Wiłkomierz 1435

Przyjąć można, iż konne wojska Kobylańskiego w połowie sierpnia 1435 r. skierowane do Wilna liczyły około ośmiuset kopii, co może oznaczać trzy do czterech tysięcy konnych, głównie lekkozbrojnych. Nie byłaby to mała liczba, do której zresztą doliczyć należy około 500 konnych z polskich załóg zamków litewskich, razem więc maksymalnie można by przyjąć liczbę 4500 lekkozbrojnych Polskich. Wojska wielkiego księcia Zygmunta także zgromadzone w Wilnie pochodziły tylko z północno-zachodniej części Litwy (właściwej) wraz ze Żmudzią stanowiły oddziały lekkozbrojnej jazdy (niewątpliwie słabiej uzbrojonej niż polscy jeźdźcy), nieco Tatarów i zaciężnych, razem około 5 tysięcy głównie lekkozbrojnej konnicy (liczba ta jest nadal hipotetyczna, choć dość prawdopodobna). Razem więc siły litewsko-polskie liczyć mogły około 9500 zbrojnych, przy niewielkiej obecności piechoty; udział wojsk polskich wynosić mógł około 40 procent liczebności całej armii. Naczelne dowództwo nad tą znaczną liczebnie armią sprawował Jakub Kobylański, ze względu na swoje doświadczenie bojowe, zarówno w walkach z Zakonem, jak i z wojskami ruskimi, a także z taborem husyckim. Syn wielkiego księcia Michał Zygmuntowicz został bowiem z załogą dla obrony ważnego zamku w Trokach.

W okresie koncentracji wojsk litewsko-polskich w Wilnie na Litwę właściwą wkraczały już oddziały Swidrygiełły oraz mistrza inflanckiego Kerskorfa. Oddziały ruskie Świdrygiełły zebrały się już w połowie lipca w Witebsku. Liczyć one mogły około 6 tysięcy lekkiej jazdy oraz około 500 Tatarów. Po 20 lipca oddziały te ruszyły w kierunku na Brasław na Litwie północnej, położony niedaleko od granicy Inflant (Semgalii).

Stamtąd też nadciągnęły oddziały pod osobistym dowództwem Kerskorfa w asyście kwiatu urzędniczego Inflant, wśród nich i byłego marszałka Wernera von Nesselrode (kilkuletniego jeńca polskiego z bitwy pod Dąbkami z 1431 r.). Liczebność oddziałów Kerskorfa także nie jest znana i można tylko hipotetycznie przyjąć liczbę 500 konnych, oprócz około 100 konnych „gości" przybyłych z Europy Zachodniej. W grupie inflanckiej znajdowały się także oddziały pieszych zaciężnych z taborem; piesi ci byli wyszkoleni według zasad husyckiej sztuki wojennej przez Zygmunta Korybutowicza, który był też ich dowódcą. Liczebność piechoty inflanckiej zapewne nie przekraczała 1500 ludzi, a liczba wozów wojennych mogła dochodzić do 300. Grupa inflancka mogła więc liczyć około 2,5 do 3 tysięcy konnych i około 1,5 tysiąca pieszych zaciężnych, razem maksymalnie 4,5 tysiąca zbrojnych. Uderzał znaczny udział (jedna trzecia) pieszych z taborem wojennym.

Grupa inflancka na czele z mistrzem Frankem Kerskorfem dotarła około 20 sierpnia do Brasławia, gdzie połączyła się z siłami Świdrygiełły. Jej liczebność mogła więc wynosić 10-11 tysięcy zbrojnych, w tym 15-20 procent stanowiła piechota. Liczebnie górowała nad armią litewsko-polską, dysponując także husyckim taborem wojennym w grupie inflanckiej. Naczelne dowództwo nad siłami rusko-inflanckimi nie zostało jednak przekazane jednej osobie - doświadczonemu Zygmuntowi Korybutowiczowi, był on zaciężnym w służbie inflanckiej gałęzi Zakonu. Faktycznie sprawowali je: Świdrygiełło, Kerskorf i Zygmunt Korybutowicz, każdy nad swoją grupą zbrojnych, co nie miało okazać się korzystnym zjawiskiem.

Ustalony plan dalszego marszu z Brasławia przewidywał dojście do Troki Wilna, i ich zdobycie; na bitwę z wojskami Zygmunta Kiejstutowicza liczono zapewne dopiero w pobliżu tych głównych punktów oporu. Dlatego oddziały Świdrygiełły i Kerskorfa ruszyły po 20 sierpnia na południowy zachód na Wiłkomierz, zamierzając znowu odciąć Żmudź od Litwy właściwej i podejść od zachodu pod stołeczne Wilno i Troki; możliwe jednak, iż liczono na dojście do Kowna posiłków od wielkiego mistrza z Prus i szybsze połączenie się z nimi. O tym dość nieoczekiwanym kierunku pochodu donieść musiały Kobylańskiemu podjazdy wysłane przez niego na północ od Wilna. Głównodowodzący zdecydował wówczas od razu wymarsz całej armii na północny zachód, drogą wiodącą przez Szyrwinty do Wiłkomierza. Pod koniec sierpnia (zapewne 30-tego) dotarł na północ od Szyrwint w lesiste i podmokłe okolice jeziora Źyrnowo, z którego północnej części wypływał potok Żyrnówka, uchodzący po kilku kilometrach do lewego brzegu rzeki Świętej. Na wschód od jeziora Żyrnowo rozciągała się płaszczyzna dochodząca aż pod miasto Wiłkomierz, do którego od południa dochodził szlak drogowy z Wilna-Szyrwint. Przed miastem przy wsi Pasile rozgałęział się on w południowo-zachodnim kierunku na Giełwany-Olitę, przecinając potok Żyrnówkę (groblą lub drewnianym mostem zapewne na palach).

Oddziały Świdrygiełły po wyjściu z Wiłkomierza (29 lub 30 sierpnia) skierowały się w Pasile na południe, właśnie tym południowo-zachodnim szlakiem, przebywając potok Żymówkę, na północny zachód od jeziora Żyrnowo. Także druga grupa wojsk - część oddziałów inflanckich (rycerze i goście) oraz piechota Zygmunta Korybutowicza przeprawiły się i dołączyły do pierwszej, na lewym brzegu Żyrnówki. Natomiast wolniej poruszała się od Wiłkomierza trzecia grupa - większość rycerzy inflanckich i gości wraz z wozami całości tego rycerstwa, oddalona o kilka kilometrów od obu pierwszych grup, zapewne jeszcze przed wsią Pasile (około 6-8 kilometrów), na południe od Wiłkomierza.

Kobylański zorientował się przez zwiadowców w tej sytuacji, zwłaszcza o przeprawianiu się dwóch grup wroga przez Żyrnówkę, oraz o pozostaniu w tyle trzeciej grupy inflanckiej z wozami i zdecydował się zaatakować dwie pierwsze z nich. Osłonięty wschodnim brzegiem jeziora Żyrnowo przesunął swoje oddziały do jego północnego krańca, przecinając połączenie dwóch pierwszych grup armii Świdrygiełły-Kerskorfa z trzecią. Dawało to wodzowi polskiemu przewagę w przyszłym starciu, do którego obecnie musiało dojść. Jednak Kobylański nie mógł podjąć jako pierwszy uderzenia ze względu na podmokłość terenu na lewym brzegu Żyrnówki; podobnie grząskość obszaru przy południowym krańcu jeziora Żyrnowo nie pozwalała na jego obejście i atak od południowo-zachodniej strony. Również atak na oddziały inflanckie pod Wiłkomierzem był ryzykowny, gdyż wojska litewsko-polskie miałyby wówczas z tyłu większość oddziałów Świdrygiełły i Kerskorfa.

Dowódcy ci nie zdawali sobie sprawy z tego, iż mają przed sobą całą armię litewsko-polską, dopiero nieudana próba zmuszenia oddziałów nieprzyjaciela do cofnięcia przy pomocy strzelców przeprawionych na prawy brzeg jeziora Żyrnowo, unaoczniła całą trudność i złożoność sytuacji: ponownego uciążliwego przeprawiania się na prawy brzeg Żyrnówki i rozwijania szyku bojowego na oczach i w obliczu wojsk Kobylańskiego. Najpewniej nie posiadano też łączności z oddziałami inflanckimi pod Wiłkomierzem.

Dlatego doświadczony wojownik, Zygmunt Korybutowicz - wódz piechoty lnflanckiej, doradzał podjęcie rokowań z dowództwem armii litewsko -polskiej, które zaskoczywszy wojska Świdrygiełły-Kerskorfa i narzuciwszy im miejsce spotkania, konsekwentnie czekało cierpliwie na inicjatywę nieprzyjaciela, trzymając oddziały w pogotowiu bojowym. Czekanie to trwało mimo ulewnego deszczu, który zaczął padać już po spotkaniu się obu armii.

Świdrygiełło i Kerskorf odrzucali jednak koncepcję rokowań z dowództwem litewko-polskim, zamierzając przystąpić do akcji zaczepnej. Świdrygiełło skłaniał się do szybkiego jej podjęcia, ale mistrz inflancki Kerskorf sprzeciwiał się temu stanowczo, mimo perswazji byłego marszałka von Nesselrodego, ponieważ uznawał teren za nieodpowiedni dla stoczenia walki. Niewątpliwie zaś nalegał na nawiązanie kontaktu ze swoimi oddziałami pod Wiłkomierzem, co zapewne zostało szybko dokonane. Upłynęły jednak dwa dni, w czasie nadal padającego deszczu, a wojskom mogło już brakować żywności, oraz paszy dla koni. Co więcej, deszcz zamoczył także zapasy prochu na wozach wojennych piechoty Korybutowiczaj a teren robił się coraz bardziej grząski w pobliżu jeziora Żyrnowo.

Z tych następstw klimatycznych nie zdawali sobie sprawy Świdrygiełło ani Kerskorf (nie znający zupełnie wraz z otoczeniem terenu), gdy po dwóch dniach uzgodnili wreszcie plan ofensywnego działania. Polegał on na ponownym przeprawieniu się przez Żyrnówkę i dojście na powrót do Wiłkomierza, pod którym zamierzano stoczyć bitwę, oczywiście po połączeniu się z trzecią grupą inflancką tam stacjonującą wraz z wozami. Próbowano zadziałać metodą zaskoczenia, gdyż jeszcze przed świtem 1 września zaczęto przeprawę przez Żyrnówkę. Jednak Kobylański liczył się z tą możliwością i utrzymywał oddziały w pogotowiu, szybko też został poinformowany o rozpoczęciu przeprawy przez wojska przeciwnika. Zapewne najpierw przeprawili się Tatarzy, którzy usiłowali stoczyć potyczki ze strażą litewsko-polską, aby ułatwić przemarsz głównych sił. Potem przeszły oddziały ruskie ze Świdrygiełłą, dalej posuwał się tabor z Korybutowiczem, w tyle zaś część inflanckich oddziałów i goście.

Kobylański zdołał jednak ustawić całość oddziałów frontem wzdłuż drogi z Pasile na Giełwany-Olitę. Na prawym i lewym skrzydle stanęła lekkozbrojna jazda litewska Zygmunta Kiejstutowicza, środek zajęły oddziały jazdy polskiej. Część swoich oddziałów Kobylański zostawił przezornie w pobliżu Wiłkomierza, aby blokować tamtejsze oddziały Inflantczyków, a część przy obozie na południe; mogły one w potrzebie stanowić niezbędne odwody.

Po rozpoczęciu przeprawy przez Żyrnówkę przez oddziały Swidrygiełły Kobylański wydał rozkaz do uderzenia, po czym wojska polskie zaintonowały początek „Bogurodzicy" a następnie wraz z litewskimi rzuciły się do walki. Głównodowodzący planował zapewne jednoczesne uderzenie całości uszykowanych wojsk, które miałyby osaczyć skrzydła wojsk nieprzyjacielskich, przy jednoczesnym ataku na centrum, w celu zepchnięcia go na bagniste brzegi Żyrnówki i Świętej w kierunku północno-zachodnim. Jednak lewe skrzydło (litewskie) uderzyło zbyt wcześnie, tak że część oddziałów, zapewne inflanckich, zdołała cofnąć się na lewy brzeg Żyrnówki. Ale główne uderzenie poszło z prawego, litewskiego skrzydła na przeprawione już oddziały Świdrygiełły, a wówczas nastąpiło starcie środkowej grupy - polskiej jazdy z centralną grupą przeciwnika (przy drodze z Pasile na Giełwany). Oddziały lżejszej jazdy litewskiej i polskiej poruszały się sprawniej na rozmokłym terenie, w którym grzęznąć zaczęły ciężej uzbrojone oddziały, zwłaszcza inflanckie i gości zachodnich. Ostrzał piechoty z taboru Zygmunta Korybutowicza okazał się nierealny wskutek zawilgocenia prochu.

W rezultacie pod uderzeniem jazdy polskiej tabor został rozerwany i zepchnięty z drogi na Pasile. Także na obu skrzydłach lekkozbrojna jazda litewska wyparła szybko osłabionego przeciwnika, który szukał ratunku w ucieczce w kierunku rzeki Świętej, a także Wiłkomierza; tutaj uciekające oddziały rusko-inflanckie wpadły na nadciągającą z północy grupę inflancką, a całość ich została zaatakowana przez ścigające oddziały litewsko-polskie. W rezultacie także przybyła trzecia grupa inflancka wpadła w panikę i rzuciła się wraz z innymi oddziałami rusko-inflanckimi do ucieczki.

Walka trwała zaledwie godzinę i zakończyła się całkowitym rozbiciem armii Świdrygiełły i Kerskorfa. Ta część oddziałów, która schroniła się ponownie za Żyrnówkę, została tam wzięta do niewoli przez oddziały litewskie. Większość ich i polskich lekkozbrojnych rozpoczęła pościg za uciekającymi, z których zresztą znaczna część zginęła w wodach Świętej lub w mokradłach. Część została schwytana w ciągu piętnastu dni i poszła do niewoli.

Liczba ofiar na pewno musiała być znaczna. Sam Swidrygiełło zdołał uciec z grupką konnych, poległo jednak kilkunastu książąt ruskich, kilkunastu dostało się do niewoli. Natomiast Inflantczykom sprawiono prawdziwą „krwawą łaźnię" z ręki litewskiej i polskiej: poległ mistrz inflancki Franke Kerskorf, a także były marszałek Werner von Nesselrode oraz siedmiu wyższych urzędników zakonnych, obok szeregowych rycerzy. W rezultacie gałęzi inflanckiej brakowało kadry zakonnej, także dla utrzymania i obrony kraju. Przerażony marszałek inflancki Henryk von Buckenvorde natychmiast po wieści o klęsce apelował z Rygi do wielkiego mistrza o spieszne dosłanie 400 zbrojnych, aby ratować gałąź Zakonu przed zagładą (przed 9 IX 1435 r.) Jest widoczne, że w toku walki tak Litwini, jak i Polacy z całą zajadłością likwidowali niemieckich rycerzy. Żywili zresztą podejrzenie, że część tych rycerzy została dosłana przez wielkiego mistrza z Prus (mogło zresztą tylko chodzić o kilka osób). Część ich dostała się do niewoli litewskiej, a także polskiej (w takich wypadkach wywieziono ich do Korony dla uzyskania wykupu). Do niewoli dostał się także ranny książę Zygmunt Korybutowicz, który zmarł szybko w niewyjaśnionych okolicznościach.

Wieść o klęsce Świdrygiełły i inflanckich wojsk z 1 września 1435 r. wywarła wielkie wrażenie tak w Wielkim Księstwie Litewskim, zwłaszcza na ziemiach ruskich, jak i w Koronie Polskiej. Zdobyte w bitwie nad Świętą przez oddziały polskie chorągwie, zwłaszcza inflanckie, na polecenie króla Władysława III zawieszono w katedrze wileńskiej. Wielki książę Zygmunt ufundował kościół parafialny koło jeziora Żyrnowo w miejscowości nazwanej symbolicznie Pobojskiem.


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 213-217

"...Około dwunastu kilometrów na południe od Wilkomierza, po lewej stronie rzeki Świętej, jest dość znaczne jezioro, odpływające małym, moczarowym potokiem ku tej rzece. Z drugiej strony tego jeziora, między nim, owym potokiem i Świętą spostrzegła armia litewsko-polska, maszerując z Trok ku Wilkomierzowi, wojska Świdrygiełły i Kerskorfa, którzy właśnie Wilkomierz opuścili. Nie mogąc zrazu z powodu moczarów dojść do siebie, próbowali jedni i drudzy jezioro objechać po przeciwnych stronach, lecz wnet operacji tej zaniechano; tylko strzelców swoich nieprzyjaciel przeprawił na drugą stronę, tych jednak wkrótce do cofnięcia się zmuszono. Tak stały obie armie przez dwa dni i dwie noce wśród ciągłego deszczu na przeciwko siebie, ostrzeliwując się nawzajem tylko rusznicami i hakownicami. W obozie nieprzyjacielskim wszczęła się rozterka: Świdrygiełło chciał rozpocząć bitwę niezwłocznie, popierało go wielu preceptorów, zwłaszcza stary marszałek Werner von Nesselrode; oparł się temu stanowczo Kerskorf, z powodu nieodpowiedniego terenu, a na przedstawienia odpowiadał łajaniem: „Komu się nie podoba, może uciekać!" Miał on nieszczęśliwą rękę; w obozie krzyżackim utrzymywano, że on był przyczyną późniejszego nieszczęścia. Próbowano też układów w tym czasie, zwłaszcza Zygmunt Korybut miał proponować zdanie całej sprawy Świdrygiełły na sąd polubowny; lecz wobec stojących na przeciw siebie armii wzięto te niewczesne rokowania słusznie za fortel wojenny. W końcu postanowili Kerskorf i Świdrygiełło cofnąć się w nocy pod Wilkomierz, na miejsce poprzedniego obozowiska, które widocznie za korzystniejsze do stoczenia bitwy uważali. Na godzinę wtedy przed świtem dnia 1 września wysłano naprzód przez potok wozy ze strzelbą i bagażami, a dla ich pokrycia trzech preceptorów z ich hufcami; wyprawiono także dla przygotowania i obwarowania obozowiska oddziały wójta Narwi Jana Koninga i Michała starosty połockiego, po czym sami wodzowie i całe wojsko ruszyło w pochód. Tę chwilę rozdrobnienia armii upatrzono na stronie przeciwnej. Armia litewsko-polska przeszła i ze swojej strony na innym miejscu i w przeciwnym kierunku ten sam potok, i wbijając się w ten sposób kłinem w środek, rozbiła wojska nieprzyjacielskie na dwie połowy. Ten manewr, przynoszący zaszczyt wodzowi litewsko-polskiemu, rozstrzygnął bitwę. Wielki krzyk wszczął się w wojsku Świdrygiełły i, jak łatwo pojąć, powstało zamieszanie; zaledwie kilka wierszy „Bogarodzicy" w armii polskiej odśpiewać zdołano, gdy doszło do walki ręcznej. Uderzono najpierw na główną armię, co pozostała w tyle; pierwsza uległa chorągiew św. Jerzego i jej obrońca Werner von Nesselrode; za nim rozbito mistrza Kerskorfa, a potem znoszono oddziały na przedzie będące, jeden po drugim, w miarę jak na pole bitwy powracały. Bitwa nie trwała dłużej jak godzinę. Gdypreceptorowie naprzód wyprawieni powrócili, była już rozstrzygniętą. Rzucili się wtedy ci ostatni do tyłu, aby ratować jeszcze most na potoku rzucony i tędy przeciwników nie puścić; ale oskrzydleni ze wszystkich stron, jak sami mówili, po walecznej walce, cofnęli się do sąsiedniej puszczy lub w zarośla jeziora, gdzie ludzie ich po największej części wysieczeni zostali lub dostali się do niewoli litewskiej.

Zwycięstwo było stanowcze, wojska „niezliczone" Swidrygiełły i Kerskorfa zupełnie rozbite; w Polsce w pierwszym uniesieniu głoszono, oczywiście przesadnie, że około 40 000 trupów poległo na placu, 1500 samych baronów i bojarów wzięto w niewolę; ale i według wiadomości z przeciwnej strony pochodzących, zginęło ludzi „bez liku", samych książąt ruskich 13, a 42 dostało się do niewoli; sam mistrz KerskorP1 i stary marszałek Nessekode polegli, mnóstwo preceptorów, gości ¡„dobrych" ludzi, zwłaszcza Niemców, zginęło lub dostało się w ręce zwycięzców, tak że „ich mało co lub może nic nie uszło". O Swidrygielle zrazu sądzono, że zginął, znaleziono jego konia i broń, szukano jego ciała; lecz on i teraz zdołał uciec z Jerzym Lingwenowiczem i z garstką 30 ludzi i schronić się do Połocka. Zygmunt Korybut, śmiertelnie ranny w szyję i głowę, dostał się do niewoli i umarł niebawem o jego śmierci różne krążyły wiadomości, to że go Zygmunt utopić kazał, to iż z ran zginął, to że go lekarze otruli. Zginął w bitwie kniaź Jarosław Lingwenowicz, dwóch kniaziów olszańskich i inni; pomiędzy jeńcami byli kniaź Iwan Włodzimirowicz kijowski, był Zygmunt Roth, „wielki Królestwa Polskiego prześladowca i wróg", ten co niegdyś wiózł korony Witoldowi i mimo danego Czarnkowskiemu słowa do niewoli nie powrócił - tego wielki książę utopić kazał. Przez piętnaście dni ścigano i wyłapywano po puszczach i lasach okolicznych rozbitków; Rusinów zginęło najwięcej w ucieczce, uciekających dobijał po drodze arcybiskup ryski ; mszczono się jednak najbardziej na Niemcach, i tych najwięcej zginęło, bo to znamię walki rasowej, „przeciw nacji niemieckiej", widoczne i w bitwie wiłkomierskiej; tych Niemców zwłaszcza, o których sądzono, że posłani są przez mistrza pruskiego, choć ich, jak się zdaje, w bitwie nie było wielu, bez litości, żadnemu nie przepuszczając, mordowano, „albowiem Krzyżacy pruscy powinni byli przez dziesięć lat jeszcze zachować rozejm z królestwem i pod żadnym warunkiem nie wspierać księcia Swidrygiełły". Palma dnia tego należała się Polakom - dal im to świadectwo sam wielki mistrz..."


Fragment książki: Anatol Lewicki "POWSTANIE ŚWIDRYGIEŁŁY" s. 309

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości