"...Około 12 lutego 1568 r. Jan Chodkiewicz z 12 tys. jazdy, 6 tys. piechoty i artylerią (a więc z wojskiem stanowiącym zaledwie 38% sił zgromadzonych przed dwoma miesiącami pod Radoszkowicami) przybył pod Ułę i rozpoczął oblężenie zamku. Wznosił się on na długim, wąskim cyplu, jaki powstał u ujścia rzeki o tej samej nazwie do Dźwiny. Nad drewniano-ziemną fortyfikacją o konstrukcji izbicowej górowało 6 baszt i basteja ze strzelnicami i blankami. U nasady cypla dolna część wału i baszty na całej niemal wysokości pokryte były gliną dla zabezpieczenia od ognia. Tę południową stronę umocnień wzmacniała dodatkowo fosa łącząca Dźwinę z Ułą. Za nią, całą szerokość cypla przegradzał rząd kobylin utrudniający dostęp do przedpola wału. W zamku znajdowało się 27 dział i około 300 hakownic. Początkowo Chodkiewicz rozstawił działa u nasady cyplu w odległości 200-300 m od południowej ściany wału. Ogień był widocznie mało skuteczny, ponieważ w 3 dni później podciągnięto je na bliższą, 100-metrową odległość. Z prawej strony (bliżej Dźwiny) ustawiono dwie baterie składające się co najmniej z 2-3 dział różnej wielkości. Osłonięte one były przedpiersiami z wypełnionych ziemią wiklinowych koszy. Po lewej stronie przy Ule wykopano okop z blankowanym przedpiersiem, obsadzony przez piechotę ostrzeliwującą zamek z hakownic. Ogień artyleryjski skoncentrowano na frontowej baszcie lewego narożnika. Jak można zauważyć na planie Uły wykonanym przez uczestnika oblężenia Macieja Stryjkowskiego, znaczny oddział piechoty moskiewskiej uzbrojonej w berdysze i szable dokonał zapewne nocą wypadu ze wschodniej bastei. Posuwając się główną drogą między wałem a Dźwiną piechurzy ci dotarli do litewskich baterii i zagarnęli litewskie działa. By zabezpieczyć się przed podobnymi wycieczkami załogi zamku, Chodkiewicz rozmieścił stanowiska artylerii za rzeką Ułą. Odtąd możliwe było ostrzeliwanie nie tylko wspomnianej wyżej narożnej baszty, ile i przyległego do niej odcinka wału.
Po intensywnym ostrzale w licu fortyfikacji pojawiły się liczne wyrwy, ale wskutek wypełnienia ziemią żadna ze ścian i baszt się nie zawaliła. Jak pisał Chodkiewicz do króla „tuju że baksztu [tzn. basztę narożną ostrzeliwaną z dwóch stron - M.P.] i półstieny kotoryje od niejo aż do sieriednieje bakszty [środkowej, czyli drugiej w kolejności od strony zachodniej M.P.] pochodit, takoż zbił i zdirawił, iż jako szczotka bierwienje z setiny i z obłamkow wypirało, ale pro mocnoje zbudowanie i nafasowanie ziemleju, żadnoju mieroju stiena se obwaliti nie mogła". Niewątpliwie ogień artyleryjski nie był dostatecznie silny, na co miała też wpływ strata kilku dział na początku oblężenia w wyniku moskiewskiego wypadu z zamku. Nie powstał też większy wyłom umożliwiający przeprowadzenie szturmu jak mówili rotmistrze „dziury, w którejby się można z kopią obrócić". Mimo to Chodkiewicz dał rozkaz do ataku licząc na zaskoczenie obrońców. Szturm bowiem miał nastąpić w nocy, cztery godziny przed świtem. Do natarcia udało się rotmistrzom poderwać tylko część żołnierzy. Ruszyli Polacy w służbie litewskiej, ale po zranieniu Jana Kurnickiego cofnęli się. Pozostali żołnierze kryli się przed ogniem z broni palnej wśród drzew, w dołach i zaroślach nadrzecznych Uły. Odrzuciwszy już w poprzednich latach pawęże, hełmy i półzbrojki, czuli się bezbronni zarówno przed kulami z hakownic, jak i celnymi strzałami z łuków moskiewskich. Chodkiewicz na próżno poganiał drabów, prosił i groził, a nawet pokrwawił sobie rękę bijąc najbardziej opornych. Wiedząc o dużych stratach żołnierz zaciężny odmawiał wykonania rozkazów. Szturm się nie udał.
Postanowiono więc podpalić drewniane umocnienia, ale (przy widocz-nym braku dział ognistych strzelających kulami zapalającymi) nie było chętnych do podłożenia ognia. Znalazło się wreszcie kilku ochotników spośród własnych żołnierzy hetmańskich, puszkarzy niemieckich i uchodźców moskiewskich, którym udało się w dniu 2 marca wzniecić ogień w fortyfikacji. Żołnierze nie wsparli ich jednak, ani też nie dali koniecznej osłony poprzez ostrzeliwanie obrońców gaszących pożar. Trudno było zresztą trafić z rusznic kryjących się za blankami strzelców moskiewskich. Chodkiewicz, by własnym przykładem zachęcić wojsko do walki, zsiadł z konia i sam podbiegł pod ścianę, którą należało podpalić. Ale i ten akt osobistej odwagi nie przyniósł żadnego skutku. Niedoświadczony piechur ze świeżego litewskiego zaciągu nie chciał się bić. Nie był też przyzwyczajony do trudów walki w warunkach ostrej zimy. Zmarznięta ziemia utrudniała bliższe podszańcowanie się pod wały Uły. Postanowiono więc sposobem tatarskim wypełnić fosę drzewem, a następnie rzucając na wierzch bale drewna podnieść stos do wysokości blanków, by w ten sposób dostać się do zamku. Wypad obrońców zmusił jednak piechotę litewską do ucieczki. W walce na białą broń na drewnianym rumowisku decydowały cięcia zamachowe, a więc moskiewskie berdysze i szable okazały się skuteczniejsze od litewskich rohatyn i mieczy. Inżynier Aleksander Gwagnin, który ze swą rotą podszańcował się zbyt blisko umocnień, został otoczony, ranny i dostał się do niewoli. Pojmanego już w szańcach Włocha odbił polski rotmistrz Aleksander Kosiński. W ręce moskiewskie omal się nie dostały działa litewskie i tylko kontratak chorągwi Benedykta Dymitrowskiego zdołał je ocalić. Odparcie szturmu umożliwiło Moskwie wprowadzenie do Uły posiłków - zapewne brodem prowadzącym przez Dźwinę do głównej bastei. Gdy wszystkie sposoby walki oblężniczej zostały wyczerpane, dezercja z szeregów rosła, a zbliżające się roztopy wiosenne groziły rozmyciem dróg, Chodkiewicz postanowił zwinąć oblężenie i w nocy z 3 na 4 marca zarządził odwrót. Trzytygodniowe oblężenie niewielkiego zamku przez 18-tysięczną armię skończyło się kompromitacją. Wykazało nieudolność Chodkiewicza, który mimo osobistej odwagi, nie potrafił zaprowadzić w szeregach dyscypliny..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom II. Lata 1548–1575" s. 201-203