1000 blisko żołnierzy, głównie jazdy, którą rozmieszczono w monastyrze Światogórskim od północnej strony Pskowa. W ten sposób zaciśnięto blokadę odcinając komunikację twierdzy z Narwą i Dorpatem, utrzymywaną za pośrednictwem rzeki Wielikiej i jezior Pskowskiego i Czudzkiego. Bezczynność pod Pskowem dowództwo usprawiedliwiało oczekiwaniem na proch z Rygi łudząc żołnierzy, że jak tylko materiały wybuchowe będą uzupełnione, szturm zostanie ponowiony. Tymczasem prowadzono prace minerskie pod kierownictwem inżynierów włoskich. Pskowianom udało się wysadzić w powietrze zakładane miny, inne zaś podkopy prowadzone w celu wysadzenia muru albo się same zapadły, albo też natrafiły na skałę, którą nie udało się przebić..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 196

"...Tymczasem w obozie królewskim zaczęto przygotowywać się do długotrwałego oblężenia. Już 11 września starszyzna zaczęła budować drewniane domy z piecami (naliczono ich potem 224). Pogoda wprawdzie dopisywała, przez cały wrzesień dni były jeszcze słoneczne i ciepłe, ale co bardziej zasobni i przezorni żołnierze zaczęli brać wzór ze swych dowódców. Kto mógł zwijał namioty, zastępując je drewnianymi domkami i ziemiankami. Obawa przed ciężką rosyjską zimą okazała się w pełni uzasadniona, bowiem już w pierwszych dniach października jesienne słońce zasnuło się chmurami. „Matko Boża — zapisał ks. Piotrowski — toć tu pogody zmiana prędka! Dziś z onych pięknych dni znienagła śnieg z plutą przylecieli do nas i zimno jakieś niełaskawe". Wkrótce chwycił mróz, zaczęły zamarzać rzeki, a dalsze opady śniegu zmieniły zupełnie krajobraz wokół Pskowa. Nad Promierzycą stało już niemal drugie miasto „owa jedno ratusza nie masz, ale rynek i ulice już stoją" — pisał ks. Piotrowski.

Śnieg i mróz dały się szczególnie we znaki ubogiej piechocie, która nie mogła sobie pozwolić ani na drożejące z każdym dniem kożuchy, ani na wznoszenie chat z kominami. Piechurzy marzli więc pod namiotami lub starali się kopać ziemianki. Nie mając koni, nie mogli zaopatrywać się w drewno na opał. Dochodziło czasem do dantejskich scen. Zdesperowani drabi atakowali wozy wiozące chrust i drewno dla towarzyszy z jazdy, a niekiedy podchodzili pod mur miejski i zdzierali bosakami drewniane blanko wanie, ponosząc przy tym znaczne straty. Brakowało też żywności, w związku z czym zaczęły się szerzyć choroby, zbierając śmiertelne żniwo szczególnie wśród piechoty niemieckiej, nieprzywykłej do tak ciężkich warunków kli matycznych. Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy stały się coraz częstsze dezercje. Według cytowanego już ks. Piotrowskiego bywały dni, gdy uciekało po kilkunastu piechurów.

Również wśród zasobniejszej jazdy zdarzały się roty, które odmawiały udania się na patrole z braku ciepłej odzieży. śołnierze jednej z chorągwi Jana Zborowskiego „nawet wozy, namioty swe pokazowali, że nie tylko pacholikowie i towarzyszów kilka, ale siła, którzy ani futer, ani sukien dobrych na zimę nie mają". W miarę upływu czasu jazda musiała posyłać czeladź po żywność i paszę coraz dalej od Pskowa. Picownicy byli tam atakowani przez załogi okolicznych zamków moskiewskich. Na zachodzie zaopatrzenie w żywność utrudniała załoga Monasteru Peczerskiego oraz Izborska, na północy oddziały z Gdowa, a na wschodzie, gdzie znajdowały się najmniej wyeksploatowane regiony w okolicy Porchowa — Tatarzy moskiewscy.

Nawet zamki obsadzone przez załogi królewskie, a leżące na południe od Pskowa, nie zapewniały bezpieczeństwa ludziom posyłanym po furaż. Skarżono się szczególnie na Węgrów stojących załogą na Worońcu i Ostrowie. Ci bowiem, atakowali wszystkich, których posyłano tam po żywność, „powiedając, że do tej Moskwy, którzy już wierność przyrzekli, jeździć na picowanie nie trzeba, bo ci poddani nasi, nie ma im być krzywda"45. Pod pozorem ochrony tych nowych poddanych królewskich, konfiskowali czeladzi konie i wozy, a opornych atakowali nawet z bronią i bili..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 168-169

"...Drążono trzy tunele, dwa od strony szańców polskich i jeden od węgierskich. Ich budowę rozpoczęto 11 września, a już 17 września pochwycono posłańca z listami Szujskiego, w których donosił carowi o pracach saperskich przy tunelach i podawał ich przebieg. Oblężeni dowiedzieli się o robotach minerskich od jeńców wziętych do niewoli w czasie wypadów oraz od dezerterów. Wbrew twierdzeniom ks. Piotrowskiego, przez dłuższy czas nie byli jednak w stanie zorientować się w kierunku owych podkopów. Pochwyceni jeńcy donosili bowiem o 9 tunelach, drążonych z różnych stron. Było to wynikiem akcji dezinformacyjnej podjętej przez polskie dowództwo. Prace utrzymywano w ścisłej tajemnicy nawet przed własnym wojskiem, rozpuszczając często dość sprzeczne wieści. Część robót była zresztą działaniami pozorowanymi, mającymi zaabsorbować oblężonych i odwrócić uwagę od głównego tunelu. Pod koniec września polecono nawet żołnierzom królewskim przygotowywać się do szturmu.

Zgodnie z oczekiwaniami, załoga moskiewska skupiła się początkowo na pracach pozorowanych. Na rozkaz Szujskiego wydrążono zza murów kilka tuneli podsłuchowych i zaczęto się podkopywać poniżej wykopu prowadzonego przez Węgrów w kierunku baszty Pokrowskiej. Nocą z 23 na 24 września obrońcy zdetonowali proch podłożony pod tunelem węgierskim i zaatakowali przebywających tam górników. Spodziewano się tego i na ratunek kopaczom pospieszyli piechurzy węgierscy. Doszło do podziemnej walki, w trakcie której użyto rusznic, halabard i pik. Po kilkugodzinnych zmaganiach ziemia zaczęła się osuwać, co zmusiło obie walczące strony do ustąpienia.

Niestety, praca przy pozostałych tunelach zakończyła się również niepomyślnie. Według Heidensteina w obydwu przypadkach, dosłownie na kilkanaście metrów przed murem, natrafiono na skałę, co spowolniło roboty. Piotrowski wspominał, iż pskowianie wysadzili jeszcze jeden podkop, co potwierdzają źródła rosyjskie. Trzeci tunel ten który udało się ukryć przed obrońcami twierdzy, porzucono około 27 września, bowiem górnicy natrafili na twardą skałę. Wkrótce przestano nawet mówić o pracach górniczych..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 161-163

"...Przewidywania polskiego dowództwa okazały się trafne. Wkrótce dowiedziano się, że w Gdowie zebrano posiłki dla Pskowa. Było jasne, że popłyną jeziorem Pelba, a następnie Wieliką. Dowiodły tego wydarzenia w nocy z 15 na 16 września, kiedy to do twierdzy przemknęły się bez przeszkód dwa moskiewskie stateczki rzeczne tzw. „baty". Zamoyski polecił Uhrowieckiemu zablokować drogę wodną i przygotować zasadzkę. Na północ od murów Zapskowia, po obydwu stronach Wielikiej, postawiono po jednym bacie, obsadzając je 160 piechurami z rot Farensbacha. Umieszczono je w sitowiu po obu stronach rzeki. Resztę piechoty rozstawiono wzdłuż obu brzegów Wielikiej. Sporządzono też dwie zapory z kilku łodzi spiętych łańcuchami. Jedna z nich od razu przegrodziła w poprzek Wieliką, natomiast drugą uwiązano wzdłuż brzegu w górnej części koryta rzecznego, kryjąc na razie przed oczyma nieprzyjaciela. Miano ją rozciągnąć dopiero wówczas, gdy przepłyną obok baty moskiewskie: „myśl była taka, że nieprzyjaciel dostawszy się między ową górną i dolną zaporę, ani w jedną ani w drugą stronę nie będzie mógł umknąć"

Następnej nocy usłyszano miarowy plusk wioseł i po chwili na wodach Wielikiej ukazało się 17 moskiewskich bat wiozących żywność i amunicję. Nagle, z sitowia huknęły salwy i na rzece pojawiły się królewskie stateczki blokując drogę do miasta. Zaskoczeni Moskale stawiali słaby opór. Niektórzy poddali się od razu, inni dobijali do brzegu, skąd uciekali do okolicznych lasów ścigani przez piechotę i jazdę. Tym niemniej pochwycono 150 carskich żołnierzy (w tym dowódcę Jakuba Bezobrazowa), a tylko jeden ze stateczków zdołał zawrócić i przedrzeć się w górę rzeki.

Zaskoczeni Moskale

Wkrótce zwiększono ilość łodzi obsadzonych piechotą niemiecką, a chorągwie jazdy i roty polskiej piechoty ciągle patrolowały oba brzegi Wielikiej. Na rozkaz króla i Zamoyskiego zablokowano rzekę na stałe, spinając jej brzegi żelaznym łańcuchem, do którego przymocowano bale drewna zwisające do samej wody. Blokada była tak skuteczna, że w ciągu następnych dni nadziało się na nią kilka łodzi moskiewskich, chcących się przedrzeć do Pskowa.

Mimo strat, na rozkaz carski podejmowano kolejne próby wprowadzenia posiłków do miasta. Pod koniec września od strony Nowogrodu nadciągnął oddział 700 strzelców Nikity Chwostowa, który przedostał się na łodziach na jedną z wysp jeziora Pelba, a następnie wylądował na jego południowym wybrzeżu w okolicach ujścia Wielikiej. Dowódca moskiewski chciał zapewne zmylić polskie straże i dotrzeć do twierdzy lądem, omijając zapory rzeczne.

Trzeba przyznać, że mimo wieści, jakie o tym oddziale docierały do obozu królewskiego, manewr moskiewski prawie się udał. Chwostow nie szedł ani wzdłuż rzeki, ani w pobliżu drogi z Gdowa, obstawionej przez liczne straże Bielawskiego, lecz zatoczył łuk i zbliżał się do miasta lasami od północnego wschodu. Jak wspomniano, rejon ten, od Pskowy aż do klasztoru Swiatogorskiego, był strzeżony przez jazdę litewską..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 165-166

"...Obok ostrzeliwania oblegających z broni palnej, organizowała też załoga moskiewska częste wypady poza mury - naliczono ich w sumie 46. Najczęściej były to wycieczki kilkusetosobowe, ale niekiedy brało w nich udział 1-2 tys. jazdy i 1000-3000 piechoty. Według „Dniewnika pośledniego pochoda Stiefana Batotija" już 1 października o świcie 1500 pskowian zaatakowało pełniące straż chorągwie husarskie Wojciecha Chocimirskiego (150 koni) i Prokopa Pieniążka (250). Odparto ich i ścigając do bram miejskich zabito 5 przeciwników..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 196-197

Atak Moskali

"...Żołnierze moskiewscy maszerowali nocą z 2 na 3 października, ale omijając ogniska rozpalone niefrasobliwie przez Litwinów, pogubili się. Do Pskowa dotarł tylko dowódca straży przedniej Daniel Islenow na czele 100 ludzi. Chwostow starał się zebrać rozproszonych żołnierzy, „a że to było chłopisko ogromne, więc wlókł się powoli i ledwie się z lasów wychylił, dzień go zaskoczył". Próbował ukrywać się w wysokiej trawie, lecz został pochwycony przez ludzi wojewody wołyńskiego Andrzeja Wiśniowieckiego i przyprowadzony do króla. Rozproszonych strzelców wyłapywano jeszcze przez kilka dni..."

"...Ostatnia, większa próba wykorzystania drogi wodnej w celu przedarcia się do miasta miała miejsce nocą z 6 na 7 października. Oddział Fiodora Masojedowa, złożony z 700 strzelców i Kozaków, próbował ominąć blokadę w podobny sposób jak Chwostow. Wysiadłszy z łodzi jeszcze na brzegu jeziora szedł tak, aby wślizgnąć się do Zapskowia od północy, między strażami litewskimi a rotami Bielawskiego. Polskie podjazdy dostrzegły jednak przeciwnika i zaalarmowały Litwinów. Uderzono z dwóch stron na piechotę moskiewską i błyskawicznie ją rozproszono. Wzięto 150 jeńców, zginęło co najmniej 60 żołnierzy carskich, jednak aż 300, na czele z Masojedowem, zdołało się przedrzeć do miasta. Reszta uciekła do okolicznych lasów..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 166-167

"...Dalszym próbom moskiewskim zaradził Urowiecki przeciągając z rozkazu króla i hetmana w poprzek rzeki belki spięte łańcuchami (tzw. bony). W rezultacie, gdy w okolicy pojawił się oddział moskiewski z Dorpatu, na widok polskiego wojska wycofał się bez walki. Kolejną próbę podjął wojewoda Mikołaj Chwostow z 700 strzelcami stacjonującymi pod Gdowem nad jeziorem Pejpus. Wiedząc o losie posiłków wysłanych wodą, postanowił maszerować drogą prowadzącą lasami na wschód od jeziora Pelba do Pskowa. Jego nocny pochód przy niskim morale żołnierza moskiewskiego skończył się niepowodzeniem. By zapobiec dezercji wojewoda maszerował w straży tylnej, ale niewiele to pomogło, bo gdy rankiem 3 października jego oddział wyłonił się z lasu, na widok polskich chorągwi uległ całkowitemu rozprzężeniu. Wzięto do niewoli 150 strzelców wraz z Chwostowem pojmanym przez wojewodę wołyńskiego Andrzeja Wiśniowieckiego. Dnia 7 października nowe posiłki z Nowogrodu prowadził Teodor Miasojedow. Minął on „porchowslcą" straż litewską, ale został zauważony przez żołnierzy Gabriela Czerkasa, którego z kolei wsparła chorągiew Bielskiego. W wyniku starcia litewska jazda kozacka i tatarska wycięła 150 strzelców, do niewoli wzięła 600, a do twierdzy zdołało się przedrzeć tylko 300 ludzi z Miasojedowem na czele. W sumie więc blokada Pskowa przez wojska królewskie okazała się dość szczelna. Iwan Groźny natomiast nie zdecydował się na koncentrację rozproszonych pod Gdowem, Nowogrodem i Starycą większych sił, by zdecydowanym uderzeniem przyjść oblężonym z odsieczą..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 198

"...Ponieważ nie można było rozwiązać wszystkich problemów trapiących armię tylko i wyłącznie w gronie wyższych dowódców, zdecydowano się wreszcie na zwołanie narady z udziałem rotmistrzów. 9 października uderzono w bęben i dowódcy jednostek zebrali się w namiocie hetmana Zamoyskiego. Ten zaś stanął przed nimi w nieco teatralnej pozie, mając za plecami Marcina Szczuckiego z przywilejem królewskim na urząd hetmański. Wskazując na pismo i zwisające przy nim pieczęcie królewskie, przypomniał rotmistrzom o posłuszeństwie wobec naczelnego wodza, zakazał wszelkich schadzek i kazał stawić się następnego dnia z przedłożeniem wszelkich problemów, które ich trapią. Prosił jedynie, aby każdy z rotmistrzów posłał wóz drewna do marznącej piechoty, bo na razie nie ma innego sposobu na ulżenie jej doli.

Następnego dnia rotmistrzowie zebrali się ponownie w kwaterze Zamoyskiego. Skarżyli się na zaległości w wypłacie żołdu, na zbyt częste odbywanie straży przez jazdę polską, prosząc, aby zaangażowano do tej pracy w większej mierze hufce litewskie. „Narzekali na brak odzieży zimowej, przywodząc, że czego Boże uchowaj, potrzeby i gwałtownej wycieczki z miasta, pachołek nie będzie zdolen złożyć kopii i bronią władać. Starzy znowu żołnierze gwardii prosili o spełnienie obietnicy królewskiej, wyrażonej w listach przypowiednich, co do sześcioletniej służby, aby im wakanse, de primo vacanti, dawane były". Hetman zapewnił rotmistrzów, że dołoży starań, by spełnić ich prośby i już 12 października przekazał odpowiedź monarchy. Batory zapewnił, że pieniądze z poborów już jadą pod Psków, tymczasem kazał brać sukno i kożuchy u kupców za poręczeniem skarbu państwa, a skargi dotyczące Węgrów polecił kierować do swego synowca..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 171-172

"...Dnia 11 października wyległo z miasta 3000 piechoty i 500 jazdy. Tatarzy moskiewscy uderzyli na chorągiew husarską starosty rabsztyńskiego Seweryna Bonera (152), ale gdy ta dostała wsparcie husarii Hieronima Gostomskiego (165) i krajczego koronnego Jerzego Mniszka (154), „ustąpili pod strzelbę i postawszy z godzinę, weszli do miasta". Do większej wycieczki z twierdzy doszło też 16 października, gdy 1000 jazdy i 1000 strzelców uszykowało się do walki pod osłoną własnej artylerii. Gdy jednak stanęło naprzeciw 5 chorągwi husarskich, po godzinie wojsko moskiewskie wycofało się za bramy miejskie. Rozrywka znudzonego bezczynnością żołnierstwa nieraz kończyła się krwawymi stratami..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 197

"...Przygotowywania do drugiego szturmu na twierdzę prowadzono już od początków października. Kiedy zawiodły podkopy, rozpoczęto montowanie drabin oblężniczych i zastanawiano się nad wytyczeniem nowych stanowisk dla artylerii. Na jednej z narad oficerowie piechoty doradzali ostrzał i atak na miasto jednocześnie z trzech stron. Chodziło w tym wypadku o rozproszenie sił, jakimi dysponowali obrońcy. Planowano atak zza Wielikiej, ze starych szańców i nowych, które od połowy października budował Uhrowiecki bliżej Pskowy. Znajdowały się one na prawo od starych aproszy, „na strzelaniu z łuku, ale tak, że jedne drugim ratunek dawać mogą i na kilku miejscach i stronach strzelać mają, drabinami grozić, żebyśmy ich tak w mieście rozerwali.

Przygotowywania do drugiego szturmu

Zarówno na nowe stanowiska, jak i do starych szańców zaczęto znosić drabiny oblężnicze, łuczywa, a także ustawiać kosze z ziemią dla osłony dział. Tym razem, główny atak na twierdzę miał zostać przeprowadzony od strony zachodniej, poprzez Wieliką, która zamarzła już do tego stopnia, że można ją było przejść po lodzie. Umocnienia Okólnego Miasta ciągnące się wzdłuż rzeki składały się częściowo ze starego, drewnianego wału, toteż istniała możliwość obalenia go w wyniku ostrzału artyleryjskiego lub podkopu. Począwszy od baszty Mścisławskiej, na której kończyły się nadbrzeżne mury Średniego Miasta, aż do zburzonej baszty Pokrowskiej, znajdowała się tylko jedna czworoboczna baszta Georgijewska wraz z bramą. Druga z bram Okólnego Miasta wychodząca na rzekę (tzw. Brama Pokrowska), była dużą furtą w murze miejskim. Kilkusetmetrowy odcinek muru nie mógł być więc dostatecznie zabezpieczony ogniem flankowym..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 175-176

"...17 października powrócił pod Psków długo wyczekiwany Mikołaj Korff, posłany do Rygi po amunicję. Następnego dnia przywieziono ją do obozu, starając się zachować wszystko w wielkiej tajemnicy, być może dlatego, że mimo ofiarności mieszkańców Rygi zdołano zebrać zaledwie 100 cetnarów prochu (400 beczek) i niewielką liczbę kul. Było to o wiele mniej niż się spodziewano, ale wystarczyło, aby podjąć ponowną próbę wybicia wyłomu i szturmu. Król i kanclerz mieli nadzieję, że ponowny, niespodziewany atak na miasto wywoła w Pskowie niepokój i zmusi Szujskich do podjęcia układów lub wywrze odpowiednie wrażenie na carskim dworze. Tym bardziej, że w przechwytywanych co jakiś czas listach do cara, obrońcy donosili o kończących się zapasach żywności i padaniu koni z braku paszy.

Nie wszyscy podzielali jednak zdanie Batorego i Zamoyskiego. Kiedy 19 października zwołano senatorów i rotmistrzów podniosły się głosy sprzeciwu. Wielu dowódców dowiedziało się zapewne dopiero teraz, jakie zapasy amunicji przywiózł Korff i uznało je za zbyt szczupłe. Przeciwnicy szturmu wskazywali też na wyczerpanie wojska oraz znaczne ubytki w oddziałach. „Pierwej co rotmistrz miał 100 koni — mówili — teraz ledwie 40. Także i piechota. Bardzo umniejszone i wynędzone wojsko głodem, zimnem, strażami, więc i ranami od szturmu pierwszego. Gdzieby szturm miał być, wielka by klęska była, bo Moskwa na wszystkie strony tak się opatruje, że lepiej być nie może". Obawy, że pskowianie przygotowują się do odparcia nowego szturmu potwierdzały zarówno zeznania jeńców, jak i odgłosy robót budowlanych dochodzące co jaki czas zza murów miejskich.

Ale i wśród przeciwników ataku na twierdzę nie było zgody, co czynić dalej. Jedni byli za utrzymaniem blokady miasta, inni doradzali powrót do kraju. Chcieli przy tym zostawić silną załogę w Ostrowie oraz opanować Porchów i Gdów, co pozwoliłoby nadal szachować Psków. Najbardziej zagorzałymi przeciwnikami szturmu byli Litwini, którzy po naradzie w swym gronie oświadczyli, że nie pozostaną pod Pskowem dłużej niż 18 dni..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 172-173

"...Debatę nad sposobem dalszego prowadzenia działań wojennych przerwało na jakiś czas poselstwo tureckie oraz triumfalny wjazd do obozu Krzysztofa Radziwiłła. Litwini byli tak dumni ze śmiałego rajdu w głąb państwa moskiewskiego, jakiego dokonał ich hetman polny, że mimo silnego mrozu wyszli wszyscy na powitanie. Po długich przemowach i wizycie w namiocie królewskim poszli do swego obozu, gdzie się „zabawili czcząc Pana trockiego"

23 października w namiocie królewskim wysłuchano relacji hetmana polnego litewskiego z wyprawy w głąb Moskwy. Następnie, już w kwaterze Zamoyskiego, w węższym gronie senatorów i dowódców, kontynuowano dyskusję nad dalszym progresem wojny. Hetman wielki koronny przedstawił wszelkie minusy porzucenia obozu pod Pskowem: „Trzeba będzie znowu rozkładać żołnierzy po kwaterach na zimę z wielkim uciążeniem dla biednego ludu, zbierać wojsko na lato, wypraszać nowe pobory u sejmu, a rzecz wątpliwa, czy stany zgodzą się na nie. Z drugiej strony Possewino już zawiązał z carem układy. Gdybyśmy teraz odstąpili, dodalibyśmy serca nieprzyjacielowi i żadnych ustępstw od niego nie otrzymali. Wobec takich ostateczności, lepiej teraz poczekać, głód i zimno znosić i do słusznego czasu wytrwać, a nie zaznaczać do osiemnastu dni terminu. Jest też nadzieja, że i miasto dalej głód mieć będzie, sądząc z tego, co wiemy od języków i sprzedawczyków, będzie tedy musiało wszystką czerń za mury wypędzić, a zostawszy tylko z żołnierzami, nie będzie mogło stawiać długiego oporu. Co się tyczy żywności, to teraz gdy rzeki i błota zamarzły, picownicy mogą łatwo dochodzić do wsi, które pierwej były niedostępne, a co do odzieży na zimę, to posłał już król do Rygi i Wilna, aby kupcy sukna i czego trzeba na odzież dla wojska zwieźli, zapewniając im niezawodną zapłatę"..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 173-174

"...W nocy z 26 na 27 października, pod osłoną piechoty węgierskiej, ustawiono baterie za rzeką Wieliką. Pierwszą pod Monasterem Mirożskim, a drugą na Zawieliczu. Działa wciągnięto na wysokie nasypy, tak, aby można było ostrzeliwać miasto i z nastaniem dnia otwarto ogień. Po siedmiu tygodniach przerwy, na Psków spadły ponownie pociski artyleryjskie. Wbrew sugestiom historyków rosyjskich nie były to jednak silne baterie. Piotrowski wspominał w jednym miejscu o 2 działach strzelających z Za-wielicza, w innym o kilku. Anonimowy Diariusz wspomina o 3 działach, z których Węgrzy ostrzeliwali miasto poprzez rzekę. Nie były to jednak wszystkie armaty użyte wówczas do ostrzału Pskowa.

ustawiono baterie za rzeką Wieliką

Nieliczne wzmianki, pomijane dotąd przez historiografię, pozwalają sądzić, że w ostatnich dniach października strzelano do miasta także z innych stron, co było zgodne z planem rozproszenia uwagi obrońców. Węgrzy rozbili palisadę wzniesioną przez obrońców i poszerzyli wyłom przy baszcie Pokrowskiej. Opanowali ją ponownie, po czym wciągnęli na górę lekkie działka i „ucierali się na gruzach z nieprzyjacielem, wypierając go z niej, to znowu ustępować zmuszeni". Natomiast z ciężkich dział burzących strzelano do murów miejskich z nowych szańców polskich, zbudowanych pod kierunkiem Uhrowieckiego na prawo od starych stanowisk. Wspomniany wyżej Diariusz wzmiankuje 6 dział, jakie później stamtąd ściągnięto do obozu.

Wznowienie ostrzału i przygotowania do szturmu wywołały w mieście olbrzymi niepokój, tym bardziej, że zostały podjęte wkrótce po przybyciu do obozu królewskiego korpusu Krzysztofa Radziwiłła. Ale dowódcy załogi Pskowa brali od dawna pod uwagę możliwość nowego ataku. Południowa ściana umocnień Okólnego Miasta została odpowiednio zabezpieczona wkrótce po szturmie z 8 września. Naprzeciw baszty Pokrowskiej znajdowała się zarówno drewniano-ziemna przegroda, jak i drewniana baszta obsadzona piechotą moskiewską. Wschodni kraniec tych murów, ciągnący się ku miastu, zaczęto zabezpieczać w połowie października, kiedy tylko Uhrowiecki rozpoczął kopanie nowych aproszy. Wzniesiono tu potężną, drewnianą basztę, na której ustawiono dwa najcięższe działa moskiewskie strzelające siedemdziesięciofuntowymi pociskami. Z nastaniem październikowych mrozów rozpoczęto prace na tyłach drewnianych umocnień nad Wieliką, gdyż było oczywiste, że przeciwnik może teraz zagrozić miastu od zachodu. Także i tu, za zewnętrznym wałem, wzniesiono drewnianą ścianę z blankami, usianą gęsto wysokimi basztami, z których można było prowadzić ogień we wszystkich kierunkach, ponad starymi umocnieniami.

Stary wał biegnący nad Wieliką okazał się słabym zabezpieczeniem i już na drugi dzień po otwarciu ognia wybito wyłom w pobliżu bramy Pokrowskiej. 28 października dotarł tam po lodzie oddział Madziarów z łomami i oskardami w celu poszerzenia przejścia. Chciano podkopać wał, doprowadzając do jego obalenia, a następnie zaatakować i podpalić drewnianą ścianę stanowiącą drugą linię obrony.

oddział Madziarów podczas ataku

Obrońcy strzelali do napastników przez otwory wywiercone w ścianie, kłuli ich halabardami i pikami, ciskali z góry kamienie, lali wrzątek i płonącą smołę. Gdy to nie pomogło, zaczęli rzucać na dół „granaty" sporządzone z garnków napełnionych prochem, ale Węgrzy wykopali sporą dziurę u podnóża ściany i nakrywszy ją deskami kontynuowali prace. Wtedy „carscy wojewodowie rozkazali wielkie łańcuchy na drągach zawiązać, a do ich końców przywiązać kazali drewniane kloce z żelaznymi hakami, i tymi biczami z grodu zza ściany rębaczy uderzali i klocami tymi z ostrymi hakami, jako jastrzębie dziobami spod krzewów na zalewanych wodach kaczki wywlekają, tak żelaznymi tymi hakami... chełpliwych oblężeńców za odzienie wraz z ciałem chwytali i nimi ich spod ścian wyciągali..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 176-178

"...W przerwach bombardowania piechurzy węgierscy z oskardami i siekierami podkradali się po zamarzniętych wodach rzeki i usiłowali kuć u podstawy muru. Przed strzałami i rzucanymi z góry kamieniami osłaniali się szturmowymi tarczami. Starali się szybko wydostać ze strefy rażenia i dopaść samego muru. Obrońcy natomiast długimi drągami zakończonymi ostrymi hakami „za odzienie wraz z ciałem chwytali, i nimi ich spod ściany wyciągali"..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 198-200

Nawet tak okrutne pomysły nie odstraszyły Węgrów i wskutek podkopu oraz kucia zaczął się walić spory odcinek nadbrzeżnej ściany. Nie było jednak żadnych szans na przebicie drugiej linii obrony, którą stanowił wspomniany już drewniany częstokół z basztami artyleryjskimi.

Drugi wyłom pojawił się w murze od strony nowych polskich szańców, gdzie dowodził Uhrowiecki. Powiększano go ustawicznie strzelając kulami kamiennymi i żelaznymi, ale i tu oczom oblegających ukazał się drugi pas umocnień.

Mimo to, 29 października w obozie zaczęto mówić głośno o rychłym szturmie. Szykowano drabiny oblężnicze, łuczywa itp. Wydawało się, że nawet pogoda zaczyna sprzyjać oblegającym. Po wyjątkowo ciężkich mrozach, 30 października zaczęła się odwilż. Dzień był znacznie cieplejszy, a śnieg zamienił się w deszcz.

Tymczasem pskowianie wzmogli ogień artyleryjski na polskie i węgierskie stanowiska nie przerywając go nawet w nocy. By obserwować przedpole po zmierzchu, strzelali kulami zapalającymi, rzucali beczki ze smołą, wywieszali z blanków płonące żerdzie. Ogień moskiewski był tym razem bardzo skuteczny. Tylko w polskich szańcach zginęło 4 puszkarzy i kilkudziesięciu piechurów polskich oraz niemieckich. W takiej sytuacji uderzenie tylko markowano, nie zamierzając kusić się o nowy szturm generalny. Zresztą z powodu wyczerpywania się zapasów amunicji kanonada królewskiej artylerii systematycznie słabła i 1 listopada działa zamilkły. Przestano też mówić o szturmie.

strzelali kulami zapalającymi

Przy wałach pskowskich nad Wieliką pozostali jeszcze tylko Węgrzy toczący utarczki z obrońcami próbującymi zatarasować wyłomy. Oni też podjęli ostatni, dość przypadkowy atak na umocnienia twierdzy. 2 listopada, na dwie godziny przed wieczorem, Bornemisza kazał oddać kilka salw armatnich na nadwątlony podkopem odcinek nadbrzeżnego wału. Zapora runęła nadspodziewanie łatwo i piechota węgierska rzuciła się natychmiast do ataku. Część żołnierzy dopadła wyłomu biegnąc przez rzekę po lodzie, inni ruszyli wzdłuż brzegu od baszty Pokrowskiej. Wycięto zaskoczoną grupę Pskowian, po czym przystawiono drabiny do drugiego wału. Podłożono ogień pod częstokół, ale w mieście wnet rozległo się bicie dzwonów i masa obrońców ruszyła na ratunek, lejąc wrzątek zarówno na ogień, jak i atakujących.

Wśród wystrzałów i szczęku białej broni Węgrzy dostrzegli worki soli tarasujące przejścia między koszami i wyłomami. Jako że w obozie królewskim odczuwano jej brak, część ludzi zaczęła wyszarpywać ją i taszczyć do obozu. Na wieść o tym niecodziennym znalezisku Węgrzy otrzymali wsparcie piechurów polskich i niemieckich. Niemal przez całą noc i część następnego dnia jedni bili się z Moskwą, inni szukali soli. Zdobyto w sumie kilkanaście worków tej przyprawy, ale wału nie udało się opanować. W ten sposób zakończyła się ostatnia próba ataku na twierdzę, a raczej „szturm do worów z solą"..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 178-180

"...Udało się jednak hajdukom w kilku miejscach obalić umocnienia i wybić wyłomy, w które natychmiast wdzierała się piechota niemiecka. Natrafiała ona jednak za otworami na nowe ściany, z których obrońcy prowadzili silny ogień z broni palnej, rzucali kamienie, leli wrzątek i gorącą smołę. W ten sposób załamał się szturm Węgrów przeprowadzony 3 listopada. Po pięciodniowym ostrzeliwaniu został zburzony odcinek muru od zachodniej strony twierdzy. Szturmujący hajducy rzucili się po lodzie do wyłomów i zadali nieprzyjacielowi znaczne straty. Załoga wycofała się jednak poza przygotowane wcześniej wały drewniano-ziemne, na których atak się załamał pod ogniem z broni palnej. Jedyną korzyścią wyniesioną przez Węgrów były worki soli, którymi pskowianie zarzucali dziury i wyłomy. Niepowodzenie to skłoniło Batorego do zaniechania dalszych prób wzięcia twierdzy szturmem i ograniczenia się wyłącznie do blokady. Na naradzie wojennej odbytej 4 listopada zwyciężyło zdanie, by mimo zimy trwać nadal pod twierdzą. Tego samego dnia zaczęto ściągać działa z szańców do obozu, a z 6 na 7 listopada opuściła szańce także piechota..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 200

szturm

"...Po tym epizodzie zaczęto ściągać działa i sprzęt oblężniczy z szańców polskich i węgierskich. Nocą z 6 na 7 listopada opuściła je także piechota, wracając do obozów nad Czerechą. Obrońcy przywitali ten fakt wybuchem radości przejawiającym się licznymi wystrzałami i muzyką. Rankiem ciekawscy wychodzili nawet przed mury oglądać opuszczone stanowiska artylerii. W ten sposób zakończyło się regularne oblężenie Pskowa, trwające 6 tygodni..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 180

"...Ściągnięcie dział i piechoty z szańców wokół Pskowa nie oznaczało, że polskie dowództwo zdecydowało się przerwać działania wojenne pod Pskowem. Wobec braku szans na opanowanie miasta szturmem, wyczerpywania się amunicji i pogarszania warunków atmosferycznych, postanowiono ograniczyć się odtąd do blokady. Król miał wrócić do kraju po pieniądze, nowe chorągwie i zaopatrzenie. Takie rozwiązanie było planowane w gronie wyższych dowódców od dawna, jednak o jego celowości należało jeszcze przekonać rotmistrzów i żołnierzy.

4 listopada odbyła się narada w kwaterze hetmana Zamoyskiego, na której tylko część rotmistrzów zgłosiła gotowość pozostania pod Pskowem. Inni byli zdecydowani wracać do kraju, tym bardziej, że dowiedzieli się o planowanym odjeździe króla. Wszyscy natomiast żądali chociaż częściowej wypłaty zaległego żołdu. Wprawdzie do obozu przywieziono 60 000 zł, ale wystarczyło ich jedynie dla Węgrów i Niemców. Rozpoczęły się więc kilkudniowe narady i targi z wojskiem o pieniądze. Wielu towarzyszy jazdy zastawiło nawet broń, więc nie wyobrażało sobie dalszej służby bez żołdu. Prości żołnierze wręcz wołali: „Nie da li pieniędzy król, pojedziem do Wilna za nim", a zaistniałą sytuację najtrafniej skonstatował cytowany wielokrotnie ks. Piotrowski: „O Jezus, toć to polska wojna! Wojować się nam chce, a pieniędzy mieć nie możem". [...]

Jeszcze kilka dni trwały targi z żołnierzami. Ostatecznie obiecali pozostać na służbie, ulegając nie tyle argumentom natury strategicznej, ile specjalnej, pisemnej asekuracji wystawionej przez króla. Obiecano im wypłatę żołdu na św. Marcina 1582 r., pod zastawem dóbr stołowych należących do monarchy.

Pierwotnie część wojska chciano pozostawić pod Pskowem, a resztę rozlokować na terytorium państwa moskiewskiego na przestrzeni od Porchowa po Starą Russę. Mniej zniszczone regiony dawały szansę łatwiejszego przezimowania, a przeciwnik byłby szachowany możliwością powtórnego oblężenia twierdzy. W trakcie przygotowań do odmarszu na leża zimowe, przybył do obozu goniec carski z informacją o gotowości nawiązania rokowań przez Iwana IV. W takiej sytuacji porzucono plan opuszczenia obozów pod Pskowem, bowiem tylko pozostanie w bezpośrednim sąsiedztwie miasta mogło mieć wpływ na przebieg negocjacji pokojowych. Przez dalszą blokadę twierdzy można było wytargować lepsze warunki pokojowe. Wojsko zostało na starych kwaterach, a i król postanowił podeprzeć rokowania swym autorytetem i pozostał do końca miesiąca w obozie.

Przez jakiś czas między Nowogrodem, w którym przebywał Iwan IV, a obozem pod Pskowem, krążyli gońcy. Wreszcie 25 listopada otrzymano list od Possevina, w którym donosił, że posłowie carscy z pełnomocnictwami do zawarcia traktatów opuścili Nowogród. Na miejsce rokowań wybrano Jam Zapolski leżący w połowie drogi między Wielkimi Łukami i Pskowem. Dwa dni później wyprawiono posłów: wojewodę bracławskiego Janusza Zbaraskiego, marszałka nadwornego litewskiego Albrychta Radziwiłła i sekretarza Michała Haraburdę. Towarzyszyły im chorągwie Mikołaja Zebrzydowskiego oraz niestrudzony mediator papieski Antonio Possevino..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 182-184

"...Dnia 13 listopada husarze hetmana nadwornego Jana Zborowskiego, będąc na straży, grali w kości w podmiejskiej cerkiewce. W tym samym czasie żołnierze moskiewscy pili w mieście, po czym nabrawszy animuszu wypadli przez bramy na polskie posterunki. Jak pisał B. Paprocki „tam sługę Skarbkowego, który prędko nie mógł konia dosieść [Moskwa] rozsiekała, wszakoż gdy rota onym przybiegła na ratunek, wsparli Moskwę w bronę i znacznego Moskwiczina zabili". Służący wśród „Veterani Eąuites" Jan Grabski „mężnie z nieprzyjacielem czynił, aż pod nim konia zabito, jednak on więźnia znacznego Pawlina Ogalina dostawszy, hetmanowi darował". Straże królewskie odpierały nieprzyjacielskie ataki, które wprawdzie nie mogły zmusić króla do zwinięcia oblężenia, ale świadczyły o przejęciu inicjatywy przez Moskwę i zmuszały do utrzymania stałej gotowości bojowej..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 197

atak pijanych Rosjan

"...Tymczasem pod Pskowem liczebność armii oblężniczej zmniejszała się na skutek chorób, przechwytywania picowników i dezercji. Na zwołanej radzie wojennej stworzono możliwość odejścia tym wszystkim, dla których warunki mroźnej zimy były zbyt ciężkie. Stanowiska pod twierdzą opuściła większość ochotników (głównie z Litwy) oraz Niemcy. Król Stefan odjechał 1 grudnia pozostawiając kierowanie armią Zamoyskiemu. Hetman wielki koronny z powodzeniem odpierał wypady moskiewskie z twierdzy, organizował sprawnie działające straże, dzieląc jazdę na stale zmieniające się oddziały, liczące po ok. 400 koni. Po wciągnięciu kolejnej wycieczki w zasadzkę (7.XII) Szujscy na pewien czas zaniechali dokonywania wypadów. Nastały natomiast bardzo ostre mrozy. Ksiądz Piotrowski zanotował 20 grudnia w swym „Dzienniku": „klatki nasze trzeszczą, kilku pachołków na straży z koni spadłszy umarło na miejscu (...) ze wszech stron ciśnie nas wszystko złe: głód, niedostatek, choroby, koni upadek (...)". Ostatni wypad równie wygłodzonej załogi nastąpił 4 stycznia 1582 r. Udział w nim wzięło 700 jazdy i kilkaset piechoty. Pskowianie chcieli zdobyć obóz i odciąć od niego oddziały Tomasza Oryńskiego stojące za rzeką. Rotmistrz zginął, a z 40-tu jego żołnierzy wielu dostało się do niewoli. Chorągwie husarskie Hieronima Gostomskiego i Stanisława Przyjemskiego (365 koni), wsparte przez piechotę i jazdę węgierską odparły nieprzyjaciela, zadając mu dotkliwe straty (300 zabitych, 60 wziętych do niewoli)..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 204-205

"...Odpowiednie zarządzenia, dotyczące dostaw pod Psków, król wydał jeszcze w drodze na Litwę. W wyniku starań monarchy pod koniec grudnia pierwsza partia prochu dotarła do zamku w Wielkich Łukach. Kolejne wieziono z głębi kraju oraz z Prus, te jednak w połowie stycznia 1582 r. dotarły dopiero do Kokenhausen na pograniczu inflanckim. Podobnie było z żywnością. Poczyniono dla wojska zakupy w Inflantach, większą partię żywności starano się zgromadzić w Rydze, ale z powodu znacznych odległości, efekty nie mogły być szybkie. W sumie działania królewskie dałyby rezultaty najwcześniej w lutym 1582 r., stąd nie wpłynęły na los armii blokującej Psków.

Pod twierdzą zostali zaciężni Polacy, Węgrzy i Litwini z zaciągu hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła „Pioruna". Przeprowadzony popis polskich chorągwi jazdy wykazał, że liczą one 7000 koni. W sumie Zamoyski mógł szacować swe siły na nieco ponad 20 000 żołnierzy, ale wspomniano już, że część z nich była rozsyłana stale po żywność i paszę.

Po odjeździe króla Zamoyski dobrał sobie poufną radę wojenną, w skład której weszli kasztelan radomski Stanisław Tarnowski, kasztelan nakielski Stefan Grudziński oraz kilku najbardziej doświadczonych rotmistrzów: Ernest Weiher, Marcin Kazanowski, Jan Lesnowolski, Zygmunt Rożen i Stanisław Włodek. Większość dowódców spodziewała się, że po odjeździe króla wojska carskie mogą podjąć jakieś aktywne działania przeciw obozowi pod Pskowem..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 190-191

"...Odjazd Batorego do kraju nie uszedł uwagi załodze twierdzy, toteż w obozie obawiano się, że uaktywni ona swe działania przeciw polskim patrolom. Mimo zmniejszenia się stanu armii, należało utrzymać blokadę rozmieszczając patrole w ten sposób, aby funkcjonowały sprawnie wszystkie części kordonu otaczającego twierdzę. Podstawą blokady były nadal obozy polski, węgierski i litewski na południu oraz klasztor Światogorski na północ od Pskowa. Jednakże po zwolnieniu ze służby piechoty niemieckiej, Zamoyski musiał wzmocnić stacjonujące tam roty Bielawskiego. Nakazał wydzielić z każdej roty konnej od 5 do 7 ludzi z czeladzi, uzbroił ich w rusznice i oddawszy pod komendę Stanisława Pękosławskiego, posłał do klasztoru Światogorskiego. W międzyczasie Bielawski zbudował tam silne umocnienia, otoczone wałami i najeżone hakownicami tak, że nie obawiał się ataku załogi pskowskiej. W oparciu o obozy na południu i klasztor Swiatogorski na północy, rozsyłano patrole, które strzegły pozostałych szlaków wiodących do twierdzy.

atak Rosjan

Jak przewidywano, załoga Pskowa, zachęcona odjazdem króla, wzmogła akcje przeciw polskim patrolom. Nastąpiła seria ataków na skalę niespotykaną od kilku tygodni. Już 2 grudnia niemal 1000 piechoty i kilkaset jazdy omal nie osaczyło straży złożonej z 40 rajtarów niemieckich, dowodzonych przez Marcina Gostyńskiego. Cudem uniknięto większych strat, a i nieostrożny rotmistrz zdołał się uratować, mimo że założono mu już pęta na szyję. W dniach 3-7 grudnia obrońcy atakowali zarówno straże przed głównym obozem, jak i roty Bielawskiego stacjonujące po przeciwległej stronie miasta. Pewnego dnia jeden z Węgrów, zaskoczony porannym wypadem moskiewskim, wywołał panikę w całym wojsku wołając, że Moskwa w obozie. Uderzono w bębny na trwogę, ale okazało się, że wszystkiemu wini są kupcy i kramarze, którzy nie przywykli do strzelaniny.

Jak trafnie zauważył ks. Piotrowski większość wypadów moskiewskich nie mogła poważniej zagrozić wojskom królewskim: „wielką gromadą wychodzą — relacjonował — po kilka tysięcy. Ale cóż po tem? Od strzelby i kroku odstąpić nie chcą". Z kolei Polacy nie dali się wciągnąć do walki pod murami, gdzie zostaliby ostrzelani z armat i hakownic. Ogień obrońców był bowiem zoraz celniejszy. 3 grudnia, ku zaskoczeniu oblegających, kule artylerii pskowskiej zaczęły spadać w środku obozu, przy samych namiotach nieobecnego monarchy. Okazało się, że pskowianie wnieśli kilka dział na specjalnie wysokie tarasy i co jakiś czas nękali odpoczywających żołnierzy. Strzelano też do mostu na Wielikiej znajdującego się przy obozie.

Polacy odpowiadali licznymi fortelami. Największe straty ponoszono na zachodnim brzegu Wielikiej, gdzie znajdował się trakt do Ławry Peczerskiej, więc po jakimś czasie postanowiono to wykorzystać. Młody Stanisław Żółkiewski upozorował awarię wozu obładowanego żywnością, po czym otoczył oddział moskiewski, który wypadł zza murów w nadziei zdobycia łatwego łupu (7 grudnia). Zginęło 20 pskowian, a 11 dostało się do niewoli.

Od 20 grudnia rozpoczęły się tak silne mrozy, że utrzymanie straży wokół blokowanego miasta stało się niezmiernie uciążliwe. Choroby i przeziębienia dotknęły niemal trzecią część wojska, „ktokolwiek wychylił się z namiotu, odmrażał sobie natychmiast niemal wszystkie członki, osobliwie zaś najbardziej wystawione na działania zimna nos i uszy". Zdarzały się nawet przypadki, kiedy zziębnięci ludzie spadali z koni, a lekarze musieli amputować odmrożone kończyny. Nasiliły się dezercje, które powstrzymywano z coraz większym trudem. Nawet załoga moskiewska uspokoiła się i przestała strzelać..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 192-193

"...Szujscy sądzili, że kilkunastodniowa przerwa w działaniach załogi uśpiła czujność straży. Zdawali sobie sprawę z ciężkiej sytuacji w obozie, bowiem zdarzały się przypadki, kiedy zziębnięci i głodni piechurzy uciekali do miasta. Tym razem postanowili zaatakować sam obóz. Zebrali 700 koni kawaleryjskich, tj. niemal wszystkie żyjące jeszcze w oblężonym mieście oraz kilka tysięcy piechoty. Plan był doskonały. Część jazdy i kilkaset piechoty miało zaatakować placówkę polską stojącą za Wieliką, przy trakcie do Ławry Peczerskiej. Przewidywano, że roty stojące na straży głównego obozu ruszą na pomoc po lodzie, pozostawiając obóz bez osłony. Dopiero wtedy, reszta jazdy i piechoty moskiewskiej, dowodzonej przez Masojedowa i Koseckiego, miała uderzyć na obozowisko węgierskie, polskie i litewskie.

atak Rosjan

4 stycznia 1582 r. 300 jazdy moskiewskiej uderzyło przez zamarzniętą Wieliką wprost na 40 jeźdźców Tomasza Oryńskiego, spychając go coraz bardziej na zachód od miasta. Jednocześnie z bram miejskich nad rzeką wysypało się kilkaset piechoty, dowodzonej przez Michała Szczudowego, która błyskawicznie opanowała jedną z cerkwi. Wzgórze, na którym się wznosiła, górowało nad okolicą i można stąd było ostrzeliwać oddziały forsujące rzekę. Oryńskiemu groziło okrążenie, toteż nie zważając na piechotę moskiewską, ruszył mu na pomoc Wawrzyniec Skarbek, strzegący obozu na prawym brzegu Wielikiej. Na to właśnie czekali pskowianie. Z twierdzy wysypało się natychmiast mnóstwo piechoty i reszta jazdy, kierując się z wielkim krzykiem wprost na wozy osłaniające obóz. Ale Zamoyski był przygotowany na taką ewentualność, bowiem kilka rot pozostających w obozie miało obowiązek utrzymywać gotowość bojową. Natychmiast rzucono do walki piechotę polską i węgierską, która przywitała nadbiegających salwą z muszkietów. Fala pskowian wymachujących groźnymi berdyszami uderzyła na polskie szeregi. Po chwili 196 do walki włączyła się jazda, co przesądziło wynik starcia. Szujski, śledzący przebieg uderzenia z murów Pskowa, dał rozkaz do odwrotu. Przeciwnik stracił ponad 300 ludzi, w tym dowodzącego akcją Fiodora Masojedowa, a 30 wzięto do niewoli. Również Polacy i Węgrzy stracili kilkudziesięciu zabitych i rannych, w tym rotmistrza Oryńskiego, który otrzymawszy dwa postrzały z muszkietu zmarł po bitwie.

Wkrótce okazało się, że rozbicie moskiewskiego wypadu w dniu 4 stycznia 1584 r. było ostatnim starciem zbrojnym pod Pskowem. W ciągu dwóch następnych nocy Zamoyski próbował zastawić pułapkę na pskowian, którzy wyjdą zbierać ciała swych poległych. Wrażenie porażki było jednak w mieście tak wielkie, że nikt się nie kwapił do dopełnienia chrześcijańskiego obowiązku, nawet wówczas, gdy hetman zrezygnował z podstępu i zapewnił, że nie zaatakuje grabarzy. Obrońcy nie uszanowali wówczas rycerskich obyczajów i ostrzelali parlamentariuszy, a wśród nich Stanisława Żółkiewskiego. Na szczęście żadna z kul nie trafiła, Żółkiewski natychmiast spiął konia ostrogami i zdołał umknąć do obozu.

Odpowiadając złośliwością na złośliwość, hetman Zamoyski podjął nieco kontrowersyjną próbę dokonania zamachu na Szujskiego. Do twierdzy posłano przemyślnie skonstruowaną skrzynkę z bronią i prochem — „prezent" dla dowódcy. Autor pomysłu, Jan Ostromęcki „ustawił w żelaznej szkatułce rzędami dwanaście rur umyślnie cienko opiłowanych, ażeby tym łatwiej pękły, rury i szkatułkę napełnił najlepszym prochem. W środku umieścił zamek od rusznicy z odwiedzionym kurkiem, szkatułkę tę włożył następnie w skrzynię drewnianą i kurek przywiązał za pomocą dwu strun do dna skrzyni oraz do wieka owej szkatułki żelaznej". Według źródeł moskiewskich w skrzynce umieszczono aż 24 „samopały, skierowane na wszystkie cztery strony", ale do jej otwarcia sprowadzono ślusarzy i podstęp się nie powiódł. Natomiast polskie patrole krążące wokół Pskowa, donosiły o jakiejś detonacji w mieście, po której „list na strzale z miasta wystrzelono", pełen obelg pod adresem hetmana Zamoyskiego i królewskich żołnierzy.

nieudany forlel

Nie powiodły się już żadne próby wywabienia załogi za umocnienia, a nawet nieco teatralny postępek hetmana Zamoyskiego, który 11 stycznia podjechał z giermkiem pod mury miejskie, wzywając Szujskiego na pojedynek. Komendant twierdzy nie podjął wyzwania, ale jeszcze tego samego dnia odpowiedział ogniem artyleryjskim. Były to bodaj ostatnie kule moskiewskie, jakie spadły na obóz królewski pod Pskowem. W ciągu następnych dni załoga nie podejmowała prób wypadów za mury, milczały też pskowskie działa. Najwyraźniej wszyscy czekali na finał rokowań pokojowych..."


Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 195

Nasz serwis, podobnie jak inne warownie w sieci, używa ciasteczek w celach statystycznych oraz aby serwować Ci reklamy (Google AdSense) dopasowane do Twoich zainteresowań. Dzięki temu możemy dbać o renowację naszych treści. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.