ozdoba

Najazd Tatarów na Ruś 1594

ozdoba

"...Przewidywania się sprawdziły. Sułtan Murad III wezwał Tatarów na Węgry. Chan krymski Gazi Girej wyruszył w czerwcu 1594 r. z 30-tysięczną armią. Oprócz głównej siły tatarskiej w postaci jazdy, zmobilizowano dodatkowo wielu ludzi do służb pomocniczych w celu sprawnego zorganizowania przepraw na drodze przemarszu, zabezpieczenia potrzeb aprowizacyjnych w początkowej fazie działań i osłony rejonu koncentracji wojsk. Ich liczba sięgać mogła 1/3, a nie - jak podawał Eryk Lassota - 3/4 całości zgromadzonych wojsk. Prawdopodobnie udział w wyprawie wzięli też janczarzy stacjonujący na Krymie. Dołączył też oddział tureckiej jazdy - spahii. Chan zebrał również znaczne stada bydła i owiec, stanowiące zabezpieczenie żywnościowe na wypadek odcięcia ordy od przygotowanych stacji aprowizacyjnych, oraz wielbłądy objuczone dobrami niezbędnymi dla chana i jego krewnych. Już pod koniec maja wojska tatarskie rozpoczęły przeprawę przez liman Dniepru na drugi brzeg w okolicach Tawania. Dla jej osłony Turcy wydzielili znaczną flotę złożoną z 8 galer, 15 karawel oraz ponad setki małych łodzi transportowych (sandał), które przewoziły ludzi i zwierzęta przez rzekę. Przeprawa była zakłócana przez Kozaków w służbie cesarskiej z trzytysięcznego oddziału zwerbowanego wcześniej przez szlachcica przemyskiego Stanisława Chłopickiego. Ataman Bohdan Mikoszyński wybrał się mianowicie 31 maja z 1300 Kozakami na 50 czajkach w dół Dniepru. Nie przewidział jednak, że przeprawę będzie ubezpieczać silna flota turecka, która wytropiła oddział kozacki i po dwóch krwawych potyczkach zmusiła go do odwrotu w górę rzeki. Kozacy powrócili 18 czerwca do Bazawłuku tylko z jednym jeńcem pochodzącym z dworu chańskiego. Miejscem koncentracji wszystkich sił tatarskich był Berezan, do którego przybył sam Gazi Girej po przekroczeniu limanu Bohu i Carowej Krynicy. Spotkał się tam z sandżakbejem oczakowskim Ahmedem w celu omówienia szczegółów przemarszu wybrzeżem czarnomorskim do Dniestru. Rzekę tę sforsowali Tatarzy przypuszczalnie pod Tehinią, po czym ruszyli szlakiem wołoskim na północ przez pustkowia Besarabii.

Hospodar mołdawski Aaron już w maju przestrzegał Żółkiewskiego o zamiarach tatarskich przemarszu przez Ruś w kierunku Sambora. Ten jednak nie dowierzał hospodarowi i przesunął swe chorągwie spod Latyczowa na północny wschód do Chmielnika w celu zamknięcia czarnego szlaku. Nakazał jedynie chłopom pozamykać zawałami z drzew górskie trakty szczególnie od strony Buczacza. Pierwszy w sytuacji zorientował się Semen Nalewajko. Puścił się w pogoń za Tatarami z 2-tysięczną jazdą kozacką osłaniając Podole na linii Dniestru, zapewne nad Reutem rozbił kilka czambułów, zaatakował przygotowaną dla maszerującej ordy przez hospodara Aarona stację żywnościową w miejscowości Piskany i uprowadził około 4 tys. koni. Gdy główne siły chańskie znalazły się nad Prutem, Kozacy zawrócili z powrotem za Dniestr. Tymczasem Zamoyski, pamiętając przebieg działań sprzed czterech lat i mając świeższe wiadomości z wypadu kozackiego, ruszył na południowy zachód i rozłożył się z niewielkimi siłami koło Gródka pod Błozowem, niedaleko Sambora. Planował zatarasowanie przejść górskich zasiekami i wzmocnienie ich piechotą wybraniecką i Kozakami. Zamknięcie przejścia Tatarom było bardzo trudne. Nie tylko, że nie orientowano się jaką drogą pomaszerują Tatarzy na Węgry, ale i nie miano dostatecznych sił, aby obsadzić trzy największe szlaki prowadzące z Polski przez Karpaty. Hetman wielki skupił więc główne siły w warownym obozie na południowy zachód od Lwowa. Zamierzał przeciąć tzw. Drogę Piotrową (nazwa od trasy ucieczki hospodara Piotra V w 1591 r.) prowadzącą przez Sambor na południe do Przełęczy Użockiej i dalej na Munkacz. Wiedząc już o pochodzie tatarskim przez Mołdawię dał znać Żółkiewskiemu, by ten ze swym wojskiem dążył do niego. Rozesłano też wici do szlachty, która miała się zbierać pod Gródkiem Jagiellońskim koło Lwowa. Koncentracja sił pod komendą Zamoyskiego przebiegała bardzo wolno. Jako jeden z pierwszych na apele hetmańskie zareagował biskup krakowski Jerzy Radziwiłł. Jeszcze w końcu czerwca wyłożył pieniądze na zaciąg 200 piechurów, którzy w trakcie najazdu tatarskiego dołączyli do sił hetmana wielkiego. Zanim posiłki nadeszły, armia chańska wkroczyła na Pokucie.


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 116-118

"...Dnia 2 lipca Tatarzy splądrowali Śmiatyń, a następnie spalili Kołomyję. Uszkodzony przed kilkoma laty zamek śniatyński nie nadawał się do przyjęcia uderzenia tatarskiego. Starosta i komendant Mikołaj Jazłowiecki po rozpoznaniu zagrożenia, wycofał się więc z załogą do Gródka, pozostawiając miasto bez obrony. Na terenie Pokucia znajdowały się jeszcze trzy chorągwie jazdy kwarcianej i oddziały prywatne. Rotmistrze Jakub Koryciński i Jan Szczucia patrolowali pogranicze między Dniestrem a Prutem aż po terytorium mołdawskie, a cofnięty Jakub Potocki pilnował przepraw przez Dniestr na zachód od ujścia Seretu. Pod Kołomyją Gazi Girej rozdzielił siły na dwie nierówne części. Dysponując wraz z posiłkami tureckimi około 25 tysiącami żołnierzy, chan wysłał na obszary naddniestrzańskie około 5-8 tys. wojowników, tworząc z nich osłonę przed siłami polskimi dla głównej armii podążającej terenem Podkarpacia. Zachowywano jednak ciągłą łączność między rozdzielonymi wojskami. Tatarzy otrzymali od hospodara Aarona przewodników dla wyznaczenia optymalnej drogi przemarszu. Posiadając doskonałą znajomość terenu wydzielone oddziały tatarskie ruszyły boczną drogą na północ i puściły z dymem Gwoździec, Obertyn, Kołaczkowce i Żuków. Polacy, posiadając niewystarczającą liczbę wojska (około 600-700 jazdy), rozpoczęli bez walki odwrót w kierunku Halicza, gdy tymczasem oddziały krymskie rozbiegły się po Pokuciu i niektóre z nich straciły kontakt z siłami głównymi poruszającymi się traktem z Kołomyi do Tyśmienicy. Cofające się chorągwie Korycińskiego i Szczuckiego wykorzystały nadarzającą się okazję i zorganizowały 3 lipca zasadzkę pod Niżniowem nad Dniestrem, w którą wpadł niewielki oddział tatarski. Osaczona grupa Krymców została wycięta przez jazdę polską. W tym czasie trzeci z rotmistrzów Potocki przygotowywał do obrony należącą do niego forteczkę w Czesybiesach, przeszło 7 km na południe od Halicza. Dołączyli do niego dwaj rotmistrze po zwycięskiej potyczce pod Niżniowem. Do sił głównych tatarskie oddziały osłonowe dołączyły zapewne pod Tyśmienicą, po czym chan skierował się nad Dniestr. Dnia 5 lipca ściągnął rozproszone czambuły i po spustoszeniu okolic należącej do Korycińskich Tyśmienicy, podszedł pod Czesybiesy. Zameczek zbudowany był na planie prostokąta, a umocnienia jego stanowił parkan z dębowych bali z czterema basztami strzelniczymi. Zamykając się w nim obrońcy zapewne liczyli na szybką odsiecz i broń palną zgromadzoną w dużych ilościach w forteczce. Przez kilka godzin załoga stawiała zacięty opór szturmującym Tatarom i janczarom. Ostrzelanie zamku z armat też nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Wówczas nastąpił wypadek, który przechylił szalę zwycięstwa na stronę tatarską. Młody pachołek Potockiego nazwiskiem Laskowski, prawdopodobnie po trafieniu go przez szturmujących, upuścił zapalony lont od hakownicy, który spadł na beczkę prochu powodując eksplozję i zniszczenie części umocnień. W tej sytuacji dalsza obrona nie miała szans powodzenia i Potocki postanowił przebijać się do pobliskiego Dniestru. Według miejscowego podania wypadł z Czesybies z okrzykiem „Jezu, daj pole", przez co później miasteczko nazwano Jezupolem. Dopaść zbawczej rzeki udało się tylko kilkunastu żołnierzom z rotmistrzami na czele.

Zdobycie Czesybiesów i wyeliminowanie polskiej jazdy otworzyło Gazi Girejowi drogę na Halicz, pod którym stanął 6 lipca. Drewniane umocnienia zamku wznosiły się na wierzchołku wysokiej i stromej góry, na prawym brzegu Dniestru, dominując nad leżącym w dolinie miastem, również otoczonym drewnianym parkanem. W warowni schroniła się znaczna liczba okolicznych mieszkańców, a obroną kierował szwagier Zamoyskiego, starosta kołomyjski i wojewoda bełski Stanisław Włodek. Oddziały chańskie bez trudu opanowały miasto i rozpoczęły szturmy do zamku odpierane przez dzielnie się broniącą załogę. Udało się Tatarom podpalić drewniane umocnienia i gdy się szykowali do ostatecznego ataku przez wypaloną wyrwę, jeden z murzów krymskich został zabity kamieniem rzuconym przez obrońców. Wypadek ten miał wpłynąć na decyzję chana o przerwaniu szturmu, czego nie można wykluczyć biorąc pod uwagę ówczesne przesądy tatarskie. W rzeczywistości Gazi Girej brał pod uwagę opóźnienia w trwającym już tydzień pochodzie, które były wynikiem przede wszystkim angażowania się w mozolne zdobywanie zameczków i obronnych dworów. Wiedział zresztą, że Zamoyski zbiera siły do konfrontacji z jego armią. Nie zamierzał zresztą przeprawiać się przez Dniestr i dążąc na Węgry skierował się na zachód. Pokonując średnio około dwudziestu kilku kilometrów dziennie, Tatarzy sforsowali Łomnicę, Świcę i podeszli nad Stryj. Po drodze wydzielone oddziały zajęły i dotkliwie zniszczyły należący do Żółkiewskiego Kałusz, następnie Martynów, Wojniłow, Żydaczów i Sokołów, a po osiągnięciu wieczorem 7 lipca Stryja Tatarzy spustoszyli miasto i jego okolice. Tego samego dnia Zamoyski dysponując zaledwie 400 żołnierzami wyruszył z Gródka Jagiellońskiego i przybył do okopanego obozu wojennego nad rzeką Błożewką (Bołozewką), około 15 km na północ od Sambora. Wojska kwarciane wzmocnione kilkoma prywatnymi chorągwiami pod dowództwem Żółkiewskiego (4 tys. jazdy) także kierowały się od 6 lipca na zachód, dążąc do połączenia się z siłami hetmana wielkiego (około 6-7 tys. zbrojnych).

Gazi Girej nie zamierzał jednak wdawać się w walki z wojskiem polskim. Stojąc pod Stryjem miał do dyspozycji trzy szlaki karpackie umożliwiające przejście na stronę węgierską. Pierwszy wiódł w górę rzeki Stryj do miejscowości Synowódzka, następnie doliną rzeki Opór przez Hrebnów i przekraczając główny masyw Karpat wkraczał na tereny węgierskie koło zamku Huszt. Druga droga prowadziła do źródeł rzeki Stryj i przekraczała góry przełęczą Tuchola w kierunku na Munkacz. Trzecia („Droga Piotrowa") biegła przez Sambor na południe ku przełęczy Użockiej i dalej na Munkacz. Chan wybrał ten ostatni szlak i już zapewne 8 lipca ruszył z armią na południowy zachód lewym brzegiem Stryja, omijając od południa Drohobycz. Przypuszczalnie wieczorem po pokonaniu 24 km osiągnął obecną miejscowość Sieniewidnoje, a następnego dnia o tej samej porze Schodnicę. Trzeci odcinek drogi tej samej długości Tatarzy przemierzyli 10 lipca i dotarli do miejscowości Turka. Przez cały czas przebijali się przez utworzone na leśnych duktach zapory przy pomocy wziętych do niewoli chłopów z rejonu Pokucia wyposażonych w siekiery. Można przypuszczać, że patrole hetmańskie wysyłane spod odległego o 50 km Błozowa obserwowały przez cały czas trasę pochodu głównych sił tatarskich. Dlatego też Zamoyski zapewne już 9 lipca wiedział, że chan zrezygnował z marszu na Drohobycz - Sambor i nie zamierzał podjąć zbrojnej rozprawy z armią polską. Wyłania się pytanie, dlaczego hetman wielki natychmiast nie wystąpił ze wszystkimi siłami i nie próbował przeciąć drogę chanowi w okolicach Turki. Bierną postawę Zamoyskiego w tych dniach można uzasadnić czynnikami politycznymi, jak i wojskowymi. Staczanie generalnej batalii z Gazi Girejem w interesie Habsburgów nie mieściło się w wizji politycznej hetmana, obawiającego się zbyt dużych wpływów Wiednia nad Dunajem. Wydanie bitwy mogło mu się też wydawać pomysłem zbyt ryzykownym przy czterokrotnej przewadze liczebnej przeciwnika. Przeważająca w polskiej jeździe ciężko-zbrojna husaria mogła ulec lekkiej, a przez to bardziej ruchliwej kawalerii krymskiej w trudnym, lesistym i górskim terenie. Rejon koncentracji pod Błozowem był zresztą zbyt odległy od przełęczy karpackich, by wyprzedzić szybko poruszającego się przeciwnika. Chan zaś podjął marsz na skróty i mógł wcześniej przygotować w wąwozach beskidzkich niejedną zasadzkę, która przyniosłaby znaczne straty armii polskiej. Postanowił więc Zamoyski poczekać na przybycie wojska kwarcianego, przez co liczebność jego sił wzrosłaby o przeszło połowę. Żółkiewski miał jednak do pokonania znaczną, bo 330-kilometrową odległość (w linii prostej) z Chmielnika, a więc nawet przy 30-40-kilometrowej prędkości dziennej jego chorągwi i tak było wiadomo, że nie przybędą one na czas, by stawić czoła głównym siłom krymskim..."


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 118-122

pościg Polaków

"...Tatarzy sięgnęli niszczącymi zagonami po Sambor, a następnie Przełęczą Użocką przedostali się na stronę węgierską. Po przybyciu oddziałów magnackich siły Zamoyskiego wzrosnąć miały według przesadzonych informacji do 9 tys. żołnierzy. Znalazły się wśród nich nowozaciągnięte chorągwie, roty wybrańców, poczty prywatne i ochotnicze. Przybyły liczne oddziały magnackie, wśród nich chorągwie Konstantego Ostrogskiego i Janusza Zbaraskiego z Wołynia, wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszka, starosty śniatyńskiego Mikołaja Jazłowieckiego, starosty żydaczowskiego i kasztelana czchowskiego Mikołaja Spytka Ligęzy oraz wielu starostów m.in. barskiego i kaniowskiego. W tej sytuacji mógł hetman wielki wysłać 10 lipca w pościg za Tatarami jakoby 8 tys. jazdy, która miała się połączyć w okolicach Drohobycza zapewne w Borysławie z wojskiem kwarcianym Żółkiewskiego (2200 koni) i przypuszczalnie pospolitakami podolskimi i ruskimi (ok. 1800 koni). Jazda koronna ruszyła ku Drohobyczowi, a następnie po połączeniu sił górskimi wąwozami aż do granicy Siedmiogrodu. Pogoń za Tatarami okazała się jednak bezskuteczna. W dniu 11 lipca Żółkiewski dotarł o zmroku do obozowiska tatarskiego w okolicach Słonimia. Miejscowość ta, to zapewne wcześniej wspomniana obecna Schodnica, którą Tatarzy opuścili przed dwoma dniami, ale upozorowali ślady swej niedawnej bytności. Pozostawili mianowicie rozpalone ogniska, okulawione konie i proporce poszczególnych oddziałów. Hetman polny docierając do obozowiska sądził, że ma do czynienia ze strażą tylną przeciwnika. Nie chcąc ryzykować nocnego pościgu, a jednocześnie zamierzając dać odpocząć zmęczonym ludziom i koniom przed - jak mniemał - czekającą go bitwą, nakazał wojsku rozłożyć się na nocleg. Następnego dnia zorientował się w fortelu tatarskim i podjął dalszy pościg przez Turka docierając 13 lipca do Przełęczy Użockiej. Nie napotykając oddziałów nieprzyjacielskich i nie staczając żadnej walki żołnierze zawrócili z powrotem „wyrzekając, że konie sobie zmordowali i pochromili, a Tatarów ani widzieli, ani bili".

Tymczasem główne siły tatarskie maszerowały już Grzbietem Wierchowińskim na Munkacz. Dnia 11 lipca znalazły się pod wsią Toronya (Tychyj), w której stacjonował 700-osobowy oddział cesarski pod dowództwem Węgra Kornisza. Orda obeszła wieś i zaatakowała przeciwnika zadając mu druzgocącą klęskę. Z walki uszło zaledwie 200 żołnierzy cesarskich, znajdując schronienie w pobliskich lasach. Następnego dnia Tatarzy zatrzymali się na jednodniowy postój, aby odpocząć, rozdzielić łupy i pozbyć się zagarniętego jasyru. Ludzie, którzy pracowali przy rozbieraniu zawałów leśnych na drodze przemarszu (a takich była większość), zostali wypuszczeni na wolność, pozostałych zabito jako zbędny balast. Włączenie się Tatarów do wojny na Węgrzech utrudniło sytuację wojskom cesarskim, co sprowokowało oskarżenia o celowe działania Zamoyskiego na rzecz chana. Niewątpliwie obaj hetmani niewłaściwie przewidzieli szlak pochodu, jakim miała się poruszać armia krymska, a stąd już wypływała błędna decyzja o pozostawieniu wojska kwarcianego na Podolu. Semen Nalewajko ze swymi Kozakami i niewielkim oddziałem posiłkowym Niżowców udał się wprawdzie z pomocą hetmanom. W momencie jednak, gdy Tatarzy opuszczali ziemie polskie, znajdował się dopiero na trakcie kijowsko-kamienieckim, mijając właśnie Trembowlę. Po wkroczeniu w granice Węgier Ghazi Girej wysłał do Zamoyskiego list pełen pogróżek. W Rzeczypospolitej przepuszczenie Tatarów wzbudziło niezadowolenie. Zarzucano hetmanom opieszałość, obarczono winą za spustoszenie Pokucia, a nawet pomawiano o przekupstwo ze strony chana tatarskiego.


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 122-123

"...Król Zygmunt III, słysząc o planowanym powrocie Tatarów przez ziemie polskie, wysłał pospiesznie wszystkie oddziały magnackie i nadworne, które stacjonowały w Krakowie. Dowodzili nimi m. in. wojewoda lubelski Mikołaj Zebrzydowski, starosta śniatyński Mikołaj Jazłowiecki i sandomierski Hieronim Mielecki. Ten ostatni przysłał 1000 żołnierzy, lublinianie z Adamem Gorajskim 100, wojewoda bracławski Janusz Zbaraski i podolski Jan Siemieński 900. Najliczniejsze, bo 2 tysięczne wojsko przyprowadzili do obozu Zamoyskiego pod Łastówką wojewoda kijowski Konstanty Ostrogski wraz z młodszym synem Aleksandrem. Powracający ze Szwecji Zygmunt III Waza wydał we wrześniu odezwę do szlachty, by stawiła się pod komendę hetmana wielkiego do obrony kraju. Pod Rzeszowem zbierała się szlachta małopolska i wielkopolska, a pod Wisznią niedaleko Lwowa pospolitacy ruscy, podolscy, bracławscy, kijowscy i wołyńscy. Hetmani pozostali na pograniczu, by odciąć odwrót Tatarom. Aż do stycznia 1595 r. trzymali wojska nad granicą węgierską. Przy powrocie z Węgier Tatarzy ominęli jednak Ruś i pomaszerowali przez Mołdawię. Zapewne nie była w tym zasługa Zamoyskiego. Przypuszczalnie sułtan ostrzegł chana, aby nie prowokował Polaków.

We wrześniu 1594 r. Kozacy wyprawili się do Mołdawii. Dotarli pod Tehinię i Kilię, ale tutaj początkowe sukcesy przerodziły się w klęskę. Sprzymierzony z Turkami hospodar wołoski Michał Waleczny napadł bowiem na Kozaków przy przeprawie przez Mogilnik a później przez Dniestr, pobił ich i odebrał zdobycz. Po tym niepowodzeniu rozłożyli się Zaporożcy na leżach w województwie bracławskim i poczęli się przygotowywać do nowej akcji. W październiku Nalewajko wspólnie z Hrehorym Łobodą wyprawił się jeszcze raz do Mołdawii, by powetować sobie niedawną porażkę. Teraz legitymował się już pełnomocnictwem cesarza Rudolfa. Kozacy (jakoby 12 tys. żołnierzy) wygrali trzy bitwy, spalili lassy, spustoszyli znaczne obszary mołdawskie, a zdobyte działa przywieźli triumfalnie do Bani. W listopadzie znalazł się na Wołoszczyźnie oddział kozacki z setnikiem Demkowiczem, który miał przyjąć od hospodara mołdawskiego Aarona przysięgę na wierność cesarzowi. Kozacy ci, wraz z 4000 piechoty i 1000 jazdy siedmiogrodzkiej oraz oddziałami zbuntowanego hetmana mołdawskiego Razwana w sile jakoby 14 tys. ludzi, szachowali w okolicach Białogrodu 9-cio tysięczny oddział tatarski złożony z wojowników budziackich i dobrudzkich. Zimą 1594-1595 r. działający w porozumieniu z Habsburgami Mikołaj Jazłowiecki podjął wyprawę odwetową na Białogród. Zaciągnięci jednak przez niego Kozacy nie chcieli się bić i masowo dezertowali. Starosta śniatyński musiał w tej sytuacji zawrócić ze stepów akermańskich, a próba wmieszania Rzeczypospolitej do wojny z Turcją i tym razem się nie powiodła. Stwierdzić należy, że sojusz kozacko-austriacki nie uchronił od wparcia przez Tatarów wysiłków militarnych Porty na węgierskim teatrze działań wojennych. Kozacy próbowali udowodnić swą przydatność militarną dla Habsburgów, lecz w głównej mierze działali na drugorzędnym dla ogólnego obrazu wojny froncie. Zrezygnowali nawet z rzadko nadarzającej się okazji ataku na odsłonięty Krym tylko dlatego, że Rudolf II Habsburg potrzebował Zaporożców na bliższym sobie obszarze.


Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 123-125

Nasz serwis, podobnie jak inne warownie w sieci, używa ciasteczek w celach statystycznych oraz aby serwować Ci reklamy (Google AdSense) dopasowane do Twoich zainteresowań. Dzięki temu możemy dbać o renowację naszych treści. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.