"...Zamek wielkołucki był warownią drewniano-ziemną. Umocnienia składały się z izbic wypełnionych kamieniami i ziemią, a z zewnątrz otoczonych kilkakrotną warstwą drewnianej ściany zrębowej. Ściany zewnętrzne oblepione były gliną oraz na znacznej wysokości obrzucone ziemią i obłożone grubą warstwą darni. W przerwach między izbicami urządzono strzelnice dla dział. Górne partie tych umocnień, kryte daszkiem, tworzyły bojowe stanowiska dla żołnierzy. Wg. R.Heidensteina wały były tak wysokie, że zasłaniały zabudowania, a baszty i wieże pokryte były darnią. Leżące na wschód od zamku miasto również posiadało umocnienia drewniane, ale zrezygnowano z jego obrony. Spalono je, by nie dawało osłony przeciwnikowi i przeniesiono się do silnego i obszernego zamku. Dostęp do samej twierdzy był utrudniony od strony wschodniej i południowej przez wody rzeki Łowati i niewielkie jezioro, od pozostałych zaś stron błotami i stawami, co uniemożliwiało robienie podkopów. Obroną twierdzy dowodził Fiodor Oboleński Łyków wraz wojewodami Michałem F.Kaszynem i J.I.Aksakowem. Załoga składała się m.in. ze 100 „dzieci bojarskich" z 300-ma pocztowymi, 500 strzelców moskiewskich, 400 miejscowych strzelców grodowych i 100 konnych Kozaków. W sumie ludzi zdolnych do obrony szacowano na 6-7 tys. Broń palną stanowiło 36 dział, kilkaset hakownic i kilka tysięcy rusznic..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 173
"...Rankiem, 27 sierpnia 1580 r., oddziały królewskie zaczęły zajmować pozycje wokół Wielkich Łuk. Lekko falista równina, otaczająca zamek od południowego wschodu, skąd nadciągała armia, sprzyjała manewrom, toteż przed oczami obrońców wyległych na wały, dokonano swoistej parady wojskowej. W pierwszym rzucie szły roty Łukasza Działyńskiego, który służył pod rozkazami Jana Zamoyskiego. Na początku jechała jazda kozacka uszykowana w dwa hufce, za nią kroczyły trzy roty piechoty ubranej na czarno i ustawionej w jeden czworobok, dalej postępowała piechota odziana na niebiesko i husarze jadący w pięciu szeregach. Nad każdym oddziałem powiewały barwne proporce, a całej paradzie towarzyszyła głośna muzyka wojskowa. W południe przyciągnęli Litwini uszykowani w trzy walne hufy, otoczone mniejszymi formacjami posiłkowymi. Wieczorem, z drugiej strony przyciągnął pod zamek król, poprzedzany przez roty nadworne Jana Zborowskiego. Jechał pośrodku, między piechotą, maszerującą po prawej, a jazdą ciągnącą po lewej. Trzech giermków niosło za nim kopię z upierzoną czapką, włócznię i buławę. Batory najwyraźniej chciał, aby żołnierze moskiewscy go dostrzegli. Na końcu przyciągnął Zamoyski z kilkoma rotami jazdy i piechotą ustawioną w 30 rzędów. Armia rozbiła obóz poza zasięgiem dział zamkowych. Barwne rzędy namiotów wkraczały na pobliskie wzniesienia, toteż odnosiło się wrażenie, jakby sięgały po horyzont.
Większość jazdy miała pozostać wraz z królem w obozie na wschodnim brzegu rzeki Łować, aby odeprzeć ewentualną odsiecz moskiewską z Toropca. Bezpośrednie prace oblężnicze powierzono piechocie i dywizji Jana Zamoyskiego. Wkrótce korpus Zamoyskiego znalazł dwa brody poniżej zamku i przeprawił się na prawy brzeg Łowaci. Piechota węgierska, dowodzona przez Jana Bornemiszę, zajęła stanowiska od strony zachodniej, a polska, przyprowadzona przez Mikołaja Uhrowieckiego, od południa. Naprzeciw wałów zamkowych zaczęto budować szańce oraz ustawiać kosze dla osłony dział.
Żołnierze moskiewscy nie zamierzali patrzeć bezczynnie na intensywne prace oblężnicze. Gdy piechurzy rozeszli się w poszukiwaniu gałęzi i wikliny, z bramy miejskiej wypadł niespodziewanie spory oddział nieprzyjacielski i rzucił się na najbliższy szaniec, strzeżony ledwie przez 200 ludzi kanclerza. Nim nadbiegła pomoc, padło kilku rannych i zabitych, a chorąży stracił proporzec, który zaniesiono triumfalnie do zamku.
Wkrótce zagrzmiały działa moskiewskie. Kule nie dosięgały wozów taborowych, które Zamoyski kazał ustawić za pobliskim wzgórzem, ale dawały się mocno we znaki pracującym przy szańcach. W miarę podsuwania się pod wały, do armat dołączyły hakownice. Od ich ciężkiej kuli padł kasztelan zawichojski, Piotr Kłoczowski, nadzorujący przekopywanie grobli stawu zamkowego. Zamoyski chciał spuścić z niego wodę i tym samym utworzyć szerszą drogę do szturmu, ale nie osiągnął niczego poza utratą cennego współpracownika..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 41-42
"...Dnia 31 sierpnia rozpoczęto bombardowanie zamku z przybyłych przed dwoma dniami 30 dział. Baterie po kilka dział ustawiono na szańcach pod osłoną koszów z piaskiem. Początkowo ostrzał był nieskuteczny. Kule uderzały w wał, grzęzły w ziemi, nie wyrządzając większych szkód. W tej sytuacji Batory zwrócił uwagę Zamoyskiemu „żeby się strzelaniem (...) darmo nie bawił". Ogień przeniesiono więc na drewniane baszty i blanki. Prowadzono go kulami burzącymi i zapalającymi pełno i próżnolanymi (granaty). Pociski rozżarzone kierowane na drewniane ściany przebijały osłonę darniową lub glinianą i grzęzły w grubych warstwach drewna, w których wzniecały po pewnym czasie pożar, trudno zauważalny w jego wstępnej fazie. Już dnia 2 września Węgrzy zapalili kulami jedną basztę, ogień jednak tlił się tylko i załoga mimo silnego ostrzału zdołała go ugasić. W tej sytuacji Batory nakazał Węgrom podkładać ogień pod umocnienia, a Zamoyski ogłosił, że kto twierdzę podpali dostanie majątek ziemski, plebejusz szlachectwo, a cudzoziemiec 400 talarów nagrody. Po Węgrach ruszyli pod twierdzę Polacy. Posypał się na nich grad strzał i kamieni. Około 200 piechurów padło lub zostało rannych, pozostali musieli się cofnąć. Węgrom rozkazano zdzierać darń ze ścian umocnień i podkładać smołę i siarkę dla powiększenia płomieni. Gdy jednak powtórne podpalenie również nie przekształciło się w pożar, Batory rozkazał kopać pod twierdzę podziemny chodnik w celu podłożenia min prochowych. Stu węgierskich hajduków przeprawiwszy się przez bagna poczęło podkopywać nasypy. Oblężeni lali na nich wrzątek, rzucali kamienie i kłody. Dwunastu Węgrów poległo, kilku odniosło rany. Bornemissa wzmocnił więc ciężko walczących następnymi rotami. Od podłożonego prochu basztę objął silny ogień. Dowództwo polskie sądziło, że oblężeni nie zdołają już go przytłumić. Wskutek jednak wytrwałego gaszenia i padającego deszczu pożar baszty został opanowany.
Tymczasem Zamoyski zwrócił uwagę na jedną z baszt wysuniętą daleko do przodu i źle flankowaną ogniem armatnim. Piechota kanclerska ruszyła wykopanym aproszem, ale wkrótce utknęła na ostrokołach wbitych w ziemię przed wałem. Sądząc po wysokich stratach wśród dziesiętników w szturmach mogły uczestniczyć roty zaciężne Hieronima Leckiego (12 zabitych i zmarłych dziesiętników), Krzysztofa Bienieckiego i Jerzego Drużbicza. Nie można też wykluczyć, że to właśnie wówczas zginął uczestnik ubiegłorocznej kampanii, rotmistrz piechoty Sebastian Rusiński. Ogień moskiewski 3 września był tak silny, że zbite zostały kosze szańcowe, za którymi umieszczone były polskie działa. Mimo braku rozkazu Zamoyskiego (nieobecnego w tym czasie w polskim obozie) część piechurów ruszyła do szturmu na uszkodzoną basztę. Jedni z siekierami i szablami w ręku wspinali się po drabinach na nasyp, drudzy starali się sforsować bramę. Załoga moskiewska odparła jednak wszystkie te ataki. Wieczorem 4 września znów poszło naprzód 40 ochotników polskich z zamiarem podpalenia baszty bramnej. Część z nich poczęła odkopywać darń, inni z łuczywami w rękach usiłowali podpalić basztę od góry. Na blankach trwała już walka wręcz. Wśród płomieni rozświetlających zapadające ciemności rąbano się szablami, kłuto rohatynami. Posuwający się podkopem piechurzy trafili na strzelnicę służącą dla dolnych dział jeszcze wówczas, gdy baszta nie miała ziemnych nasypów. Żołnierze moskiewscy bronili dostępu spisami, zabili jednego napastnika, ale Polacy byli już w środku, rozbroili obrońców i zabrali im skóry używane do gaszenia ognia. Zapewne to wówczas odznaczył się przy podpalaniu umocnień syn mieszczanina ze Stężycy, Stanisław Brzeźnicki oraz chłop mazowiecki Kacper Wieloch (Wielkołucki), który stracił rękę od wybuchu kuli armatniej. Obaj zostali nagrodzeni przez króla nadaniem szlachectwa.
Nie pozwolono tej nocy spać żołnierzom, konie stały w pogotowiu osiodłane, przypuszczano bowiem, że oblężeni nie mając innego wyjścia zaryzykują przebijanie się siłą. Z lewej strony rzeki oddziały polskie posunęły się pod zamek aż po same szańce. Silny wiatr, który się zerwał o północy z 4-go na 5-go września, przyczynił się do gwałtownego rozszerzania się pożaru. Oblegający rzucali do ognia siarkę i smołę, oblężeni zaś nie byli już w stanie go gasić. Pożar objął nie tylko całą północną i zachodnią część fortyfikacji, ale także cerkiew wewnątrz zamku. W tej sytuacji Rosjanie poczęli wołać, że chcą się poddać. Kazano więc zaprzestać bombardowania i wezwano wojewodów wielkołudzkich do króla. Mimo niezadowolenia żołnierzy, Batory udzielił im zwykłych warunków kapitulacji..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 176-177
"...Wczesnym rankiem otwarto bramę zamkową i kondukt obrońców, obwieszonych ikonami oraz wszelkiego rodzaju dobytkiem, zaczął opuszczać zadymioną twierdzę. Mimo zakazu porzucania stanowisk, po obu stronach drogi zgromadziło się mnóstwo żołnierzy królewskich, czeladzi i wszelkiego rodzaju ciurów obozowych, zwabionych nadzieją zdobycia łupów. Kiedy ku bramie ruszyło 50 hajduków, wyznaczonych przez Zamoyskiego do gaszenia pożaru i odebrania armat, tłum sądził, że idą po łupy i wśród wielkiej wrzawy rzucił się w kierunku wałów, siekąc po drodze bezbronnych obrońców. Nie zważano ani na prośby o litość, ani na wiek czy płeć mordowanych ludzi. Niektórzy oficerowie nie mogąc pohamować rozjuszonego żołdactwa, odjeżdżali do obozu, inni, wspierani przez szlachtę z jazdy, starali się uratować chociaż część kobiet i dzieci, zasłaniając je przed bezlitosnymi szablami piechurów. Mimo to, doszło do rzezi na niespotykaną skalę — padło niemal 4000 Moskali.
Zamieszanie i rzeź przy bramach przyczyniły się do zagłady zamku, w którym ogień rozprzestrzenił się do niebezpiecznych rozmiarów. Nikt już nie myślał o gaszeniu pożaru i wielu wracało z zamku bojąc się ognia. „Opatrzność jednak tego dnia wyjątkowo nie spała: sprawiedliwości, choć po części, stało się zadość. Najbardziej pazerni rabusie zapomnieli, bo zapomnieć chcieli o pożarze. Kilkuset poszukiwaczy bezbronnych głów i złota zostało na zamku. Ogień dotarł wreszcie do prochów; olbrzymi wybuch wstrząsnął twierdzą grzebiąc katów i ich nieszczęsne ofiary, a nade wszystko nadzieje króla, iż zdoła przejąć uzbrojenie, skarby i twierdzę całą, niemal nie naruszoną". Batoremu dostało się tylko kilka dział, których nie strawił ogień, a żołnierzom pieniądze oraz ozdoby zdarte z trupów zalegających zgliszcza u podnóża zamku..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Psków 1581-1582" s. 45-46
"...Zaledwie jednak wyszło z zamku 500 jeźdźców moskiewskich, gdy za oddziałem hajduków węgierskich, wkraczających po odbiór dział i prochów, rzuciła się czeladź obozowa na rabunek. Za nią runęła nie dająca się powstrzymać starszyźnie piechota. Doszło do rzezi mieszkańców zamku, Jak odnotowano w źródłach „haniebnie wielkie morderstwo nasi czynili, mszcząc się swych co ich pobito, i nie mieli respektu, tak stare jako i młode niewiasty i dzieci wszystkie mordowali". Niegaszony ogień przedostał się do prochowni, która wyleciała w powietrze wraz z działami, 200-ma Polakami i tłumem Rosjan. Ogółem zginęło ok. 4 tysięcy obrońców i mieszkańców twierdzy. Wielkie Łuki zamieniły się w stos gruzów. Król Batory zarządził odbudowę i natychmiast przystąpiono do robót według planów włoskich inżynierów..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 177