"...Na początku lutego bunt bojarów zmusił hospodara i Polaków przebywających na jego dworze do ucieczki. 10 lutego uciekinierzy przybyli do hetmana Jerzego Jazłowieckiego. Ten poradził Bogdanowi, by udał się do króla, do Warszawy. Zygmunt August przyjął wygnanego hospodara życzliwie i zgodził się, aby jego polscy przyjaciele wprowadzili go z powrotem na tron. Z uwagi jednak na Turcję miała to być oficjalnie wyprawa prywatna. Sułtan groził bowiem, że jeśli Bogdan wznieci jakiś bunt, to wówczas Polska ucierpi od wojsk tureckich. Bogdan powróciwszy na Ruś uprosił wojewodę podolskiego Mikołaja Mieleckiego na dowódcę wyprawy do Mołdawii, z którym współdziałał starosta stryjski i rotmistrz kwarciany Mikołaj Sieniawski, syn zmarłego hetmana wielkiego koronnego. Tymczasem Selim przysłał do Mołdawii na miejsce Bogdana Jana III Okrutnego czyli Iwonię (byłego rotmistrza obrony potocznej z lat 1551-52) dodając mu według przesadzonych informacji Jana Łasickiego 20 tys. żołnierzy tureckich z kilku sandżaków, w tym Greków, Serbów oraz Tatarów budziackich. Iwonia poparty przez bojarów wkroczył do Jass i objął tron hospodarski jako Jan III.
W wyprawie Mieleckiego do Mołdawii miało wziąć udział około 2000 Polaków. Siły zebrane na Podolu przekroczyły Dniestr i drogą kołaczyńską przez zbocza górskie Pokucia wkroczyły na mołdawską Bukowinę. Nie przeprawiły się jednak przez Prut i przypuszczalnie pod Bojanowem wojewoda dokonał w połowie marca przeglądu wojska, spośród którego 700 żołnierzy odesłał z powrotem. Byli oni najmniej zdatni do walki, a naruszając dyscyplinę „poczęli sobie żywność gwałtem brać, ludziom krzywdę czynić". Kilku zresztą rabusiów powieszono na jednym z postojów. Pozostało 1300 żołnierzy, „liczba szczupła, ale potężna męstwem". Trzon tych sił stanowiło 600 jazdy kwarcianej podesłanej wojewodzie przez hetmana Jazłowieckiego. Pozostałe chorągwie wystawione zostały przez magnatów ruskich. Znad Prutu Mielecki wyprawił rotmistrza Rocha Bielawskiego (lub Pilawskiego) z ludźmi Bogdana w celu sprowadzenia dział z Chocimia, gdzie pozostający w służbie wygnanego hospodara Marcin Dobrosołowski odmawiał wydania zamku Mołdawianom. Artyleria była niezbędna przy ewentualnym oblężeniu mołdawskiej stolicy. Nie czekając powrotu Bielawskiego maszerowano dalej lewym brzegiem Prutu w kierunku Jass i stoczono kilka zwycięskich potyczek z wycofującymi się Mołdawianami.
Około 25 marca w rejonie leżących na prawym brzegu rzeki Stepanowiec (ob. Stefanesti), przy przeprawie pod Costesti, za wpadającą do Prutu rzeczką Czugur (Ciuhuru), zwiad doniósł o krążącej wokół kilkutysięcznej jeździe mołdawskiej dowodzonej przez dwornika Dumbrowa. Dowódcy polscy wydzielili wówczas 6 chorągwi (Stanisława Lanckorońskiego, Michała Jazłowieckiego, Mikołaja Herburta, Stanisława Wolskiego, Tomasza (?) Kruszelnickiego, petyhorca Temruka Szymkowicza) w sile 600 koni, a więc blisko połowę sił, by odrzuciwszy przeciwnika rozpoznały możliwość przeprawy. Mołdawianie jednak „prędko cofnąwszy się za Prut, jęli uciekać. Nasi szli jednym, nieprzyjaciele drugim brzegiem rzeki: Polacy, nieśmiejąc dla szczupłej swej siły przeprawiać się za rzekę, wrócili do obozu, nic niezdziaławszy". Po wschodniej stronie Prutu pozostał jednak tysięczny oddział strażniczy złożony z Turków i Mołdawian, którzy rozpaliwszy w nocy liczne ogniska chcieli zrobić na polskim zwiadzie wrażenie znacznej swej przewagi. Rankiem zaatakowały pozycje przeciwnika chorągwie Wolskiego i Temruka, ale zostały przez Turków odparte. Straciwszy wiele koni od strzał nieprzyjacielskich uciekano pieszo, a jeden z Tatarów petyhorskich doniósł Mieleckiemu o pogromie jazdy polskiej. W rzeczywistości Jazłowiecki, Herburt, Kruszelnicki i Lanckoroński wyprowadzili zwycięski kontratak i zmusili Turków do odwrotu, zagarniając 24 jeńców. Zorientowawszy się, że za ciągnącymi się na wschód górami znajdują się znaczne siły tureckie, poprosili wojewodę o wsparcie. Mielecki podesłał im chorągwie Jana Jordana i Macieja Kozielskiego (250 koni), po czym przybył osobiście na nowe pozycje z resztą wojska. Mołdawianie nadal blokowali przeprawę przez wezbrany wówczas Prut pod Stepanowcami, natomiast Turcy wycofali się około 60 km na południe, zapewne dla zabezpieczenia kolejnej przeprawy pod Skulany (Sculeni) odległej około 20 km od mołdawskiej stolicy. Według Jana Łasickiego Polacy „zmierzając ku Jassom, ujrzeli mnogą liczbę Turków i Wołoszy, kryjącą się u mogił Stepanowieckich". Dolina Prutu, którą maszerowali, zwężała się tu do kilkuset metrów, a wzgórza ułatwiały działania wschodniej jazdy lekkiej, umożliwiały jej skryte podejście, ukrycie wielkości i maskowanie ruchów. Wprawdzie Bielawski przyprowadził już 12 dział z Chocimia, które oddano do dyspozycji Jakuba Jordana, to jednak ani Mielecki, ani Sieniawski nie umieli lub nie mogli ich użyć do walki w polu. Zdecydowali się natomiast zorganizować zasadzkę rozstawiając w ukryciu Czeremisów z rusznicami. Naprowadzić na nich Turków miały chorągwie Jazłowieckiego, Herburta i Temruka, ale przeciwnik zorientowawszy się w podstępie, nie dał się sprowokować do ataku. W tej sytuacji Mielecki, zdając sobie sprawę z przewagi liczebnej nieprzyjaciela i mając instrukcje dotyczące Mołdawian a nie Turków, uchylił się od bitwy. Według Jana Łasickiego „rzekomo szukając przejścia przez Prut, jak gdyby dążył do Jassów, zamierzał wrócić do Chocimia, gdyż niemając żadnej nadziei posiłków, nie mógł stawić czoła nieskończonej liczbie nieprzyjaciół".
Odwrót wojska polskiego przebiegał tą samą co wcześniej trudną drogą, to znaczy lewym brzegiem Prutu przez kręte parowy i zalesione strome wzgórza. Zapewne po dziesięciu dniach marszu, pokonawszy około 120 km, znaleźli się Polacy w okolicach Lipcani. Stąd już tylko około 30 km dzieliło ich od Chocimia. Dnia 10 kwietnia zauważono oddziały Turków i Mołdawian idących w ślad za polską kolumną. Mielecki rozkazał Herburtowi i Lanckorońskiemu szykować się do ataku, ci jednak ze względu na zbliżający się wieczór i niedogodne położenie między niewielkimi rzeczkami wpadającymi do Prutu, przekonali go do odłożenia starcia. Kontynuowano więc marsz w kierunku północno-zachodnim (i to pod ogniem postępującej za polskim taborem artylerii tureckiej) aż za wspomnianą wyżej rzeczkę, przy której rozłożono obóz. Przez całą noc wojsko trwało w pogotowiu, a o świcie 11 kwietnia stwierdzono, że oddziały nieprzyjacielskie usiłują wzgórzami oskrzydlić, a następnie otoczyć stanowiska polskie. Znajdująca się w tylnej straży chorągiew Herburta kontratakiem odrzuciła przeciwnika i po dołączeniu Jana Jordana i Zygmunta Rożena, rotmistrza prywatnej chorągwi wojewody podolskiego, wypchnęła w wodę. Doszło następnie do indywidualnych pojedynków z jeźdźcami tureckimi, które przekształciły się w regularne starcie z żołnierzami chorągwi Lanckorońskiego. Zginąć miało wówczas według Bartosza Paprockiego jakoby 400 Turków, a największy poklask zyskał rotmistrz Rożen, który „skoczył między Turki, przebił się do chorągwie, chorążemu rękę uciął, chorągiew pochwycił. Turcy którzy jej strzegli, trzej weń kopijami uderzyli, ale iż nie z rozpędu, przeto nie był od nich szkodliwie ranion, uszedł z chorągwią do swych, oddał ją wojewodzie jako obiecał...". Odznaczyli się też w utarczkach z Turkami Stanisław Występ, Paweł Chanzowski, Stanisław Wyżga i Stanisław Niegocki, a zwycięski kontratak Herburta i Wolskiego dotarł (bez wiedzy hetmańskiej) aż do samego obozu mołdawskiego. „Postrzegłszy nareszcie, że się zanadto od swoich oddalili, skupiają się w jedno i powracają do obozu (...) ani zostali otoczeni od nieprzyjaciół, ani wpadli w zasadzkę)..)" dziwił się Jan Łasicki. Turcy nie wykazywali wówczas większej aktywności, co ułatwiło Polakom zorganizowany i osłaniany taborem odwrót, ubezpieczany chorągwiami straży tylnej zawsze gotowymi do kąśliwych kontrataków. W ten sposób posuwano się na północny zachód drogą wiodącą mniej górzystym, ale za to bardziej zalesionym terenem przez obecne miejscowości Livynci i Kaplivka. 12 kwietnia nowe uderzenie tureckie odpierał Marcin Czuryło. Chorągiew jego zaatakowana z bolcu poczęła jednak ponosić straty (6 zabitych). Mielecki nie chcąc dopuścić do jej okrążenia przez przeważające siły tureckie i mołdawskie wsparł ją chorągwią Macieja Ossowskiego. Nieprzyjaciel cofnął się ponosząc duże straty. Hetman zakazał wówczas kontrataków jeździe, a rozstawił w tyle Czeremisów z rusznicami, którzy ogniem trzymali wroga na odległość.
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom II. Lata 1548–1575" s. 280-284
"...W nocy z 12 na 13 kwietnia cofający się pod ogniem nieprzyjacielskim Polacy, nie zsiadając z koni ani nie śpiąc, przybyli w pobliże Chocimia. Na Dniestrze była przeprawa obsadzona przez Turków, Mieleckiemu udało się ich jednak spędzić ogniem z 12 dział. Pod Chocimiem dotychczasowa dyscyplina marszu rozluźniła się jednak - Polacy poczuli się bezpieczni. Wtedy nastąpiło nowe silne uderzenie tureckie. W zaskoczeniu i zamieszaniu, które nastąpiło w obozie polskim, jedynie chorągiew Temruka stawiła opór i tak długo odpierała ataki nieprzyjaciela, aż Mikołaj Sieniawski nie uszykował pozostałych chorągwi ustawiając przed nimi działa i piechotę. Jazda rozstawiona została „starym urządzeniem polskim": w hufie czelnym chorągwie Jordana, Macieja Kozielskiego i część Jana Koźmińskiego, w hufcach posiłkowych na prawym skrzydle Wolskiego, Mieleckiego, Michała Jazłowieckiego, na lewym Herburta i Lanckorońskiego, a w hufie walnym pozostałe chorągwie w liczbie 880 koni. Doszło wówczas do spięcia między Mieleckim, a byłym hospodarem wtrącającym się do dowodzenia wojskiem. Wojewoda upomniał Bogdana „aby się nie mieszał do sprawy, lecz poprzestając na tem, co inni dla niego czynią, siedział w obozie, kędy mu bezpieczniej".
Gdy Turcy uderzyli na rotę pieszą Jana Ciemierzyńskiego, Sieniawski polecił nacierać Herburtowi i Temrukowi, lecz - jak pisał Stanisław Sarnicki - ci „kozaczy rotmistrze... wymawiali się z tego, że mając oszczepiki nie będą mogli wytrzymać Turkom z długimi kopiami, bo levis armaturae, gdy poczynają bitwę, nie mają się wdawać in statoriam pugnam, jeno mają poniekąd z boku nosa nieprzyjacielowi [przejść], ugadzając w róg albo gdzie widzą [że nieprzyjaciel wygląda] słabiej, albo też objazd uczyniwszy z boku uderzyć. Wszakże i oni nieźle się podawali, że z boków obiecali zmacać nieprzyjaciela (...)". Uderzyła więc chorągiew husarska Jordana, a Herburt z Rożenem przeprowadzili manewr oskrzydlający i zaatakowali nieprzyjaciela z boku. Ten począł się cofać do pobliskiego lasu. Część żołnierzy - zwłaszcza poczty czterech braci Jordanów - nie bacząc na porzuconą przez uciekających Turków broń, turbany i kosztowne przedmioty, rozpierzchła się w pościgu za nimi między drzewami, zbytnio oddalając się od obozu. „W wojsku bowiem polskim - komentował Łasicki - taki jest zapał podczas boju, że nie umieją ustąpić z pola, jeno zwyciężywszy, albo zwyciężeni. Niepilnując się szyku aż nim dojdą do celu, w powrocie gotowi są już puścić wodze swej chciwości)..)". Przeciwnik - widząc rozluźnienie w szykach polskich - wprowadził wówczas do walki nowych 600 koni jazdy, która uderzyła na Herburta. Na pomoc Herburtowi ruszyły chorągwie: hetmańska pod dowództwem Stanisława Radeckiego i Rożena, a następnie Jordana i Lanckorońskiego. Wprawdzie atak turecki został zatrzymany, ale w starciu na lewym skrzydle z dwukrotnie liczniejszym przeciwnikiem zginęło 14 Polaków, a wielu było rannych. Sam rotmistrz Herburt, straciwszy czterech pocztowych, wmieszł się w szeregi mołdawskie i dotarł nawet do nieprzyjacielskiego obozu. Turcy po ubiorze kozackim wzięli go za Mołdawianina, a on wykorzystując odpowiedni moment żołnierza tureckiego „ciąwszy szkaradnie ruszył prędko na koniu, przez jeden rów szeroki i głęboki skoczył. Krzyknie on Turczyn na swe, ali się dwa Turcy zaraz puszczą za nim, z których jeden dopadłszy go ugodził mu kopią w siodło, a drugiemu koń raz skaził; także przedsię ze wszystkiego skoku bieżał łoi swym, broń po sobie dzierżąc (...)".
Pod osłoną broniącej się jazdy Mielecki, ostrzeliwany przez cały czas przez Turków, formował z wozów tabor. Zdejmowano łańcuchy z kół wozów, zaprzęgano konie, przystosowując w ten sposób warowny obóz do szyku marszowego. Miał on kształt prostokąta, z dwoma gotowymi do otwarcia bramami - przednią i tylną. Gdy Polacy pod osłoną taboru ruszyli pod zamek chocimski, Kozielski za zgodą Mieleckiego zrobił wypad na obóz nieprzyjacielski zdobywając kilka armat i chorągiew. Turecka jazda natarła wówczas swą masą zarówno na wycofującą się polską chorągiew, jak i na tylną bramę taboru. Była wśród atakujących słynna formacja deli, o czym świadczy opis walki Młodeckiego, towarzysza Kozielskiego, autorstwa Łasickiego: „Turka zabił z ręcznej strzelby (...) a do upadającego zawołał: „Tak więc leżeć musisz, mięsopustna maszkaro", bowiem był ów Turek strojny w pióra strusie i skórę lamparcią, nakształt zapustnych maszkar (...)". Po salwach zamykającej tylną bramę piechoty i dział Jakuba Jordana, jazda nieprzyjacielska odskoczyła do tyłu, dzięki czemu tabor mógł kontynuować swój marsz łoi Dniestrowi.
Pod zamkiem chocimskim zatoczono znów warowny obóz, a Bogdan, porozumiawszy się z Mieleckim, wysłał posła do Iwonii Radeckiego. Ten przekazał jednak posła w ręce Turków, a ci sprzedali go na galery. Polacy znaleźli się w ciężkim położeniu. Z Chocimia było tylko jedno przejście na stronę polską - przez Dniestr. Na rzece nie było jednak mostu, a przeprawa promem na oczach przeważającego i gotowego do walki przeciwnika groziła nieuchronną katastrofą. O dłuższym pobycie w zamku nie mogło być mowy z powodu braku żywności. Mieleckiego z opresji uratował wówczas hetman Jerzy Jazłowiecki, który w 800 koni i 5 małymi działkami przybył nad Dniestr naprzeciwko Chocimia. Zorientowawszy się w sytuacji powstrzymał się od przeprawy i wysłał do dowodzącego Turkami sandżakbeja białogrodzkiego „swojego domownika" z żądaniem, by zezwolono na powrót Mieleckiemu. Tłumaczył, że Polacy będący u Mieleckiego wyprawili się bez wiedzy jego i króla, że nie wiedzieli o poparciu Iwonii przez sułtana, groził wezwaniem większych sił dla ratowania swych przyjaciół. Sandżakbej rozkazał wówczas Turkom i Mołdawianom odstąpić od brzegów Dniestru. Przez 5 dni Polacy przeprawiali się przez wezbraną rzekę tracąc przy tym wiele koni. Pod koniec Mołdawianie próbowali zaatakować resztki wycofującego się wojska, ale zostali odpędzeni ogniem piechoty i dział z zamku chocimskiego, gdzie zamknął się Dobrosołowski..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom II. Lata 1548–1575" s. 284-288
Rozżalony za deklarację Jazłowieckiego wobec sandżakbeja Bogdan, w towarzystwie najbliższych mu Polaków, ruszył do Kamieńca, a następnie wyjechał do Rosji. W Chocimiu pozostał jeszcze Dobrosołowski, który z garstką 70 piechoty „dzielnej w strzelaniu, czyniąc niekiedy dosyć skuteczne wycieczki", przez kilka tygodni bronił się od Turków. Dopiero w lipcu, na wyraźny rozkaz Jazłowieckiego, gdy Iwonia złożył na jego ręce przysięgę na wierność nieżyjącemu już (hetman zataił przed hospodarem ten fakt) Zygmuntowi Augustowi, Dobrosołowski wydał mu Chocim. Hospodar Iwonia (Jan III Okrutny) jako wasal turecki i lennik polski nie chciał pełnić roli marionetki sąsiednich potęg. W sierpniu 1572 r. wysłał posła na zjazd przedkonwokacyjny do Knyszyna z żądaniem wydania Pokucia. Już jednak przez następne poselstwo, które zjawiło się na warszawskim sejmie konwolcacyjnym w styczniu 1573 roku, odstąpił od swych pretensji do tego terytorium..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom II. Lata 1548–1575" s. 287-288