"...Gdańsk nie uznawał Stefana Batorego, koronowanego 1.V 1576 r. w Krakowie. Przyczyny takiego stanowiska były dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, miasto znalazło się w strukturze politycznej Rzeczypospolitej jako część składowa Prus, których ustrój charakteryzował się odmiennymi elementami. Po drugie, z racji swego położenia i roli jedynego wielkiego portu był szlachcie potrzebny pod względem gospodarczym oraz do pewnego stopnia mógł dyktować warunki. Gdańsk był bogaty, dobrze uzbrojony i ufortyfikowany na niespotykaną skalę, dysponujący własną flotą; mógł także liczyć na poparcie obcych państw. Spór pomiędzy Gdańskiem a potężną Rzecząpospolitą tkwił w odmiennym pojmowaniu wzajemnych stosunków. Rzeczpospolita dążyła do ścisłej unii Prus Królewskich z pozostałymi jej częściami, natomiast Gdańsk bronił się przed tym, pragnąc zachować samodzielność.
W Lublinie w 1569 roku sejm uchwalił unię Prus Królewskich z Polską, a więc z prawnopaństwowego punktu widzenia wcielił Gdańsk w obręb Rzeczypospolitej. Zlikwidowano odrębność Prus Królewskich. Senatorzy pruscy zasiedli w polskim senacie, niezależny dotąd skarb tej prowincji został zlikwidowany. Statuty biskupa Stanisława Karnkowskiego (Constitutiones Carncovianae) ustanowione za panowania Zygmunta Augusta zwiększyły uprawnienia króla, który miał decydować o wojnie i pokoju, zaciągach wojskowych, otwarciu czy zamknięciu portu, rozstrzygać apelacje sądowe, odbierać poprzez swych komisarzy przysięgi wierności od patrycjatu i komendanta twierdzy chroniącej Gdańsk - Latarni.
Rządzący samowolnie miastem Konstanty Ferber i Grzegorz Klefeld liczyli na zniesienie nienawistnych „statutów Karnkowskiego" i szersze związanie z rynkami Habsburgów. Mieszkańcy Prus w obawie przed poważnymi następstwami zwołali 19 czerwca 1576 r. sejmik nadzwyczajny. Ostrożny z natury biskup chełmiński Piotr Kostka opowiedział się za Batorym, poparła go także cała szlachta trzech województw. Tylko gdańszczanie, licząc na pomoc cesarza, nadal stawiali opór. [...]
25 sierpnia zebrały się stany w Toruniu. Groziła wojna. Stany, przewidując w razie wojny znaczne wydatki, obawiały się jej, prosiły więc króla, by przebaczył „krnąbrnym poddanym", równocześnie próbując wpłynąć na stanowisko mieszczan, jednak bez rezultatu. Przedstawiciele Gdańska odrzucili żądania królewskie zburzenia niedawno wzniesionych fortyfikacji miejskich, obsadzenia Wisłoujścia przez żołnierzy batoriańskich i wydania ośmiu najcięższych dział. Monarcha, doceniając powagę sytuacji, wyjechał do Grudziądza, a następnie udał się do Malborka. Stąd 15 września obwieścił na cały kraj: „rozkazujemy, aby żaden od tego czasu zboża i wszelakich innych rzeczy dalej Malborku i Tczewa Wisłą spuszczać nie śmiał, a ziemią do Gdańska nie woził pod srogim karaniem naszym". Był to początek blokady Gdańska. Wyprawiony z Gdańska w kierunku Tczewa oddział najemników okopał się wśród błot na pograniczu terytorium miejskiego, zapewne w rejonie Miłobądza i Koźlin.
20 września Batory wezwał niepokorne miasto przed sąd królewski, zarzucając mu obrazę majestatu, nieposłuszeństwo, bunt i rozpoczęcie zbrojeń. Pozwani nie stawili się przed sąd, a 24 września król obłożył miasto banicją. Następnego dnia nastąpiła przeprawa przez Wisłę i przemarsz wojska królewskiego z Malborka do Tczewa. W nocy z 25 na 26 września Batory wyprawił na północ kilka chorągwi jazdy nadwornej (około 600 husarzy). Uderzając przez błota z zaskoczenia zdobyły one obóz gdańszczan i w 20-kilometrowym pościgu dotarły pod Gdańsk. Następnie rozpoczęły pustoszenie należących do miasta Żuław. Opanowano wówczas zameczek Grabiny nad Motławą leżący 12 km na południowy wschód od Gdańska. Z kolei dwie roty piechoty (około 400 hajduków węgierskich) maszerując lądem i płynąc łodziami w dół Wisły, dokonały desantu i zdobyły szaniec Głowa w rozwidleniu głównego koryta Wisły i Wisły Elbląskiej (Szkarpawy). Wycięto obsadzających fortyfikację najemników niemieckich, przejęto znajdujące się tam działa i spalono pobliską osadę. W ten sposób zablokowano gdańszczanom zarówno lądową drogę na Tczew, jak i wodną.
Dnia 26 września Batory wezwał stany pruskie do gromadzenia pospolitego ruszenia i miejskich drabów, wozów, żywności w Starogardzie pod dowództwem wojewody pomorskiego Achacego Czerny. Miał nadzieję, że stany pruskie go w tym wspomogą, ale na natychmiastowy efekt nie mógł liczyć. W Gdańsku tymczasem na wieść o wyroku królewskim doszło do wystąpień antypolskich, skierowanych przeciwko katolickim świątyniom. Skłonna poprzednio do porozumienia rada uległa żądaniom fanatycznego protestanckiego pospólstwa, które dotąd niewielki miało wpływ na rządy. Wzmocniono pospiesznie fortyfikacje miejskie. W dwa dni później, tj. 28 września, splądrowano miasteczka biskupie: Stolzenberg (Stare Szkoty), Bichofsberg (Chełm), a potem wioski: Sopot, Zaspa, Gdynia, Tuchom, Kolebka, Brzeżno i inne miejsca kojarzone z katolikami. Niszczenie dóbr klasztornych i przedmieść przez pospólstwo i żołnierzy najemnych miało cele militarne - budynki nie mogły dawać schronienia wojsku królewskiemu zbliżającemu się do murów miejskich. Próbowali też gdańszczanie bezskutecznych wypadów drogą wodną na Żuławę Malborską. Uzbroili pięć statków „freibiterskich" zwanych brygantynami. Były to żaglowce o dwu masztach, z których tylko przedni posiadał pełne ożaglowanie rejowe. Obsadzili je załogami i ruszyli w górę Wisły z zamiarem spustoszenia okolic Malborka. Do starcia doszło zapewne pod Głową. Nie znamy jego przebiegu, wiadomo tylko, że gdańszczanie stracili najpierw główny maszt na jednej z jednostek, a następnie hajducy opanowali wszystkie statki wraz z działami. Przypuszczalnie brygantyny zostały najpierw ostrzelane przez piechurów ze zdobycznych dział, a następnie dokonano na łodziach abordażu z południowego brzegu Wisły. Kolejna wyprawa złożona z trzech statków również zakończyła się dla gdańszczan porażką. Przeciwko buntowniczym poczynaniom rady gdańskiej wystąpił również starosta pucki Ernest Weiher, który na czele swych oddziałów odciął Gdańsk od północy, udaremniając próby podburzenia innych miast Pomorza..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 53-55
"...Wydarzenia w Gdańsku skłoniły przebywającego w Grabinach Batorego do wszczęcia kolejnych działań i ukarania miasta. Był on świadomy tego, że nie będzie to łatwe zadanie. Gdańsk mógł w krótkim czasie powołać pod broń znaczną część swej 40-tysięcznej ludności, a ponadto posiadał w tym czasie najpotężniejsze i najnowocześniejsze w Polsce umocnienia. Król udał się zresztą do wsi Łostowice (Schonfeld - 5 km na południowy zachód od miasta), by osobiście rozpoznać jego umocnienia. Okazało się, że całe wschodnie i południowo-wschodnie przedpola twierdzy można było w każdej chwili, spuściwszy śluzy, uczynić niedostępnym trzęsawiskiem. Portu i miasta od strony morza bronił potężny fort Latarnia obudowany dziełem artyleryjskim, tzw. wieńcem. Miasto otoczone było potężnymi murami wzmocnionymi przed ogniem artyleryjskim ziemnymi nasypami. Kurtyny flankowały drewniano-ziemne dzieła, a odcinek najbardziej zagrożony od strony wyżyn wzmocniono dwoma murowanymi bastionami typu włoskiego. Król wiedział, że chcąc zdobyć miasto, trzeba zaatakować doborową armią nie tylko od strony lądu, ale zamknąć je także od morza szczelnym pierścieniem i za pomocą blokady odciąć od wszelkiego kontaktu ze światem. Aby plany te zrealizować, potrzebna była flota, której na razie nie posiadał.
Chcąc przełamać opór gdańszczan musiał Batory sformować odpowiednie wojsko. Ponieważ jazda kwarciana, zdemoralizowana podczas długich bezkrólewi, odmawiała mu posłuszeństwa, dokonał nowych zaciągów w kraju. Przyprowadził pod Tczew 600 hajduków węgierskiej piechoty i 1000 dobrze uzbrojonej jazdy dowodzonej przez hetmana nadwornego fana Zborowskiego. Mógł też liczyć na poczty pańskie (400 koni). Była to siła (2 tys. żołnierzy) zupełnie bez znaczenia wobec potęgi umocnień Gdańska. Toteż celem wojny jesienią 1576 roku było nie zdobycie miasta, ale demonstracja zbrojna na rzecz dalszych rokowań, ewentualnie przygotowanie następnej kampanii, prowadzonej już pełnym wysiłkiem państwa, poprzez uchwycenie podstaw wyjściowych i organizację blokady. W tych warunkach Batory mógł odwołać się do szlacheckiego pospolitego ruszenia, aby wyruszyło na Gdańsk lub wynegocjować zgodę szlachty na zapłacenie odpowiednio wysokich sum podatkowych z przeznaczeniem ich na zaciąg sił zbrojnych, zdolnych złamać opór miasta. Do tego jednak, aby któraś z tych możliwości urzeczywistniła się, droga była daleka. Konstytucja mówiła wyraźnie, że pospolite ruszenie jako główna siła zbrojna państwa, może być zwołane jedynie na wypadek najazdu zewnętrznego. Ponadto nie wolno go dzielić na części i tylko w całości może wyruszyć do walki. Gdańsk nie był uważany za nieprzyjaciela z zewnątrz, tym samym o jego powołaniu nie można było myśleć. Siły lokalne były zbyt słabe, by porywać się z nimi na potężną twierdzę. Pomimo tak wielu przeszkód niestrudzony monarcha podjął próby rozwiązania konfliktu.
Jeszcze we wrześniu przeprowadził liczne narady w Malborku, Tczewie i Grabinach ze znawcami spraw morza i Pomorza - Janem Kostką, wojewodą brzeskim Janem Służewskim, hetmanem nadwornym Janem Zborowskim, biskupem chełmińskim Piotrem Kostką i podkanclerzym Janem Zamoyskim. Omawiano sprawy poskromienia gdańszczan, odcięcia tamą Motławy pod Gdańskiem, skierowania handlu i żeglugi na Elbląg, wystawienia floty oraz zastanawiano się, jak prowadzić wojnę z potężnym, ufortyfikowanym miastem. 28 września wydany przez króla uniwersał rozesłano do stanów ziem pruskich, powiadamiając o wojnie..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 55-58
"...Zaostrzenie kursu Rzeczypospolitej wobec Gdańska doprowadziło do otwartych kroków wojennych na lądzie i wodzie. Gdańszczanie rozpoczęli energiczne zbrojenia, naprawę murów i bastionów, gromadzenie żywności na wypadek oblężenia miasta. Posiadali liczną i dobrze wyposażoną siłę zbrojną. Forteca dysponowała tak dużymi zasobami finansowymi, że rozpoczęła gorączkowy werbunek żołnierza w Niemczech, Danii i innych krajach zachodniej Europy. W obliczu zbliżającego się konfliktu zwerbowano pięć rot piechoty i dwie jazdy. Artyleria miejska liczyła 65 armat. Chcąc zabezpieczyć się od strony morza, gdańszczanie poczynili starania u królowej angielskiej Elżbiety I, by zezwoliła kupcowi londyńskiemu Edmundowi Barksowi na zakup dla miasta 30-40 dział okrętowych.
Dnia 9 października Batory ponowił wezwanie do stanów pruskich, aby gromadziły rycerstwo, pachołków i zapasy żywności. Miejscem koncentracji pospolitego ruszenia ziem pruskich miał być ważny węzeł drogowy - Starogard nad Wieżycą. Był on oddalony od Tczewa o 20 km, a więc w razie wypadu gdańszczan dowodzący szlachtą wojewoda pomorski Achacy Czerna mógł jednym dziennym marszem wesprzeć wojsko nadworne. Zbliżająca się zima, brak dostatecznych sił do blokady Gdańska, bezskuteczność rokowań z buntownikami i obrady sejmu w Toruniu - wszystkie te czynniki zadecydowały o podjęciu przez Batorego decyzji o wyjeździe nocą z 9 na 10 października z Grabiny. Do Tczewa towarzyszyły mu oddziały nadworne dowodzone przez Zborowskiego. Zarządzono też ewakuację Głowy, skąd zapewne hajducy ściągnęli zdobyczne lekkie działa. Skoncentrowane pod Tczewem wojsko nadworne (1300 jazdy i 700 piechoty) kontrolowało przeprawy na Motławie i Wiśle. Drugą grupę wojsk rozlokowano w Pucku (w zimie 1576/77 r. liczyła ona 1000 piechoty niemieckiej, około 400 rajtarii i 3 okręty kaperskie) pod dowództwem Ernesta Weihera. Miała ona blokować miasto od północy i zachodu oraz bronić bazy polskich okrętów walczących przeciw flocie gdańskiej i duńskiej. Już w październiku wszystkie szlaki zostały obstawione przez oddziały królewskie, a na wielu odcinkach dróg leśnych przy granicy Lęborka i Bytowa powalono drzewa, które miały tarasować przejścia..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 58-59
"...Przez całą zimę 1576-1577 wokół Gdańska odbywały się harce, podjazdy i potyczki między siłami Jana Zborowskiego a mieszczanami. Szło o żywność, podtrzymanie wojennego ducha i wywiedzenie się o planach i liczebności przeciwnika. Lody puściły, śnieg tajał i Gdańsk był już dobrze zorientowany w słabości sił królewskich, liczących 1446 jeźdźców i 1000 piechurów. Tymczasem gdańszczanie zwerbowali 3900 żołnierzy i, uchodzącego za świetnego znawcę sztuki wojennej, głośnego obrońcę Magdeburga, Jana Winkelbrucha z Kolonii. Mógł on liczyć ponadto na wsparcie ośmiu tysięcy mieszczan, z czego tylko 1200, zahartowanych w rabunku Oliwy etc., nadawało się do walki. Znając zapewne dysproporcję sił, obawiając się nadciągnięcia głównej armii królewskiej, dbając o własną kieszeń, z której wypływało dużo złota na opłacenie zaciągów, stronnictwo wojenne w Gdańsku wpłynęło na podjęcie decyzji wyprawy pod Tczew. Było to mądre i przemyślane posunięcie..."
Fragment książki: Jerzy Besala "Stefan Batory" s. 169
"...W 1576 r. wydatki wojskowe Gdańska wyniosły 42.061 marek pruskich, co stanowiło jedną czwartą budżetu miejskiego. Początkowo siły, którymi dysponował Weiher w Pucku i Czerna w Starogardzie były niedostateczne, by zablokować wszystkie drogi prowadzące z zachodu do zbuntowanego miasta. Przerzucano nimi oraz szlakiem morskim przez Kołobrzeg nowozwerbowane na Pomorzu Zachodnim i w Niemczech przez gdańszczan oddziały. Patrolującej pod Mirachową, Kościerzyną i Puckiem jeździe polskiej udało się zatrzymać kilku ochotników przekradających się do miasta, ale wszystkich wyłapać nie była w stanie. Książę pomorski Jan Fryderyk początkowo wyraził cichą zgodę na potajemne zaciągi i transport żołnierzy drogą morską. Gdy jednak werbunki na terenie księstwa stały się zbyt głośne, władca pomorski zakazał szlachcie wstępowania do gdańskich oddziałów pod groźbą konfiskaty dóbr. Nie mogąc doczekać się posiłków z Meklemburgii i Lubeki gdańszczanie wzmogli w listopadzie jawne akcje werbunkowe na Pomorzu. [...] Jan Zborowski ostrzegł więc starostę bytowskiego Jakuba Wobesera, że w wypadku kontynuowania werbunków wojska polskie wkroczą na Pomorze. Wzbudziło to obawy wśród miejscowej ludności, że Gdańsk wciągnie książąt w wojnę z Polską. By sparaliżować akcje gdańszczan Batory nakazał Weiherowi udać się na tereny książęce w celu przeprowadzenia zaciągów, a 23 grudnia prosił Jana Fryderyka o pomoc w gromadzeniu wojska. Wobec żądań cesarza Rudolfa II uwięzienia starosty puckiego, ten pozostał jednak w kraju, a werbunki realizował za pośrednictwem swych stronników. W rezultacie Polacy mogli zaciągać ochotników jawnie, a gdańszczanie potajemnie, by nie kompromitować książąt przed królem. W sumie Weiher miał ściągnąć (według różnych źródeł) od 1 do 3 tys. ludzi, w wypadku piechoty mogli więc oni stanowić pułk złożony z 3-7 kompanii. Natomiast do Gdańska rzadko docierały oddziały liczące 200-900 knechtów czy 600 konnych. Ciągnęły one przeważnie samym wybrzeżem lub drogą morską. Napotykały zresztą trudności już na samym terytorium pomorskim, gdy np. landwójt słupski nie godząc się na przemarsz obcych wojsk popadł w konflikt z dowódcą gdańskim. Dn. 19 stycznia 1577 r. Pomorzanie Marcin Kleist i Kurt Glasenapp uzyskali od króla dokument, a od książąt zgodę na dokonywanie zaciągów w swoim kraju, ale żołnierzy mieli przerzucać do Polski pojedynczo, a nie grupami, by nie dopuszczać do wyrządzania szkód ludności.
Tymczasem król rozkazał uwięzić Ferbera i Rosenberga, a następnie odesłać ich pod strażą do Łęczycy, zaś syndyk Lemblce powrócił do Gdańska z wieściami o rzuceniu 12 lutego 1577 r. interdyktu na miasto, co oznaczało karę banicji. Od tej chwili każdego mieszkańca tego miasta można było bezkarnie zabić i pozbawić majątku, gdziekolwiek by się znajdował. Władca umiejętnie skorzystał z okazji - i wszelka własność Gdańska przeszła do skarbu królewskiego. Dobrami gdańszczan w Toruniu i Krakowie nagrodził zasłużonych. Odpowiedź tłumu gdańskiego była szybka. 15 lutego zaatakowano klasztor cystersów w Oliwie, paląc go i niszcząc. Szkody wyrządzone ocenił opat Kasper Geschkau na 30 tys. złp. Zabudowania te stanowiły zresztą z punktu widzenia wojskowego dogodny punkt wypadowy na fortyfikacje miasta. 7 marca król zakazał prowadzenia handlu z Gdańskiem, kierując kupców na Toruń i Elbląg i nadając tym miastom dodatkowe przywileje. Postanowienia króla dotyczące handlu potężnie uderzyły w źródło potęgi Gdańska, czyli monopol pośrednictwa handlowego. Ale do ruiny tego miasta było bardzo daleko.
Srogości wydanych edyktów nie odpowiadała zbrojna potęga króla. Jeszcze 12 lutego wydał wici zwołujące nie generalne pospolite ruszenie, lecz poczty ochotnicze, a więc wojska prywatne najzamożniejszej szlachty. W Pucku starosta Ernest Weiher strzegł wybrzeża aż do portu gdańskiego. Dnia 21 lutego schwytał koło Helu dwa okręty duńskie i zabrał z nich ładunek towarów, przywieziony na 200 wozach do Pucka. Powiadomiony o incydencie król duński Fryderyk II wysłał swego admirała z 19 wielkimi okrętami, 7 galerami i 4 pinkami. Flota ta zagwarantowała gdańszczanom swobodę żeglugi. Położenie króla stawało się ciężkie i kłopotliwe. Postanowił zasięgnąć rady senatorów i na dzień 23 marca zwołał do Włocławka radę koronną. Tu zdecydowano się zwrócić o pieniądze do szlachty zebranej na sejmikach generalnych w Kole, Nowym Mieście Korczyniei Warszawie. Król czynił starania o pożyczki, a 17 kwietnia odjechał do Warszawy.
Obok ustawicznych zabiegów o pieniądze zasadniczym problemem było natychmiastowe wysłanie pod Gdańsk wojska, choć wiosenne roztopy hamowały jeszcze działania wojenne. Zaciągi przebiegały bardzo powoli, a do Tczewa ściągnęło tylko trochę rozmaitej zbieraniny. Nadal było to za mało na wykonanie poważniejszego manewru, ale już wystarczało, aby z Pucka i Tczewa niepokoić Gdańsk. Były to działania dość dokuczliwe, deprymujące mieszczan i zniechęcające do dalszych działań. Zwolennicy dalszego oporu zdawali sobie sprawę, że jedynie walne zwycięstwo może spowodować zasadnicze zmiany i podtrzymać ducha walki w mieście.
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 59-61
"...Gdańsk, nie czekając na skutki działalności króla, rozpoczął przygotowania do wojny. Zwerbował 3900 żołnierzy i świetnego znawcę sztuki wojennej Hansa Winckelbrucha z Kolonii, wsławionego obroną Magdeburga w 1551 r. Ten energiczny dowódca rozpoznał liczebność grup polskich w Pucku i Tczewie (rozdzielonych odległością niemal stu kilometrów) oraz Starogardzie (20 lem). Postanowił nie czekać na ukończenie koncentracji nowych zaciągów polskich i działając po liniach wewnętrznych zaskoczyć najliczniejszą grupę Zborowskiego. Miasto powołało 8000 mieszczan, podzielonych na chorągwie cechowe, z których tylko 1200 „dobrze wyposażonych w zbroje" najlepiej nadawało się do walki. Trzon sił gdańszczan stanowiło 3100 lancknechtów (5 kompanii), 600 zaciężnych rajtarów i 200 miejskich. [...] Siłę zbrojną gdańszczan szacować można ogółem na 12 tys. żołnierzy. Dowódca tych wojsk dysponował ponadto 7 działami spiżowymi (4 śmigownice, 1 wielki falkonet, 2 moździerze) i 30 hakownicami zamontowanymi na wozach. [...] Siły te Winckelbruch przeznaczył do uderzenia czołowego. Ponadto zorganizował grupę rzeczną, która wyprzedziła marsz sił lądowych i zatrzymała się o 7,5 km od Tczewa w dół Wisły. Były to cztery statki (2 pinki i 2 szkuty (szyfy) uzbrojone w działa (zapewne około 30 sztuk 1-2 funtowych) z 210 strzelcami na pokładach. Miały one zdobyć miasto położone na tyłach lub skrzydle wojska polskiego. 6 kwietnia 1577 r. odbył się przegląd wojska, a nazajutrz w pierwszy dzień świąt Wielkiej Nocy armia gdańska próbowała wymaszerować z miasta. Powstrzymała ją silna nawałnica. Wiatr był tak silny, że zerwał dach z wieży, a kilku jeźdźców zrzucił do rowu. Dopiero wieczorem we wtorek 16 kwietnia Winckelbruch wyprowadził już bez przeszkód dwoma bramami knechtów, zbrojnych w rusznice i piki, rajtarię z chorągwią, na której wyszyty był napis „złota wolność", za nią podążali mieszczanie, a na koniec zbrojnej kolumny: działa, moździerze i wozy, na których widniały liczne powrozy, którymi gdańszczanie krępowali już w myśli jeńców wojennych.
Mimo, że w przekazach źródłowych znajdujemy szczegółowe informacje dotyczące składu i liczebności sił polskich pod Tczewem, to jednak w literaturze dotyczącej bitwy pod Lubieszowem spotykamy rozbieżności co do ogólnej liczby jazdy (od 1347 do 1404 koni), piechoty (684-1050) i całego wojska (2030-2400 ludzi). [...] W porównaniu do liczebności sił, którymi hetman dysponował pół roku wcześniej pod Tczewem, zauważyć można tylko niewielki wzrost liczby żołnierzy (446) i to głównie zaciężnej piechoty węgierskiej. Na początku kwietnia 1577 r. nie otrzymał więc Zborowski wsparcia w postaci nowozaciągniętych chorągwi, ani też nie ściągnął ze Starogardu większych sił ochotniczych, jeśli w ogóle się one tam wówczas już zebrały. W rezultacie 6 kwietnia pod Tczewem stacjonowało wojsko liczące 2446 żołnierzy, a więc blisko pięciokrotnie mniejsze od armii nieprzyjacielskiej. [...]
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 62-63
"...Tam bowiem stały niewielkie siły Jana Zborowskiego. 7 kwietnia, w pierwszy dzień świąt Wielkanocy, armia gdańska usiłowała wymaszerować z miasta, ale powstrzymała ją okropna nawałnica. Ulewny deszcz zmienił drogi i pola w grząskie bajora; był tak potężny, że zwalał jeźdźców z koni. Niemcy wystraszyli się jawną przestrogą niebios na krótko: 16 kwietnia Winkelbruch wyprowadził już bez przeszkód z Gdańska knechtów z bronią ognistą i spisami, mieszczan różnie uzbrojonych, armaty i rajtarię z piękną ponoć chorągwią, na której wyszyty był złotą nicią wielki napis, który już poznaliśmy — „Aurea libertas". O złotą wolność miał walczyć Gdańsk z wojskami kraju złotej wolności, któremu w gruncie rzeczy zawdzięczał bogactwa i gospodarczą potęgę..."
Fragment książki: Jerzy Besala "Stefan Batory" s. 169-170
Dnia 16 kwietnia wódz polski zawiadomiony o zamiarach nieprzyjaciela przez swoje straże z roty Strusia, zwołał naradę wojenną, na której zapadła decyzja, aby rozegrać bitwę w polu. Zamknięcie wojska w mieście nie wróżyło powodzenia przy kapitulanckiej postawie mieszczan, a średniowieczne mury mogły nie wytrzymać ostrzału artylerii gdańskiej. Burmistrzowi z Tczewa przypomniał Zborowski przysięgę wierności złożoną królowi i kazał bronić miasta: do pomocy mieszczanom zostawił 100 hajduków z roty Firleja i 4 działa. Rotmistrza Karchowskiego z 60 Tatarami wysłał nad Wisłę, mieli oni blokować szyły i pinki. Z kolei 20 kozaków z chorągwi Jerzego Strusia otrzymało zadanie obserwowania przeciwnika i meldowania o kierunku jego marszu. Z resztą wojska wyruszył hetman pod Rokitki, gdzie w odległości 3 łon na zachód znajdowała się dogodna przeprawa przez rozlewiska Motławy. Była nią grobla i most wiodący przez rzekę szeroko rozlaną na wiosnę, o bagnistych brzegach. Drugą przeprawę tworzyła grobla, prowadząca pomiędzy jeziorami lubieszowskimi, położona w odległości 3 km na południowy zachód od Rokitek. Taki teren stanowił niezwykle trudną do przebycia przeszkodę.
Zborowski, znając siły wroga, uwzględnił przede wszystkim warunki naturalne, w jakich miało dojść do starcia. Przeszło 10 km dalej pod wsią Langonem (Łęgowo) zanocowali gdańszczanie, lecz Zborowski nie zdecydował się na nocny atak z zaskoczenia, by zbytnio nie oddalać się od miasta. Trzymał swoje wojsko pod bronią, nie pozwalając żołnierzom zsiadać z koni. Wysłał oddziałek rozpoznawczy, a główne swe siły rozstawił po obu stronach traktu pod Rokitkami, gotując się do uderzenia na nieprzyjaciela, gdy ten ruszy na groblę. Plan był dobrze ułożony i słuszne było rozmieszczenie w przodzie dwóch działek polowych i 28 hakownic, które panowały nad groblą..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 64-65
"...Łącznie armia królewska liczyła sobie ok. 2080 stawek żołdu, czyli ok. 1952 żołnierzy. Żołnierze ci w polu dysponowali 2 działami i 27 hakownicami, a do obrony Tczewa skierowano 4 niewielkie działa. [...]
Obie te przesłanki wskazują na to, że liczba ciurów na polu bitwy nie była zbyt wielka, że mogło być jej tam znacząco mniej niż 1000. Pozostawiając kwestię liczebności czeladzi wojsk królewskich obecnych w bitwie pod Lubieszowem otwartą, przejdziemy teraz do wojsk, z którymi zmierzyła się armia królewska. [...]
Sił miasta Gdańska nie można aż tak precyzyjnie określić, jak to zrobiliśmy z wojskami królewskimi. Armia gdańszczan złożona była z trzech komponentów, tj. z pospolitego ruszenia mężczyzn zdolnych do noszenia broni z Gdańska i gdańskich posiadłości, z wojsk zaciężnych oraz z sił rzecznych. Co do liczby pospolitego ruszenia, biorącego udział w bitwie, to sami gdańszczanie nie byli jej pewni. Jedni określali ją na 8000, inni na 10 000 pieszych1. Do tego doszły poczty konne „miejskich synków", czyli jazda gdańska, w liczbie 4002. Czy wystawienie przez Gdańsk tak licznego pospolitego ruszenia było możliwe? Bez wątpienia tak. Gdańsk liczył sobie w owym czasie prawie 50 000 ludzi, a do tego doliczyć trzeba mieszkańców podmiejskich osad i posiadłości miasta Gdańska, które terytorialnie rozciągały się daleko poza właściwe miasto. [...]
Armia gdańszczan liczyła więc łącznie ok. 12 000-14 000 ludzi, z tego jedynie 3500 lub (doliczając tych, którzy płynęli na statkach) ok. 3700-3900 zawodowych żołnierzy. Miała przy tym na swoim wyposażeniu:
„Dział kwater slangów sztuk 4
Dupel flangoneth 1
Moździerzów na śrut do strzelania, które kotami zowią, sztuk 2
Wozów 3, na których działek żelaznych 30.
Armią tą komenderował doświadczony dowódca Hans Winkcelbruch von Köln. Był to niemiecki kondotier, który w 1552 r. wsławił się obroną Magdeburga przed wojskami cesarskimi.
Porównując stany liczbowe obu armii stwierdzamy, że biorąc jedynie pod uwagę liczbę zawodowych żołnierzy, armia gdańszczan górowała nad armią królewską niemal dwukrotnie (ok. 3500-3900 do ok. 1950). Jeśli jednak uwzględnimy udział pospolitego ruszenia i czeladzi w bitwie, to okaże się, że wojsko mieszczan mogło mieć ok. pięciokrotną a nawet sześciokrotną przewagę liczebną nad żołnierzami Batorego. [...]
Jak skrzętnie odnotowały polskie relacje, początek wyprawy gdańszczan przeciwko armii królewskiej rozpoczął się pod złą gwiazdą. Wypadkom, które za chwilę opiszemy, zgodnie z duchem epoki, przypisywano moc boskiej interwencji. Sam Bóg miał bowiem ostrzegać mieszkańców Gdańska i ich wodza przed tą wyprawą. Gdy więc w sam dzień Wielkiejnocy, o godzinie „ósmej na półzegarzu" wojska tego miasta wyruszały w drogę, rozpętała się straszliwa burza. Nie dość na tym. Dwóch rajtarów, po minięciu bramy, wpadło do fosy miejskiej a pod samym Hansem Winckelbruchem von Köln spłoszył się koń, którego ledwo opanowali, idący obok niego knechci. Na koniec urwała się część baszty i wpadła do fosy. Ilość tych znaków miała dać do myślenia Winckelbruchowi. Rozkazał on powrócić żołnierzom do miasta. Lecz, o zgrozo, zamiast „prawidłowo" odczytać w tych wydarzeniach palec boży, przypisał on je czarom guślarek. Nakazał uwięzić dwie z nich, a samą wyprawę odłożył do następnego dnia. Jednak kolejne dni nie przynosiły poprawy pogody, zmuszając gdańszczan do dłuższego niż planowali pozostania w mieście. Było to na rękę żołnierzom Batorego, gdyż w tym czasie hetmana Zborowskiego zmogła choroba, uniemożliwiająca mu podobno nawet wysiedzenie na wozie.
Mimo swojej niedyspozycji Zborowski nie zaniedbał śledzenia poczynań przeciwnika. Pod Gdańskiem operowali wysyłani na zwiady kozacy, a w samym mieście działali jego szpiedzy. Działali oni na tyle skutecznie, że gdy 16 IV wojska gdańszczan opuściły w końcu miasto, hetman nadworny koronny mimo swego zdziwienia, nie był zaskoczony. Zborowskiego dziwiła ta wyprawa „Bo nieraz ze wszystkim ludem swym, którego miał tylko 2000, pod miasto podciągał, prawie pod same mury, [a] oni [gdańszczanie] nie tylko mocą [tj. siłą, otwartą walką], ale i dobrego harcu dać mu nie chcieli.”
Informowany tak przez szpiegów jak i własną jazdę, nie miał jednak wątpliwości, że tym razem mieszczanie zdecydowali się podjąć kroki ofensywne. Hetman zwołał natychmiast naradę, na którą przybyli rotmistrzowie poszczególnych jednostek. Wiadomo było, że armia nieprzyjaciela maszerowała na Tczew. Wiadomo również było, że w jego kierunku płynęły także „dobrze strzelbą naładowane i ludźmi osadzone" stateczki gdańskie. Zborowski chciał poznać zdanie swoich rotmistrzów, co w tej sytuacji robić powinni. Hetmanowi zapewne chodziło także o wybadanie nastrojów własnych żołnierzy. Zależało mu na sprawdzeniu, czy w sytuacji olbrzymiej przewagi liczebnej przeciwnika nie będą oni skłonni do wycofania się bez walki. Nie zawiódł się jednak na swoich oficerach. Demonstrując swoją subordynację, rotmistrzowie zdali się na opinię hetmana.
Przedstawiony na naradzie plan Zborowskiego zakładał walkę z nadchodzącym nieprzyjacielem w otwartym polu. Przyjęto go bez zastrzeżeń. W ten sposób odrzucono alternatywny do niego projekt, polegający na zamknięciu całej armii królewskiej w mieście. Hetman obawiał się, że w trakcie obrony miasta, może dojść do dywersji tczewian, która mogłaby wywołać panikę w armii królewskiej. Nieufność w stosunku do mieszczan nie była jednak jedynym powodem decyzji walki w otwartym polu. Zborowski zdawał sobie sprawę ze słabości miejskich murów, które nie mogłyby na dłużej zapewnić skutecznej obrony. Nie dał się również zastraszyć wielkiej liczbie wojsk przeciwnika. Wiedział, że w większości jest to pospolite ruszenie, którego wartość była dyskusyjna.
Po skończonej naradzie podjęto energiczne przygotowania do bitwy. Hetman wezwał do siebie radę miejską, którą surowo upomniał, aby tczewianie nie ważyli się podejmować jakiś wrogich kroków w stosunku do jego armii. Ci zapewnili go o swoim posłuszeństwie, prosząc jednocześnie o pomoc w obronie miasta, gdyż jak twierdzili „[...] czym bronić [się] nie mamy, bo ani dział, ani ludzi po temu mamy."
Przychylając się do prośby mieszczan, hetman pozostawił w mieście 4 działa i hajduków z roty Andrzeja Firleja. W tym miejscu w źródłach polskich znajdujemy pewną nieścisłość. Paprocki, Heidenstein i Bielski notują, że liczba tych hajduków wynosiła 100. Ale Annotatur numerus militium podaje, że tylko 50 ze 100 hajduków Firleja obsadziło miasto. [...]
Po rozmowach z radą miejską Zborowski kazał uderzyć w bębny, wzywając swoich żołnierzy. Ci w godzinę stanęli w gotowości bojowej do wymarszu. Wojsko królewskie wyszło z miasta i rozlokowało się na jego przedpolach - w pobliżu wsi Rokitki. Zborowski uszykował je w polu i wygłosił do żołnierzy krótką przemowę. [...]
Zborowski zadbał również o dobytek żołnierzy. Aby nie był on narażony na grabież w wypadku, gdyby wojska królewskie musiały ustąpić z pola bitwy tabor został odesłany do Gniewu. Odeszła z nim, jak wiemy, część czeladzi.
Hetman nie zaniedbał śledzenia wojsk przeciwnika. Wymarsz armii królewskiej z Tczewa poprzedziło wyjście 20 kozaków z roty Jerzego Strusia, których wysłano z zadaniem obserwowania ruchów wojsk gdańskich. Z kolei do obserwacji statków skierowano Andrzeja Karchowskiego. Powierzono mu komendę nad 30 Tatarami „królewskimi" i 30 końmi Andrzeja Górki. [...]
Na tym przygotowania do bitwy zakończyły się. Wojsko królewskie, czekając na nieprzyjaciela, przenocowało poza murami miasta. Sam Zborowski, dając żołnierzom dobry przykład, „Całą prawie noc z wojskiem swem czuwając, na koniach przepędził [spędził] ". [...]
16 IV 1577 spędzili gdańszczanie maszerując. Nie forsowali się jednak zanadto. W ciągu dnia przebyli dystans ok. 15 km i rozłożyli się na nocleg we wsi Łęgowo. Do Tczewa było stąd zaledwie ok. 15 km, tj. nie więcej niż ok. 4 godziny marszu. Tak niewielka odległość między wrogimi armiami zrodziła pomysł nocnego ataku wojsk królewskich na gdańszczan. Zborowski ostatecznie go porzucił. Z jednej strony bał się oddalać zbytnio od Tczewa, który mógł w tym czasie paść łupem gdańskiej floty lub dywersji mieszczan. Z drugiej strony nie chciał porzucać dogodnej pozycji, dzięki której mógł kontrolować groble, prowadzące do miasta.
Szybsze od wojsk lądowych były stateczki gdańszczan, które już pod wieczór 16 IV dopłynęły na odległość 1 mili (tj. ok. 7 km) od Tczewa. Tam zarzuciły kotwice i przeczekały noc.
Noc zeszła spokojnie. Żadna ze stron nie niepokoiła drugiej. Jedynie gdańszczanie hucznie ucztowali i opijali przyszłe sukcesy.
Bitwa rozegrała się kilka kilometrów na zachód i południowy zachód od Tczewa. W tym rejonie płynie Motława, której koryto otoczone było przez grzęzawiska i bagna. Armia królewska, rozłożona przed bitwą po wschodniej stronie Motławy (w pobliżu Rokitek), nie omieszkała [...], obsadzić pobliskiego Tczewa piechotą, której zadaniem była obrona tego miasta przed atakiem wojsk gdańskich. Tczew miał o tyle duże znaczenie, że bronił przeprawy przez Wisłę, a jednocześnie kontrolował ruch statków po tej głównej arterii wodnej Korony, a poza tym znajdował się na tyłach armii królewskiej, która miała zetrzeć się z armią Gdańska.
Wojska gdańszczan zbliżały się do żołnierzy Batorego od północy, będąc od nich oddzielone bagnami Motławy i samą rzeką. W rejonie Tczewa istniały w tym czasie 2 przeprawy z mostkami, które umożliwiały przejście przez rzeczone bagna i rzeczkę. Pierwsza z nich znajdowała się przy trakcie koło Rokitek tj. ok. 4 km na zachód od Tczewa. Druga była położona bardziej na południe od niej czyli pod Lubieszowem, między dwoma jeziorami (ok. 6 km na południowy-zachód od Tczewa).
Wódz gdańszczan, Hans Winckelbruch von Köln, zaskoczony początkowo tym, ze przeciwnik nie uciekł, wierzył głęboko w zwycięstwo. Obawiał się ponoć tylko tego, żeby żołnierze Batorego nie uciekli przedwcześnie z pola bitwy. Wiara ta wynikała z olbrzymiej przewagi liczebnej, jaką mieszczanie tego portowego miasta mieli nad wojskami królewskimi. Mimo jednak tak wielkiej wiary we własne siły Hans Winckelbruch von Köln nie zaniedbał niczego, co pomogłoby mu w zwycięstwie. Plan bitwy, przygotowany przez tego doświadczonego wodza, rokował wszelkie nadzieje na sukces. Zdając sobie sprawę z niewielkiej jakości pospolitego ruszenia, postanowił użyć go tylko do działań wiążących w okolicach przeprawy pod Rokitkami. Sam zaś na czele regularnego wojska postanowił obejść szerokim łukiem pozycje żołnierzy królewskich i uderzyć na nich od południa, tj. na skrzydło i tyły armii Batorego. Zamierzał uderzyć w momencie, gdy armia ta będzie ścierać się z mieszczanami. W tym celu armia Gdańska rozdzieliła się w okolicach Miłobądzia na dwa korpusy. Pierwszy z nich, złożony z całego pieszego pospolitego ruszenia mieszczan z przydzielonymi im 200 jeźdźcami, skierował się na wzgórza wokół Dąbrówka i Zajączkowa. Drugi korpus (3100 lancknechtów i 600 jazdy) skierował się na przeprawę pod Lubieszowem.
Aby w szeregi wojsk królewskich wprowadzić dodatkowe zamieszanie, w momencie dwustronnego ataku sił lądowych, do akcji miały wejść także siły, jakie Hans Winckelbruch wysłał Wisłą. Ich celem był Tczew, jednakże przeciwne wiatry powstrzymały gdańską flotę na tyle skutecznie, że nie zdążyły one wejść do boju o czasie.
Bitwa zaczęła się „troszkę przed południem" przed przeprawą pod Rokitkami tj. na zachodnim brzegu Motławy. Stojące tam pospolite ruszenie gdańszczan poczynało sobie jednak dość niemrawo. Początkowo mieszczanie próbowali wiązać jazdę królewską, ostrzeliwując ją z dział i ręcznej broni palnej. [...]
Teraz napiszmy, co się wydarzyło po nieudanych próbach zaatakowania przez husarię piechoty, chronionej owym „fortelem". Otóż Zborowski nakazał wsadzić kilkudziesięciu hajduków na podjezdki i zmieszać ich z husarią. Po krótkiej wymianie ognia, zranieniu i zabiciu kilku mieszczan i rajtarów, pospolitacy przyjęli już zupełnie bierną postawę. Według Bielskiego wyglądało to następująco: „[...] lecz Niemcy nie nacierali barzo na nasze [wojska], chcąc ich przywieść na działa; postrzegł tego Zborowski iwnetże, wsadziwszy na koń kilkadziesiąt hajduków z długiemi rusznicami, zakrył je między kopijniki, także ich przedsię kilku z rusznic ubili. Jan z Kolna hetman gdański widząc nasze [wojska], że są na tem, aby mu bitwę dali, uczynił płot przed swymi [wojskami] z dylów, które na to wiózł [...]".
Jak widać, pospolitacy byli zaopatrzeni w dyle, tj. żerdzie, drągi, bądź zaostrzone obustronnie słupki, z których, w odpowiednim momencie, ustawiono płot (ostrokół). Dyle te mogły wcześniej służyć pospolitakom jako przenośna osłona przed szarżami jazdy polskiej. I właśnie to był ów fortel, o którym pisał Paprocki.
Zaostrzone obustronnie słupki, wbijane w ziemię w momencie rozpoczęcia przez husarię szarży, skierowane ostrzami w stronę jazdy, stanowiły wystarczającą ochronę dla gdańskiej piechoty. [...] Piechurzy gdańscy nie musieli podtrzymywać owych dyli rękami. Wbite w ziemię były wystarczająco mocno osadzone, aby jazda nie mogła ich zbyt łatwo roztrącić. Pospolitacy odsuwali się od tak stworzonego ostrokołu kilka kroków wstecz, po to, aby kopie husarskie nie mogły ich dosięgnąć. Odsuwali się na bezpieczną odległość, a nacierającą jazdę witali salwami z broni palnej. Ta taktyka okazała się skuteczna i powstrzymała ataki nielicznej husarii.
Nawet po ich wsparciu przez kilkudziesięciu hajduków, liczba żołnierzy, jaką Zborowski wydzielił do walk po zachodniej stronie Motławy nie przekraczała 200. Siły główne trzymał hetman po wschodniej stronie rzeczki i bagien ją otaczających. To tutaj bowiem „Zborowski usadowiwszy się w dobrem miejscu, ponad bagnami, zajął wąskie drogi i przechód im [gdańszczanom] tamować postanowił."
Przeprawę pod Rokitkami, owo wąskie gardło, które prowadziło do znajdujących się po wschodniej stronie Motławy wojsk królewskich, obsadził Zborowski wszystkimi działami i hakownicami jakimi w tej chwili dysponował (2 działka + 27 hakownic).
Jako się już rzekło, po akcji hajduków, pospolite ruszenie straciło resztki animuszu i przyjęło zupełnie bierną postawę, pozostawiając własnej jeździe (200 kawalerzystów) harce z jazdą polską. W tym czasie, zaciężni lancknechci pod wodzą Hansa Winckelbrucha von Köln, wykonywali manewr mający okrążyć armię Batorego. Podążali oni do przeprawy pod Lubieszowem. Na ich czele szła jazda, która miała wiązać harcem jazdę królewską i osłaniać w ten sposób przeprawianie się piechoty.
Obserwująca ich kawaleria (50 petyhorców Temruka) powiadomiła Zborowskiego o ruchach tej grupy wojsk. Hetman wojsk królewskich wsparł petyhorców rotą Spytka Jordana (50 husarzy) oraz 20 nadwornymi husarzami węgierskimi. Zanim jednak wsparcie nadciągnęło, rajtarzy i lancknechci, spychając nieliczną jazdę lekką, zaczęli przeprawiać się przez Motławę. Nie pomogło zrzucenie za sobą mostka przez żołnierzy Temruka. Lancknechci mostek naprawili. Wsparcie, jakie Zborowski udzielił Temrukowi, przybyło w końcu w okolice przeprawy pod Lubieszowem, lecz 120-140 koni jazdy królewskiej, jakie się w tym momencie tam znalazło, nie miało najmniejszych szans na powstrzymanie lancknechtów. Zborowski nakazał więc Żółkiewskiemu wraz z jego husarzami (40 koni) ruszyć na pomoc Spytkowi Jordanowi i Temrukowi. Żółkiewski polecenie wykonał i dołączył do sił, próbujących przeszkadzać ruchom wojsk niemieckich po wschodniej stronie Motławy.
Zacięte walki między chorągwiami jazdy królewskiej Temruka, Jordana, Żółkiewskiego i nadwornymi husarzami węgierskimi (łącznie 160-180 koni) a rajtarami i jazdą gdańską (600 koni) nie miały już na celu wyparcia niemieckich wojsk zaciężnych za Motławę, lecz miały one dać czas Zborowskiemu na przegrupowanie własnej armii.
Hetman zdecydował przegrupować swoje wojska tak, aby skutecznie stawić czoła nadciągającym z południowego-zachodu wojskom zaciężnym. W tym celu wycofał z zachodniej strony Motławy harcujących tam do tej pory kawalerzystów i zrzucił za nimi mostek. Zabezpieczył się w ten sposób przed szybkim przekroczeniem przeprawy pod Rokitkami przez pospolite ruszenie gdańszczan tj. zabezpieczył tyły swojej armii, która teraz mogła skierować swój front w kierunku lancknechtów. Poza tym, ściągnął do sił głównych żołnierzy Karchowskiego, którzy dotąd obserwowali stateczki gdańskie. Wysłał dodatkowych 50 hajduków Firleja do pomocy załodze Tczewa tak, że od tego momentu miasta bronił garnizon stuosobowy, wygłosił mowę do wojska i ruszył z armią na przeprawę pod Lubieszowem. [...]
Przemowa hetmana bardzo korzystnie wpłynęła na morale wojska: „Za tym napomnieniem dziwna rzecz, jako wszyscy szli [na nieprzyjaciela], by ich [Zborowski] zapalił [do boju] (acz im było nierówno [liczbą w stosunku do liczby nieprzyjaciela)"
Zanim siły główne Zborowskiego dotarły w okolice przeprawy pod Lubieszowem, lancknechci pod osłoną rajtarów ustawili 3 działa oraz zaczęli kopać szańce i stawiać palisadę.
„[...] było to już z południa o godzinę", gdy zbliżał się kulminacyjny moment bitwy. Wojska królewskie przybyły na miejsce starcia z zawodowym wojskiem niemieckim. Obie armie stanęły w szyku, gotowe do walki. Naprzeciw lewego skrzydła Niemców ustawiło się 600 nadwornej piechoty węgierskiej Batorego. Była to cała piechota, jaką w tym momencie dysponował Zborowski. Naprzeciw prawego skrzydła Niemców stanęła polska jazda.
W pierwszym rzucie uszykowały się chorągwie: Jana Andrzeja Leśniowolskiego (100 husarzy), Andrzeja Firleja (100 husarzy), Jordana Spytka (50 husarzy), Temruka (50 petyhorców), husarze węgierscy (20-40)28. Łącznie było to 320-340 jazdy (a właściwie stawek żołdu). Na tym skrzydle (choć nie jest pewnym czy w pierwszej linii) znajdowała się także chorągiew kozacka Jerzego Strusia (100 koni).
W posiłku pierwszemu rzutowi jazdy polskiej stały chorągwie husarskie Jana Zborowskiego (100 koni) i Marcina Kazanowskiego (100 koni). [...]
Z całą pewnością pod Rokitki skierowano Tatarów Karchowskiego, których zwolniono z zadania śledzenia gdańskiej floty. Opis walk jednego z nich z rajtarami pozostawił Paprocki. Przytoczymy go tutaj w całości, gdyż nie tylko pokazuje on, w jaki sposób odbywały się harce z gdańszczanami, gdy przeciwko lancknechtom ruszyły siły główne wojsk królewskich, ale jest również zabawnym przyczynkiem do historii wojskowości staropolskiej.
Czy oprócz Tatarów Karchowskiego pod Rokitkami pozostała jeszcze jakaś jazda królewska? Wydaje się, że było to najzupełniej zbędne. Co prawda pozostawienie zaledwie 1 roty pieszej (30 hajduków hetmańskich) i ok. 60 jeźdźców jazdy lekkiej w celu obrony przeprawy pod Rokitkami, gdy po jej drugiej stronie stał wielotysięczny tłum pospolitaków gdańskich, może się wydawać decyzją szaleńca, ale w istocie tak nie było. Przypomnijmy, że:
- pospolite ruszenie wykazywało dużą bierność,
- piechurom pozostawiono liczną artylerię,
- zrzucono mostek, który uprzednio umożliwiał przeprawę na wschodnią stronę Motławy. [...]
Zaznaczyliśmy powyżej, że możemy określić położenie jeszcze jednej jednostki. Tą jednostką jest chorągiew husarska Marcina Ossolińskiego. Otóż w rejestrze strat, jakie poniosło wojsko królewskie w bitwie, a dokładniej w spisie strat tej chorągwi, można przeczytać, że „Pacholik p. Święcickiego, gdy koń pod nim zabit, wpadł miedzy hajduki, z nimi gdy działa brał, opalon prochem, żywnie będzie".
Czyli chorągiew ta stała w posiłku hajdukom węgierskim tj. w odwodzie, na prawym skrzydle polskim. Zapewne (choć to tylko nasz domysł, bo źródła o tym milczą), stały tam też inne chorągwie jazdy królewskiej.
Przejdźmy do szyku wojsk niemieckich. Prezentował się on następująco: prawe skrzydło niemieckie (tj. naprzeciw lewego skrzydła polskiego) obsadzali rajtarzy i lancknechci; lewe skrzydło niemieckie dzierżyli lancknechci. Tam też znajdowały się 3 duże działa i wozy z umieszczonymi na nich mniejszymi działkami. Łącznie Niemcy dysponowali armią złożoną z ok. 3100 lancknechtów (ale jedynie ok. połowa z nich przeprawiła się na wschodnią część Motławy) i 600 jazdy.
Walki na przeprawie pod Lubieszowem przebiegały w kilku fazach:
Przebieg szarży 1 wyglądał więc następująco. Uszykowane w pierwszej linii roty Jana Andrzeja Leśniowolskiego (100 husarzy), Andrzeja Firleja (100 husarzy), Spytlca Jordana (50 husarzy), Temruka Piotrkowskiego (50 petyhorców) i husarze węgierscy (20-40) w momencie, gdy hajducy zaangażowali się w walkę ogniową z lewym skrzydłem niemieckim, zaszarżowały na stojących naprzeciwko nich rajtarów. Dlaczego na rajtarów? Taki wniosek wysunąć można z fragmentu opisującego szarżę 2, który mówi o tym, że „jazda królewska po drugi raz na [jazdę] gdańską się rzuciła". Czyli pierwszy raz, pierwsza szarża, także musiała być skierowana przeciwko rajtarom. Czy pierwsza szarża była również skierowana przeciwko lancknechtom? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że szarża pierwszego rzutu wojsk polskich została wsparta przez chorągiew kozacką Jerzego Strusia (100 koni). Kozacy uderzyli na tyły wojsk niemieckich, co wywołało na Niemcach spore wrażenie. [...]
Faktem jest, że cała ta szarża jazdy królewskiej nie została uwieńczona powodzeniem. Rajtarów nie przełamano. Nie przełamano, chociaż dysproporcja sił nie była aż tak znaczna (rajtarzy 600 koni, husarze i petyhorcy 320-340 koni). Dlaczego? Źródła tego nie wyjaśniają. Możemy jedynie spekulować, że szarża ta zakończyła się złamaniem kopii przez pierwszy szereg husarzy. Dlatego też rotmistrzowie nakazali odwrót po to, aby husarze z niezłamanymi dotąd kopiami wysunęli się na czoło swoich jednostek. Po takiej reorganizacji szyków, jazda królewska mogła zaatakować ponownie, mając u frontu husarzy z ich morderczymi kopiami.
Przejdźmy teraz do szarży 2, która odniosła pełen sukces. Atak husarii skierowano ponownie przeciw rajtarom. Tym razem rozbito ich. Pierwsze pytanie, jakie tu należy postawić, to pytanie o jednostki kawalerii królewskiej, które uczestniczyły w tej szarży. Najwięcej na ich temat pisze Paprocki. Jego zdaniem miała to być chorągiew hetmańska, licząca sobie 200 koni (co jest błędem, bo liczyła ona sobie tylko 100 husarzy) i chorągiew Kazanowskiego (ta wg rejestrów miała 100 husarzy). Bielski potwierdza udział chorągwi hetmańskiej w tej szarży, a Heidenstain jedynie ogólnikowo pisze o „jeździe królewskiej".
Można więc przyjąć za Paprockim, że w szarży brały udział 2 chorągwie husarskie (Zborowskiego i Kazanowskiego), przy czym ich łączna liczebność wynosiła 200 koni.
Gdyby rozpatrywać całość akcji husarii tzn. dwie szarże razem a nie każdą oddzielnie, to ich obraz rysowałby się bardzo logicznie. Obie szarże miały następujący przebieg. Najpierw miała miejsce opisana już przez nas szarża 1. Husarze pierwszej linii po uderzeniu w rajtarów i złamaniu na nich kopii wycofali się, ustępując miejsca jednostkom drugiej linii. Druga linia składała się z chorągwi Zborowskiego i Kazanowskiego. Zaszarżowali oni na wstrząśniętych pierwszym atakiem rajtarów, gdy tylko chorągwie pierwszej linii tj. pierwszego rzutu, zrobiły im miejsce. Taki falowy atak był typowy dla polskiej kawalerii i wydaje się najlepiej tłumaczyć całe opisywane tu przez nas zdarzenie.
Wszystko to działo się na lewym skrzydle wojsk królewskich, gdy w tym czasie na lewym skrzydle wojsk niemieckich trwała walka piechoty.
Rozbicie rajtarów nie oznaczało wszakże końca walk. Za rajtarami stali bowiem lancknechci z ich pikami. Jednak husarze Zborowskiego i Kazanowskiego poradzili sobie i z nimi. Uciekający rajtarzy „jeszcze bardziej" pomieszali szyki piechoty, przez co stali się oni łatwym łupem dla husarzy. Dlaczego jednak piechota stojąca dotąd za rajtarami była już wstępnie zmieszana? Zdaje się, że odpowiedzialnością za to obarczyć można jazdę kozacką Strusia, która wcześniej, tj. przed szarżą husarii Zborowskiego i Kazanowskiego, uderzyła z tyłu na wojska niemieckie (a więc tam, gdzie lancknechci nie byli chronieni przez rajtarów) i niemało Niemców strwożyła, choć sama poniosła przy tym znaczne straty. Wstępne zmieszanie lancknechtów mogło też być wynikiem tego, co się działo na niemieckim lewym skrzydle, gdzie hajducy brawurowo poczynali sobie z pikinierami. I właśnie teraz nadszedł czas, żeby im poświęcić naszą uwagę. [...]
Dziesiętnicy i kapitanowie stali u frontu piechoty. Za nimi dopiero stali szeregowi. Pierwszy szereg był najbardziej narażony na straty tak od ognia broni palnej jak i od broni ręcznej. Jak to wykazaliśmy powyżej, straty od ognia lancknechtów nie były wielkie. Zdecydowana większość poszkodowanych zginęła i została ranna w momencie bezpośredniego starcia pikinierów i hajduków.
Jaki obraz walki wyłania się z tej analizy? Otóż gdy hajducy odrzucili rusznice, aby z szablami w dłoniach rzucić się na pikinierów, na czele ich szyku stali dziesiętnicy (ok. 60, bo oddział ten liczył sobie 600 żołnierzy). Gdy doszło do zwarcia pierwszego szeregu hajduków i lancknechtów, ok. połowa pierwszego szeregu w jednej chwili została nadziana na piki! Tak doszło do hekatomby dziesiętników, którą obserwowali stojący za nimi szeregowi. To, że w tym momencie nie spanikowali, lecz, wykorzystując fakt, że piki ugrzęzły w ciałach ich dowódców, zaczęli wciskać się między spisy, ciąć je i po dotarciu do samych pikinierów zabijać ich szablami i toporkami, świadczy o olbrzymiej determinacji piechoty. Jest to dowód wysokiej jakości bojowej tych żołnierzy oraz świadczy dobitnie o ich wysokim morale. [...] Zasada więc była taka sama - wcisnąć się pod albo pomiędzy piki, aby ich końce nie były groźne dla żołnierzy, którzy zbliżając się do pikinierów, powalali ich ciosami krótkiej broni (szablami, mieczami, toporami, itp.).
Przy okazji opisu walk piechurów, spójrzmy na to, co robił Zborowski w czasie bitwy. Jak wskazują na to przytoczone fragmenty, początkowo był on wśród piechoty, gdzie nieomal zginął od kuli armatniej. Później widzimy go wydającego rozkazy jeździe. Doglądał on zatem prawego i lewego skrzydła polskiego. Doszło wtedy do ciekawego epizodu, który - zdaniem Paprockiego - wyglądał następująco:
„Zborowskiego samego, hetmana, na ten czas gdy przejeżdżał upatrując, kędy by pomoc potrzebna której stronie była, otoczyło ośm rajtarów. Strzelili do niego z rusznic chcąc go albo zabić, albo wżdy dostać jakokolwiek do ręku. Wszakoż on mając serce wielkie na nieprzyjaciela tego z rusznice jednego zabił, drugie potem mężnie rozgromił."
Co należy sądzić o tym opisie? Czy jest on wiarygodny? Podobnego do wyżej opisanego starcia wykluczyć nie można, ale wydaje się nam, że Zborowski nie był w nim sam. Przecież sam Paprocki zanotował wcześniej, że hetman przemieszczał się po polu bitwy w towarzystwie 4 sług (w tym noszącego znak hetmański giermka). Wracajmy jednak do bitwy.
Rozbicie przez husarzy wojsk prawego skrzydła niemieckiego spowodowało panikę i ucieczkę tegoż skrzydła. Także żołnierze lewego skrzydła niemieckiego, którzy niezbyt szczęśliwie ścierali się z hajdukami, spanikowali na ten widok. Panika udzieliła się również pospolitemu ruszeniu gdańszczan, które nienaciskane przez nikogo, rzuciło się do ucieczki. Spanikowali także ci lancknechci, którzy nie zdążyli przejść na wschodnią stronę Motławy. Bitwa zmieniła się w pogoń i rzeź pierzchających niemieckich wojsk zaciężnych i gdańszczan. Na przeprawie lubieszowskiej zbyt wąski mostek i grobla spowodowały zator. Uciekający z pola bitwy stłoczyli się tutaj, padając pod ciosami pogoni. Wielu lancknechtów, nie mogąc przejść przez most, zrzucało z siebie zbroje i próbowało wpław przebyć jezioro. Lecz nie dla każdego taka próba była szczęśliwa. Część z nich utonęła. Ciała zabitych przy mostku zatamowały na chwilę pogoń. Trupy usunęli w końcu hajducy i pościg kontynuowano: „Szli potem za nimi, bijąc ich, całe trzy mile [ok. 21 km] tak, aż trup podle trupa leżał".
Faktycznie żołnierze w pościgu zapędzili się aż do Pruszcza Gdańskiego, tj. właśnie 21 km od Tczewa. W końcu sam Zborowski, porażony zapewne wielkością strat przeciwnika, zabronił zabijać uciekających. Zamiast tego żołnierze królewscy mieli ich brać w niewolę. W mordowaniu (i grabieniu) szczególnie odznaczali się hajducy, którzy na upominania hetmana, aby oszczędzali życie pokonanym, odpowiedzieli podobno „[...] iż oni [nieprzyjaciele], gdyby się im powiodło, tożby byli nam czynili.
Niestety, mieli rację. Obyczaje wojenne tych czasów nie były zbyt humanitarne i takie sytuacje, jak powyżej opisana, należały do typowych.
Podczas ucieczki w niebezpieczeństwie znalazł się sam Hans Winckelbruch von Köln, któremu postrzelono konia. Uciekł on ostatecznie na koniu podanym mu przez Choińskiego (jednego ze swoich towarzyszy), który zaś przypłacił to życiem. Dla samego Winckelbrucha ucieczka nie była jednak końcem problemów. Już po dotarciu do Gdańska omal nie zginął z rąk gdańszczanek, które z okrzykami „wróć nam zły człowiecze męże, wróć nam syny, któreś nam wywiódłszy tam nie wiem gdzie potracił" rzuciły się na niego.
Gdy wojska królewskie zapędziły się w pogoń za rozbitymi wojskami przeciwnika, nadpłynęła w końcu gdańska flota, która miała zaatakować Tczew. Mimo że spóźniona, starała się wywiązać z zadania, jakie jej powierzono („szyfy stanąwszy na Wiśle gęstą strzelbę do miasta puszczali"). W tym momencie hetman Zborowski miał przy sobie jedynie 200 ludzi. Zatrąbił więc na odwrót i podążył na ratunek Tczewa, który udało mu się ocalić. Żołnierze na stateczkach mieli więcej szczęścia niż ich towarzysze na lądzie. Widząc nadchodzącą odsiecz, domyślili się, że bitwę wygrał przeciwnik. Zrezygnowali więc ze szturmu do miasta i „[...] zapaliwszy tedy na przewozie dom i piwo, co go tam było wypiwszy, jęli zaraz uciekać, jednak niedaleko z tego miejsca odciągnęli (bo im wiatr był przeciwny), przeto za wyspą postaną."
Z braku własnej floty stateczków tych wojska królewskie nie ścigały. Bitwa dobiegła końca..."
Fragment książki: Radosław Sikora "Lubieszów 17 IV 1577 " s. 18-50
"...17 kwietnia od wczesnego ranka nadciągały chorągwie rajtarów i knechtów wzgórzami za Motławą. Siła, jaką dysponował nieprzyjaciel, mogła wzbudzać trwogę. Heraldyk Bartosz Paprocią, opisując bitwę w życiorysie Jana Zborowskiego, użył takich słów: „Troszkę przed południem, już nie byli dalej tylko w pół mili, poczęło się wojsko Kolnowa sypać jako czarny las". Dalej pisze: „Jan z Kolonii widząc wojska polskie gotowe do bronienia grobli, a więc przyjmujące walkę, zdziwił się pomału: w jego oczach było to zuchwalstwem mierzyć się z nieprzyjacielem wobec tak nierównych sił". Widząc jednak Polaków zgrupowanych w obronnym miejscu, którzy spokojnie dawali znać stronie przeciwnej, że gotowi są do boju, zamierzał zrezygnować z ataku frontalnego. Postanowił obejść ich pozycje i uniemożliwić wycofanie się w umocnienia Tczewa. Do walki z polskimi harcownikami wysuniętymi za Motławę Winckelbruch wysłał drogą na Rokitki 200 rajtarów. Chcąc zatrzymać przeciwnika przy gościńcu, posunął gdańskie cechy od Dąbrówki i Zajączkowa na wzgórza, rozlokował artylerię, a przed atakiem jazdy polskiej osłonił ich płotem z drągów i częścią artylerii. Sam natomiast z zaciężnym wojskiem i kilkoma działkami ruszył od Miłobądzia w kierunku południowym boczną drogą przez wieś Lubieszów. Przez zabudowania wsi i groblę przedzielającą jezioro Lubieszowskie skierował lancknechtów z resztą rajtarii, aby niepostrzeżenie wyjść na skrzydło i tyły wojska Zborowskiego i odciąć mu drogę odwrotu do miasta lub w górę Wisły. W tym samym czasie miasto, zamek i port tczewski miały zaatakować siły wysłane drogą wodną. Ten ostatni punkt planu gdańskiego wodza nie powiódł się na samym początku bitwy, gdyż statki nie były w stanie dopłynąć na czas pod Tczew z powodu przeciwnie wiejącego wiatru.
Przy dobrej synchronizacji i dużej szybkości działań gdańszczan Polakom groziło zniszczenie. Nie mogli się nawet osłaniać wozami w czasie odwrotu do miasta, ponieważ Zborowski odesłał wcześniej cały tabor z częścią czeladzi do Gniewa. Utrzymał jednak dotąd hetman większość sił (92%) w jednej masie i obserwował manewr gdańszczan za pośrednictwem 20 kozaków, którzy wycofując się w walce zdołali w krótkim czasie powiadomić go o rozwijającym się natarciu wroga na grobli lubieszowskiej. Dla obrony przeprawy i dokonania głębszego rozpoznania, pchnął natychmiast 20 węgierskich husarzy nadwornych, połowę 100-konnej chorągwi husarskiej Spytka Jordana oraz 50-konną chorągiew petyhorską Temruka. Zanim ten oddział liczący w sumie 120 koni dotarł do jezior, Winckelbruch zdążył już przerzucić 600 jazdy, 2500 piechoty i 3 ciężkie działa wąską drogą przez groblę lubieszowską. Niemcy zaczęli się okopywać, a Temruk i Jordan rozpoznawszy walką znaczne siły przeciwnika, słali do hetmana prośby o wsparcie.
Tymczasem pod Rokitkami trwały walki rajtarów z husarzami. Poczty nadworne (119 koni) próbowały atakować pozycje nieprzyjacielskiej jazdy (200 koni) na stokach wzgórza schodzącego od Dąbrówki w zabagnioną dolinę Motławy. [...] Przedbitewne „harce" nie stwarzały możliwości zastosowania „karakolu" w zwartym szyku kolumnowym, dlatego też rajtarzy, jeśli nie zdążyli użyć pistoletów, musieli w walce na białą broń ustępować przed gwałtownymi natarciami husarskimi. [...] Stąd „Niemcy używali fortelu nie chcąc naszym dać statecznego spotkania, tylko ich na strzelbę nawodzić, aby ich husarze kopijami dosięgać nie mogli". Pozorowanymi ucieczkami naprowadzali rajtarzy husarzy na tzw. czostki, czyli wbite w ziemię w kilku rzędach zaostrzone pale. Gdy jeźdźcy wyhamowywali pęd koni, gdańszczanie oddawali salwy z dział i broni palnej. Niewiele mogli husarze dokonać ze swych nielicznych pistoletów przeciw rusznicom i arkebuzom milicji gdańskiej. W rezultacie szarże chorągwi husarskich załamywały się w odległości 100-150 m od pierwszych szeregów czworokątnych kolumn piechoty.
W tym momencie gońcy zaalarmowali Zborowskiego o rozwijającym się natarciu nieprzyjaciela na grobli lubieszowskiej. Hetman uświadomił sobie, że największe niebezpieczeństwo może nadejść z lewego skrzydła. Natychmiast pchnął na zagrożony odcinek 37 husarzy z pocztu prywatnego Jana Zamoyskiego pod dowództwem porucznika Stanisława Żółkiewskiego, by ci wzmacniając walczącą tam jazdę do 177 żołnierzy hamowali pochód zaciężnego wojska gdańskiego i dali czas na przegrupowanie sił polskich. Sam zaś po wygłoszeniu przemówienia do wojska rozkazał przerwać harce za Motławą, zerwać most pod Rokitkami, aby uniemożliwić nieprzyjacielowi przeprawę oraz ściągnął oddział tatarski obserwujący w dole rzeki statki. Obawiając się ataku gdańszczan na Tczew od południowego zachodu drogą przez Śliwno, wzmocnił załogę Tczewa 50 hajdukami. Wobec miernego efektu ataków husarii na strzelczą piechotę, najważniejszym zadaniem było przerzucenie 600 nadwornych hajduków węgierskich w jak najkrótszym czasie w rejon grobli lubieszowskiej. Blisko trzykilometrową odległość wzdłuż Motławy pokonali oni zapewne częściowo na podjezdlcach lub z tyłu na koniach za husarzami. Towarzyszył im sam hetman z własną chorągwią zaciężną. Reszta jazdy ruszyła łukiem przez wzgórze rozciągające się na północ od Śliwna. Pod Rokitkami pozostało 300 piechurów hetmańskich, 3 działa, 28 hakownic, 500 husarzy i 60 Tatarów pod dowództwem Karchowskiego ściągniętych znad Wisły. Obrona znajdującej się tu przeprawy po zniszczeniu drewnianego mostu nie nastręczała większych trudności, tym bardziej że milicja gdańska nie przejawiała większej ochoty do walki.
Po przybyciu na miejsce walki Zborowski ujrzał uszykowane już przed groblą lubieszowską wojsko niemieckie. Na prawym jego skrzydle Winckelbruch rozstawił kolumnę lancknechtów (2 kompanie - 1100 piechurów) i 600 rajtarów. Natomiast lewe skrzydło stanowiła druga kolumna lancknechtów (2 kompanie - 1200 piechurów) wzmocniona artylerią (3 kwaterszlangi). Trzecia, najsłabsza kolumna, licząca 2 kompanie (800 piechoty) jeszcze nie zdążyła się przedostać na wschodnią stronę Motławy. W bezpośrednim starciu przy grobli lubieszowskiej wzięło więc udział 2900 żołnierzy gdańskich i 1480 polskich, a więc stosunek sił wynosił 2:1. Zborowski na swym prawym skrzydle rozstawił całą swoją piechotę, jaką w tym momencie dysponował, czyli 600 nadwornych hajduków węgierskich. Na lewym skrzydle uszykował jazdę w dwóch liniach. W hufcu przednim stanęły chorągwie: petyhorska (50 koni), 2 kozackie (150), 2 husarskie zaciężne (200) i husarskie poczty ochotnicze - w sumie 462 koni. W drugiej linii (hufiec walny) rozstawiono husarię nadworną (119 koni) i 3 chorągwie husarskie zaciężne (300) - razem 419 koni.
Walka rozpoczęła się od wymiany ognia z bliskiej odległości na prawym skrzydle polskim. Hajducy węgierscy pod dowództwem Michała Wadasza (Wadas'ego) rzucili się na piechotę niemiecką. Działa i arkebuzerzy dali ognia, ale Węgrzy widząc dymy przyklękli, unikając w ten sposób rażenia. Wykorzystując chwilowe osłabienie ognia związane z ładowaniem broni przez nieprzyjaciela, poderwali się z ziemi i podbiegłszy na odległość donośności rusznicy (około 100 m) poczęli ostrzeliwać przeciwnika. Kule z dział niemieckich sięgały miejsca dowodzenia, a nawet jedna z nich „wielka uderzyła pod koń hetmański, aż się w koło obrócił; Zborowski zaraz z onego miejsca uskoczywszy, krzyknął na roty, aby się potykały". Ruszył więc do ataku na lewym skrzydle huf przedni - w centrum husaria (chorągwie Leśniowolskiego i Firleja), po bokach kozacy i petyhorcy. Natarcie załamało się jednak w ogniu karakolującej rajtarii, a pod rotmistrzem Leśniowolskim zabito konia. Tymczasem hajducy, zawiesiwszy rusznice na plecach, z siekierami i szablami w rękach, doskoczyli do dział ustawionych przed niemiecką piechotą, wycięli obsługę i obrócili je przeciwko wrogowi. Znów doszło do wymiany ognia, przy czym obie strony ponosiły znaczne straty - lancknechci od kul działowych, Węgrzy od hakownic zamontowanych na wozach. [...]
Chcąc odbić utraconą baterię, Winckelbruch zdecydował się na ponowne natarcie. Pułkownik węgierski Michał Wadasz został ranny mieczem w kolano, a „upadając zawołał do swoich, żeby rzuciwszy precz broń palną, mieczów dobyli. Dzielnie się sprawili, częścią włóczniami, częścią mieczami robiąc, częścią sprytnie między włócznie się wciskając tak, że piechoty nieprzyjacielskiej szyki połamane zostały". Przytoczony wyżej opis R. Heidensteina ataku lancknechtów i ich walki wręcz z hajdukami zawiera błędne informacje dotyczące uzbrojenia ścierających się piechurów. Precyzyjniejszy był M. Bielski, który zwięźle zapisał, że „hajducy porzuciwszy rusznice do szabel skoczyli, a złożywszy się siekierami wręcz się z nimi siekli". Kolumna lancknechtów atakowała Węgrów ukosem z prawego skrzydła. Arkebuzerzy ukryli się wówczas za osłoną czworoboku pikinierów, który nacierał niczym nastroszony igłami wielki jeż. Piki były jednak skuteczne tylko w masie i wobec zwartej kolumny przeciwnika. Szyk hajduków był luźniejszy, a ponadto i kolumna lancknechtów w czasie marszu i zmiany kierunku natarcia straciła wiele ze swej zwartości. Wykorzystali to doświadczeni dowódcy węgierscy nakazując swym żołnierzom unikać pchnięć, wciskać się między piki i ścinać je szablami i siekierkami. Jak malowniczo napisał historyk tej bitwy F. Kudelka „hajducy oburącz siekali siekierami Niemców, jakoby pnie w lasach karpackich". Mimo dwukrotnej przewagi nieprzyjaciela Węgrzy przełamali prawoskrzydłową kolumnę niemiecką, gdy tymczasem druga, lewoskrzydłowa, będąc pod ostrzałem broni palnej, a zwłaszcza utraconych dział w centrum, zachowała się biernie i nie udzieliła wsparcia swej krwawiącej towarzyszce.
Winckelbruch popełnił więc błąd w dowodzeniu nie potrafiąc zorganizować dobrego współdziałania między czworobokami lancknechtów, gdy tymczasem Zborowski pilnie kontrolował rozwój sytuacji na obu skrzydłach i „przejeżdżał upatrując, kędyby pomocy potrzeba której stronie była (...)". Na swym lewym skrzydle ponownie rzucił do szarży huf przedni, który tym razem rozbił rajtarów i począł ich spychać na stojącą za nimi i walczącą z Węgrami kolumnę. Jednocześnie chorągiew kozacka Strusia zaskoczyła Niemców od tyłu. Widząc, że szala zwycięstwa przechyla się teraz na jego stronę, hetman uruchomił swój odwód. Huf walny złożony z 419 wyborowych husarzy z impetem atakując zmieszane szyki nieprzyjacielskie zadecydował ostatecznie o wyniku bitwy. Jak pisał B.Paprocki „rota hetmańska (...) z Kazanowskiego rotą na Niemcy żarko uderzyła, wparli ich w jezioro tak, iż poczęli tyłu podawać". [...] W sumie wśród węgierskich husarzy nadwornych poległo 3 towarzyszy i pocztowy, 5 żołnierzy zostało rannych, a 12 koni padło lub zostało kontuzjowanych. Straty przekroczyły więc 1/3 stanu chorągwi. W jednostce Kazanowskiego zginęło 4 husarzy, a 2 zostało rannych.
Zmieszane oddziały Winekelbrucha poczęły się cofać łoi jedynej drodze odwrotu, to znaczy do małego mostku i grobli między Jeziorami Lubieszowskimi. Wybuchła panika, a polski pościg stłoczył uciekających w wąskie gardło przesmyku i spychał w wodę. „W tejże pogoni Zarzycki towarzysz z roty Kazanowskiego we zbroi postrzelon, której wiele ufał, i dawał do niej strzelać z półhaka; ale na ten czas, gdy Bóg przysłał cios żywotowi jego, puściła". Na mostku powstał zator, a ciała zabitych żołnierzy tamowały dalszy pościg, dlatego też hetman rozkazał hajdukom, by ci zepchnęli je do wody. Opis masakry, jakiej dokonali Polacy na Niemcach przy grobli lubieszowskiej, autorstwa B. Paprockiego, uzupełniają uwagi M.Bielskiego dotyczące uciekających, którzy „bronie i zbroje z siebie miecąc przez jezioro libiszowskie puszczali się w pław, ale ich wiele tonęło. Dziwna to jest, jako to człowiek ma z przyrodzenia, że woli czasem wpaść w wodę albo w ogień i zginąć, a niż się do rąk drugiego człowieka dostać". [...]
Klęska gdańszczan była całkowita. Przeciwnik poniósł ogromne straty: 4416 zabitych, około 2600 utonęło i padło podczas pościgu. Do niewoli dostało się 1000 jeńców. Według relacji kupca gdańskiego Melchiora Bittnera do miasta powróciło 2000 piechoty i 2000 jazdy. Hans Winckelbruch ocalał dzięki szlachcicowi z Prus - Chocińskiemu, który oddał mu swego konia, płacąc za to życiem. W Gdańsku jednak hetmana o mało nie rozszarpały wdowy, upominając się o poległych mężów. Wszystkie sztandary, 150 wozów, 7 dział większych spiżowych i 30 mniejszych żelaznych, które były godne cekhauzu królewskiego przybyło siłom polskim. Na dowód zwycięstwa Zborowski odesłał królowi zdobyte chorągwie - 5 kompanii knechtów i jedną jazdy. Straty polskie były minimalne wobec strat strony przeciwnej. Na podstawie raportów, które przysłał hetman królowi z relacją całej bitwy, straty wynosiły: poległych Polaków 14, Węgrów 4, hajduków 40, w sumie 58, rannych Polaków 45, Węgrów 5, hajduków 80, razem 130. Padło koni: polskich 31, węgierskich 7, rannych odpowiednio 58 i 7 - w sumie 103 koni. [...]
Bitwa pod Lubieszowem jest jedną z najkrótszych bitew w historii polskich wojen XVI w. Rozpoczęła się o pierwszej godzinie w południe, prawdopodobnie trwała kilkadziesiąt minut, potem walka przerodziła się w rzeź. Według A.Pawińskiego: „Upór gdańszczan złamanym nie został, ale moralnie wzmogły się siły polskie. Po długim lekceważeniu powagi króla i narodu nastąpiło pierwsze zadość uczynienie". Dobrze przemyślany plan Winckelbrucha polegał na czołowym związaniu Polaków pod Rokitkami przy demonstracji na Tczew od Wisły i wykonaniu manewru na skrzydła i tyły doborowymi siłami. Zawiodła jednak synchronizacja jego wojsk. Sprawowane na sposób zachodni dowodzenie było stateczne, przez co inicjatywa przeszła w praktyce w ręce energicznego Zborowskiego, który zaskakiwał niemieckiego wodza niekonwencjonalnymi akcjami..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 65-72
"...W zamęcie pościgu dano znać Zborowskiemu, że opóźnione przeciwnym wiatrem cztery statki gdańskie z 210 strzelcami dotarły pod Tczew i rozpoczęły ostrzał murów z kilkudziesięciu lekkich działek. Musiał on być intensywny, skoro jeden piechur z roty Firleja zginął, a sześciu zostało rannych. Hetman kazał trąbić na odwrót i mając przy sobie jedynie 200 jeźdźców ruszył ku miastu, uprzedzając jego załogę o nadciągającej pomocy. Gdańszczanie widząc na brzegu jazdę polską i domyślając się klęski swych wojsk, zdecydowali się zawrócić. W drodze powrotnej statki zostały ostrzelane przez posiłkowy oddział polski skierowany z Malborka, ale udało im się bez strat dotrzeć do Gdańska. W trakcie bitwy lubieszowskiej pozostawiona naprzeciw Rokitek 8-tysięczna milicja gdańska zachowywała się całkowicie biernie. Po zniszczeniu mostu nieliczni rajtarzy (200 koni) nie podejmowali żadnych prób przeprawy wpław przez zabagnioną rzeczkę i uchwycenia przyczółka na jej wschodnim brzegu, tym bardziej że musieliby tego dokonać pod ogniem polskich hakownic i dział, zmagając się w dodatku z oddziałem polskim liczącym w sumie 860 żołnierzy. Zadanie takie było całkowicie niewykonalne dla licznej, lecz słabo wyszkolonej i zdyscyplinowanej piechoty miejskiej. W trakcie bitwy zawiodła łączność i współdziałanie z siłami Winekelbrucha, który zresztą nie wezwał milicji do zajęcia nowych pozycji na wzgórzach rozciągających się pod Lubieszowem. Sami gdańszczanie nie wykazali się inicjatywą, choć wystarczył niewielki manewr w terenie na przestrzeni zaledwie 2 km. Tkwili bezczynnie na swych dotyczasowych stanowiskach, a początkowe obawy o losy bitwy szybko przemieniły się u nich w popłoch i panikę. Olbrzymia ciżba mieszczan rzuciła się do ucieczki w kierunku zbawczych murów Gdańska.
Pościg jazdy polskiej trwał aż do Pruszcza. Przeszło 20-kilometrowy odcinek drogi usłany był trupami. Doszło do tego, że „wołał na nie hetman, aby wżdy więźniów co zostawili, a nie mordowali tak wiele ludzi". Nikt go nie słuchał, bo jak mówili ścigający „gdyby się im było powiodło, tożby byli nam uczynili". Ostatnie chorągwie powróciły z pogoni dopiero wieczorem. Następnego dnia Zborowski wysłał chorągwie tatarskie i kozackie w celu wyłapania rozproszonych gdańszczan, ale do akcji włączyła się już miejscowa szlachta i chłopi liczący na łupy, którzy „bili, imali, tak że wszędy między górami pełno trupów leżało". Uciekinierów gdańskich z rozkazu okolicznych właścicieli ziemskich wyłapywano i przekazywano wojskom królewskim. Szczególnie wyróżniła się w tym Estera Bażyńska, pani na Sobowidzu. Już o zmroku przybył z Malborka Stanisław Kostka, prowadząc wojsko i działa. [...]
Zwycięstwo wojsk polskich pod Lubieszowem wsparło autorytet wojenny króla, lecz nie złamało oporu gdańszczan. Słabość militarna Polski oraz duże straty wojsk gdańskich, pomniejszonych w ostatniej bitwie polowej, nie zapobiegły dalszemu rozlewowi krwi. Strony walczące podjęły przygotowania wojenne. 1 maja Batory opuścił stolicę Mazowsza, spiesząc się, ruszył traktem przez Zakroczym, Rypin i już 6 maja przybył do Brodnicy. Zdając sobie sprawę z konieczności pośpiechu, tak pisał do Zborowskiego: „.... cały zysk naszego zwycięstwa polega na szybkości działania, abyśmy, zanim gdańszczanie zbiorą nowe wojska, albo Latarnię zdobyli, albo obóz między Latarnią a Gdańskiem od strony Żuławy nad Wisłą założyli i prędko most na Wiśle zbudowali, w ten sposób łatwo powstrzymamy posiłki i nowe ich wojska". Pisał monarcha odezwy do dygnitarzy i urzędników oraz do sejmików w całej Koronie. Wykorzystując sukces Zborowskiego, zabiegał o fundusze, sugerując rychłe zakończenie wojny. Najwcześniej, bo już 9 maja, odbył się sejmik główny województw wielkopolskich w Kole.
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 72
"...Gdańsk natychmiast po klęsce stara się w Danii o nowy zaciąg żołnierzy, kupno prowiantu i amunicji, odtwarza zdziesiątkowane roty, tak że już w maju liczba zbrojnych w mieście sięga dziesięciu tysięcy! Wewnątrz murów ustają spory, wszyscy koncentrują się na świętej sprawie obrony miasta..."
Fragment książki: Jerzy Besala "Stefan Batory" s. 174
Tymczasem gdańszczanie szybko ochłonęli i zastąpili swoje pobite wojsko nowymi zaciągami. Wysłali członka rady wojennej Matysa Czitwitza z prośbą o pomoc do króla duńskiego. Ten odroczył na rok spłatę długu w wysokości 25 000 talarów. Zezwolił na przewóz żołnierzy zwerbowanych w Niderlandach i w innych państwach, a nawet w swoim królestwie udzielił pozwolenia na zwerbowanie od 400 do 500 żołnierzy. Czitwitz udał się następnie do Lubeki, aby zorganizować werbunek w Niemczech. 2 czerwca przybyło do Gdańska 873 knechtów, którzy w połączeniu z dawniejszymi żołnierzami regimentu niemieckiego skompletowali sześć kompanii piechoty i jedną jazdy. 15 czerwca z Niderlandów przypłynęli Szkoci: w połączeniu ze strzelcami walońskimi i gaskońskimi powstał regiment szkocki złożony z sześciu kompanii pod dowództwem pułkownika Wiliama Stuarta. Zacieśnił się sojusz z Danią, ucichły wewnętrzne spory w mieście, zreorganizowano po myśli pospólstwa obronę. Już w połowie maja starosta pucki Ernest Weiher donosił królowi o ruchach floty duńskiej i zamiarach gdańszczan i Duńczyków opanowania okolic Pucka i Oliwy w celu zdobycia żywności. Informował też o rosnących w Gdańsku tendencjach do całkowitego przejścia pod władzę króla duńskiego i intensywnych zbrojeniach miasta. Z mieszczan utworzono dziewięć kompanii, w sumie można więc przyjąć, że Gdańsk miał pod bronią około 10 000 ludzi. W oddziałach zaciężnych dominowała broń palna, co było istotne na wypadek szturmu miasta. Położenie Gdańska było dogodne. Miasto było otoczone murem oraz blockhauzami i basztami. Nadawały się do celów obronnych także obfite wody rzek: Raduni, Motławy i Wisły. Poczyniono też dalsze ulepszenia przy fortyfikacjach, między innymi umocniono Wyspę Spichrzową: zbudowano śluzy, usypano groblę za miastem koło Steinschlense, rozlewając wody Motławy na przedpolu twierdzy. W odległości ok. 11 km ku północy, nad brzegiem morza, posiadali gdańszczanie przede wszystkim u Wisłoujścia (Weichselmiinde) fortecę Latarnię (Lanterne). Umocnili ją palisadami i szańcem, a kilkusetosobowa załoga zabezpieczyła fosy. Spalono przedmieścia na Wysoczyźnie Gdańskiej wraz z Biskupią Górką, aż po Siedlce na zachodzie oraz Stare Szkoty i Orunię na południowym zachodzie (Hoppenburch, Schottland, Schidlitz, Neugarten, Stolzenberg) wraz ze szpitalem.
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 77-78
Wraz z wypłatą części żołdu zmieniły się nastroje. Prośby samego wojska o kopie, szable, koncerze, „a posiłki, by nam pilno trzeba, aby się zaczęta victoria kończyła, gdyż szkoda tego nie używać, co Bóg do ręki podaje" — świadczyły raczej o ponownej chęci walki niż deklarowanego jeszcze niedawno rozejścia się „starożytnym obyczajem". Na wzrost nastrojów wojennych i poczucia konieczności pośpiechu wpływały wieści od Wejhera, że Dania gotowa jest przyjąć Gdańsk do siebie, a flota Fryderyka II planuje zajęcie okolic Pucka i Oliwy..."
Fragment książki: Jerzy Besala "Stefan Batory" s. 174
"...Wraz z wypłatą części żołdu zmieniły się nastroje żołnierzy. Broni siecznej miały dostarczać: Kraków, Warszawa, Łowicz, Poznań; z tych miast sprowadzono także rzemieślników, którzy na miejscu wyrabiać mieli szable, koncerze i inną broń na potrzeby wojenne. Wydano rozporządzenia do starostw i dzierżawców królewszczyzn w Prusach, aby od wójtów oraz chłopów zebrali określoną liczbę koni do przewozu dział. Zawarto umowy z kasztelanem sochaczewskim i szremskim, którzy zobowiązali się dostarczyć żywności. Najdogodniejszym transportem w tej sytuacji był spław Wisłą, więc wysłał Batory Jordana, aby od prywatnych osób zebrał na krótki czas statki wodne zwane szkutami. Zajęto się przygotowaniem mostu i transportu artylerii z arsenału tykocińskiego. Elbląg odmówił jednak przysłania puszkarzy. Taką samą postawę przyjęli mieszkańcy Torunia. [...]
Tymczasem wojska Batorego zbierały się wolno. Dopiero 7 czerwca król wyruszył z Malborka z 22 działami, 26 puszkarzami i wojskiem nadwornym. 11 czerwca pod Tczewem dokonał przeglądu zwycięskich rot Zborowskiego. Obejrzał pole bitwy lubieszowskiej, nagrodził jej uczestników całym okupem, jaki otrzymał za jeńców i wyruszył pod Gdańsk. Tam roty nadworne miały połączyć się z piechotą i jazdą zwerbowaną przez Weihera. Siła, jaką dysponowali Zborowski i starosta pucki, nie była zbyt duża, liczyła niespełna 3500 żołnierzy pieszych i konnych; dodając czeladź, wystarczała do zablokowania tylko czwartej części obwodu murów miejskich. Kronikarz gdański Knoff połączone wojska oszacował z wyraźną przesadą na 7000 jazdy i 4000 piechoty.
12 czerwca odbyła się narada wojenna w Pruszczu (Proust), w której uczestniczyli pod przewodnictwem monarchy: wojewoda sandomierski Kostka, kasztelan lubelski Firlej, Zborowski, Zamoyski i Weiher. Celem narady było ustalenie działań operacyjnych. Król pod wpływem Weihera i Zamoyskiego zamierzał zdobyć Latarnię chroniącą port i miasto od strony morza; Zborowski i Firlej namawiali do uderzenia całą siłą bezpośrednio na miasto licząc na bunt pospólstwa. Było to jednak niebezpieczne ze względu na możliwość zatopienia atakujących oddziałów poprzez spuszczenie przez gdańszczan wody systemem śluz i zapor. W końcu wybrano niezbyt dobry (ze względu na rozproszenie nielicznych sił) plan kompromisowy. Polegał on na podsunięciu się z całą armią pod miasto, zablokowanie go od południa i południowego zachodu i ostrzeliwanie z dział. Następnym krokiem miało być wybudowanie naprzeciw Latarni (w miejscu obecnego Nowego Portu) blokhauzu, który uniemożliwiałby wolny wjazd okrętów do portu i szkodził twierdzy ogniem artyleryjskim. Planowano też przeprawienie na Żuławę Gdańską oddziału ok. 1000 piechoty, 400 jazdy i 14 dział, który mógłby przystąpić do oblężenia samej Latarni.
Wojska królewskie stanęły pod Gdańskiem 13 czerwca. Król polecił zatoczyć obóz na wzgórzach zasłaniających miasto od strony zachodniej. Na Górze Biskupiej ustawiono baterię złożoną z 8 dział. Natychmiast rozpoczęto ostrzeliwanie miasta, chcąc wywrzeć wrażenie na mieszkańcach i osłabić w nich ducha walki. Atak był skierowany tylko od strony południowej i południowo-zachodniej, ponieważ wschodnie przedpole zostało przez gdańszczan zalane i zamieniło się w niedostępne grzęzawisko. Weiher z 14 działami rozłożył się na zachodnim brzegu Wisły naprzeciw Latarni. W obu miejscach usypano szańce i budowano blokhauzy z drewnianych bali, częściowo wkopane w ziemię, ze strzelnicami w ścianach i ze stropem przykrytym ziemią. Król ulokował się na jednym z przedmieść, w kilku niedopalonych domach na Biskupiej Górce leżącej na wysokim wzgórzu. Stąd mógł dokładnie obserwować poczynania puszkarzy obsługujących ciężkie kilkudziesięciofuntowe działa. W Gdańsku żaden bunt nie wybuchł, a załoga dokonywała nawet wypadów zaczepnych. Niekiedy były one tak dotkliwe, że wojska królewskie musiały budować blokhauz i chronić się w głębokim rowie wykopanym od Starych Szkotów przez Górę Biskupią ukośnie aż do Piaskowni (Sandgrube). Silny ogień z dział niewiele szkody wyrządził miastu, kule sięgały tylko wysokich baszt i kościołów, lecz bramy i wały nadal były nie uszkodzone. Wzgórze bowiem, na którym stały działa, było zbyt wysokie. Pierwsze ostrzeliwanie miasta okazało się więc nieskuteczne, bo kule przenosiły. Przesunięcie ciężkich dział (słowików, kartaun) i obniżenie toru pocisków było niemożliwe ze względu na stromość wzniesienia i bliską odległość od murów (200 m)..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 77-79
"...Król nakazał rozbić swój namiot na jednym z przedmieść, skąd ustąpiły straże mieszczańskie, w Stoltzenbergu, leżącym na wysokim wzgórzu. Stąd mógł obserwować poczynania puszkarzy ciężkich, stufuntowych dział. Miasto nadal usiłowało grać na zwłokę, zapraszając do Gdańska posłów królewskich. Batory nie dał się zwieść: wysłał wprawdzie wojewodę chełmińskiego Jana Działyńskiego, ale nie z gołąbkiem pokoju, lecz z nadzieją wbicia klina między pospólstwo a radę miejską. Posłowie Batorego, po wygłoszeniu 19 czerwca z okna ratusza w Gdańsku mowy o łasce królewskiej, rozrzucili z tychże okien hojną ręką drukowane odezwy nawołujące do złożenia królowi przysięgi wierności i otwarcia bram miejskich..."
Fragment książki: Jerzy Besala "Stefan Batory" s. 176
"...Spór trwał 12 dni, w tym czasie ogłoszono zawieszenie broni. Rachuby na ugodowość przeciwników były jednak płonne, bowiem gdańszczanie wiedzieli, że król ma za mało sił, aby ich złamać. Podłoże sporu sięgało nie tylko spraw gospodarczych, prawnych, finansowych, ale i religijnych. Nade wszystko żądali teraz gdańszczanie zapewnienia swobody wolności wyznania augsburskiego. Ponowne stawianie warunków uraziło władcę, oburzony zerwał rokowania i po blisko dwutygodniowej przerwie 29 czerwca ponownie w kierunku miasta z polskich szańców wystrzelone zostały ogniste kule.
Inicjatywa przeszła jednak w ręce obrońców. Z miasta, rzeką Motławą, Szkoci i lancknechci niemieccy popłynęli pod bramy Jakuba i Bożego Ciała, uderzając na oddział polskiej piechoty na południe od Starego Przedmieścia. Zabili 150 żołnierzy i złupili ich odzież, sami zaś stracili tylko 16 osób. Tymczasem Weiher, dysponując oddziałem liczącym 1400 żołnierzy, wystawił na zachodnim brzegu Wisły baterie z 14 działami, z których poczęto ostrzeliwać Latarnię. Atak był nieskuteczny, potężne mury stały wciąż nienaruszone. Oblężenie to potwierdziło kolejny raz, jak ważne były dobrze ufortyfikowane i silne twierdze morskie, a do takich zaliczano Wisłoujście, gdyż kontrolowało główną drogę wodną prowadzącą do gdańskiego portu. Wieża Latarni miała 20 m wysokości, a murowany wieniec na planie koła o średnicy około 31 m posiadał trzy poziomy zagłębione w ziemi. Na dwu najniższych kondygnacjach znajdowały się składy amunicji i żywności. W części nadziemnej były dwie kondygnacje z oknami i 11 strzelnicami, a na najwyższym poziomie stanowiska dla 27 dział. Ze zbudowanego lochu biegło tajemne przejście, a główna brama znajdowała się od strony południowej. Obronność wieży i wieńca została w tych latach dodatkowo wzmocniona drewniano-ziemnymi umocnieniami o narysie czworoboku, przypuszczalnie z blokhauzami lub bastejami w narożach umożliwiających obronę czołową i skrzydłową. Całość otaczała fosa z palisadami na obrzeżach. Skuteczna donośność dział Weihera potrzebna do burzenia umocnień wynosiła 50-225 m, gdy tymczasem odległość baterii od twierdzy sięgała 250-300 m. Nic więc dziwnego, że wystrzelone zapewne ze słowików lub notszlang 20-25 funtowe kule żelazne szybując ponad Wisłą trafiały w przedpole wieńca, nie czyniąc większych szkód w murach.
Dnia 2 lipca wieczorem, przy sprzyjającym wietrze, przepłynęło bez przeszkód z Gdańska pod Latarnię 1180 piechoty niemieckiej i szkockiej. Jeśli założymy, że przewożono ją na szkutach, pinkach czy dubasach, a na każdej z tych jednostek zaokrętowano poza załogą 30 żołnierzy, to i tak była to potężna flota rzeczna licząca około 40 statków. Wojsko to składało się z 850 strzelców niemieckich (trzy kompanie pod dowództwem kapitanów Klausa Ungera, Hansa Farensbecka i Krzysztofa Ranzau'ena) i 330 Szkotów (trzy kompanie dowodzone przez kapitana Murray'a). By nie narażać się na ogień artylerii polskiej, nocnego desantu na lewym brzegu Wisły dokonano zapewne w odległości około kilometra od stanowisk baterii Weihera. Następnie przeprowadzono podział sił. Jedna grupa mszyła do dział rozstawionych na wiślanym brzegu, druga podeszła pod oddalony o 200-300 m obóz polski. Ubezpieczenia dalszego weiherowych stanowisk nie było, a bliższe całkowicie zawiodło. Straż pełniło 30 niemieckich piechurów, ale nie wszczęli oni żadnego alarmu, gdy przed świtem nastąpił atak. Oskarżano ich później o zdradę lub - według tradycji gdańskiej - o twardy sen po pijaństwie na uczcie wyprawionej przez Weihera. Nie ponieśli jednak później żadnej kary za niedopełnienie swoich obowiązków. Zaskoczeni piechurzy niemieccy w służbie polskiej nie przejawiali zresztą większej ochoty do walki ze swymi rodakami - albo się poddawali (m.in. jeden z puszkarzy), albo rzucali się do ucieczki. Jak pisał później król do senatorów „nie dotrzymali placu Niemcy, a lubo Polacy, których tam 160 było, lepszy odpór dawali, widząc się od Niemców opuszczonymi, podobnież wyparci zostali mimo wszelkich usiłowań Wejhera, który jako odważny żołnierz na największe narażał się niebezpieczeństwa, aby pierzchających wstrzymać. Korzystając z popłochu Gdańszczanie, wrzucili naprędce w wodę kilka dział, z których do Laterni strzelali (...)". Szkoci i Niemcy w służbie gdańskiej zniszczyli więc szańce i baterie, 3 największe działa zatopili w Wiśle, jedno zagwoździli, a 8-9 lekkich zabrali na statki. Piechurzy polscy broniący obozu stawiali zacięty opór, skoro w krwawej walce zginęło ich 500, a atakujący stracili 136 żołnierzy. Weiher zdołał wysłać pod Gdańsk do króla gońca z prośbą o pomoc. Batory natychmiast wysłał 100-konną chorągiew husarską Marcina Kazanowskiego, która błyskawicznie pokonała blisko 7-kilometrową odległość dzielącą obóz królewski od weiherowego. Zastała już tylko 160 polskich piechurów broniących się ostatkiem sił przed naporem wroga. Nacierając z marszu jazda rozerwała otaczający obóz pierścień szkocko-niemiecki. Unger i Murray uznawszy, że oblężonym przybywają z odsieczą większe siły polskie, zarządzili natychmiastowy odwrót do statków. Pośpiech i popłoch zdezorganizował załadunek, tak że jeden ze statków zbyt obciążony uciekającymi zatonął. Utrata 2/3 artylerii i dotychczasowe straty w ludziach sięgające połowy stanu wojska sprzed miesiąca (1550 zabitych i wziętych do niewoli) skłoniły króla do zaniechania zamiaru zdobywania Latarni, a po długich naradach do ogólnego odwrotu spod Gdańska. W nocy z 14 na 15 lipca spalono resztki obozu i wycofano się spod murów miasta.
Porażka była dotkliwa i przekonała Batorego o konieczności wzmocnienia armii. Siłami, którymi rozporządzał, nie sposób było zdobyć twierdzy i zmusić miasto do posłuszeństwa. Nazajutrz król zatrzymał się w Pruszczu, stąd rozesłał do senatorów wiadomości o porażce Weihera, która mocno zachwiała jego pewność w zwycięstwo: „Postanowiliśmy na serio dobywać miasta, przede wszystkim twierdzy morskiej - po zdobyciu której ujmiemy miasto w kleszcze. Więc idziemy z wojskiem pod Latarnię, ale od strony wyspy. Przebywamy rzekę pod Głową, pragnąc się dostać na Mierzeję"..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 80-83
"...Wojska z rozkazu Stefana Batorego odeszły przez Pruszcz do Grabiny, a stąd przeprawiwszy się przez Motławę dotarły 19 lipca do Głowy. Tam podjęto próbę skierowania Leniwki gdańskiej do Szlcarpawy, a nawet do morza za pomocą kanału, który zamierzano wykopać na Nizinie Fryskiej (Nehrung), tzw. Mierzei. Poczynione wysiłki bez należytego przygotowania nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, wręcz przeciwnie. Rozkopanie i przerwanie obwałowań wyrządziło szkody na kilka tysięcy złotych. Zatopiono w rzece 3 statki załadowane kamieniami, lecz i one nie zatrzymały żeglugi. Zbudowano most na łodziach z zamiarem przeprawienia wojska na prawy brzeg rzeki i działań wzdłuż mierzei w oparciu o Elbląg, jako bazę, z pomocą elbląskiej floty. Głowa jednak nie zapewniała większego bezpieczeństwa, gdyż gdańscy piechurzy przepłynęli 22 lipca Leniwką na trzech okrętach uzbrojonych w działa i eskortowanych przez konnicę posuwającą się prawym, północnym brzegiem rzeki. Most był słabo osłaniany przez węgierską piechotę, którą jazda gdańska bez trudu spędziła. Ostrzał z nielicznych dział przez szeroką rzekę nie dał rezultatów. Gdańszczanie uszkodzili więc most i bez przeszkód wrócili do miasta. Realizacja kolejnych pomysłów nastręczała więc wiele trudności. Wymagała czasu i dużych nakładów pieniężnych. Swoboda, z jaką przeciwnik poruszał się po Leniwce, budziła obawy o bezpieczeństwo tyłów operującej wzdłuż mierzei armii i linie zaopatrzeniowe prowadzące przed Głowę. Dlatego też ostatecznie zrezygnowano z zamiaru marszu do Wisłoujścia północnym brzegiem Wisły..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 83
"...Stefan Batory nie miał doświadczenia morskiego, lecz szybko zrozumiał, że warunkiem sukcesu pod Gdańskiem jest posiadanie własnej floty, która mogłaby zablokować miasto od strony morza. Oprócz celów wojskowych w grę wchodziły także sprawy polityczno-ekonomiczne, a mianowicie zapewnienie swobodnej żeglugi statkom handlującym z Rzeczypospolitą przez Elbląg. Tymczasem na początku lipca pojawiła pod Gdańskiem licząca 11 okrętów nowa flota duńska pod dowództwem Eryka Muncka, tym razem już nie w roli obserwatora i obrońcy okrętów handlowych, lecz z instrukcjami, aby w razie potrzeby wziąć czynny udział w wojnie po stronie miasta. Z Danii płynęły też pieniądze, działa i amunicja. [...]
Tymczasem w Gdańsku sprawy podążały w kierunku groźnym dla Rzeczypospolitej. Bardzo aktywna stawała się grupa zwolenników poddania miasta pod zwierzchnictwo Danii. Narzuciło to królowi pośpiech i konieczność spektakularnych sukcesów. Przygotowaniami do nowej wyprawy kierował z Głowy. Ściągały tam wolne oddziały magnackie oraz chorągwie i roty zaciężne. Na przełomie lipca i sierpnia 1577 r. w obozie królewskim przebywało około 6000 wojska. Słabą stroną armii była artyleria, na którą składały się przede wszystkim działa (20 sztuk) zabrane z Elbląga. Batory zamierzał opanować Wisłoujście, a dopiero potem pierścień blokady miał się zacisnąć szczelnie wokół miasta. Celem było więc odcięcie Gdańska od morza i uniemożliwienie dalszych dostaw duńskich. Na wezwania królewskie, sugerujące zapewne konieczność użycia piechoty, pojawili się z oddziałami prywatnymi magnaci: wojewoda krakowski Piotr Zborowski, marszałek nadworny Andrzej Zborowski, wojewoda brzeski Jan Służewski, wojewoda bełski Andrzej Tęczyński, wojewoda płocki Piotr Potulicki; kasztelanowie: trocki Ostafi Wołłowicz, warszawski Wojciech Ręczajski, dobrzyński Paweł Działyński, biecki Mikołaj Firlej. Każdy z nich posiadał poczet liczący od kilkunastu do kilkudziesięciu koni. 200-u na żółto umundurowanych knechtów przyprowadził tylko marszałek wielki koronny Andrzej Opaliński. Wojewoda podolski Mikołaj Mielecki przysłał 150 koni, prymas Jakub Uchański 200 piechoty, stanęło też 50 żołnierzy od wojewody mścisławskiego Jerzego Ościka z Litwy i 50 od Jana Płazy. Według T. Korzona liczba ochotników wzmacniających wojsko polskie najprawdopodobniej nie przekroczyła 1000 osób. [...] Przy założeniu, że siły królewskie składały się z około 4000 jazdy i 2000 piechoty, szacować można, że znalazło się w nich 2500 konnych i 900 piechurów zaciężnych. Pozostała część wojska to 1000 jazdy i 600 piechoty nadwornej oraz 500 jazdy i 500 piechoty prywatnej i ochotniczej. Również siostra króla przysłała z Siedmiogrodu pięć chorągwi hajduków, lecz przybyły na miejsce dopiero 31 sierpnia.
Na początku sierpnia król znów podjął, ze wzmocnioną armią, aktywne działania zbrojne. Ominął Gdańsk od południa i zachodu, by 7 sierpnia dotrzeć do Oliwy. Pomiędzy zburzoną osadą i klasztorem a nadbrzeżnym Jelitkowem (Gładkowem, Gletkau) pod Konradshammer przy Potoku Oliwskim, założono warowny obóz. Kwatera królewska mieściła się nad jeziorem między Zaspą a Brzeźnem. Ku Wisłoujściu ruszył - podobnie jak przed miesiącem - Weiher z 20 działami i 5 rotami piechoty zaciężnej i nadwornej (ok. 1500 drabów i hajduków). Zajął on dawne swoje pozycje, sypiąc piaskowe szańce umocnione drewnem. Ustawiono na nich 18 dział z lufami skierowanymi na Latarnię. Drugą baterię (2 działa) obrócono na południe dla tamowania komunikacji lądowej i wodnej Gdańska z Wisłoujściem. Na brzegu morskim u samego ujścia Wisły rozpoczęto budowę blokhauzu dla osłony stanowisk polskich przed flotą duńską krążącą po Zatoce Gdańskiej. Nie udało się jednak go dokończyć przed rozpoczęciem walk. W ciągu miesiąca gdańszczanie naprawili fragmenty murów samej Latarni, które uległy uszkodzeniu podczas poprzedniego oblężenia. Zwiększyli załogę twierdzy do 550 piechurów, zaopatrzyli ją w dodatkowe 4 działa, proch i amunicję. Na wschód od fortyfikacji znajdował się obóz wojska gdańskiego. Dostęp do niego zamknięty był szańcem obsadzonym przez kompanie piechoty szkockiej i francuskiej.
Przeciwnik był czujny i dobrze przygotowany. Kiedy hajducy węgierscy zajęli las dębowy pod Schellmuhl (Młyniska) 9 sierpnia, Szkoci szybko i sprawnie przeprowadzili kontratak, wypierając ich na wcześniej zajęte pozycje. Podobne zdarzenie miało miejsce 11 sierpnia pod Furstenwerder (Książęcą Wyspą, Ostrów). Następnego dnia 5 rot piechoty polskiej i 300 żołnierzy gdańskich stoczyło między sobą walkę pod kaplicą Jerusalem. Poległo 180 żołnierzy polskich, a do wywiezienia zwłok użyto 17 wozów. Krwawe starcia, do których doszło w odległości 2-3 km na południe od stanowisk Weihera, wynikały zapewne z nieudanych prób przerzucenia piechoty polskiej na prawy brzeg Wisły, by w ten sposób okrążyć Latarnię i obóz gdański od południa i wschodu, przecinając tym samym linie komunikacyjne przeciwnika ze zbuntowanym miastem. Nie można wykluczyć, że desant na Ostrów planowano przeprowadzić na tych ściągniętych przez Weihera z Pucka okrętach kaperskich, którym udało się przemknąć obok Latarni i podpłynąć w górę rzeki..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 83-87
"...Jak wspominaliśmy, brak możliwości skutecznego szkodzenia głównym umocnieniom Gdańska spowodował, że powrócono do koncepcji zaatakowania Wisłoujścia. Gdańszczanie jednak, przewidując taki obrót sprawy, zadbali o dodatkowe zabezpieczenia. W tym celu naprawili uszkodzone mury, powiększyli załogę, usypali nowe szańce i wzmocnili stan uzbrojenia, przesyłając prochy, pociski i kilka ciężkich dział. Dzięki zachowanym dwóm odręcznym rysunkom wykonanym współcześnie, które stanowią cenne uzupełnienie relacji pisanych, mamy w miarę dokładny obraz stanu warowni, o którą kolejny raz zamierzały się pokusić wojska królewskie. Przygotowania czyniła także strona Polska. W celu zdobycia Latarni naprawiono dawne umocnienia z poprzednich walk, usypano nowe szańce i rozpoczęto ostrzał z ciężkich dział oblężniczych..."
Fragment książki: Karol Olejnik "Stefan Batory" s. 127
"...Głównym obszarem działań były jednak nie przedpola Gdańska, lecz Wisłoujście. Od 11 sierpnia armaty ustawione na szańcach biły w wieże i mury Latarni. W ciągu 10 dni oddać miano na twierdzę 9875 wystrzałów, a więc dziennie każde z 18 dział strzelić musiało aż 55 razy. Bombardowanie było skuteczne, a więc użyto dział dużego kalibru: falkonów, feldszlang, serpentyn, falkonetów. Wiadomo też, że strzelano z dział ognistych kulami kamiennymi lub bombami zapalającymi o średnicy około 2,4 cm. Wznieciły one pożar w drewnianych umocnieniach otaczających Latarnię, a zwłaszcza w palisadzie ciągnącej się za wzmocnionym kamieniami brzegu wiślanym. Szerzący się 21 i 22 sierpnia ogień stopił nawet jedno z dział gdańskich. Najważniejszym skutkiem ostrzału artyleryjskiego było jednak zburzenie wieży Latarni. Obrońcy musieli zejść do wieńca, też już znacznie uszkodzonego, gdyż od strony zachodniej powstała wyrwa sięgająca wysokości ściany. Dn. 23 sierpnia nadeszła odpowiednia chwila do przeprowadzenia szturmu.
Największym problemem była przeprawa piechoty przez Wisłę. Wiadomo, że ściągnięte przez Weihera okręty kaperskie pięć razy pomyślnie przybijały do wydm między ujściem Leniwki a morzem i twierdzą. Przewieziono w ten sposób około 1000 piechurów węgierskich, polskich i niemieckich. Okrętów było dziewięć, a więc każdy z nich desantował za jednym rejsem 20-25 żołnierzy. Nie mogły więc to być baty, duże łodzie wiosłowe przystosowane do wysadzania małych desantów, bo nimi można było przewieść tylko do 12 ludzi. Najprawdopodobniej Weiher dysponował szkutami wiosłowo-żaglowymi o dwukrotnie większej pojemności, 16-osobowej załodze i uzbrojeniu składającym się z 5-6 działek. Za szóstym desantem nieprzyjaciel zorientował się w niebezpieczeństwie i wszczął alarm. Ku ujściu Wisły ruszyły późnym popołudniem z obozu gdańskiego kompanie szkockie i francuskie, nadciągnęła też rota mieszczańska wysyłana kolejno codziennie z miasta do pomocy przy pracach fortyfikacyjnych. Wreszcie nadpłynęły okręty duńskie, które z cięższych dział otworzyły ogień do żołnierzy weiherowych. Wzięci w dwa ognie piechurzy zostali praktycznie odcięci, gdyż flota duńska dowodzona przez Muncka i składająca się z 11 większych okrętów bez trudu odpędzała, ścigała i zatapiała szkuty kaperskie. Stłoczeni na wąskim skrawku nadbrzeża żołnierze ponosili straty od ognia artyleryjskiego i ręcznej broni palnej sięgające 300-400 zabitych. Jak zapisano w źródłach „sami nie mogli należycie bronią władać w ciasnocie na wąskim skrawku ziemi, - wydzierali z niej kamienie, żeby się zasłonić barykadą; niektórzy spadali, inni skakali z rozpaczy do morza". Na lewy brzeg Wisły przybył sam król przyprowadzając wsparcie w postaci 800 żołnierzy. Były to ostatnie już roty piechoty zaciężnej (500 drabów dowodzonych przez Żbikowskiego) oraz spieszona jazda prywatna i ochotnicza (300 zbrojnych Mikołaja Mieleckiego, Andrzeja Zborowskiego i Jana Płazy). Przy zapadającym zmroku przeciągnięto z jednego brzegu na drugi linę, do której przymocowano złączone ze sobą łodzie i tratwy. Po tej zaimprowizowanej przeprawie przerzucono posiłki, które wchodząc na równinę prawobrzeżną na północ od Latarni odciążyły piechotę Weihera. Przed świtem 24 sierpnia dostało się jeszcze na prawy brzeg rzeki 200 piechurów mazowieckich prymasa i około 50 spieszonych jeźdźców litewskich Ościka. W ten sposób siły polskie na przyczółku wiślanym między twierdzą a morzem wzrosły do blisko 2 000 ludzi i kilku lekkich dział.
Rankiem 24 sierpnia od nowa rozgorzała krwawa walka. Przypuszczalnie natarcie piechoty zaciężnej Weihera (900 ludzi) rozwijało się na lewym skrzydle w kierunku obozu gdańskiego. Na prawym zaś skrzydle atakowała prywatna piechota i spieszona jazda (1100), która zbliżyła się do Latarni „na rzut kamienia". Dowodzący tu zapewne Żbikowski opanował nawet jeden wschodni szaniec, a komendant Latarni pułkownik Georg von Schweinitz oraz kapitan Farensberg zostali ranni. Gdańszczanie przez cały jednak czas zasilali swych walczących posiłkami z miasta. Szturmując pod ogniem kilku dział i co najmniej setki arkebuzów, słabo wyszkolona i zaimprowizowana spośród jeźdźców piechota prywatna mimo zbliżonej liczebności nie była w stanie przełamać obrony pikinierów. J.Bielski zapisał w swej kronice, że gdańszczanie zdobyli dwie polskie chorągwie: „jednej Ościkowej, a drugiej arcybiskupiej, pierzchnęli bowiem nowotni Mazurowie i Ościkowi piechurowie, który tegoż dnia przyszli". Źródła niemieckie wspomniały też o kilku działach porzuconych przez Polaków w czasie odwrotu. Nie powiodło się też piechurom Weihera. Szkoci dowodzeni przez pułkownika Wiliama Stuarta i strzelcy gaskońscy Jana Garona (około 1200 żołnierzy) zostali wsparci przez 3 kompanie mieszczańskie przyprowadzone przez wielkiego przegranego spod Lubieszowa „najwyższego hetmana" Hansa Winckelbrucha (600), tak więc siły nieprzyjacielskiej piechoty wzrosły do około 1800 ludzi, czyli były w tym miejscu dwukrotnie liczniejsze od polskich. Natarły one na przyczółek rozpaczliwie broniony przez hajduków węgierskich, polskich drabów i Niemców w służbie królewskiej. W starciu zginął trafiony kulą między oczy sam Winckelbruch, a dowództwo po nim objął Duńczyk Hans Farensbeck. Szkoci i Francuzi ogniem trzymali przeciwnika na odległość, a dysponując lepszą bronią palną i sprawniej stosując kontrmarsz, wyparli piechotę królewską z powrotem do przeprawy. Batory obserwujący walkę z przeciwnego brzegu nie mógł wesprzeć jazdą cofających się, ponieważ budowa mostu nie była skończona, a przedostające się po łodziach posiłki mogły tylko spiętrzyć tłok na wąskiej przeprawie i zwiększyć liczbę ofiar. W rezultacie udało się wycofać z prawego brzegu większość żołnierzy, przyczółek utrzymano, o godzinie 17-ej strzały ucichły, ale straty były ogromne. Zginęło 500 ludzi, zwłaszcza w piechocie Weihera.
W ciągu następnych trzech dni ukończono pod osłoną roty pieszej rozmieszczonej na szańcach budowę mostu pontonowego, układając z desek droźnię na belkach zamocowanych na łodziach. Miała ona szerokość trzech ludzi obok siebie maszerujących. Dnia 28 sierpnia przeszło po nim 8 rot (około 1600 żołnierzy). Były to oddziały zdziesiątkowanej piechoty zaciężnej, nadwornej i prywatnej (około 900 ludzi) oraz częściowo spieszona jazda (700 zaciężnych). Ponowiono szturm na Latarnię, ale bez powodzenia. Przypuszczalnie w walkach z lancknechtami pod Latarnią brały również udział nadworne chorągwie husarskie, ale nie mogły się wykazać swymi bojowymi walorami ze względu na ciasny teren pocięty rowami, szańcami i palisadą. Wskazuje na to opisany przez B. Paprockiego wyczyn dworzanina królewskiego Marka Sobieskiego, dziada króla Jana III, który - jeśli wierzyć heraldykowi - „pode Gdańskiem tym sposobem z Niemcy wiele a mężnie czyniąc rozgromił ich; wpadł mu jeden w przekopę, którego sięgał szablą, chcąc go dokonać, ale go nie mógł z konia dosiądź, Niemiec go wtem on szpadą ciął w nogę, tak aż do pół stopy przez ostrogę przeciął. Drugi potem Niemiec z tyłu przypadłszy, uderzył go rusznicą w głowę, aż przykląkł. Wtem przypadli Polacy, Niemce odgromili, onego odratowali. A gdy nie mógł rowu przeskoczyć, objeżdżał nad Wisłą do miejsca lepszego, wtem się z nim brzeg urwał, począł tonąć, koń pływać nie umiał, sam tak we zbroi jako był w potrzebie Wisłę przepłynął. A gdy pod brzeg przykry trafił, nie mógł także wynidż, zaledwie był ratowan, gdy mu dodano drzewa albo kopii". Kolejne dni zeszły na obustronnych walkach, w czasie których gdańszczanie ponawiali zaciekłe ataki, których celem było zniszczenie mostu.
Pierwsza próba spalenia mostu płonącą szkutą, wypełnioną drewnem i słomą, nie powiodła się, strzelcy polscy rozstawieni na brzegu nie pozwolili jej zbliżyć się do Wisłoujścia (29 sierpnia). Zadanie to zobowiązał się wykonać innym sposobem Holender Dirk Hendrich, żądając 200 talarów Magistrat przyjął propozycję, dał mu 20 strzelców, kilka małych dział i 50 łasztów ładunku. 1 września ochotnicy mieszczańscy zdołali dotrzeć na ciężkich szkutach do mostu, porąbać tratwy, liny, a most puścić z biegiem Wisły, odcinając 600 doborowych żołnierzy królewskich z zaciężnych rot piechoty. Oddziały stacjonujące na prawym brzegu złożyły wówczas broń, poddając się gdańszczanom; przywitano ich ogniem tak, że ocalało jakoby tylko trzydziestu ludzi. Była to dotkliwa strata, ale dotkliwszą było załamanie się królewskiego planu. Stopień wyniszczenia piechoty królewskiej był tak duży, że Batory zdecydował się na zaniechanie prób zdobycia Latarni. Straty wynosiły około 1250 zabitych, a więc blisko 2/3 stanu piechoty sprzed miesiąca..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 87-92
"...Dn. 6 września wojska królewskie opuściły przedpola twierdzy. Jedyne co zrobiono, to częścią jazdy blokowano dojazd do miasta. Porozmieszczano ją małymi oddziałami w punktach zbiegu dróg dla przecinania ruchu handlowego i wszelkiej komunikacji, większe zaś garnizony konne i piesze ulokowano w miastach: Starogardzie, Tczewie, Fürstenau, Sobowidzu. Wioskę Pruszcz oszańcowano z zamiarem pozostawienia załogi, nawet jeśli będzie to konieczne przez całą zimę. [...]
Gdańsk rozzuchwalony ustąpieniem króla z Wisłoujścia, natychmiast postanowił skierować odwetowe uderzenie na Elbląg. W dół Wisły 10 września popłynęła flota gdańsko-duńska złożona z dwudziestu okrętów (pięć galeonów i około piętnastu pinek) z 1500 żołnierzami na pokładzie. Naczelne dowództwo, mimo obecności admirała Munka, objął hrabia Ferdynand Hardeck. Okręty wpłynęły do Zalewu Wiślanego zajmując po drodze statki handlowe wychodzące z Elbląga; dokonały napadów na Braniewo, Frombork, Tolkmicko i inne miasta, ostrzeliwując je i biorąc kontrybucje. Flota polska wobec przewagi wroga schroniła się do Elbląga i Królewca. 17 września nieprzyjaciel uderzył na Elbląg i wysadziwszy desanty, spalił spichlerze w porcie. Zagarnięto 6 polskich okrętów, spalono budowany tu galeon „Smok"; mniejsze statki udało się uratować, wciągając je w górę Elblążanki. Oblężone miasto, mimo gróźb admirała Munka i strat od ognia artylerii okrętowej, nie poddało się. Batory w samą porę dowiedział się o napadzie. W ostatniej chwili - na dzień przed atakiem przeciwnika - wysłał trzystuosobowy oddział piechoty węgierskiej pod dowództwem Kaspra Bekesza. Dzięki szybkiej akcji Elbląg nie został zniszczony. Piechota królewska spędziła lądujących gdańszczan na statki i zmusiła do odwrotu. Duńczycy, tracąc 30 jeńców i 1 okręt, musieli się wycofać. Okręty duńskie i gdańskie do 28 września krążyły po Zalewie Wiślanym zapuszczając się aż pod Królewiec, chwytając lub niszcząc około 60 statków handlowych i szkut, potem powróciły do Gdańska. Był to rewanż za klęskę nad Jeziorem Lubieszowskim i sankcje gospodarcze nałożone przez króla
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 92-93
"...Działania utknęły w martwym punkcie. Pewne wyczerpanie się sił obu stron, pomnożone o nagłą bierność króla, wpłynęło na przerwanie akcji około 28 września. Wojna ogranicza się do walki podjazdowej.
Stefan Batory miał dość tej wojny. Gotów był do ustępstw, na które teraz nie chcieli się zgodzić gdańszczanie. Śpieszyło mu się na sejm, zaczął pojmować, że w gruncie rzeczy wojna ta nie ma dla niego większego znaczenia. Nie przynosiła ani wzmocnienia jego władzy, ani tym bardziej nie utrwalała sławy wielkiego wodza. Nie chciała jej też — jak to widać było w Toruniu — szlachta koronna. A przecież to powinna była być jej wojna. [...] Mieli oni ratować królewski prestiż. Nieprzyzwyczajony do porażek Batory chciał się z całej sprawy wywinąć tanim kosztem: groźniejsze chmury gromadziły się nad Litwą i król nie miał już serca ani chęci na zdobywanie Gdańska. [...]
Batory przed szlachtą usprawiedliwiał swe porażki pod Gdańskiem niezwykle ciężkim terenem poprzecinanym siatką rzeczek, strumieni i bagien. Wskazywał na zdradę wśród zaciężnych oddziałów niemieckich będących w polskiej służbie. Ale nie tylko. „Często żalił się na panów [Piotra i Jana Zborowskich], do których posłowie gdańscy pod pozorem rokowania raz po raz chodząc w napełnianych winem naczyniach ukryte złoto nosili; stąd zapewne król mawiał, że on ołowianymi, a gdańszczanie złotymi kulami strzelali". Co do kul — znaczna przesada, a piszący o tym kronikarz przy okazji spuścił miłosiernie kurtynę milczenia na podejrzane machinacje nader pazernego Jana Zamoyskiego. Wreszcie — król twierdził, że „umyślnie dobywania i wzięcia" miasta zwłóczył, gdyż nie chciał go rujnować z kretesem i burzyć; przecież to brylant w jego koronie. Możemy to uznać raczej za konieczny urzędowy optymizm: miasto po prostu nie dało się zburzyć, a Batory też tego nie chciał. [...]
Tymczasem królowi przyszło po raz pierwszy dowodzić w tak trudnym terenie, co wymagało niezwykłych kwalifikacji wojskowych. Tych zresztą królowi nie brakowało. Nie miał jednak pod Gdańskiem czasu na naukę: był pod przemożnym naciskiem tego, co działo się z Rzecząpospolitą od wschodniej i południowej ściany. To bez wątpienia zaczęło wpływać na widoczną nerwowość poczynań władcy, gdy okazało się, że Gdańsk szybko się nie podda, a manifestacja siły nie wystarczy. Nerwowość objawiła się w charakterystyczny sposób: król — ten zdecydowany, pewny swego wódz — w pewnym momencie zaczyna chwytać się różnych pomysłów, ulegając podpowiedziom to własnego rozumu, to Zborowskiego, to Zamoyskiego. Spod Gdańska pod Latarnię, spod Latarni pod Tczew i Malbork. Tymczasem duża, jak na warunki polskie, dobrze wyszkolona armia tkwiła w Prusach, czekając Bóg wie na co: większość działań prowadził król niewielkimi siłami. A przecież tu nie szło o przestraszenie nuncjusza Laureo czy też prymasa Uchańskiego fioletową czy czerwoną gwardią węgierską, ale o walkę z nowocześnie ufortyfikowaną, bogatą i, jak się okazało, bitną twierdzą. Ów brak jednolitego planu gry wojennej dał się mocno odczuć i był jedną z przyczyn niepowodzeń króla. Rozwlekłość działań, przedłużanych umiejętnie gdańskimi rokowaniami i pieniędzmi, też się do tego znakomicie przyczyniała..."
Fragment książki: Jerzy Besala "Stefan Batory" s. 179-181
Po tym epizodzie aktywne działania zamarły. Wojna ograniczyła się do walki podjazdowej, prowadzonej przez pewien czas w okolicy Gdańska i na Żuławach, a polegającej na paraliżowaniu komunikacji przeciwnika. Konflikt powoli wkraczał w decydującą fazę, ale miał być rozstrzygnięty drogą dyplomatyczną. Skuteczna okazała się interwencja margrabiego brandenburskiego Jana Jerzego, który w interesie Jerzego Fryderyka księcia Ansbach pragnął doprowadzić do pacyfikacji stosunków w Prusach Królewskich i stabilizacji Hohenzollernów w księstwie. Mediacje i zawarcie pokoju nie mogły przynieść najmniejszej ujmy na królewskim honorze i potężnej Rzeczypospolitej. O pośrednictwo poprosił elektorów Gdańsk i dopiero wtedy król zgodził się na mediacje. Doszło do bezpośrednich rokowań z gdańszczanami w Malborku 5 grudnia. Zawarty 12 grudnia 1577 roku (faktycznie 8 XII t.r.) układ wskazywał, że władcy bardziej szło o pieniądze, niż o interes morski państwa i podporządkowanie miasta. W myśl traktatu Batory otrzymywał należne suwerenowi oznaki sukcesu i zwierzchnictwo. Oporne miasto przeprosić musiało króla, złożyć komisarzom przysięgę wierności, rozpuścić wszystkie wojska najemne, uiścić należne podatki i wypłacić 200 tysięcy złotych klasztorowi cystersów w Oliwie, który został splądrowany i spalony w końcu września 1576 roku. Gdańsk miał otrzymać odszkodowanie za szkody w majątku ruchomym w kwocie 30 tysięcy złotych. W zamian za te ustępstwa król znosił interdykt, którym obłożył miasto, potwierdzał przywileje i wolność wyznania augsburskiego. Natomiast sprawę utrzymania statutów Karnkowskiego i podatku zwanego palowym, znacznie ograniczającym swobody finansowe i polityczne Gdańska, odłożono na czas sejmu. Tego samego dnia na zamku w Malborku posłowie miasta: Ferber, Rosenberg, Lembke oraz ławnik Ernest Kleinfeldt i reprezentant pospólstwa Noetke, w obecności senatorów i posłów książąt Rzeszy, przeprosili króla, a on zniósł zawieszoną nad nimi banicję. Zwycięstwo króla było nominalne. Wojna nie przyniosła ani wzmocnienia jego władzy, ani tym bardziej nie utrwaliła sławy wielkiego wodza. Monarcha zapewne liczył, że znajdzie w kwestii gdańskiej poparcie nie tylko stanów pruskich, ale i koronnych. Zawiódł się. Pod wpływem swoich doradców, w tym kanclerza Jana Zamoyskiego, wydał 26 lutego 1585 roku przywilej palowy kończący spór z Gdańskiem. W zamian za połowę dochodów z palowego, którego wysokość została podwojona, król zniósł konstytucje Karnkowskiego, potwierdził uprawnienia morskie miasta, przyrzekł nie organizować flot kaperskich, nie nakładać nowych ceł, nie zmieniać kierunku handlu wiślanego, zachować prawo o gościach. Batory spełnił więc wszystkie postulaty miasta, ustąpił zadowalając się zwiększeniem dochodów państwa..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 93-94
"...Rzeczpospolita do wojny z Gdańskiem była właściwie nieprzygotowana. W działaniach wojennych Stefana Batorego wyraźnie widoczna jest dysproporcja sił stron walczących. Miasto otoczone było potężnymi murami, wzmocnione bastionami i bronione doskonałymi warunkami naturalnymi. Praktycznie zbliżenie się nieprzyjaciela pod mury Gdańska było wykluczone. Pozostawała możliwość okrążenia i nękania twierdzy artyleryjskim ostrzałem z okolicznych wzgórz. Aby jednak zamknąć pierścień oblężenia, potrzebne były liczne siły z przewagą piechoty i potężną artylerią oraz flota, która by mogła odciąć dowóz zaopatrzenia i sprzętu od strony morza. Siła, jaką dysponowała Korona, była zupełnie bez znaczenia wobec potęgi umocnień miasta. Gdańsk dysponował odpowiednio liczną i dobrze wyposażoną piechotą. Liczba ludności pozwalała na powołanie pod broń takiej jej części, jaka z powodzeniem wystarczyła do obsadzenia umocnień. Miasto dysponowało tak ogromnymi zasobami finansowymi, że mogło sobie pozwolić na zaciąg zawodowych żołnierzy. Flota również stanowiła rezerwuar siły żywej i sprzętu artyleryjskiego. Poza tym miasto miało powiązania międzynarodowe, które w razie potrzeby mogły być wykorzystane w postaci interwencji dyplomatycznej.
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 94-95