"...Po umocnieniu się na północy zaatakował car z początkiem 1575 r. polsko-litewskie Inflanty. Od stycznia do lipca wojska moskiewskie wraz z towarzyszącymi im oddziałami Magnusa zdobyły cały północny pas tego terytorium od granicy z Estonią po rzekę Salis na południu. W ręce Iwana wpadło wiele miast i zamków (Helmet, Ermes, Rujen, Salis) wraz z ważnym portem Parnawą zdobytym po ciężkich walkach 9 lipca. Była to znacząca strata, bowiem Parnawa była po Rydze drugim ważnym punktem handlowym i strategicznym w Inflantach. Iwan Groźny zyskał więc nie tylko dostęp do Zatoki Ryskiej, ale mógł w przyszłości zablokować Rygę i zagrozić skuteczniej Litwie od północy.
Przy przygniatającej przewadze liczebnej wojsk moskiewskich hetman i administrator inflancki Jan Chodkiewicz nie podjął początkowo żadnych działań obronnych. Z niewielkimi siłami przebywał w południowych Inflantach gotowy w każdej chwili uskoczyć za linię Dźwiny. Pierwszą kontrakcję przeprowadził dopiero w lipcu 1575 r. „sprawca rycerstwa" w Inflantach Aleksander Połubiński. Podlegały mu załogi kilku zamków nad środkowym biegiem rzeki Aa Inflanckiej w południowej części kraju. Połubiński podjął zuchwałą wyprawę z Wolmaru i Tryka tu w głąb posiadłości moskiewskich na kierunku dorpackim. Jego oddziały złożone z zaciężnych żołnierzy litewskich i niemieckich spustoszyły tereny na północny-wschód od rzeki Aa Inflanckiej biorąc do niewoli i rozpraszając wiele grup nieprzyjacielskich. Na jesieni 1575 r. nastąpiły jeszcze dwie udane akcje królewskie. Wojsko miasta Rygi odzyskało zamek Rujen, a Chodkiewicz zdobył Burtneck (Borkę). Wszystkie te jednak działania nie zmieniły w istotny sposób sytuacji - północna część Inflant była stracona..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 131-132
"...Królewski administrator Inflant Jan Chodkiewicz miał zbyt małe siły, by myśleć o powstrzymaniu moskiewskiego ataku. Dopiero jesienią, gdy wojska carskie zeszły z pola lokując się w zdobytych zamkach, zorganizował łupieżczą wyprawę na moskiewskie Inflanty. Poza odzyskaniem zamku Rujen przy pomocy wojsk Rygi nie osiągnął jednak żadnych znaczących rezultatów.
Przez chwilę wydawało się, że niebezpieczeństwo moskiewskie oddaliło się od polskich Inflant. Zimą z 1575 na 1576 r. car skierował swe wojska ponownie na posiadłości szwedzkie zdobywając całą Estonię z wyjątkiem Rewia. Jazda moskiewska i tatarska przedostała się po lodzie na wyspę Ozylię i złupiła posiadłości króla duńskiego..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 62-63
"...Nowowybrany król polski Stefan Batory (1576-1586) został zobowiązany w pactach conventach do odzyskania wszystkich strat w Inflantach. Iwan Groźny był o tym doskonale poinformowany i dlatego po niezbędnych przygotowaniach gotowy był przejść do dalszych podbojów. Batory zajęty na razie umacnianiem się na tronie i wojną z Gdańskiem starał się odwlec konflikt i wzmocnić na razie obronę tych obszarów, jakie jeszcze w Inflantach posiadał. Dlatego też w lipcu 1576 r. wysłał do cara poselstwo pokojowe w celu przedłużenia zawartego uprzednio rozejmu. W międzyczasie główny wysiłek skierował na powiększenie liczebności sił zbrojnych. Hetman polny litewski Krzysztof Radziwiłł nie był w stanie za otrzymane niewielkie pieniądze zaciągnąć planowanych 1500 jezdnych. W rezultacie postanowiono wzmocnić zamki inflanckie posyłając tam 350 drabów i 100 konnych z Aleksandrem Połubińskim. W pierwszej połowie 1577 r. załogi polskie i litewskie, liczące w sumie ok. 1300 ludzi (1025 piechoty i 200 jazdy), zabezpieczały 15 zamków inflanckich, w tym zwłaszcza Wolmar (100 jazdy i 100 piechoty), Dynamont (150 drabów) i Treyden (100 jazdy i 50 piechoty niemieckiej). Jan Chodkiewicz dysponował jakoby 4 tys. żołnierzy wywodzących się zapewne z pocztów magnackich i pospolitego ruszenia inflanckiego. Po dodaniu załóg litewskich (450 jazdy kozackiej w Witebsku, Lepelu, Mścisławiu, Orszy i Ule) oraz oddziału Krzysztofa Radziwiłła (600 jazdy), całość sił zbrojnych na obu frontach łącznie można szacować na ok. 6 tys. ludzi. Król nakazał rozwinąć akcję wywiadowczą i ustalił plan obrony na wypadek ataku moskiewskiego. Jazda Krzysztofa Radziwiłła (150 husarzy i 450 kozaków) miała współdziałać z wojskami starosty wolmarskiego Połubińskiego, księcia kurlandzkiego Gotharda Ketlera i miasta Rygi, a następnie siły te miały dołączyć do Chodkiewicza sprawującego naczelne dowództwo nad całą armią..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 132
"...Mimo wyjazdu na Pomorze Gdańskie Batory śledził z uwagą sytuację na pograniczu inflanckim. W lutym 1577 r. polecił administratorowi Janowi Chodkiewiczowi, aby osobiście udał się do Inflant i zlustrował przygotowania prowincji do obrony. Szczególną uwagę polecił zwrócić na fortyfikacje Rygi. Nakazał też rozwinąć szeroką akcję wywiadowczą, a wobec wieści o sprzyjaniu Niemców inflanckich Magnusowi, kazał mianować komendantami zamków tylko ludzi pewnych i zaufanych. Ustalił nawet plan obrony na wypadek ataku moskiewskiego. Miał on polegać na współdziałaniu chorągwi jazdy Krzysztofa Radziwiłła z wojskami starosty wolmarskiego Aleksandra Połubińskiego, oddziałami księcia kurlandzkiego oraz wojskami miasta Rygi. W przypadku niepowodzenia, siły te miał wesprzeć korpus Jana Chodkiewicza, do którego należało naczelne dowództwo nad całym wojskiem przeznaczonym do obrony Inflant.
Tymczasem Iwan IV był już gotowy do decydującego uderzenia na Inflanty. Początkowo atak moskiewski skierował się na Rewel, jedyny punkt Estonii pozostający jeszcze w rękach szwedzkich. Oblężenie nie powiodło się i zakończono je w marcu 1577 r. Gdy wiosną Iwan IV zaczął gromadzić pod Nowogrodem i Pskowem kolejne pułki, wielu polskich senatorów sądziło, że szykuje się do ponownego ataku na Rewel. Na dworze królewskim spodziewano się jednak najgorszego. Batory odwołał się wówczas do sejmików koronnych i litewskich z prośbą o nowe podatki, a Litwinom przypomniał o zamiarze zwołania pospolitego ruszenia w wypadku moskiewskiego ataku na polską część Inflant..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 65
"...Na początku 1577 r. Iwan Groźny zaatakował szwedzki Rewal, ale doznał porażki. W maju i czerwcu począł gromadzić ogromne siły w rejonie Pskowa i Nowogrodu. Koncentracja ta miała zmylić króla polskiego i zasugerować, że dojdzie do kolejnego ataku moskiewskiego na Estonię. Przebywający pod Gdańskiem Batory nie miał zresztą odpowiednio dużych sił, by próbować uderzeń prewencyjnych. Car tymczasem rozdzielił już zadania swym dowódcom według wcześniej przygotowanego planu operacyjnego, przewidującego oskrzydlenie przeciwnika z obu stron. Uderzenia miały nastąpić od wschodu i zachodu w kierunku środkowej Dźwiny. Bez formalnego zerwania rozejmu, w pierwszych dniach lipca 1577 r. pułk straży przedniej pod dowództwem kniazia Tymofieja Trubeckiego złożony z Tatarów i lekkiej jazdy moskiewskiej (4300 ludzi) jako pierwszy wkroczył do królewskich Inflant i szybko posuwał się na zachód. Miał za zadanie (poza działaniami dywersyjno-wywiadowczymi) okrążenie lub zepchnięcie sił polowych przeciwnika i zablokowanie jego załóg w zamkach oraz ubezpieczenie prawego skrzydła sił głównych. Opór nieprzyjacielowi palącemu wsie i siejącemu trwogę wśród miejscowej ludności stawił jedynie starosta rujeński Maciej Dembiński ze swoją zaciężną chorągwią. Został jednak rozbity i zmuszony do ucieczki. Podbój nadmorskiej części Inflant Iwan Groźny zlecił Magnusowi, który z oddziałami niemieckimi posuwał się w kierunku Kiesi (Wenden). Sam zaś car na czele 30-tysięcznej armii wyposażonej w liczną artylerię wyruszył z Pskowa, przekroczył granicę w połowie lipca i pomaszerował na południe w kierunku Dźwiny.
Wkrótce po rozpoczęciu działań pospolite ruszenie szlachty inflanckiej uległo rozproszeniu, a sam Chodkiewicz udał się do króla pod Gdańsk. Książę kurlandzki Gothard Kettler nie udzielił pomocy i odciągnął ze swym wojskiem za Dźwinę. Również polowe oddziały litewskie wycofały się bez walki. Jedynie Krzysztof Radziwiłł próbował podjazdami atakować nieprzyjaciela, ale i on z rotmistrzem Oborskim schronił się za Dźwiną. Polskie, litewskie i niemieckie załogi poddawały się bez większego oporu i to nawet te, które miały szanse oporu..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 133
"...W tym samym czasie (tj. 16 lipca) Iwan Groźny dotarł do Marienhausu. Mimo że wydane z polecenia króla listy przypowiednie przewidywały skierowanie do miasta 100 piechurów, na murach znalazło się w rzeczywistości zaledwie 25 żołnierzy wyposażonych w 8 działek! Widząc masy wojska zalewające przedpola miasta stracili ochotę do walki i od razu przystali na carską gramotę nakazującą im, by natychmiast otworzyli bramy miasta i wyszli precz z dziedzicznych ziem carskich. Puszczono ich wolno, bowiem car chciał, by wieści o jego łaskawości skłoniły kolejne miasta do poniechania oporu.
Zostawiwszy w Marienhausie 75 ludzi załogi, Iwan ruszył dalej na południe i 24 lipca przyjął kapitulację Lucyna. Przerażony komendant zamku Jurgen von Oldenbokum padł przed władcą moskiewskim na kolana oświadczając, że „służył wiernie Zygmuntowi Augustowi, ale Stefana Batorego nie uznaje za króla i razem z załogą od dawna wyczekiwał z niecierpliwością cara, mając nadzieję, że ten weźmie jego i żołnierzy na swą miłościwą służbę, bo Inflanty są carskim dziedzictwem". Car spełnił ich „marzenia", ale z wrodzonej przezorności nie pozostawił w zamku, lecz rozdzielił pojedynczo między swych artylerzystów i piechurów. W zamku osadzono 100 żołnierzy moskiewskich.
Kolejnym celem carskiego pochodu stała się pobliska Rzeżyca, którą Iwan IV opanował przy pomocy Oldenbokuma. Wysłał go w przedniej straży i żołnierze niemieccy mający bronić miasta poszli śladem swych pobratymców z Lucyna. Nie zatrzymując się tu dłużej armia moskiewska skierowała się ku Dźwinie i 9 sierpnia zajęła Dyneburg. Tym razem to polski komendant zamku, Jerzy Sokoliński, nie podjął próby obrony, jednak w odróżnieniu od Niemców inflanckich żołnierze polscy nie byli wcielani do armii carskiej, lecz zsyłani do różnych miast moskiewskich.
Upadek Dyneburga, gdzie w ręce moskiewskie dostała się znaczna ilość sprzętu artyleryjskiego był niepowetowaną stratą. W ręce Iwana dostało się największe miasto nad Dźwiną na przestrzeni od Połocka po Rygę. Południowo--wschodnie Inflanty sąsiadowały z ziemią połocką, stąd posiadanie Dyneburga dawało możność paraliżowania wszelkich poczynań Wielkiego Księstwa Litewskiego zmierzających do odzyskania Połocka. Poza tym opanowanie linii Dźwiny na przestrzeni od Dyneburga po Kokenhausen eliminowało zupełnie znaczenie tej rzeki dla handlu litewskiego oraz zwiększało zagrożenie Wilna. Doceniając strategiczne znaczenie zajętego miasta Iwan Groźny pozostawił w nim 350 żołnierzy, 12 dział, 104 hakownice, 50 pudów prochu i 1000 kul różnego kalibru..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 67-68
"...Tymczasem posuwający się z rejonu nadmorskiego Magnus, strasząc załogi możliwością przybycia „okrutnego cara", nakłaniał do kapitulacji zamki nad dolną Gawą i Dźwiną. W wypadku Kiesi, gdzie komendantem polsko-niemieckiej załogi był Mikołaj Suchodolski, część żołnierzy już wcześniej zbiegła, tak że do obrony pozostało zaledwie 50 ludzi. W tej sytuacji mieszczanie opanowali nocą zamek i poddali go Magnusowi. Lennik moskiewski ruszył następnie na południe i zmusił do kapitulacji Nitau, Schujen, Jurgensburg, a po przekroczeniu rzeki Oger kolejne miasta Erla i Festen. Niewielki oddział niemieckiej jazdy, nie posiadający nawet dział i hakownic, podszedł pod Kokenhausen. Dowodzący tu rotmistrz Derpkowski poddał zamek bez oporu, a wysłana przez Krzysztofa Radziwiłła i Wawrzyńca Wojnę odsiecz (300 żołnierzy) przybyła za późno. Wojsko Magnusa zawróciło następnie na zachód i maszerując prawym brzegiem Dźwiny opanowało Ascheraden i Lennewarden. Znalazło się więc blisko 50 km od Rygi. Synchronizacja działań magnusowych z carskimi wypadła więc znakomicie. Do Kokenhausen wkrótce przybędzie sam Iwan Groźny. W ciągu zaledwie miesiąca wojsko nieprzyjacielskie wychodząc z pozycji wyjściowych oddalonych o ok. 360 km (grupa Iwana) i 200 km (grupa Magnusa) spotkały się na linii Dźwiny, zamknęły okrążenie i odcięły broniące się jeszcze nieliczne zamki w centralnej części polskich Inflant.
Sytuacja głodujących i słabo uzbrojonych załóg królewskich była dramatyczna. Połubiński, po dwutygodniowej skutecznej obronie przed wojskami magnusowymi Rumborka, pospieszył teraz bronić Wolmaru. W drugiej połowie sierpnia zdradzieccy mieszczanie wolmarscy rozbili polski oddział posiłkowy. Wojska Magnusa zdobyły najpierw miasto, a następnie sam zamek wolmarski. Połubiński dostał się do niewoli. Tymczasem moskiewski pułk przedni spalił niewielki zamek Kryżbork (Kreuzburg), ale car polecił go odbudować i obsadzić 120-osobową załogą. Przeprawiwszy się przez wpadającą do Dźwiny Ewiksztę Iwan IV ominął na razie obsadzony przez załogę magnusową Kokenhausen i ruszył na północny wschód. Zajął i zburzył Lauden, po czym oddaliwszy się od Ewikszty poprowadził swą armię pod Sesswagen (20.VIII). Chory komendant zamku nie chciał się poddać i dopiero po jego śmierci niemiecka załoga otworzyła bramy. Mieszkańcy zostali srogo ukarani za zwlekanie z kapitulacją. Mężczyzn wbijano na pale, ćwiartowano i rozrywano końmi. Kobiety gwałcono i pędzono z dziećmi w niewolę. Miasto zostało zburzone, podobnie jak leżący na północny wschód Schwaneburg. Dotąd Iwan Groźny respektował warunki układu, na mocy którego zachodnia część Inflant opanowana przez Magnusa miała być tylko lennem moskiewskim. Gdy jednak dążący do niezależności królewicz duński pozwolił się w Kiesi okrzyknąć królem inflanckim, car stracił do niego zaufanie. Oskarżył go o konszachty z polskimi rotmistrzami i rozkazał swym wojewodom opanowanie miast, które złożyły mu przysięgę wierności..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 134-136
"...Z Dyneburga armia carska ruszyła wzdłuż biegu Dźwiny. Moskiewskie straże przednie spaliły wówczas niewielki zamek Kryżbork, ale Iwan IV polecił go odbudować i obsadzić 120- osobową załogą. Pułki moskiewskie posuwające się wzdłuż uchodzącej do Dźwiny Ewikszty zajęły i zburzyły Laudon, po czym 20 sierpnia podeszły pod Sesswagen. Zamek nie poddał się za pierwszym wezwaniem. Chory dowódca, leżący już na łożu śmierci, nie chciał kapitulować. Zmarł po kilku godzinach i dopiero wówczas niemiecka załoga otworzyła bramy. Carscy wojewodowie uznali, że taka krnąbrność wyklucza łaskę, toteż wszyscy mężczyźni zostali straceni w okrutny sposób. Wbijano ich na pale, ćwiartowano lub rozrywano końmi. Kobiety były gwałcone, po czym pędzone wraz z dziećmi w niewolę. Miasto zburzono. W ten sposób Iwan zrzucił maskę łaskawego władcy, którą z czystego wyrachowania przyjął na początku wyprawy..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 69-70
"...Dnia 25 sierpnia 2-tysięczny pułk moskiewski pod dowództwem Piotra Tatewa i Daniły Sałtykowa podszedł pod Kokenhausen. Komendant załogi nie chciał otworzyć bram bez pisma od Magnusa i dopiero gdy Iwan Groźny przybył osobiście pod twierdzę, wpuścił żołnierzy moskiewskich do zamku. Rozłoszczony car kazał stracić wszystkich mieszkańców i całą załogę, po czym obsadził ten ważny pod względem strategicznym ośrodek tysiącem żołnierzy z 20 działami i znacznymi zapasami amunicji. Armia moskiewska zajęła też pobliski Ascherad, po czym skierowała się na północ opanowując Erlea, Jurgensburg, Tirsen i inne zamki, wypędzając i wybijając ludzi z załóg magnusowych. Dnia 31 sierpnia żołnierze carscy bez przeszkód wkroczyli do Kiesi, ale przerażona załoga niemiecka z częścią mieszczan zamknęła się w zamku i stawiła kilkudniowy opór. Znalazłszy się w beznadziejnej sytuacji, chcąc uniknąć śmierci w męczarniach, wysadziła się 5 września za zgodą kapitana Henryka Bojsmana wraz z zamkiem w powietrze. M. Stryjkowski podkreślając okrucieństwa rosyjskie wobec ludności miast nad Dźwiną i Gawą pisał: „wielkie morderstwa Moskwa i Tatarowie nad Niemcami czynili, mężów, panie i panny okrutnie gwałcąc, ścinając i w sztuki siekąc, zwłaszcza w Kiesi i w Kokenhausie, które w larwie Magnusowej połowił (...)". Większy opór wojska moskiewskie natrafiły pod Wolmarem. Wobec niepewnej postawy mieszczan załoga magnusowa wraz z przebywającym w niewoli Aleksandrem Połubińskim wycofała się do zamku. Po odparciu kilku szturmów sytuacja obrońców znacznie się pogorszyła, gdy pod Wolmar przybył kolejny pułk moskiewski (2600 żołnierzy) z ciężkimi działami. Dnia 1 września załoga dokonała wypadu na pozycje nieprzyjaciela szykującego się do szturmu, ale została rozbita. Jeszcze tego samego dnia oddziały moskiewskie zdobyły płonący zamek i prawie wszyscy żołnierze magnusowi zginęli. Trzymany w Wolmarze Połubiński dostał się tym razem do niewoli moskiewskiej. Chcąc go wziąć żywcem, żołnierze spuścili go w koszu przez okno palącego się zamku. Został niespodziewanie bardzo łaskawie przyjęty przez Iwana IV Car zaprosił go do stołu razem z rotmistrzami polskimi, którzy poddali inne zamki, obdarował drogocennymi kubkami i futrami, a następnie puścił wolno do kraju. Wolmar został obsadzony załogą moskiewską złożoną z 545 żołnierzy. Wobec upadku tej twierdzy skapitulowały przed wojskami moskiewskimi roty polskie w Rumborku, Trykacie i Smilten. Los Inflant był przesądzony. Wszystkie bowiem polskie punkty oporu (27 zamków i miast) w rejonie środkowej Aa Inflanckiej oraz Dźwiny znalazły się do połowy września 1577 r. w rękach nieprzyjaciela. Car nie zamierzał na razie przekraczać Dźwiny i ograniczył się do umacniania w nowo zdobytych terenach. Magnusa zostawił przy tytule królewskim i szeregu zamków w środkowej Liwonii (Iberpol, Karkus, Helmet, Ermes) nie obawiając się o jego lojalność, gdyż kontrolował już całą wschodnią i południową część Inflant wraz z linią Dźwiny z wyjątkiem silnie umocnionej Rygi. Opanowanie tej ostatniej stanowiłoby uwieńczenie sukcesu strategicznego Moskwy, ale na razie Iwan IV chciał uwikłać przeciwnika w długotrwałe działania oblężnicze, by samemu zachować swobodę manewru..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 136-137
"...Opanowanie kilku ostatnich zamków między Gawią a Ewiksztą nie przysporzyło już wojskom moskiewskim większych problemów i w pierwszych dniach września niemal całe Inflanty znalazły się pod władzą Iwana Groźnego.
„Tylko Rewel z jednej strony a Ryga z drugiej były poza jego władzą i zadzwińska Kurlandia. Zgodnie z moskiewską tradycją Iwan nie chciał brać za wiele naraz. Kurlandia w ogóle mniej mu była potrzebna, a opór ogromnej, bogatej i znakomicie umocnionej Rygi mógł być równie skuteczny jak opór Rewia i popsuć pięknie zaczęte dzieło. Chwaląc się, że zdobył 27 grodów w trzy miesiące i wyśmiewając zwyciężonych, odjechał Iwan do Moskwy. Magnusa zostawił przy tytule królewskim i szeregu zamków w Liwonii (Iberpol, Karkhus, Helmet, Ermes i kilku pomniejszych), nie obawiając się o jego wierność, gdy całe południe kraju z Kiesią i linią Dźwiny było w ręku moskiewskim"
Na odjezdnym car zaprosił kniazia Połubińskiego i polskich rotmistrzów wziętych do niewoli na ucztę, gdzie miał im podobno oznajmić: „Ręka moja wysoka, byliście świadkami mojej potęgi, powiedzcie mu (królowi Stefanowi), że powinien także ją poznać". Groził, choć jednocześnie ciągle podkreślał, że nie wojuje z Litwą, lecz tylko z Niemcami. Przecież, z formalnego punktu widzenia, przedłużony wcześniej rozejm między Rzeczpospolitą a Moskwą nie został zerwany!
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 73
"...Sukcesy armii moskiewskiej w Inflantach były rzeczywiście znaczące. Nieliczne wojska litewskie nie były w stanie stawić oporu przeważającym siłom wroga. Autorytet Rzeczypospolitej upadał do tego stopnia, że nawet w nie atakowanej Rydze i Kurlandii myślano o pertraktacjach z carem. Tymczasem pozostawienie w polskich rękach Rygi — głównego portu Inflant świadczyło, że Iwan IV nie odniósł w pełni strategicznego zwycięstwa. Jego sukcesy wynikały z militarnego zaangażowania Stefana Batorego pod Gdańskiem i było jasne, że wcześniej czy później wojska polskie i litewskie przystąpią do kontrofensywy. Car sądził jednak, że kłopoty króla pod Gdańskiem uniemożliwią jakąkolwiek skuteczną kontrakcję wojsk polsko-litewskich, przynajmniej w ciągu kilku lat. Silne załogi, jakie pozostawił w zdobytych zamkach inflanckich miały w zupełności wystarczyć, by uwikłać przeciwnika w długotrwałe działania oblężnicze, dając armii moskiewskiej czas na koncentrację i swobodę manewru. Dlatego właśnie Iwan skupił cały wysiłek na umacnianiu swych zdobyczy w Inflantach nie zamierzając przekraczać Dźwiny..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 73-74
"...Triumfalny pochód Iwana wzbudził przerażenie na Litwie. Wojska moskiewskie znalazły się bowiem w Dyneburgu oddalonym zaledwie o 160 km od Wilna. Sam król w rozmowie z posłami niemieckimi podkreślał, że na tym kierunku „nie ma żadnych bagien lub wód na przeszkodzie, samo zaś Wilno jest dużym i bezładnym chaosem budynków (...), więc niewielki mogłoby jemu (Iwanowi) stawiać opór (...)". Na okres wojny mianował Batory hetmanem wielkim litewskim Mikołaja Radziwiłła „Rudego", wojewodę wileńskiego i kanclerza wielkiego litewskiego, który jednak niezbyt chwalebnie pełnił ten urząd już w czasach Zygmunta Augusta. Powołane 25 lipca litewskie pospolite ruszenie zbierało się bardzo powoli. Na początku września ok. 4 tys. zbrojnych z pocztów magnackich przerzucono pod Selburg w celu uniemożliwienia ewentualnej przeprawy armii nieprzyjacielskiej na lewy brzeg Dźwiny. Dopiero w połowie września stanęło w Rakiszkach ok. 18 tys. służby ziemskiej. Doliczyć tu jeszcze należy 1300 jazdy Krzysztofa Radziwiłła, 4 tys. żołnierzy hetmana inflanckiego Jana Chodkiewicza i ok. 1000 załóg inflanckich i litewskich. W sumie siły polsko-litewskie pod koniec 1577 r. na froncie inflanckim i litewskim sięgały 24 tys. żołnierzy. Bez pomocy wojska koronnego Batory nie zamierzał rozpoczynać działań zaczepnych w Inflantach na większą skalę. Po zakończeniu wojny gdańskiej polecił w grudniu 1577 r. przerzucić oddziały przez Prusy Wschodnie nad Dźwinę. Nieopłacone jednak wojska zaciężne i nadworne nie dały się ruszyć i zajęły leża zimowe na Rusi i Wołyniu. Taktyka batoriańska ograniczyła się więc do zabezpieczenia granic Litwy i nasilenia dobrze zorganizowanych, szybkich wypadów zbrojnych na tereny świeżo utracone, by odzyskać jak największą ilość utraconych zamków. Tej pozycyjnej „małej" wojnie towarzyszyła penetracja królewskiego wywiadu za Dźwinę. Hetman i administrator inflancki Jan Chodkiewicz oraz świeżo mianowany (25 1 1578) hetman polny inflancki Aleksander Chodkiewicz kontynuowali więc koncepcję walki z Moskwą Romana Sanguszki, stosowaną przez niego z powodzeniem na froncie litewskim w latach 1567-1570.
W listopadzie 1577 r. udało się oddziałom litewskim zaskoczyć pijaną załogę Dyneburga (350 piechurów, 12 dział) i odzyskać tę warownię. Głodującym żołnierzom moskiewskim podesłano najpierw żywność i wódkę, a następnie nocą żołnierze Wilhelma Platera i Kozacy Borysa Sawy przystawili do wałów drabiny i błyskawicznie wdarli się na mury. Dyneburg leżał już na prawym, inflanckim brzegu Dźwiny i dlatego stał się bazą wypadową do dalszych działań polsko-litewskich. Jedna z takich wypraw przeprowadzona w początkach 1578 r. przez rotmistrza Macieja Dembińskiego posunęła się (zapewne z Rygi) głęboko na północ i dotarła aż po Kieś. Przy pomocy mieszczan, którzy jeszcze przed kilkoma miesiącami sami poddali się Magnusowi, opanowano podstępem zamek i miasto przy nikłym oporze 400-osobowej załogi moskiewskiej. Tym razem ślusarz łotewski dorobił klucze do bramy miejskiej i gdy sekretarz Chodkiewicza Jan Bihryng z żołnierzami przystawiał drabiny do murów z jednej strony miasta, a mieszczanie zbierali się na rynku, Dembiński otworzył bramę i wpuścił swych ludzi do środka. Iwan Groźny nakazał odbić Kieś i w lutym 1578 r. znaczne siły moskiewskie przystąpiły do oblężenia twierdzy. Ostrzał artyleryjski spowodował wyłom w murach i polska załoga była bliska kapitulacji. Chodkiewicz przysłał z odsieczą kilkaset jazdy, ale żołnierze z tego oddziału, pozbawieni żywności i żołdu, nie chcieli się dać zamknąć w murach i godzili się tylko na walkę podjazdową. Dembiński użył wówczas fortelu i podprowadził ich nocą między mury a pozycje moskiewskie. Przebijanie się przez szyld liczniejszego nieprzyjaciela było niemożliwe, toteż chorągwie litewskie musiały wkroczyć do Kiesi, co znacznie wzmocniło siły obrońców i pozwoliło im przetrwać do wiosny. Wówczas to na wieść o nadciąganiu Chodkiewicza na czele 2-tysięcznego wojska wojewodowie moskiewscy wycofali się na wschód. Nagłymi atakami (m.in. Kaspra Młodowskiego) zdobyto też do połowy 1578 r. Treiden, Kremon, Segewald, Neumuhl, Erlea, Sunzel, Nitau, Pebalg, Jurgenburg, Arrasch, Schujen, Serben, Roop, Lemsel i Burtneck. Tylko dwa z nich obsadziły załogi kurlandzkie, pozostałe polsko-litewskie. W sumie było to 17 zamków położonych w południowo-zachodnich Inflantach w dorzeczach Gawii i Ogeru, na szlakach wiodących z Rygi na Karkus, Dorpat i Psków. Nie udało się rotom polskim wspartym odziałami zaciągniętymi przez Rygę zdobyć Lennewardu. Nie odzyskano też Ascheraden i Kokenhausen nad Dźwiną. W rękach moskiewskich pozostały jeszcze liczne warownie w głębi zajętego obszaru. Sposób zdobywania murowanych zamków w Inflantach najczęściej przez podstęp, zaskoczenie, nagły atak, różnił się od typowych dotąd na Litwie długotrwałych oblężeń połączonych z próbami podpalania drewnianych fortyfikacji. Odzyskane warownie wymagały załóg pieszych i umocnienia ich przez ściąganie artylerii i sprzętu wojennego. Sukcesy polsko-litewskie przełomu 1577 i 1578 r. uznać można za punkt przełomowy w działaniach inflanckich. Uchwycono bowiem pozycje wyjściowe do większej ofensywy w przyszłości i uniemożliwiono nieprzyjacielowi zbytnie umocnienie się na zdobytych obszarach. Sukcesy Rzeczypospolitej miały duże znaczenie propagandowe. Można było dzięki nim agitować szlachtę na rzecz popieranie przyszłej wyprawy. Również Magnus zerwał swe związki z carem i porozumiał się z polskim monarchą. Należące do niego częściowo zamki zostały obsadzone przez załogi polsko-litewskie. Metoda „małej wojny" stworzyła szanse na rozstrzygnięcie kwestii posiadania Inflant, ale Batory niewątpliwie już wówczas myślał o ostatecznym i kategorycznym pozbyciu się zagrożenia moskiewskiego..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 137-139
"...Kolejnym sukcesem, tym razem natury dyplomatycznej, było przeciągnięcie na polską stronę księcia Magnusa, który zbiegł do biskupiego Piltynu w Kurlandii. Poza tym, w maju 1578 r. król odwołał mało energicznego Jana Chodkiewicza ze stanowiska administratora Inflant, powierzając zarząd nad odzyskanymi zamkami inflanckimi wojewodzie wileńskiemu i hetmanowi wielkiemu litewskiemu Mikołajowi Radziwiłłowi „Rudemu". W następnym miesiącu do Rygi przybył legat królewski Jan Tomasz Drohojowski, który na szeregu spotkań z mieszczaństwem, szlachtą inflancką, księciem Kurlandii i Magnusem, przekonywał wszystkich do dochowania wierności Batoremu. Misja przyniosła spodziewane efekty i wkrótce obok regularnych oddziałów polskich i litewskich do walki z wojskami moskiewskimi przystąpili ochotnicy inflanccy, walczący za łupy.
W tym samym czasie nastąpił znaczny wzrost aktywności Szwedów na północy. Starali się oni odzyskać swe posiadłości w Estonii, ale atakowali także Felin i Parnawę (bez powodzenia), wkraczając przez to w polską strefę wpływów. Szwedzi stali po prostu na gruncie prawa wojny i nie respektowali niczyich praw do Liwonii. W przyszłości mogli stać się groźnym konkurentem, ale ich działania zbrojne w 1578 r. były korzystne dla Rzeczypospolitej, gdyż wiązały część sił moskiewskich w północnych Inflantach..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 79
"...Wskutek zaangażowania się Moskwy w walki ze Szwedami w Inflantach i w Estonii, oddziały polsko-litewsko-niemieckie, regularne i ochotnicze, wysyłane na obszar wroga, miały ułatwione zadanie. Wprawdzie do formalnego sojuszu Rzeczypospolitej i Szwecji wówczas nie doszło, to jednak odpieranie ataków z północy i południa sprawiało Iwanowi Groźnemu wiele kłopotów. Próbę przechwycenia inicjatywy przez Moskwę zaobserwować można w lipcu 1578 r. W rejonie Pskowa poczęły się koncentrować znaczne siły nieprzyjacielskie. Dopiero jednak 15 października armia moskiewska licząca 18 tys. żołnierzy i 64 działa, po zdobyciu szwedzkiej twierdzy Oberpahlen, obiegła Kieś. Były to trzy pułki: wielki, przedni i strażniczy, pod ogólną komendą Iwana Juriewicza Golicyna. Tatarzy rosyjscy - zapewne z pułku strażniczego dowodzonego przez kniazia Piotra Iwanowicza Tatiewa - zostali wysłani na główny szlak prowadzący lewym brzegiem Gawii i docierali na przedpola Rygi. Ich celem było prowadzenie działań dywersyjnych, rozpoznawczych i ubezpieczeniowych. Kieś leżała w lesistym zakolu Gawii płynącej tu w wąwozie szerokości pół kilometra, przy czym przeciwległy brzeg rzeki był urwisty i bardzo wysoki. Miasto osłaniał od północy zamek, a od zachodu głęboki wąwóz ze strumieniem skręcającym na zachód i wpadającym do Gawii. Szlak ryski prowadził z miasta na południe, natomiast droga do Lemsal na wschód. Ta druga, zasłonięta od zamku lasem liściastym, schodziła po 2 km ze spadzistego urwiska do mostka i dalej już za rzeką zagłębiała się w puszczę. Rosjanie rozpoczęli regularne oblężenie Kiesi budując potężne szańce. Załoga (200 piechurów z roty Mikołaja Suchodolskiego) broniła się dzielnie, licząc na pomoc przebywających w pobliżu Lemsal i Treiden ruchliwych oddziałów polsko-litewskich.
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 140
"...Pod Wenden (Kies) dotarły trzy pułki moskiewskie: wielki, przedni i strażniczy, pod ogólną komendą Iwana Juriewicza Golicyna, szacowane na ok. 18 tysięcy ludzi i kilkadziesiąt dział. 15 października główne siły Golicyna obiegły miasto, a jednocześnie Tatarzy moskiewscy rozpoczęli działania dywersyjne docierając na przedpola Rygi. Hetman polny litewski Krzysztof Radziwiłł bawił wówczas w Ostrogu na Wołyniu, gdzie brał niedawno ślub z Katarzyną Ostrogską. W takiej sytuacji hetman wielki Mikołaj Radziwiłł „Rudy" powierzył organizację odsieczy dla miasta Andrzejowi Sapiesze, zimującemu ze swą chorągwią pod Rygą.
Kiesi broniło ledwie 200 żołnierzy Suchodolskiego wspartych przez mieszkańców, toteż każdy dzień zwłoki mógł spowodować jej upadek. Na szczęście wodzowie moskiewscy nie pokusili się o natychmiastowy szturm lecz rozpoczęli prace inżynieryjne przystępując do regularnego oblężenia. Sapieha posłał natychmiast do miasta trzech szpiegów z obietnicą rychłej pomocy, po czym dokonał błyskawicznej koncentracji królewskich sił polowych stacjonujących nad Dźwiną. Zebrał ok. 2000 ludzi, tj. chorągwie jazdy Macieja Dębińskiego, Lenarta Kietlicza, Wacława Żaby, Dymitra Rahozy, Hawryły, Zbyszewskiego i własną. Kilka rot szlachty inflanckiej pod kierunkiem Jana Bihryga, Mikołaja Korffa i Wilhelma Platera oraz 400 „pieszych strzelców witebskich". Ponadto doliczono się 18 lekkich działek polowych..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 79
"...W sumie przeszło 3 tys. żołnierzy i 18 lekkich działek polowych. Były to siły zbyt szczupłe, by atakować pięciokrotnie liczniejszego nieprzyjaciela. Dlatego też Sapieha nawiązał kontakt z pułkownikiem szwedzkim Jerzym Boye (3500 żołnierzy), który zgodził się na współdziałanie przeciw armii moskiewskiej. Wysłał też litewski dowódca gońców do Kiesi, którzy przedostawszy się do Suchodolskiego zawiadomili go o zbliżającej się odsieczy. Wojska polsko-litewskie od południa i szwedzkie od północy posuwały się drogą Treiden-Wolmar w odległości 5-15 km na zachód od Gawii i dlatego nie zostały początkowo rozpoznane przez podjazdy tatarskie operujące na wschód od rzeki. Dzięki udanej synchronizacji działań spotkanie Sapiehy z Boye nastąpiło przypuszczalnie pod zamkiem Roop, po czym połączone siły (6500 ludzi) ruszyły na wschód drogą prowadzącą z Lemsal do Kiesi. Po całonocnym marszu w strugach zimnego i ulewnego deszczu dotarły one rankiem 21 października nad Gawię, tocząc już walki z podjazdami moskiewskimi. Golicyn, początkowo zaskoczony pojawieniem się tak znacznych sił przeciwnika w rejonie Kiesi, teraz postanowił bronić przeprawy przez rzekę. Wysłał nad Gawię około tysiąca jazdy, która zasypała Polaków i Szwedów strzałami z łuków. Wobec znacznych strat w koniach Sapieha rozkazał ustawić cztery działka nad brzegiem, których ogień odrzucił jeźdźców moskiewskich z doliny rzecznej. Ostrzał umożliwił przeprawę wpław chorągwiom polskim i litewskim, przy czym każdy z jeźdźców wziął z tyłu na konia piechura. Przeciwnik usiłował zepchnąć ich z powrotem do wody, ale ogień z polskich działek zniweczył wszelkie próby kontrataków. W tej sytuacji wojsko moskiewskie ustąpiło z doliny rzecznej, a Golicyn postanowił przyjąć bitwę na wzniesieniu rozciągającym się wzdłuż drogi do Kiesi, a od północy ograniczonym lasem. W szańcach i w obozie pod obleganym zamkiem pozostawił 4-5 tys. piechoty, a jazdę (około 13 tys. koni) rozstawił przed lasem, przy czym Tatarzy stanowili prawe, a dworianie lewe skrzydło ugrupowania. Dwukrotnie słabsze wojsko polsko-litewsko-szwedzkie zmuszone było atakować pod górę, co osłabiało impet uderzenia zwłaszcza chorągwi husarskich..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 141
Spotkanie wojsk polskich i szwedzkich nastąpiło 20 października w połowie drogi między Wolmarem a Kiesią. Dzień był bardzo brzydki, padał zimny deszcz. Mimo to ruszono natychmiast na pomoc oblężonej załodze. Po całonocnym marszu, w trakcie którego dochodziło do starć z podjazdami moskiewskimi, połączone wojska stanęły nad Gawią rankiem 21 października. Miasto otoczone wysokimi szańcami oblężniczymi znajdowało się na lewym brzegu rzeki.
Gdy dowódcy moskiewscy dostrzegli nadciągające oddziały pchnęli nad rzekę około tysiąca jazdy, by broniła przeprawy. Jeźdźcy moskiewscy natychmiast zasypali Polaków i Szwedów strzałami z łuków.
„Bacząc wojewodzie [Sapieha — D. K.], że konie psuje Moskwa, kazał cztery działka zasadzić, z których zrazu Moskwę odstrzelał. Zatem się ludzie polscy wpław przeprawili, wziąwszy każdy zasię na koń knechta". Kiedy pierwsze chorągwie wychodziły na brzeg jazda moskiewska chciała zepchnąć je z powrotem do wody, ale sprawny ogień artylerii polskiej powstrzymał jej zapał do szarży.
Ostatecznie dowódcy moskiewscy ustąpili z pól nad rzeką. Ufając w swą przewagę liczebną nie zamierzali się uchylać od bitwy. Postanowili pozostawić część swych sił w szańcach i w obozie pod obleganą Kiesią, a resztę rozstawili na wzniesieniu, przez co szczupłe wojska polsko-szwedzkie musiały atakować pod górę..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 80-81
Około godziny 16 jazda polsko-litewska zaatakowała moskiewską na prawym, a szwedzka tatarską na lewym skrzydle. Karakolujące kornety rajtarskie ześrodkowując ogień z pistoletów w wybranych punktach, z łatwością łamały i kawałkowały linie tatarskie, niszcząc je potem po kolei w walce wręcz rapierami. W rezultacie Tatarzy w służbie carskiej nie wytrzymali uderzenia i pierzchli z pola walki do rozciągających się za nimi lasów. Jednocześnie husaria przełamała szyk jazdy moskiewskiej, która poczęła się cofać wprost na własny obóz. W ślad za nią między namioty i wozy wpadli Polacy i Szwedzi, którzy sądzili, że bitwa jest już rozstrzygnięta. W czasie walk o obóz doszło do przypadkowego podpalenia prochów i piechota moskiewska nie miała czym strzelać ze swych rusznic. Licząc na zamieszanie związane z przejmowaniem zdobyczy obozowej, oddziały nieprzyjacielskie zaczęły się skupiać i pojawiać przed lasem. Sapieha nakazał więc formowanie szyku bojowego, ale Golicyn zrezygnował z kontynuowania bitwy i wycofał swą jazdę na tereny zalesione rozciągające się na północ od strumienia wpadającego do Gawi. W pościg za przeciwnikiem ruszyła część sił polsko-litewskich. W szańcach usypanych na dnie wąwozu w pobliżu zamku nadal jednak znajdowało się 4 tys. piechurów moskiewskich, gotowych bronić się do upadłego. Gdy wieczorem do stanowisk nieprzyjacielskich zbliżyła się piechota polska i szwedzka, uderzył na nią 1200-osobowy oddział uzbrojony jedynie w szable i berdysze. Doszło do zaciętej walki wręcz, która trwała jeszcze dwie godziny po zapadnięciu zmroku. Dopiero wówczas zdziesiątkowani piechurzy moskiewscy zostali z powrotem wyparci do okopów. Próba przebicia się nie powiodła, wobec czego otoczeni i osamotnieni po spędzeniu własnej jazdy strzelcy skapitulowali następnego dnia w godzinach rannych i to mimo strachu przed spodziewanym gniewem carskim. Pozostali tylko artylerzyści, którzy - według rosyjskich źródeł - w obliczu klęski wybierali śmierć samobójczą niż niewolę. Wojsko moskiewskie straciło 6 tys. żołnierzy, cały tabor i artylerię złożoną z 23 dział i moździerzy. Iwan Golicyn zdołał uciec, ale do niewoli dostali się m.in. dowódca pułku strażniczego kniaź Piotr Iwanowicz Tatiew, kniaziowie Piotr Iwanowicz Chworostynin i Michał Fiodorowicz Gwozdiew oraz diak Andrzej Kołbukow. Polegli kniaziowie Wasyl Andrejewicz Sickow i Michał Wasylewicz Tiufiakin Oboleński. Nie są znane straty wojsk polskich i szwedzkich, ani losy pozostałych 41 dział moskiewskich. Wyższość taktyczna jazdy polsko-litewskiej i sprawne dowodzenie zadecydowały o kolejnym sukcesie w polu strony królewskiej. U nieprzyjaciela uwidoczniły się braki jednolitego dowodzenia, rozpoznania i współdziałania poszczególnych rodzajów wojska. Strzelcy moskiewscy okazali się bezbronni po spędzeniu przez przeciwnika jazdy..."
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 141-142
"...Nazajutrz rano otoczeni piechurzy moskiewscy uznali swą sytuację za beznadziejną i mimo strachu przed gniewem cara zdecydowali się na kapitulację. Jedynie artylerzyści „razem z nadzieją ocalenia armat stracili też i ochotę do życia i powrozy owe wiszące (...) u końców armat, okręciwszy około szyi, sami sobie poodbierali życie"
Pogrom jazdy i kapitulacja piechoty pod Kiesią były znacznym ciosem dla moskiewskich sił zbrojnych. W ręce zwycięzców dostały się 23 działa i moździerze, między którymi za najokazalsze uznano „Wilka", dwie „Dziewki" i „śmiję". Iwan Golicyn zdołał uciec, ale do niewoli dostali się m.in. kniaź Piotr Iwanowicz Tatiew (dowódca pułku strażniczego), kniaź Piotr Iwanowicz Chworostynin, kniaź Michał Fiodorowicz Gwozdiew i diak Andrzej Koł-bukow. Wśród wielu poległych znaleźli się kniaziowie Wasyl Andrejewicz Sickow i Michał Wasylewicz Tiufiakin Oboleński..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 82-83
"...Porażka pod Kiesią zniechęciła Iwana IV Groźnego do podejmowania nowych akcji zaczepnych w Inflantach przed nadchodzącą zimą. Rozpuścił więc żołnierzy do domów i wyjechał z Pskowa. Zmienił też zdanie co do dyplomatycznych metod rozwiązania konfliktu. Do tej pory odwlekał ostateczne zatwierdzenie wynegocjowanego rozejmu, teraz domagał się jego ratyfikacji, a nawet gotów był posłać do Polski swych posłów.
Mimo znacznych sukcesów polskich w południowych Inflantach oraz posiadania Kiesi w środkowej części kraju, pozycja Iwana IV była tu ciągle dość mocna. Jego załogi wciąż obsadzały zdecydowaną większość zamków utrzymując się nawet w Kokenhauzie nad Dźwiną. Car wzmacniał tamtejsze załogi wojskiem, amunicją i żywnością, a nawet nadawał ziemie szlachcie moskiewskiej. Dopiero przygotowania do wielkiej kampanii, jakie ruszyły w Rzeczypospolitej miały wywołać poważny niepokój Kremla.."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 83
"...Klęska pod Kiesią (znana w historiografii jako bitwa pod Wenden) zmusiła Iwana Groźnego do pertraktacji pokojowych. Tymczasem Batory schyłek 1578 i początek 1579 r. poświęcił na przygotowania do wielkiej wyprawy zbrojnej. Uznał, że wojna ma być ofensywna, a działania mają być prowadzone na terytorium przeciwnika. W instrukcjach przedsejmowych radził zastanowić się nad stworzeniem licznej i dobrze wyszkolonej piechoty. [...] Zamierzając uderzyć na kierunku smoleńskim, Batory zmuszony był zabezpieczyć północną granicę na Dźwinie i wschodnią na Soży. Do maja 1579 r. zwiększono załogi w tamtejszych warowniach do 1750 żołnierzy, a w Inflantach do 2200 zbrojnych.
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 144
"...Nasilające się przez cały 1578 r. walki w Inflantach nie mogły przynieść zasadniczej zmiany sytuacji strategicznej na froncie zmagań polsko-moskiewskich. Polacy i Litwini potrzebowali sukcesu, który mógłby wstrząsnąć państwem carów. Rozumiał to doskonale Stefan Batory, toteż cały czas kontynuował taktykę zabezpieczania granic Litwy i wiązania sił moskiewskich na terenie Inflant nakładem niewielkich sił. Zamierzał przystąpić do generalnej ofensywy dopiero po zebraniu takiej armii, na czele której mógłby osobiście wymierzyć przeciwnikowi potężne uderzenie. Odzyskanie utraconych prowincji było przecież jednym z ważnych punktów zaprzysiężonych przez niego paktów konwentów..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 84
"...Przygotowania wojenne nabierały coraz szybszego tempa wkraczając z fazy gromadzenia pieniędzy i zapasów w fazę zaciągu żołnierzy. W takiej sytuacji coraz większego znaczenia nabierała też sprawa dowództwa nad siłami zbrojnymi. Oczywiście decyzja Batorego o osobistym udziale w wyprawie przesądzała, iż naczelna komenda spocznie w jego ręku. Król należał bez wątpienia do grona najwybitniejszych wodzów i strategów ówczesnej Europy. Swoje doświadczenie wojskowe zdobył podczas licznych x wojen domowych na Węgrzech oraz walk z Habsburgami. Owe doświadczenia wojenne były przecież jednym z argumentów przemawiających za jego elekcją. [...]
Jazdą nadworną dowodził niemal od początku panowania Stefana Batorego kasztelan gnieźnieński i hetman nadworny Jan Zborowski. Wojska węgierskie oddał król pod komendę swemu rodakowi Kasprowi Bekieszowi. Komendę nad piechotą i jazdą niemiecką objął pułkownik Krzysztof Rozrażewski. Godność hetmana wielkiego litewskiego sprawował Mikołaj Radziwiłł „Rudy", którego syn Krzysztof, pozostawał hetmanem polnym. Tak więc, jak zauważył H. Kotarski, „na głównym teatrze działań wojennych było aż 6 wyższych dowódców wojskowych z niemal równorzędnymi kompetencjami". Pozostawał jeszcze hetman polny koronny Mikołaj Sieniawski z wojskiem kwarcianym oraz świeżo mianowany hetman kozacki Michał Wiśniowiecki, dowodzący 530 Kozakami rejestrowymi. Mieli oni strzec Ukrainy i Podola, toteż nie wzięli udziału w wyprawie moskiewskiej.
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 88-89
"...Na radzie senatu litewskiego (16-17.II 1579) zapadła decyzja o wykonaniu uderzenia na Inflanty. Projekt ten wysuwany przez obu hetmanów litewskich miał na celu wprowadzenie Iwana w błąd. Liczono, że car odbierze działania królewskie w Inflantach jako główne uderzenie lub jej rekonesans. Wypad miał być dokonany na kierunku Dorpat - Psków (gdzie Moskwa koncentrowała swoje wojska) i miał odwrócić uwagę wroga od głównego celu natarcia. Hetman polny Krzysztof Radziwiłł zgromadził na wyprawę całą jazdę polową w liczbie 2250 koni, w tym 1050 husarii, 150 petyhorców i 50 kozaków. Wyruszył z rejonu środkowej Dźwiny pod koniec lutego 1579 r. Do połowy marca spustoszył znaczne obszary wokół Dorpatu i przez zaskoczenie zdobył i zniszczył zamek Kirempe. W wyniku tego zagonu kawaleryjskiego, który dotarł do rejonów oddalonych o 220 km od Dźwiny, wzięto wielu jeńców, zdobyto kilkanaście dział i uprowadzono około 2 tys. sztuk bydła. Chorągwie Krzysztofa Radziwiłła miały po powrocie z wyprawy osłaniać granice litewskie, ale licząc na wypłatę żołdu pociągnęły samowolnie do Wilna. W rezultacie Inflanty pozostały zabezpieczone jedynie przez załogi zamków dowodzonych przez polskich i litewskich rotmistrzów (ok. 2 tys. piechoty)
Fragment książki: Marek Plewczyński "Wojny i wojskowość polska w XVI wieku. Tom III. Lata 1576–1599" s. 144
"...Jak wiadomo, żołnierze jazdy sami zaopatrywali się w broń i amunicję. Mimo to przed każdą większą kampanią zakup pewnej ilości broni ręcznej był nieodzowny, a otrzymywały ją jednostki piechoty niemieckiej i węgierskiej. Centralne zakupy większych partii broni palnej miały poprawić jej jakość oraz stać się podstawą ujednolicenia uzbrojenia. Wiadomo, że na Litwie zakupiono dla piechoty niemieckiej 340 rusznic. Większych zakupów dokonano dla formacji tego typu wystawionych przez Koronę. W Toruniu, Gdańsku, Poznaniu i Nidzicy nabyto 1128 sztuk rusznic lontowych i 324 sztuki z zamkiem kołowym. Nie wiadomo natomiast, czy udało się zrealizować umowę zawartą z kupcem Hansem Lampe z Brunszwiku dotyczącą wyrobu 2200 rusznic i prochownie.
Również amunicję i inne materiały wojenne zakupywano zarówno w kraju, jak i za granicą. Rodzime hutnictwo rozwijało się wówczas przede wszystkim na terenie Prus Królewskich oraz w Okręgu Staropolskim nad rzeką Kamienną na Kielecczyźnie. W obu regionach istniało szereg odlewni oraz zakładów kuźniczych bazujących na tzw. piecach styryjskich, lepszych niż dymarki. Wytwarzały one zarówno surówkę do odlewania kul, dokonywanego zwykle na miejscu lub łupki do kucia kul. Przed wyprawą na Połock dokonano zakupów kul armatnich w Malborku, Gdańsku, Bydgoszczy, Kwidzyniu i Radomiu. Zdołano zgromadzić 2572 sztuki tej amunicji, jednak było to o wiele mniej niż planowano. Wobec tego, jeszcze latem 1579 r. gromadzono kule dokonując jakichś zakupów na Litwie.
Wysokogatunkowe żelazo sprowadzano z Węgier, natomiast zapotrzebowanie na ołów, miedź i siarkę zaspokajano w całości w oparciu o miejscowe zasoby. Podobnie było z prochem, którego dokupiono ponad 400 cetnarów. Z Krakowa przywieziono do Wilna 40 wozów siekier i tyle samo wozów motyk. Z Warszawy i Malborka sprowadzono 67 namiotów oraz sporą ilość sukna na „barwę", czyli uniformy przeznaczone dla piechoty oraz artylerii.
Zakupiono też pewną ilość żywności, tj. mąki, słoniny i wołów na rzecz piechoty. Oczywiście cena żywności przydzielanej jednostkom piechoty była potem potrącana żołnierzom z żołdu, toteż zdarzały się przypadki, że niektóre jednostki odmawiały jej przyjęcia ufając, że zakupią ją samodzielnie podczas działań wojennych. By ułatwić żołnierzom zaopatrywanie się w żywność, Batory wydał w Wilnie zarządzenie powołujące siedmiu specjalnych administratorów mających ułatwiać kupcom podróż do obozu wojskowego oraz kontrolować ceny.
Jak wyliczył H. Kotarski, na broń i surowce wydano 85 tysięcy zł. żelazo, ołów i sukno przewożono do Wilna na wozach, natomiast działa, kule, proch, rusznice i namioty gromadzono w Malborku. Przewożono je stąd do Wilna drogą wodną przez Nogat, Zalew Wiślany, Pregołę, Niemen i Wilię na statkach rzecznych.
Osobny problem stanowiło zapewnienie wojsku pewnej ilości lekarzy. Roty niemieckie miały zwykle po jednym chirurgu w swych sztabach, byli też lekarze w formacjach węgierskich, natomiast w pozostałych jednostkach nie było w ogóle stałej służby medycznej. Batory powołał więc doraźnie zespół lekarzy, na czele którego stanął chirurg królewski Wilhelm Lucenberger. Lekarstwa miał dostarczać włoski aptekarz Anioł Caborti, a leczenie rannych żołnierzy odbywało się na koszt króla..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 94-96
"...Rezygnacja z bezpośredniego atakowania Inflant nie oznaczała, że zaniechano walki o nie. Odzyskanie i zabezpieczenie tej krainy było przecież bezpośrednim celem wojny, jednak chciano go osiągnąć bez konieczności wkraczania na ich terytorium. Rozważano ponadto możliwość osiągnięcia znacznie większych korzyści. Przystępując do wyznaczania celów strategicznych Stefan Batory rozpatrywał je w dwóch aspektach. Pierwszy wynikał z dalekosiężnego planowania strategicznego obliczonego na konieczność prowadzenia dłuższych działań wojennych, drugi z celów kampanii 1579 r.
Nad tymi ostatnimi zastanawiano się podczas długiego pobytu Batorego w Wilnie, ale jak już wspomnieliśmy, ostateczne decyzje zapadły dopiero w lipcu 1579 r. na naradzie wojennej w Świrze, gdzie koncentrowała się armia królewska. W grę wchodziły trzy warianty: marsz na Psków, Smoleńsk lub Połock.
Niektórzy z obecnych w Świrze senatorów litewskich zwracali uwagę na znaczne zaniedbanie umocnień Pskowa i korzyści, jakie mogłyby wyniknąć z jego opanowania, tj. szachowanie załóg moskiewskich w Inflantach. Był to jednak wariant o największym stopniu ryzyka. Po pierwsze pod Pskowem koncentrowała się przecież jedna z armii moskiewskich, po drugie twierdza ta była zbyt odległa od zamków kontrolowanych przez wojska królewskie. Armia polsko-- litewska mogłaby tam dotrzeć albo przez Inflanty, albo przez terytoria państwa moskiewskiego, traktem wzdłuż rzeki Wielikiej. W pierwszym wypadku trzeba by było iść przez zniszczone wojną Inflanty, a jak już wspomnieliśmy, król chciał tego uniknąć. Zresztą należałoby uprzednio opanować zamki inflanckie obsadzone przez załogi moskiewskie. Również marsz wzdłuż Wielikiej wymagał opanowania kilku twierdz moskiewskich, a ponadto był zbyt ryzykowny bez uprzedniego odzyskania zamków połockich.
Sporo zwolenników musiał mieć wariant drugi, przewidujący wyprawę na Smoleńsk. Litwa oficjalnie nie wyrzekła się nigdy tego miasta będącego kluczowym punktem tzw. Bramy Smoleńskiej. Wprawdzie wiodła tędy najkrótsza droga na Moskwę, jednak Smoleńsk był jedną z najpotężniejszych twierdz państwa moskiewskiego. Wybierając ten wariant wojska Rzeczypospolitej uwikłałyby się pod nią w długotrwałe działania oblężnicze, a tymczasem Iwan IV zyskałby wolną rękę na innych kierunkach działań. Mając w ręku Połock i znaczną część Inflant mógłby zagrozić armii oblegającej Smoleńsk, ziemiom litewskim, a nawet samemu Wilnu.
Wariant trzeci, przewidujący zaatakowanie Połocka, a wysunięty przez monarchę i poparty przez jego najbliższych doradców miał w odróżnieniu od dwóch poprzednich same plusy. Po pierwsze, odzyskanie Połocka przywracało kontrolę nad linią Dźwiny i likwidowało groźny klin, jakim posiadłości moskiewskie wcinały się w granice Wielkiego Księstwa. Po drugie, zmniejszało lub wręcz niwelowało niebezpieczeństwo ataku moskiewskiego na Wilno. Po trzecie, wzmacniało pozycję zagrożonego Witebska — obie twierdze mogły stać się lepszą zaporą przeciw ewentualnym rajdom moskiewskim z rejonu Smoleńska. Po czwarte, Połock leżał stosunkowo blisko granicy, nie istniało więc niebezpieczeństwo nadmiernego rozciągnięcia linii komunikacyjnych. Po piąte, opanowanie Połocka umożliwiało w przyszłości realizację szerszych koncepcji strategicznych, o których marzył Batory..."
Fragment książki: Dariusz Kupisz "Połock 1579" s. 99-101
"...
"...