"...Twierdza smoleńska była wówczas trudna do zdobycia. Od północnego - wschodu broniły jej naturalne rozlewiska i szeroki Dniepr. Jedyna możliwość prowadzenia szturmów znajdowała się od południowego - zachodu. Mury miasta i twierdzy zbudowane były od niepamiętnych czasów z dwóch równoległych ścian z bali drewnianych, połączonych poprzecznie ze sobą (kształt skrzyni) i wypełnionych ziemią z gliną. Wojewoda smoleński Jerzy Hlebowicz zobaczył pierwsze przednie oddziały wroga w końcu sierpnia. Wystąpił z częścią załogi, głównie jazdą i częścią piechoty z rusznicami dla osłony, przed mury miasta. Stoczył krótką bitwę z przeważającymi siłami i schował się za mury. Nieprzyjaciel otoczył miasto, odciął dowozy żywności i paszy na 6 tygodni. Po przybyciu wielkiego ks. moskiewskiego rozpoczęło się metodyczne oblężenie, a szturmy na mury prowadzono w dzień i w nocy. Atakujący mieli możliwości zastępować rannych i zabitych świeżymi siłami. W 2. połowie października przybyło wzmocnienie dla wojsk moskiewskich z Pskowa i Nowogrodu W., a były to wojska, które porzuciły oblężenie Połocka i Witebska, o czym niżej. Załoga i mieszkańcy miasta mogli skutecznie bronić się przez wiele tygodni. Jednak zaczynało brakować żywności i paszy dla koni, które z braku świeżej wody i trawy zaczęły zdychać, więc pożywiano się padłymi końmi. Obrońcy wytrzymywali ostrzał z rusznic i dział, a nawet przeciwdziałali częstym próbom podpalenia umocnień i zabudowań miasta. Żołnierze moskiewscy nie przebierali w środkach. Żywym kotom i gołębiom przywiązywali do ogonów podpałki, które miały wzniecać pożary w twierdzy. Obrońcy z kolei czynili „wycieczki" (wypady) z twierdzy z zaskoczenia, przeważnie we wczesnych godzinach rannych, które przynosiły oblegającym duże straty w ludziach. Wojska moskiewskie ogołociły w tym czasie najbliższe okolice z żywności i paszy, im również zaczynał doskwierać głód i zbliżające się chłody. W ciągu ponad 4 - tygodniowego oblężenia miało zginąć około tysiąca obrońców, a atakujących - podobno 11 tys..."
Fragment książki: Ryszard Przybyliński "Ród książąt Glińskich. Tom 2." s. 206
"...Smoleńsk był silnie umocnioną twierdzą. Od północy osłaniał go Dniepr, od wschodu rzeczka z szeroko rozlanymi dwoma stawami. Najłatwiejszy dostęp był od południa i od zachodu, gdzie szeroki parów stanowił dogodną podstawę wyjściową do szturmów. Zamek posiadał mocne fortyfikacje drewniano-ziemne. Drewniane obwarowania składały się z dębowych izbic (segmentów) wypełnionych ziemią. Dzięki nim Hlebowicz z powodzeniem stawiał opór wojskom moskiewskim. Załoga wojskowa wraz z dziesięciotysięczną ludnością cywilną przebywającą na zamku, całkowicie odcięta od jakiegokolwiek zaopatrzenia z zewnątrz, cierpiała dotkliwy głód. Żywiono się nawet padłymi końmi. Przez cztery tygodnie i dwa dni, nieustannie w dzień i w nocy, szły do szturmu ciągle zmieniające się oddziały moskiewskie. Szturmom towarzyszyło wytężone ostrzeliwanie z 1500 rusznic i dział. Próbowano podpalić fortyfikacje przy pomocy kul ognistych, a nawet 400 żywych kotów i gołębi wypuszczonych z przywiązanymi do ogonów podpałkami. Wszystkie te zabiegi okazały się bezskuteczne. Padło tysiąc obrońców, ale straty wśród oblegających sięgały jakoby 11 tysięcy żołnierzy..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom I. Lata 1500-1548" s. 181-182