ozdoba

DRUGA KAMPANIA WŁADYSŁAWA WARNEŃCZYKA PRZECIWKO TURKOM
WRZESIEŃ - LISTOPAD 1444

ozdoba
894-896 Wojna bułgarsko-bizantyjska
917-924 Wojna bułgarsko-bizantyjska
953-955 Bunt Ludolfa w Niemczech
955 Najazd Węgrów na Bawarię
1001-1004 Wojna bułgarsko-bizantyjska
1009–1012 Najazd armii Thorkella na Anglię
1015-1018 Wojna bułgarsko-bizantyjska
1078 - 1080 Wojna cesarza Henryka IV z Saksonią
1081-1085 Wojna bizantyjsko-normańska
1096-1099 I wyprawa krzyżowa
1109 Wojna polsko-niemiecka
1145-1149 II wyprawa krzyżowa
1189-1192 III wyprawa krzyżowa
1202-1204 IV wyprawa krzyżowa
1217-1221 V wyprawa krzyżowa
1221-1223 Dżebe i Subedej w zachodniej Azji
1235-1242 Najazd Batu i Sübedeja na Europę
1248–1254 VI wyprawa krzyżowa
1253 Kampania Opawska
1259-1260 Najazd Burundaja na Polskę
1270 VII wyprawa krzyżowa
1283-1309 Wojna krzyżacko-litewska
1302-1305 Wojna francusko-flamandzka
1308-1309 Zabór Pomorza Gdańskiego przez Krzyżaków
1311-1325 Wojna krzyżacko-litewska
1327-1332 Wojna polsko-krzyżacka o Pomorze Gdańskie i ziemię chełmińską
1337–1453 Wojna stuletnia
1381–1384 Pierwsza wojna Jagiełły z Witoldem
1382-1385 Wojna Grzymalitów z Nałęczami
1390-1392 Druga wojna Jagiełły z Witoldem
1391 Pierwsza wojna Władysława Jagiełły z Władysławem Opolczykiem
1393-1394 Druga wojna Władysława Jagiełły z Władysławem Opolczykiem
1396 Trzecia wojna Władysława Jagiełły z Władysławem Opolczykiem
1406–1408 Wojna o Psków
1409–1411 Wojna Polski i Litwy z Zakonem Krzyżackim
1414 Wojna głodowa
1419–1436 Wojny husyckie
1422 Wojna golubska
1431–1435 Wojna polsko-krzyżacka
1438 Wojna z Habsburgami o koronę czeską
1440 – 1442 Wojna domowa na Węgrzech
październik 1443 – luty 1444 Pierwsza kampania Władysława Warneńczyka przeciwko Turkom
wrzesień - listopad 1444 Druga kampania Władysława Warneńczyka przeciwko Turkom
1454–1466 Wojna trzynastoletnia
1471 Interwencja zbrojna na Węgrzech przeciwko Maciejowi Korwinowi

"...W Budzie zdawano sobie sprawę z tego, że ostatnia wyprawa wywarła na przeciwniku wrażenie i żywiono nadzieję, że pod następnym uderzeniem Turcy mogą ulec panice. Ponieważ sułtan siłami, które znajdowały się w Europie, dłużej wojować nie mógł; wiele zależało od tego, czy zdoła sprowadzić posiłki z Azji, a ta droga miała być zablokowana przez flotyllę sojuszników. Wiele też zależało od zgromadzenia przez Władysława wojsk zaciężnych, a na ten cel pieniądze miał dać papież. Władysław oraz dowódcy polscy i węgierscy, wyruszając na pierwszą wyprawę w 1443 roku, mogli odczuwać obawy przed niezwyciężonymi wojskami przeciwnika; okazało się jednak, że tego nieprzyjaciela też można zwyciężać. Obawy przed licznymi przeszkodami terenowymi musiały towarzyszyć tamtej, spowalnianej taborami armii - wyprawa jednak dowiodła, że nawet tak obciążone wojsko sprawnie potrafi poruszać się na teatrze działań wojennych. Optymizm mógł też budzić fakt, że - poza warowniami na linii Dunaju - Turcy większych twierdz nie mają..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 167

"...Do nowej wyprawy dążyła przede wszystkim kuria rzymska. Również Wenecja była zainteresowana walką z Osmanami, ale po doświadczeniach wyprawy 1443 r. przyjęła postawę wyczekującą, pilnie obserwując działania innych państw chrześcijańskich, a zwłaszcza Węgier. Wenecjanie wysłali nawet do Budy swego posła Jana dei Riguardatiego, który miał się skontaktować przede wszystkim z legatem Cesarinim, Hunyadim i Brankowiczem. Zapewnił on Węgrów, że w chwili podjęcia nowej wyprawy przeciw Turkom Wenecja w porozumieniu z papieżem i księciem Burgundii wesprze swą flotą armię lądową krzyżowców. Uważano, że 10 galer weneckich, uzbrojonych i wyposażonych na koszt papieża, oraz 4 galery burgundzkie wystarczą zupełnie do zablokowania cieśnin i przeszkodzenia Turkom w przerzuceniu wojska z Anatolii do Europy..."


Fragment książki: Edward Potkowski "WARNA 1444" s. 162

"...Prawdopodobnie sułtan już od pierwszych miesięcy 1444 roku zabiegał o wznowienie rozmów pokojowych. Co ciekawe, Turcy na rzecznika w kontaktach z dworem budzińskim wybrali Brankowicza. Może się to wydawać mało prawdopodobne, jeśli przywołamy wydarzenia sprzed kilku zaledwie tygodni. Wówczas przecież to Brankowicz zabiegał, aby wyprawy całkowicie nie zwijać, lecz stworzyć na pograniczu Serbii i Bułgarii bazę, z której wiosną 1444 roku będzie można podjąć nowy atak. Tymczasem, po dokonaniu dokładniejszej analizy sytuacji, zmiana stanowiska Brankowicza jest w pełni zrozumiała.

Serbski władca był doskonale zorientowany w układzie sił wojujących stron. Wprawdzie wyprawa z 1443 roku zakończyła się przegraną Turków, ale nie klęską jak to widziała chrześcijańska Europa. Po wtóre, Brankowicz był świadom, że ten pierwszy wypad na terytoria tureckie odbył się dzięki wysiłkowi głównie (jeżeli nie wyłącznie) Węgier, przy wsparciu narodów bezpośrednio zagrożonych (Serbowie, Bułgarzy, Albańczycy), bądź traktujących wyprawę jako sposób na zdobycie bogactw (rycerstwo z Polski). Natomiast zawiodły, pomimo papieskich nawoływań, nie tylko kraje dalekie, ale także niektóre z bezpośrednio zagrożonych (np. Wenecja). Brankowicz mógł przewidywać, że w razie wznowienia wojny, zaangażowanie Europy nie będzie większe, zaś zapewnienia Cesariniego, papieża czy Wenecji, traktował jako zabiegi polityczno-propagandowe. Po trzecie - Brankowicz zdawał sobie sprawę z narastających trudności wewnętrznych na Węgrzech, co w jego przekonaniu, wysiłek podobny do poprzedniego czyniło mało prawdopodobnym. Natomiast wojna z zastosowaniem mniejszych środków, wykluczała sukces. Na koniec należy dodać, że to właśnie Serbia była tym krajem, który na wojnie 1443 roku najwięcej skorzystał. Brankowicz albo więc mógł szykować się do kolejnej, bardzo ryzykownej wyprawy, albo też, na drodze umów z sułtanem, chwytać się możliwości utrzymania tego, co już uzyskał..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 171-172

"...A zatem wprawdzie sejm węgierski przeciwny wojnie nie był, ale też ciężar przygotowań do działań miał ponosić monarcha. Tym większe były jego oczekiwania wsparcia ze wszystkich możliwych stron. Z Polski przyszły jednak sygnały, że tego poparcia nie będzie, nie kwapili się z pomocą Habsburgowie. Klarowała się też powoli postawa głównego sojusznika, który miał się aktywnie włączyć do działań, tzn. Wenecji.

Wenecjanie o postanowieniach sejmu budzińskiego dowiedzieli się w pierwszych dniach maja. Powiadomili też Jagiellończyka, że flotylla przygotowuje się do wypłynięcia, ale zachęcali do natychmiastowego wyruszenia w pole, aby cała kampania sprawiała wrażenie zsynchronizowanej. Obok praktycznych skutków wojskowych miałoby to znaczenie propagandowe dla ludów podbitych przez Turków. Rychło jednak miało się okazać, że flota nie wypłynie w najbliższym czasie, a być może w ogóle nie weźmie udziału w akcji. Winą za taki obrót sprawy Wenecjanie obarczali papieża, który nie dostarczył obiecywanych pieniędzy. Cesarini nalegał wprawdzie na Rzeczpospolitą ale nic nie zapowiadało zmiany sytuacji. Pozostaje kwestią otwartą na ile Wenecjanie nie śpieszyli się, bo nie mieli środków finansowych, na ile zaś zwlekali na wieść o pokojowych posunięciach Turków i znaczącym sprzeciwie przeciwników wojowania na samym dworze budzińskim..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 179

"...Psuły się one i z innych powodów, m.in. ze stale pogarszającej się sytuacji międzynarodowej. Kuria rzymska niepomna niepowodzeń z pierwszej wyprawy, kiedy to nie potrafiła zapewnić wsparcia floty dla wojsk chrześcijańskich, znów powróciła do starego pomysłu. Dyplomacja papieska podjęła szeroką akcję nacisków na Burgundię, Dubrownik, Genuę, Wenecję, Neapol i innych, w celu wystawienia większej ilości galer i okrętów mogących wesprzeć działania wojsk lądowych. Pertraktacje szły opornie, kłócono się o liczbę wystawionych przez poszczególne państwa galer i okrętów, sposoby ich wyposażenia oraz źródła finansowania. Dawano tylko werbalne zapewnienia i pilnie obserwowano stan przygotowań do wojny. Dyplomacji papieskiej nie udawało się przezwyciężyć niechęci dwóch ewentualnych uczestników przedsięwzięcia: Genui i Wenecji, co w ogóle stawiało pod znakiem zapytania możliwość zorganizowania floty chrześcijańskiej dla blokady Bosforu i Dardaneli. Wenecja nie chciała ryzykować, starając się zbytnio nie wystawiać na szwank swoich stosunków z Turcją, a zaangażowanie w wyprawie floty uzależniała od sukcesów wojsk lądowych. Jej specjał wysłannik do Budy (marzec 1444 r.) - Jan de Reąuordatis, pilnie obserwował stan przygotowań i stale zapewniał króla i kardynała Cesariniego, że Wenecja z pewnością weźmie udział w wystawieniu i wyposażeniu części floty, a nawet przedstawił plan wyprawy. Przewidywał, że 10 galer w weneckich i 4 burgundzkie w zupełności wystarczy do zablokowania Bosforu i Dardaneli, co nie dopuści do przeprawienia się wojsk tureckich z Anatolii do Europy. Na obietnicach jednak się kończyło. Wysłano nawet specjalne pismo z informacją, że stan przygotowań galer burgundzkich i weneckich jest zadawalający, co oczywiście nie pokrywało się z prawdą. Okazało się, że brakowało pieniędzy, a kiedy sprawa stała się znana, Wenecja zrzuciła winę na kurię rzymską. Cesarini monitował i ponaglał, ale bez skutku. Nawet jego wniosek, aby część galer, już przygotowanych, skierować na Morze Czarne, a później na Dunaj, pozostał bez odpowiedzi.

Ciekawe, że ten fakt nie wzbudził podejrzeń u organizatorów całego przedsięwzięcia. Wiedziano o tym na Węgrzech i zapewne dlatego pomysł zorganizowania drugiego pochodu był coraz mniej popularny. Duża część duchowieństwa węgierskiego i dostojników państwowych domagała się uporządkowania najpierw spraw krajowych i postulowała przyjęcie tureckich propozycji rozejmu. Trwające pertraktacje utrzymano w tajemnicy zapewne dlatego, aby nie dowiedziała się o tym kuria rzymska i aby nie zniechęcić magnatów finansujących przygotowania wojenne. Pomimo to, informacje o nich przedostawały się na zewnątrz i mogły zniechęcić organizatorów flotylli mającej wesprzeć działania wojsk lądowych. Taktyka króla w tej kwestii wydaje się zrozumiała. Tracił powoli nadzieję na zorganizowanie wyprawy floty, tym bardziej, że w ostatnich czasach coraz rzadziej przychodziły zapewnienia o postępach prac w jej przygotowaniu, za to do kancelarii królewskiej zaczęły napływać pisma domagające się konkretnych udziałów w przyszłych zdobyczach (np. od Dubrownika, Wenecji czy Bizancjum). Dzielono europejskie posiadłości tureckie jak gdyby już zostały zdobyte. Największe zdziwienie wzbudzały żądania tych, którzy nie angażowali się w wyprawę. Władca Aragonii i Neapolu - Alfons V Mądry domagał się oddania pod jego władanie Aten i Patrasu (na Peloponezie).


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 62-63

"...W otoczeniu króla powstały dwa silne przeciwstawne sobie stronnictwa. Jedno parło do wojny, drugie opowiadało się za pokojem. Najbardziej zagorzałymi zwolennikami drugiego pochodu byli: kardynał Cesarini oraz Polacy przebywający na dworze węgierskim, z Mikołajem Lasockim na czele. Ich zabiegi wspierali: kanclerz królestwa węgierskiego, biskup Szymon Rozgony i biskup Waradynu - Jan Dominis. Za zorganizowaniem II wyprawy opowiedział się, z przyczyn już nam znanych, Hunyadi. Zwolennikiem rozwiązań pokojowych było wielu dostojników królestwa węgierskiego, np.: skarbnik koronny Michał Orszag, palatyn Wawrzyniec Hedervary, sędzia nadworny Jerzy Rozgony oraz dwóch uczestników pierwszego pochodu - koniuszy koronny Szymon Paloczi i cześnik koronny Szymon Czudar. Zdecydowanym przeciwnikiem wojny, od momentu podjęcia rozmów pokojowych z Turcją, stał się książę Serbii Brankowic..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 64

"...Wiosną 1444 r. wzmożono jednak intensywne przygotowania do wyprawy, jako że sejm, po wielu wahaniach uchwalił w końcu podatki na wojnę. Król w dniu 15 kwietnia złożył w gmachu sejmu węgierskiego, kardynałowi Cesariniemu, uroczystą obietnicę, że jeszcze w tym roku rozpocznie działania wojenne przeciwko Turcji. Jednocześnie około 25 kwietnia wysłano poselstwo do Adrianopola w składzie: Stojko Gisdanicz, kanclerz Bogdan, Witisław i Atanasy Froszak. Gisdanicz i kanclerz Bogdan reprezentowali króla, Witisław - Hunyadiego a metropolita Smederewa Atanasy Froszak - Brankowica. Gisdanicz, który przewodniczył całemu poselstwu uchodził za specjalistę od spraw tureckich i w piśmie do sułtana Władysław III pisał o nim, że jest „naszym człowiekiem niezawodnym w działaniach i rokowaniach". Poselstwu towarzyszyło sześćdziesięciu zbrojnych jeźdźców oraz zwolniony z niewoli wódz turecki Mahmud Czelabi. Rokowania przyśpieszono i w dniu 12 czerwca 1444 r. Murad II podpisał w Adrianopolu stosowny dokument składając zarazem uroczystą przysięgę w obecności królewskich posłów, że dotrzyma zawartych w nim zobowiązań. Jego postanowienia były tak korzystne dla strony węgierskiej, że w Polsce określano je jako „ nie do uwierzenia". Pokój zawarto na 10 lat. Węgry miały otrzymać wszystkie ziemie, które do tej pory utraciły na rzecz Turcji. Obie strony zobowiązały się do niewszczynania wojny, wymiany jeńców, a Turcy nawet do nieprzekraczania linii Dunaju, wystawienia 25 tysięcznego korpusu wojskowego na węgierskie wyprawy wojenne i zapłacenia kontrybucji w wysokości 100 tysięcy dukatów. Sułtan wysłał też do Władysława III swojego posła Sulejmana bega, aby król mógł „prawowicie i rzetelnie, bez żadnego podstępu i zdrady zaprzysiąc warunki owego traktatu (...) według zwyczaju swego kraju i zasad religii chrześcijańskiej". Poselstwo tureckie, jak odnotowuje Długosz,"... w sto koni (...) z darami w naczyniach złotych i srebrnych" dość szybko dotarło do Szegedynu. Zostało tam przyjęte przez Władysława III „dokąd król udał się w otoczeniu dyplomatów, panów węgierskich i wielu dostojników".

Na pokoju zyskiwał despota serbski Brankowic, któremu za cenę powrotu do płacenia trybutu zwracano całą Serbię, posiadłości w Albanii oraz 24 pograniczne twierdze i zamki. Takie decyzje oznaczały powiększenie Serbii w stosunku do obszaru sprzed 1439 roku. Oddano jej po zaciętych sporach strategiczne twierdze: Smederewo, Golubac i Kruszewac, których Serbia wcześniej nie posiadała. Brankowic zobowiązał się do systematycznego płacenia trybutu i wystawiania wojsk pomocniczych. Stał się od tej pory lojalnym lennikiem. Kiedy więc rozpoczęły się na Węgrzech dyskusje w sprawie pokoju szegedyńskiego, zawarł porozumienie z poselstwem tureckim i pośpiesznie opuścił Szeged, instalując się 22 sierpnia 1444 roku w swojej stolicy - Smederewie. Brankowic zobowiązał się też wobec Murada II, że „... będzie jego wiernym przyjacielem i sojusznikiem". I słowa dotrzymał.

Była to duża strata dla przygotowywanej kampanii wojennej. Warto przypomnieć, że wojska serbskie podczas „długiego pochodu" stanowiły prawie 30% całości sił chrześcijańskich. Wielu jednak uważało, że podpisując traktat separatystyczny z Turkami, Brankowic zdradził. Oni też obarczają go współodpowiedzialnością za niepowodzenia drugiej wyprawy. Kallimach pisze wręcz, że Brankowic myślał tylko o realizacji własnych interesów, a nawet oskarżał go, że przeszedł na stronę turecką. Można w tym miejscu odnotować, że taka polityka despoty serbskiego przedłużyła żywot jego państwa na kolejne 15 lat.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 64-66

"...1 sierpnia 1444 r. w Szegedynie (według węgierskiego historyka Paula Engla - 15 sierpnia w Waradynie, co wydaje się bardziej prawdopodobne) ratyfikował go król Węgier i Polski - Władysław III Jagiellończyk. Podobnego zdania jest Sandor Oze, autor krótkiego przewodnika po parku - muzeum Władysława Warneńczyka w Warnie (A Vanai csate 1444).

Fakt ratyfikacji potwierdzony został przez kilka źródeł tureckich, które stały się znane po 1949 roku, kiedy je opublikował i udostępnił Hail Inalcik. Tak więc spór Dąbrowskiego i Haleckiego jest już dziś bezprzedmiotowy. Nieaktualne stają się też sądy: Haleckiego i Prochaski, oparte na relacji Andrzeja de Palatio, uczestnika wyprawy i bitwy pod Warną, że układ został zawarty przez Brankowica i Hunyadiego bez wiedzy króla.

Ratyfikacja traktatu odbyła się w obecności ambasadora tureckiego Sulejmana bega (Baltaoglu), który natychmiast po tym akcie wraz z Brankowicem opuścił Węgry. Pośpiech był konieczny, jako że traktat przewidywał oddanie Brankowicowi przygranicznych twierdz w ciągu 8 dni. Pierwsza twierdza Semendria (Smederewo) została zwrócona 22 sierpnia, następna w kilka dni później..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 66-67

"...Ani toczące się pertraktacje, ani podpisanie rozejmu nie przerwały przygotowań do wojny. Wydano rozkazy o koncentracji oddziałów w połowie lipca 1444 r. w dwóch ośrodkach: w rejonie Waradynu (Oradea) i Temeszwaru (Timiszoary). Na połowę lipca swoją obecność zapowiedział w Waradynie Władysław III. Spory się jednak przewlekały i król wraz z częścią dostojników dopiero pod koniec lipca 1444 r. opuścił Budę..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 67

"...Wkrótce na dwór królewski za pośrednictwem Hunyadiego dotarły dwa pisma wysłane przez Włocha Cyriaka z Ankony, agenta papieskiego (jedno z 12 czerwca z Adrianopola, drugie z 22 czerwca z Konstantynopola), donoszące królowi, że ustępstwa sułtana są wymuszone sytuacją wewnętrzną w państwie, głównie chęcią stłumienia buntu w Karamanii. Pisał, że Murad II koncentruje większość swoich sił w Azji Mniejszej. Namawiał do zerwania układu argumentując, że kiedy władca Turcji dowie się o pochodzie wojsk chrześcijańskich i pojawieniu się floty na Propontydzie, to sam wycofa więk-szość swoich wojsk do Azji. W podobnym tonie pisał Cyriak z Ankony do kardynała Cesariniego. Informował, czy świadomie prowokował? Pytanie jest zasadnicze kiedy się zważy, że w innym liście wysłanym do Hunyadiego zawiadamiał o podjęciu przez Murada II przygotowań do wojny z koalicją chrześcijańską, donosił o mobilizowaniu wojsk w Rumelii, gromadzeniu zapasów żywności i broni oraz podjęciu starań mających na celu naprawę i wzmocnienie fortyfikacji Adrianopola. Swoje stanowisko wobec konfliktu zmienił Hunyadi po otrzymaniu dóbr Vilagosvar i podpisaniu pokoju adrianopolskiego, który Bułgarię pozostawił Turkom. Wiedział, że aby zostać królem tego kraju należy najpierw wypędzić wojska tureckie z Bałkan. Hunyadi wzmacniał więc stronnictwo prowojenne, deklarując swój udział w wyprawie. Starał się lawirować pomiędzy despotą serbskim a królem, aby odnieść jak największe korzyści.

Tymczasem już wkrótce po ratyfikowaniu rozejmu dotarła do króla wiadomość, i to od razu z dwóch źródeł: z Wenecji, wysłana w lipcu i z Korfu z 10 lipca, o wyjściu w morze w kierunku Dardaneli floty wenecko-burgundzko-papieskiej pod dowództwem kardynała Francesco Condulmera i Alvise Lorendano. Flota opuściła port w Wenecji w dniu 22 czerwca 1444 r„ biorąc kierunek na wschód. Okręty były przeznaczone do wsparcia wojsk Władysława III i Hunyadiego. Przewidywano, że wpłyną na Morze Czarne, dotrą do delty Dunaju i w ten sposób zbliżą się do teatru działań wojennych. Wbrew zapowiedziom w wyprawie nie wzięły udziału statki Królestwa Aragonii i Księstwa Mediolanu. Nie nadchodziły też wielokrotnie zapowiadane posiłki wojsk lądowych z Niemiec, Francji i Anglii. Odmówili swego udziału Krzyżacy. Niebezpiecznie więc kurczyła się liczba wojsk przewidywanych do drugiego pochodu, stawiając pod znakiem zapytania jego powodzenie..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 68-69

"...Oto bowiem flota chrześcijańska zgromadzona w Wenecji, w której wyruszenie na morze powątpiewano na dworze węgierskim, wypłynęła w stronę cieśnin. Flotylla składała się z ośmiu galer wystawionych przez papieża, z kilku statków Republiki, z dwóch galer wystawionych przez Raguzę (Dubrownik) oraz z czterech galer burgundzkich; ogółem liczyła 22 jednostki. Dowództwo było podzielone - statkami papieskimi dowodził Alojzy Loredano, burgundzkimi - Jan de Wavrin. Całością flotylli chrześcijańskiej kierował kardynał Ambrogio Condolmieri, legat Eugeniusza IV.

Pierwsze jednostki opuściły Wenecję 22 czerwca (statki weneckie i papieskie), ale popłynęły wpierw do portu Pola na wybrzeżu dalmatyńskim, celem dozbrojenia i uzupełnienia stanu załóg. Dopiero około 10-13 lipca zdołano pozbierać większość statków na należącej do Wenecji wyspie Korfu, a całość flotylli połączyła się w cieśninach około 28 lipca. Przyczyną powolnej marszruty była przede wszystkim różnorodność statków.

Zadanie, jakie postawiono przed flotyllą polegało przede wszystkim na odcięciu Turkom możliwości przerzucenia sił z Azji na europejski teatr działań wojennych. W tym celu zamierzano obsadzić statkami cieśninę Dardanele (Hellespont), zakładano równocześnie, że nad Bosforem będą panowały statki Konstantynopola i umocnienia potężnej stolicy wschodniego cesarstwa. Część flotylli miała przepłynąć przez Morze Marmara na Morze Czarne, a następnie do ujścia Dunaju i w górę tej rzeki, w okolice Nikopolis. Tutaj statki miały wyczekiwać na zbliżającą się od północy armię lądową i wspierać ją podczas przeprawy. Była to bardzo interesująca propozycja taktyczna, wszelako dla jej realizacji niezbędna była szybkość działań, zdecydowanie i, przede wszystkim, dobra synchronizacja wszystkich części składowych wojsk chrześcijańskich. Wiele też zależało od wsparcia sił morskich Konstantynopola.

Niestety okazało się, że zamierzenie przerasta możliwości jego wykonawców, z których część przynajmniej, na domiar złego, nie zamierzała wywiązać się z zobowiązań. Flotylla wyruszyła na morze zbyt późno, a wieść o tym wysłano na Węgry dopiero z wyspy Korfu (około 10-13 lipca). Informacja ta dotarła do króla Władysława w Szegedynie na początku sierpnia, tuż po zaprzysiężeniu pokoju. Działania na morzu obarczone były ponadto pewnymi zastrzeżeniami. Otóż Wenecjanie zobowiązali Loredano, aby ich statki walczyły wyłącznie przeciwko Turkom, ale miały operować tylko w Dardanelach (Hellesponcie). Dopiero silne naciski Condolmieriego spowodowały ustępstwo w tej ostatniej sprawie. Wieść o pokoju w Szegedynie, która dotarła do flotylli na przełomie sierpnia i września, spowodowała, że statki płynęły powoli a jej dowódcy nie do końca wiedzieli, jak w tej sytuacji mają postępować. Wprawdzie rychło nadeszło zapewnienie Cesariniego, że wojska lądowe niezawodnie wyruszą w pole, bowiem pokój został zerwany, ale tego rodzaju sprzeczne wieści oddziaływały deprymująco.

Po osiągnięciu Hellespontu przystąpiono do obsadzenia tej cieśniny, bowiem zakładano, że tutaj właśnie Turcy będą próbowali przedostać się na europejski brzeg. Jednakże zadanie to powierzono zaledwie 18 galerom, podczas kiedy długość tego przesmyku wynosi około 64 km. Dalsze 4 galery popłynęły do Bosforu (długość cieśniny około 30 km), natomiast myśl o wyruszeniu w stronę ujścia Dunaju w ogóle zarzucono. Patrolowanie cieśnin dodatkowo utrudniały silne prądy, które powodowały, że galery żeglowały z wielkim trudem.

Tymczasem Turcy zyskali nieoczekiwanego sprzymierzeńca, bowiem Genueńczycy, zainteresowani z pobudek gospodarczych w utrzymaniu poprawnych stosunków z sułtanem, jak też z chęci zysku, powiadomili ich o zbliżaniu się floty nieprzyjacielskiej. Następnie zgromadzili na wybrzeżu azjatyckim barki do przewozu armii tureckiej, co spowodowało, że sułtan bez trudu obsadził europejski brzeg Bosforu i spokojnie oczekiwał zbliżenia się swoich głównych wojsk ku przeprawie. W tej sytuacji 4 barki floty chrześcijańskiej nie miały najmniejszych szans na wykonanie zadania, a zatem całkowicie załamał się ten fragment strategicznego planu wojny chrześcijańsko-tureckiej. Zanosiło się co najwyżej na powtórzenie wariantu z roku poprzedniego..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 186-187

"...Listy Cyriaka z Ankony oraz pewne już informacje o wpłynięciu floty były oczekiwane i pożądane przez kardynała Cesariniego. Dostał do swoich rąk właściwe argumenty w walce z przeciwnikami wojny. Nie wiemy jakich używał wobec króla, namawiając go do zerwania podpisanego pokoju. Zapewne kładł nacisk na nieważność przysięgi składanej niewiernym, na fakt rozpoczęcia działań przez flotę sprzymierzonych, na zawód jaki sprawi papieżowi rezygnując z krucjaty antytureckiej, na ważność przysięgi składanej w Budzie, właśnie przed nim, na obietnicę wyzwolenia Europy od ucisku tureckiego. Przypominał sukces pierwszej kampanii wojennej i łudził sławą najwybitniejszego krzyżowca - wyzwoliciela. Cesarini znalazł też gorącego zwolennika w osobie Mikołaja Lasockiego i obaj wzmogli nacisk na Władysława III mający doprowadzić do zerwania układu z Turcją.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 69

Największe znaczenie miało wszelako stanowisko Cesariniego, który - jak podaje Długosz - rozumnie i wymownie przełożył, jak wielkie stąd wyniknąć miały nieszczęścia, jeśliby pokój się utrzymał, a jakie korzyści, gdyby został zerwany i odrzucony. Po takim wstępie Cesarini przysięgi i umówione z Turkami przymierze, które Julian kardynał dla uspokojenia w nim (tzn. u króla - przyp. mój K.O.) wyrzutów sumienia osądził za nieważne i jako bez wiedzy i zezwolenia Stolicy Apostolskiej z nieprzyjaciółmi chrześcijan zawarte, rozwiązał. Filip Kallimach stwierdza, iż właśnie wtedy, gdy w otoczeniu królewskim zapanowała rozterka w obliczu pytania: pokój czy wojna?, Julian uznał, że wybiła jego godzina. Cesarini miał wówczas wygłosić płomienne przemówienie do króla i jego otoczenia, w którym stwierdził m.in.: Uważam więc za mój obowiązek wytłumaczyć wam, że musi dojść do wojny, bo wszyscy uważają ją za konieczną. Wy zaś chcecie przede wszystkim, ocalić honor i wolność, a przy tym myślicie, że nie wolno wam rozpocząć działań wojennych ze względu na obustronnie zawarte przymierze. Widzę wśród was wielu takich, których wstrzymuje pusty dźwięk słowa przysięga i przymierze, i ci głowią się nad tym, jak wypada postąpić, a nie myślą o tym, czego sami chcą. Jak gdyby nierozważne słowa wymuszone nadzieją pomieszaną ze strachem zasługiwały na nazwę świętego przymierza. Przymierze dopiero wtedy prawnie obowiązuje, gdy ci, którzy tę myśl poddali, potwierdzają je (...) wiernym wypełnieniem warunków. Powinniście pamiętać też o tym, że zanim przysięgliście Turkom, złożyliście przysięgę chrześcijańskim sprzymierzeńcom (...). Widzicie, że złożona przysięga nie może obowiązywać wobec dwóch stron równocześnie i że od jednej z nich trzeba odstąpić..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 189

"...Wreszcie po 4 dniach namów i perswazji zdecydował się na opublikowanie w dniu 4 sierpnia 1444 r. tzw. „manifestu szegedyńskiego", w którym ponawiał kwietniową przysięgę budzyńską o nowej wyprawie. Zapowiadał też rozpoczęcie antytureckiej krucjaty i wyznaczył termin przekroczenia Dunaju na 1 września „...nie zważając na żadne układy, rokowania i warunki rozejmów zawartych lub zawrzeć się mających z cesarzem tureckim lub działającymi w jego imieniu posłami i pełnomocnikami, w jakimkolwiek brzmieniu wyrazów, chociażby te przysięgi były lub być miały stwierdzone. Takowe owszem układy, bez żadnego wyjątku, niniejszym przyrzeczeniem, ślubem i przysięgą wyraźnie i stanowczo uchylamy, znosimy i za nieważne ogłaszamy". Można snuć domysły, dlaczego królowi był potrzebny taki oficjalny dokument w postaci „manifestu szegedyńskiego". Myślę, iż chodziło o usatysfakcjonowanie Cesariniego oraz danie czytelnego, jednoznacznego sygnału sojusznikom. Gdyby po Europie rozeszła się wiadomość o wcześniej podpisanym z Turcją pokoju, mogłoby to znacznie zaszkodzić akcji werbunkowej i miałoby niewątpliwie niekorzystny wpływ na państwa uczestniczące i popierające koalicję. Długosz zapisze, że król wydał manifest dlatego „...by usunąć wątpliwości wynikające z powodu rokowań z sułtanem i uspokoić papieża, królów i książąt chrześcijańskich oraz dowódców floty wysłanej przeciwko Turkom".


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 70

"...Turecko-węgierskie rozmowy pokojowe ani na chwilę nie przerwały wysiłków dyplomatycznych i przygotowań militarnych do drugiej wyprawy. Gromadzono odpowiednie siły i środki do realizacji tego przedsięwzięcia. Król niezmordowanie słał poselstwa, zabiegał o rekrutację oddziałów zaciężnych, dbał o gromadzenie odpowiedniej ilości broni i koni. Wyruszał na „świętą wojnę" pełen zapału i wielkich nadziei. Sytuacja polityczna i militarna wydawała się sprzyjać temu przedsięwzięciu. Murad II walczył w Anatolii ze zbuntowanym władcą Karamanii. Było już wiadomo, że flota chrześcijańska odpłynęła w kierunku cieśnin, wywiad zaś donosił o wybuchu zamieszek w Adrianopolu na tle religijnym, a janczarzy spalili w stolicy wiele domów, domagając się podwyższenia żołdu


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 71

"...Teraz jednym z największych zwolenników pokoju był despota Serbii Brankowic, którego w trakcie wydania przez króla „manifestu szegedyńskiego" nie było już na Węgrzech. Opuścił Szegedyn wraz z poselstwem tureckim spiesząc do objęcia w posiadanie oddanych ziem i twierdz. Kiedy dotarła do niego wiadomość o wypowiedzeniu pokoju Brankowic w obawie, że utraci znów Serbię, zdecydował się na podpisanie, w dniu 15 sierpnia 1444 roku, odrębnego układu pokojowego. Było to wielkie zwycięstwo dyplomacji tureckiej i niemały cios zadany koalicji chrześcijańskiej..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 78

"...W kraju nie zmieniło to nastawienia do drugiej wyprawy a Wapowskiemu udało się zaledwie zarekrutować około 2 tysięcy najemników, którzy w dodatku dotarli do Budy dopiero w ostatnich dniach listopada 1444 roku i nie wzięli udziału w wyprawie warneńskiej. Co gorsza, jak uważa Swoboda, na Węgrzech uznano organizowanie krucjaty za „prywatne przedsięwzięcie króla". W rzeczywistości postawa społeczeństwa węgierskiego była nieco bardziej złożona i zróżnicowana. Do takich wniosków dochodzą bułgarscy badacze problemu - Cwetkowa i Popow. Zgodzić się wypada z tezą, że jednym z największych beneficjentów ewentualnego przyszłego sukcesu byłyby właśnie Węgry. Dziwić więc może w tej sytuacji fakt, że z najbliższego otoczenia króla tylko 4 dostojników węgierskich złożyło akces uczestnictwa w organizowanej wyprawie. Byli to: biskup Waradynu - Diminis, biskup-nominat Bośni - Rafał Herczeg, wielki kanclerz królestwa i biskup Egeru Szymon Rozgony (jeden z najbliższych współpracowników królewskich) i wojewoda siedmiogrodzki - Hunyadi. Na wojnę nie wyruszyło wielu węgierskich dostojników świeckich i duchownych - m.in.: palatyn Wawrzyniec Hedervary, skarbnik wielki koronny Michał Orszag oraz sędzia nadworny Jerzy Rozgony. Nie zaprzysięgli oni „manifestu szegedyńskiego" i nie wzięli udziału w drugim pochodzie. Fakt ten miał ujemny wpływ na stan przygotowań militarnych.

Postawa Węgrów mogła wynikać z pewnej obawy dotyczącej nieuregulowania spraw wewnętrznych jak i rozbieżnych celów poszczególnych osobistości wchodzących w skład grupy rządzącej. Swoboda określa to jednak „brakiem mądrości politycznej, zacietrzewieniem i krótkowzrocznością, często spotykaną w historii". Nic dodać, nic ująć. Stwierdzić można, że Węgry zaangażowały się w organizację drugiego pochodu poniżej swoich możliwości, zarówno finansowych, jak i w ilości wystawionych wojsk. W tej sytuacji szczególnie cenny wydaje się udział Hunyadiego. Być może rację mają Długosz i Kallimach, kiedy piszą, że Hunyadi został zachęcony do uczestnictwa obietnicą otrzymania korony bułgarskiej. Jednocześnie przechodząc do stronnictwa wojennego Hunyadi nie zwrócił despocie serbskiemu dóbr Vilagosvar, co doprowadziło, z czasem, do otwartego między nimi konfliktu.

Główny pomysłodawca krucjaty, kardynał Cesarini, który od 1432 roku był również legatem papieskim na Węgrzech, także nie zdziałał zbyt wiele. Ani on, ani dyplomacja papieska, nie zdołała skłonić do większego zaangażowania Burgundii, Genui i Wenecji, czy chociażby zwerbować najemników w innych krajach europejskich. Niestety nigdy nie nadeszły obiecane wojska z Francji, Anglii, Mediolanu, Florencji. Nie przybyli też Krzyżacy. Nawet zagrożony przez Turków Dubrownik wykazał duży brak zdecydowania. W sumie udało się zgromadzić pewną ilość rycerstwa zachodnioeuropejskiego, które wyruszyło do boju pod jednym dowództwem. Siły te były znacznie skromniejsze od przewidywanego wcześniej kontyngentu. [...]

Na przygotowaniach do drugiej wyprawy kładł się cieniem ów brak jedności i porozumienia oraz różnorodność celów politycznych krajów, które myślały o powstrzymaniu ekspansji tureckiej w głąb kontynentu europejskiego. Wywoływało to w Budzie pewne zdziwienie, że tak niedawno wysyłane gratulacje, z powodu odniesionych w kampanii 1443-1444 sukcesów, oraz zachęty do organizowania kolejnego pochodu wraz z deklaracjami pomocy z Francji, Anglii, Hiszpanii, Aragonii, Burgundii, Mediolanu, Wenecji, Florencji i Genui nie przekładają się teraz na konkretne wsparcie..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 73-75

"...Co gorsze, niebezpiecznie zaczęła się zmniejszać liczba wojsk, które znajdowały się w obozach i czekały na rozpoczęcie wyprawy. Część rycerstwa nie podzielała opinii Cesariniego o nieważności złożonej przez króla przysięgi. Uważając, że „... honor jest niepodzielny" i należy dotrzymywać złożonych przysięg, opuszczali obóz i wracali do swoich krajów. Ze zdumieniem można konstatować fakt, że topniejąca armia nie budziła zbyt dużych niepokojów w jej dowództwie. Czyżby zwycięstwa odniesione w „długim pochodzie" skłaniały do zbyt pochopnych ocen o słabości państwa tureckiego? Wszystko wskazuje, że tak właśnie było. Zawodził wywiad i trzeźwa ocena sytuacji. Zawodzili doradcy. W przeciwnym wypadku operacja militarna, przed której rozpoczęciem zdołano skoncentrować zaledwie niewiele ponad połowę wojsk biorących udział w pierwszej kampanii, nie powinna dojść do skutku.

Nie udało się już nadrobić zapóźnień w kwestii zaopatrzenia i wyposażenia wojsk. Zmusiło to dowództwo do kolejnego przesunięcia terminu wymarszu z 1 września na połowę tego miesiąca. Raz jeszcze należy podkreślić fakt, że zostały zlekceważone doświadczenia z kampanii 1443-1444. Działania zaczynały się zbyt późno, liczba zgromadzonych wojsk była daleko niewystarczająca, a znaną trasę marszu z pierwszej wyprawy trzeba było zmienić na inną z powodu postawy Brankowica. Wszystko to - zdaniem Cesariniego - nadal „rozpraszającego" wątpliwości króla, miały zrekom-pensować wojska zgromadzone przez Bizantyńczyków, udział narodów podbitych przez Turków - zwłaszcza Bułgarów i blokada cieśnin przez flotę papieską.

Ogłoszenie pokoju adrianopolskiego miało wpływ na morale gromadzonej w dwóch obozach armii. Nastąpiło zamieszanie, niektóre oddziały najemników rozpuszczono, część zdecydowała się na powrót do domu. Dla przykładu pewna liczba wojsk polskich, pozostająca do tej pory w obozie, wróciła do kraju. Dokładna liczba sił chrześcijańskich, które zdołali zgromadzić Władysław III i Hunyadi trudna jest do ustalenia. Większość historyków szacuje je na 16 tysięcy żołnierzy. Taką też liczbę podaje uczestnik walk Andrzej de Palatio, kolator papieski w Polsce, którego relację z 1445 roku w całości w swoich „Rocznikach..." cytuje Długosz. W niektórych pracach spotyka się inne szacunki, nie przekraczające jednak liczby 25 tysięcy. W dodatku, w przeciwieństwie do „długiego pochodu", tym razem nie można było liczyć na większe wsparcie narodów bałkańskich. Albańczycy prowadzili własne samodzielne walki z Turkami, a Serbowie nie wzięli udziału w „wyprawie warneńskiej"..."

Główne siły armii Władysława III Jagiellończyka, zebrane w obozie pod Waradynem, stanowili Węgrzy i Polacy. Liczba tych ostatnich jest też trudna do ustalenia. Niektórzy badacze piszą o 5-6 tysiącach, co wydaje się cyfrą nieco przesadzoną. Być może wliczono doń dwutysięczny korpus Piotra z Radochowic Wapowskiego, który niestety przybył na Węgry za późno i - jak już wspominałem - nie wziął udziału w drugim pochodzie. Jeżeli założymy, że Hunyadi w obozie pod Timiszoarą skoncentrował około 4 tysięcy żołnierzy, to na obóz królewski wypadnie w przybliżeniu 12 tysięcy, z czego zapewne ponad połowę stanowili Węgrzy. Poza Polakami zgromadziło się tu rycerstwo z Bośni, Chorwacji, Czech, Słowacji, podobnie jak podczas „długiego pochodu", niewielki oddział Albańczyków z Kosowa oraz nieliczne poczty rycerstwa francuskiego, niemieckiego i włoskiego, wchodzące głównie w skład korpusu kardynała Cesariniego. Do tego doliczyć wypada poczty biskupów: Szymona Rozgonyiego z Egeru, Jana Dominisa z Waradynu, Rafała Herczega, wojska magnatów: Franca Thalloczyego i Michała Szylagi oraz oddziały obrony terytorialnej z południowo-wschodniego pogranicza.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 81-83

"...Podobnie jak podczas pierwszej wyprawy, wkrótce po ogłoszeniu „manifestu szegedyńskiego", wodzem naczelnym „przy królu" mianowano Hunyadiego, z tytułem „supremus capitaneus armorum et dux militiae exercitus christianissimi regis Hungariae". Nominalne dowództwo pozostało w rękach króla Polski i Węgier - Władysława III Jagiellończyka..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 83

"...Dużym osłabieniem wojsk chrześcijańskich był brak w drugim pochodzie bitnych wojsk serbskich Brankowica. Jego przymierze z sułtanem zmieniło zasadniczo układ sił. Miało to wpływ na plan całego przedsięwzięcia. Zrezygnowano z marszu trasą pierwszej kampanii, a wroga postawa Brankowica uniemożliwiła połączenie się z Albańczykami. Początkowo, jak wynika z analizy tekstu Kallimacha, planowano marsz, w kierunku Gallipoli, przez Trację, bliżej nieokreśloną drogą. Zdecydowano się jednak na marsz wzdłuż Dunaju, poczym zamierzano skierować się na południe i tą drogą, aczkolwiek dłuższą, dotrzeć do Adrianopola. W rejonie Gallipoli spodziewano się połączyć z armią bizantyjską i flotą papieską. Zmiana planów nie miała wpływu na ogólną strategię wyprawy. Morale armii było dobre, szczególnie kiedy dowiedziano się o wypłynięciu floty, która - jak się powszechnie spodziewano - zablokuje cieśniny, a armia chrześcijańska wraz z Bizantyńczykami „zamknie w kleszczach europejską część imperium". Jednak tym razem, w przeciwieństwie do „długiego pochodu", nie można było liczyć na większe wsparcie narodów bałkańskich.

Wybór marszu wzdłuż Dunaju należy ocenić jako dobre posunięcie. Nizinny teren ułatwiał przemieszczanie się dużej ilości wozów bojowych i taborowych. W celu przyspieszenia marszu zrezygnowano z ciężkiej artylerii i maszyn oblężniczych. Zgromadzone wojska dwiema kolumnami ruszyły w połowie września 1444 wzdłuż rzeki Temesz w stronę przepraw na Dunaju. Ze względu na to, że pod twierdzą Tekiji doszło do pierwszych starć zdecydowano się na skierowanie taborów i ałtylerii na przeprawy pod Turnu Severin, a przez bród pod Orsową, prawdopodobnie 18 września pozostałe siły armii chrześcijańskiej, nie bez przeszkód, przeprawiły się na prawy brzeg Dunaju. Natychmiast doszło do starć z pogranicznymi oddziałami tureckimi. Jednostki te, stosunkowo mało liczne, nie były w stanie powstrzymać sił koalicyjnych, lecz mimo to zmusiły je do czterodniowych uporczywych walk. Wraz z garnizonami ruszyła fala uciekinierów miejscowej tureckiej ludności, a w niektórych wypadkach, jak wspomina de Palatio, w cytowanym już liście, wraz z nimi uciekała ludność bułgarska. Być może przyczyniły się do tego bezwzględne rekwizycje i grabież mienia, przez żołnierzy armii chrześcijańskiej. Dopiero interwencja króla, nakazująca łagodnie obchodzić się z miejscową ludnością, zmieniła jej nastawienie do wkraczających, w granice dawnej Bułgarii, wojsk. Zaczęła ona nawet zasilać ochotnikami istniejące już bułgarskie formacje, które z chęcią atakowały mniejsze tureckie garnizony. Oddziały bułgarskie były jednak nieliczne i nie mogły stanowić istotnego wsparcia.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 83-84

"...Murad II pozostawił w europejskiej części swego imperium wojska szacowane na 7-8 tysięcy żołnierzy pod wodzą małoletniego jeszcze syna Mehmeda II, któremu dodał do pomocy doświadczonego wodza i swego przyjaciela, wielkiego wezyra Chalila. On też był faktycznym dowódcą korpusu osłonowego, którego zadanie polegało na powstrzymaniu pochodu armii chrześcijańskiej i szarpaniu mniejszych jednostek wroga. Do tej liczby należy dodać załogi twierdz i zamków rozrzucone na całym terytorium, którym wydano rozkazy obrony umocnionych punktów do końca i atakowanie wojsk przeciwnika, kiedy i gdzie tylko to będzie możliwe..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 84

"...W okolicach Kladusnicy połączono się z taborami i dalej już prawym brzegiem Dunaju ruszono w kierunku Morza Czarnego. Trasa wydawała się bezpieczna i stosunkowo łatwa, jako że wojska w czasie przemarszu miały osłoniętą swoją lewą flankę Dunajem, za który można się było „schować" w razie zagrożenia. Prawa flanka była osłaniana Starą Płaniną.

Szturmem zdobyto Kładowo (Żelazne Wrota), a po ośmiu dniach armia stanęła pod starą bułgarską twierdzą - Widynem. [...] W tych działaniach uczestniczyła już pewna liczba Bułgarów, którzy okazali się niezwykle przydatni jako przewodnicy oraz podczas zdobywania zaopatrzenia. [...]

Widyn został zdobyty szturmem 26 września. Nie zaryzykowano jednak walk o silnie ufortyfikowaną twierdzę. Taka decyzja, jak podaje cytowany już Palatio, była wynikiem narady wojennej, na której określono dalszą trasę przemarszu, a w celu przyspieszenia go rezygnowano ze szturmowania i zdobywania twierdz. Postój pod Widynem był też konieczny dla wytrzebienia drobnych, rozproszonych oddziałów nieprzyjaciela oraz likwidacji tureckiej administracji..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 85

"...Dowódcy pogranicznych garnizonów tureckich ograniczali się natomiast do śledzenia przemarszu armii królewskiej. Działania podjazdowe na większą skalę podjął dopiero Mahmed-beg - sandżagbej Nikopolis, tropiąc i likwidując drobne pododdziały, głównie maruderów. Walczono z dużym okrucieństwem. Obie strony nie brały jeńców. Co gorsza wojska chrześcijańskie, jak podają Długosz i Beheim, podobnie jak w kampanii 1443-1444, zachowywały się jak w kraju podbitym, rabując, wzniecając pożary, dopuszczając się gwałtów, bezczeszcząc i grabiąc cerkwie. Rzecz dziwna, że nie oszczędzano przy tym Bułgarów. Może dlatego, że nie sprawdziły się zapewnienia o masowym zaangażowaniu miejscowej ludności. Wprawdzie pewna jej liczba przyłączyła się do wojsk chrześcijańskich podczas operacji w rejonie Widyna, ale wraz z posuwaniem się na wschód malała ich liczebność. Stawało się oczywiste, że rachuby na dużą pomoc i uczestnictwo Bułgarów zawodzą. Trudno jest określić ilość ludności bułgarskiej, która przyłączyła się do wojsk koalicji. Sądzę, że można ją liczyć jeśli nie w dziesiątkach to najwyżej w setkach osób.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 85-86

"...W 26 dniu od czasu przeprawy przez Dunaj wojska przez Łom - Oriachowo dotarły pod Nikopolis (16 październik). Marsz odbywał się w wolnym tempie. Nawet w nizinnym terenie tabory opóźniały szybkość przemarszu. Zgodnie z uchwałą rady wojennej ograniczono się do spalenia i zajęcia przedmieść Nikopolis. Żołnierze byli przemęczeni, więc zatrzymano się na kilkudniowy odpoczynek. Tu król dokonał przeglądu oddziałów, miejsca ich obozowania, a przewidując „... ciężki marsz nakazał wyzbycia się wszystkiego co w nim stanowiłoby przeszkodę". „Cała okolica, a więc żyzne dokoła okolice i pagórki obiecywały pod dostatkiem wszystkiego, co trzeba dla wzmocnienia żołnierzy i zwierząt jucznych" - zapisał Kallimach. W rejonie Nikopolis dołączył też bliżej niezidentyfikowany oddział „Starorusów" z zachodniej Ukrainy, która wówczas wchodziała w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego (Apostołow, Petkowa). Tu też, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami nastąpiło spotkanie z Wołochami, których w sile 4 tysięcy przyprowadził Wład Drakula (Diabeł), o którym cytowany Kallimach pisał, że jest to „człowiek (...) wielkiego ducha i urodzony wojownik". Hospodar Wołoszczyzny nie zamierzał brać udziału w wyprawie, pozostawiając komendę nad swoją lekką jazdą młodszemu synowi Mirczy, dodając mu dwóch doświadczonych i obeznanych w terenie działań wojennych wodzów. Był to jednak sojusznik dość niepewny. Wojewoda władał Wołoszczyzną w latach 1431-1445 i nie zasłynął z lojalności. Długo się wahał, zanim zdecydował się na wsparcie ; wyprawy królewskiej. [...]

Drakula [...], w 1444 r., zdecydował się na wsparcie wojsk chrześcijańskich. Kiedy jednak zorientował się, że armia chrześcijańska liczy zaledwie 16 tysięcy zdecydowanie odradzał królowi dalszego marszu. Dość dosadnie argumentował, że sułtan zwykł z większymi siłami chadzać na polowania. Słowa te uprzytomniły niektórym ryzyko przedsięwzięcia, a pewna grupa Węgrów zaczęła namawiać króla do powrotu.

Kallimach wspomina też o przepowiedniach, niekorzystnych dla króla i wyprawy. Bułgarka z miejscowości Sułłon (nie udało się jej zidentyfikować) - Fekuza, wywróżyła królowi, że nigdy nie wróci do swojej ojczyzny. Być może był to podstęp, wymyślony przez Drakulę, który był obecny podczas wróżenia, aby odwieść króla Władysława III Jagiellończyka od kontynuowania pochodu.

Za podjęciem dalszych działań opowiedział się kardynał Cesarini, który przypomniał o oczekujących wojskach bizantyjskich i flocie papieskiej. W istocie, gdyby armia Murada II nie była w stanie sforsować Bosforu i Dardaneli, to wojska jakimi dysponował Władysław III, w połączeniu z rzekomo oczekującymi siłami cesarza bizantyjskiego, w zupełności wystarczyłyby na wyparcie Turków z Bałkanów..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 86-87

"...Spalono więc - jak już wspomniałem - Nikopolis, rezygnując ze zdobywania dobrze ufortyfikowanej i obsadzonej przez silny garnizon twierdzy. Źródła tureckie podają o niemałych stratach chrześcijan i o pierwszych jeńcach, którzy trafili do tureckiej niewoli. Podczas postoju zadbano o należyte zaopatrzenie oddziałów i furaż dla koni. Około 20 października armia ruszyła dalej, kierując się na Swisztow. Maszerowano przez ziemie wchodzące niegdyś w skład Imperium Romanum, a naoczny świadek tak relacjonował wrażenia: „Jeszcze liczne i wspaniałe dawnych cesarzów rzymskich budowy i marmurowe pomniki z greckimi i łacińskimi napisami, łuki triumfalne i kolumny wzniosłe, których większość powywracała już to dawność czasu, już złośliwość Turków". Maszerowano w dwóch kolumnach a awangardę tworzyła wołoska lekka jazda i trzytysięczny korpus Węgrów pod komendą Hunyadiego. Pełniła ona rolę rozpoznania bojowego, zwalczając mniejsze oddziały nieprzyjaciela i zabezpieczając marsz sił głównych dowodzonych przez Władysława III. Z marszu zdobyto Swisztow i spalono zgromadzone na Jantrze okręty wroga (28), przygotowane do walki na Dunaju. Czyżby Turcy spodziewali się, że działania armii lądowej będzie wspierała flotylla rzeczna? W innych źródłach czytamy, że okręty te operowały na Kamczyku, wpadającym do morza na południe od Warny, i że było ich 37. Dziwić się wypada, że rzeczywiście strona chrześcijańska nie pomyślała o takim wsparciu, lub chociażby zabezpieczeniu, na wypadek trudności aprowizacyjnych, ułatwienia transportu dla środków technicznych, czy chociażby ewakuacji na drugi brzeg, gdyby wyprawa kończyła się niepowodzeniem. W tym rejonie, jak podaje Starowolski („Wojownicy sarmaccy"), w bliżej nieznanych nam okolicznościach, zmarł syn wojewody poznańskiego Wincenty Świda z Szamotuł, kasztelan międzyrzecki i starosta ruski, wschowski i wyszogrodzki..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 87-88

"...Wycinanie w pień tureckich mniejszych podjazdów, palenie i burzenie miast, niszczenie okrętów, zdobywanie mniejszych twierdz było typową formą działań prewencyjnych, mających na celu zabezpieczenie tyłów armii chrześcijańskiej, która coraz głębiej wchodziła w obszar operacyjny wroga. Niestety nie oszczędzano ludności miejscowej, nadal palono wsie i grabiono cerkwie. Opisy zniszczeń i rzezi znajdujemy zarówno u Kallimacha, jak i u Długosza..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 88

"...Tymczasem flota papieska blokowała już 18 galerami Dardanele w rejonie dzisiejszego Canacale, a jej dowódca kardynał Condulmer wysłał 4 galery pod komendą Waleriana de Vawrin w rejon Bosforu, na wypadek gdyby armia turecka starała się przeprawić w tym miejscu do Europy. Niebawem jego flotylla została wzmocniona przez dwie galery bizantyjskie. W rejonie cieśnin działała też pewna ilość genueńskich statków handlowych, lecz jak się okazało nie można było liczyć na ich lojalność. Czy okręty te mogły skutecznie zablokować cieśniny? Odpowiedź niestety musi być przecząca.

Cieśnina Dardanelska, szeroka od 1,3 do 18,5 km, miała długość 65 km., Bosfor zaś analogicznie był szeroki na około 3 km. i długi na 30. Flota papieska była zbyt skromna, aby móc dozorować tak duże obszary. W dodatku posiadała braki w wyposażeniu, a manewrowanie galerami wiosłowymi przy silnych prądach w cieśninach było trudnym przedsięwzięciem. Szwankowało dowodzenie i koordynacja działań. Podział floty okazał się ogromnym, i na dodatek nie jedynym, błędem kardynała Codulmera. Zadanie, jakie postawiono flocie, było trudne do wykonania, ale czy niemożliwe? A może zaważyły inne czynniki - np. zdrada czy kunktatorstwo? Spór między historykami trwa do dziś..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 92-93

"...W rejonie Swisztowa, około 20 października, wojska opuściły szlak naddunajski, kierując się dwiema kolumnami na południowy wschód, na Szumen (Szumią), Czerwen, Abrytus, Pliskę, Stan, Nowy Pazar (Janipazar) i Prowadiję, gdzie wojska zatrzymały się na tygodniowy wypoczynek, rozsyłając podjazdy w różnych kierunkach. Druga kolumna maszerowała po osi: Niklon, Górna Orachowica, Rachowiec, Presław, Szumen, Madara, Prowadija. W dniu 24 października król wystosował pisma do dowódców garnizonów w Szumen, Madarze, Petricz, Kalakarze, Mikropolis, Kawarnie, Gałacie i Warnie z wezwaniem do poddania się i opuszczenia Europy. Wzywał do uwolnienia jeńców chrześcijańskich, zaniechania walki i złożenia broni w zamian za powstrzymanie rzezi, rozbojów i mordowania jeńców, których obiecywał odsyłać do niezdobytych jeszcze garnizonów. W dalszej części pisał, że „jeśli zaś temu pismu okazalibyście się oporni, wyprowadzimy wojska nasze przeciwko wam i wydamy was na łupiestwo i zgubę naszym żołnierzom". Efekt pisma był raczej odwrotny. Muzułmańscy mieszkańcy tych ziem rzucili się do ucieczki, a tureckie garnizony pospiesznie wzmacniały swoja obronę i przygotowywały się do walki na śmierć i życie..."

Dowódcy, znakomicie położonych, uchodzących za trudne do zdobycia twierdz w Szumen i Petricz (Pezechium), spodziewali się odegrać większą rolę w tej wojnie. Liczyli, że uda im się zablokować dalszy marsz wojsk chrześcijańskich na południe. Ze znaczenia tych fortec zdawał sobie sprawę Władysław III. Co prawda można je było wyminąć, lecz pozostawienie na swoich tyłach tak silnych garnizonów stwarzałoby ogromne niebezpieczeństwo. Dlatego, jednak kosztem czasu, podjęto decyzję o zdobywaniu tureckich twierdz i umocnionych rejonów obronnych. Miało to mieć istotny wpływ na końcowy efekt wyprawy.

Armia królewska wróciła więc do starych praktyk pozostawiania za sobą spalonej ziemi i podejmowała trud zdobywania nawet małych twierdz, niszczenia ich i wycinania obrońców. Walki przybrały więc na ostrości, a Turcy walczyli do ostatniego żołnierza, tak w obronie twierdz, jak i w polu. Gwałtownie rosły straty obu stron..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 88-89

"...Sułtan pod koniec października 1444 roku stanął w rejonie Canacale nad Dardanelami, w miejscu najbardziej dogodnym do przeprawy. Tu jednak okazało się, że miał przed sobą główne siły floty papieskiej. Jak podają niektóre źródła jeden z oddziałów tureckich zdołał przepłynąć cieśninę w rejonie Gallipoli, jednak duża przewaga sprzymierzonych na morzu uniemożliwiała przeprawę całej armii. Murad II zorientował się, że Bosfor musi być słabiej broniony i ten błąd floty papieskiej zamierzał wykorzystać. Pozorując więc przygotowania do sforsowania Dardaneli, ruszył z głównymi siłami ku Bosforowi. Zatrzymał się pod miejscowością Rumeli-Hisary koło Konstantynopola i rozpoczął przygotowania do przetransportowania wojsk. Szybko udało mu się uchwycić drugi bizantyjski brzeg cieśniny, bez sprzeciwu ze strony armii cesarza Jana VIII Paleologa. Po europejskiej stronie czekały już, wzmocnione artylerią, siły wielkiego wezyra Chalila. Dowódca obrony Bosforu - Walerian de Vawrin bezskutecznie namawiał Jana VIII do podjęcia energicznych działań, proponując wspólne uderzenie na turecką armię osłonową. Władca bizantyjski odmówił, uważając taką operację za zbyt ryzykowną i nie chciał kierować do niej żołnierzy, których zadaniem była obrona Konstantynopola. Otwartym pozostaje pytanie, czy de Vawrin i Jan III byli w stanie zgromadzić takie siły, które zdołałyby pokonać 7-8 tysięczny korpus Chalila paszy?

Uchwycenie obu brzegów Bosforu w istocie uniemożliwiło jakiekolwiek działania galerom Vawrina. Gęsto rozstawiona na obu brzegach artyleria panowała nad tą częścią akwenu i galery znalazły się w jej zasięgu. Na domiar złego pogorszyła się pogoda, która zagnała galery chrześcijańskie do Złotego Rogu i tam unieruchomiła na pewien czas. Jak wspominają kronikarze nawet niebiosa sprzyjały Muradowi II.

Zachowanie cesarza bizantyjskiego do dziś budzi zdziwienie u historyków. Dlaczego pomimo zmobilizowania swoich sił nie podjął obrony Bosforu, a później nie starał się udzielić pomocy wojskom chrześcijańskim? Ten problem pozostaje pytaniem bez logicznej i rozsądnej odpowiedzi. Wydaje się, że rację mają ci, którzy uważają, że polityka Jana VIII cechowała się dużą ostrożnością, pewnym rodzajem asekuranctwa, które nakazywało, jak twierdzi M. Salomon, „traktować interes własnego państwa jako motyw nadrzędny". Być może Jan VIII chciał w ten sposób zabezpieczyć się na obie strony?

Od tej pory artyleria turecka, w zasięgu której znalazła się znaczna część wód Bosforu, była w stanie efektywnie ochraniać miejsce przeprawy. Drugim czynnikiem, który nie pozwalał na skuteczne działania floty papieskiej okazała się zła pogoda. W dodatku główne siły floty, blokujące Dardanele, po zorientowaniu się, że Murad II przesunął swoją armię nad Bosfor, zamiast pospieszyć z pomocą galerom de Vawrina odpłynęły na wyspę Tenados w celu uzupełnienia zaopatrzenia. Kiedy wróciły, główne siły sułtana były już na rumelijskim brzegu.

Sułtanowi udało się przekupić kupców genueńskich, którzy - jak twierdzi Kallimach - zdradzili i za dużą opłatą (1 dukat od wojownika, 1 czerwony złoty od osoby) przewieźli armię turecką na drugi brzeg. Cytowany już Rojek zapisze: „Król został zdradzony przez tych, co najwymowniej przekonywali go o znakomitej sposobności podjęcia działań wojennych, które miały się zakończyć pewnym i bezkrwawym niemal zwycięstwem". Andrzej de Palatio podaje, że sułtan sforsował Bosfor „ukradkiem pod osłoną nocy". Długosz pisze o zdradzie Genueńczyków i Wenecjan. Inni kronikarze wspominają, że „Włosi za przewiezienie każdego tureckiego żołnierza dostali po sztuce złota". Kroniki greckie oskarżają zaś o pomoc w przeprawie cesarza Jana VIII, a z kolei kronikarz bizantyjski Chalkokondyles stwierdza, że kilkudniowe burze przeszkodziły flocie papieskiej w podjęciu akcji blokującej Turków na anatolijskim brzegu. Maciej Stryjkowski oskarża nawet głównodowodzącego flotą kardynała Condulmera o rzekome współdziałanie z Genueńczykami. Statki handlowe Genueńczyków, przy pomocy mieszkańców Pery i Galaty, przez dwa dni i dwie noce przewoziły armię Murada II przez Bosfor. Dodatkową osłoną przeprawy była artyleria zamku Anadduhisari, położonego na anatolijskim brzegu, gdzie Murad II rozwinął swoje stanowisko dowodzenia.

Aby przekupić kapitanów floty genueńskiej jeszcze w Manissie zaczęto gromadzić środki finansowe. Czyżby znacznie wcześniej nawiązano kontakt z Genueńczykami i Wenecjanami i prowadzono rozmowy sondażowe? Do końca nie można tego wykluczyć. Działania floty w dniach przeprawy armii tureckiej przez Bosfor śmiało można określić jako co najmniej zaskakujące i trudno nie zgodzić się z autorami, którzy zdecydowanie kwalifikują je jako zdradę. Otwartym pozostaje pytanie dlaczego flota papieska, zgodnie z wcześniej podjętymi ustaleniami nie udała się na Morze Czarne? Dlaczego nie starała się nawiązać kontaktu z armią lądową i przynajmniej podjąć wysiłki w celu udzielenia pomocy? Dlaczego nie było jej na Dunaju, aby służyć pomocą rozbitym pod Warną oddziałom? Tak to zdrada Genueńczyków i być może Wenecjan, małoduszność i brak wiary w powodzenie drugiej wyprawy, kunktatorska postawa dowództwa floty papieskiej oraz cesarza bizantyjskiego Jana VIII Paleologa złożyły się na zasadniczą zmianę położenia strategicznego. Podstawowy cel morskiej wyprawy, jakim było niedopuszczenie sił głównych armii tureckiej na kontynent europejski nie został zrealizowany. Pierwotne plany legły w gruzach.

Po przeprawie swych wojsk (20 października), dalej bez przeszkód ze strony wojsk bizantyjskich, Murad II pomaszerował wprost na Adrianopol. Tu w rejonie Batak tepe założył obóz, szybko zaprowadził spokój w prowincji i zarządził mobilizację garnizonów we wschodniej Tracji. Od uciekinierów, jeńców i wysłanników dowódców atakowanych przez wojska chrześcijańskie garnizonów oraz szpiegów otrzymywał dokładne informacje o siłach, nastrojach, zamierzeniach i kierunkach działań przeciwnika. Jego wojska wzrosły do 50-60 tysięcy, a wielu historyków szacuje je z przesadą na 100 000. Anonimowa kronika turecka pisze, że do wojsk Murada II wcielono 10 000 chrześcijan, wśród których niemałą grupę stanowili Bułgarzy. Ich zadaniem miało być wykonywanie ciężkich prac na rzecz armii, zabezpieczanie dróg przemarszu oraz tzw. dźoracharska powinność (opieka medyczna), zapewne nad chorymi i rannymi. Duża część wojsk była nastawiona fanatycznie do czekających ją walk, gotowa na każde poświęcenie w imię Allacha i sułtana.

Jego armia dzieliła się na część rumelijską (europejską) i anatolijską (azjatycką). W centrum zawsze stawało nadworne wojsko sułtana, którego główną formacją byli janczarzy, którzy ukryci za fortyfikacjami ziemnymi i palisadą bronili się przed atakami nieprzyjaciół, ubezpieczając zarazem ze wszystkich stron główne stanowisko dowodzenia. W okresie bitwy warneńskiej ich liczebność szacuje się na 4-5 tysięcy. Uzbrojeni byli w łuki, krzywe szable, piki i kindżały. Zarówno w wojsku jak i w samym Adrianopolu zapanował inny duch. Wyraźnie natomiast malała nadzieja wśród miejscowej ludności na wyzwolenie Bałkanów.

Postawa Bułgarów, bo o nich tu mowa, była niemiłym zaskoczeniem, szczególnie dla tych dowódców i żołnierzy, którzy uczestniczyli w pierwszej wyprawie. Jest to ważny problem i warto bliżej mu się przyjrzeć. Wiele się też na to składało przyczyn. Po pierwsze - armia chrześcijańska poruszała się po terenie, gdzie znajdowały się dość silne tureckie garnizony, była duża liczba dobrze ufortyfikowanych twierdz z licznymi załogami, co pozwalało łatwiej trzymać w ryzach miejscową społeczność. Po drugie - ludność bułgarska systematycznie była pozbawiana swoich elit, zdolnych do organizowania oporu lub chociażby ukierunkowania sprzeciwu. Po trzecie - o czym tu już wspomnieliśmy - wojska chrześcijańskie grabiły cerkwie, niszczyły mienie, prześladowały mieszkańców, co zniechęcało i odstraszało nawet tych Bułgarów, którzy chcieli widzieć w armii królewskiej wyzwolicieli. I wreszcie po czwarte - teren przemarszu wojsk oraz miejsca, gdzie rozgrywały się główne wydarzenia, jako teren pogranicza był już dość przetrzebiony z ludności bułgarskiej. [...]

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że zarówno Palatio, jak i inni autorzy sygnalizują różnice w nastawieniu do miejscowej ludności pomiędzy dowódcami niektórych oddziałów a postawą samego króla. Władysław III dostrzegał niegodziwości czynione przez jego wojska i w rozmowie odnotowanej przez Palatio stwierdzał: „Jakież możemy mieć poważanie wśród miejscowej ludności, kiedy tak niegodziwie z nią postępujemy i Pan Bóg z pewnością odwróci od nas swoje oblicze i ukarze nas". W dalszej części sprawozdania autor podkreślał wrażliwość i prawość dwudziestoletniego władcy. „Król jest święty i drugi anioł, który dla wyższych celów zrezygnował z życia rodzinnego (...) zawsze chętnie adoruje Boga, zarówno w modlitwie, jak i w postępkach (...) Pan najbardziej umiarkowany w jedzeniu, który często przedkłada wodę czystą ponad wino".

Murad II opuścił Adrianopol na czele 50-tysięcznej armii prawdopodobnie między 22 a 24 października 1444 roku i szybkim marszem podążył doliną rzeki Tundży w kierunku: Jamboł-Karnabat-przełęcz Ajtos na spotkanie wojsk chrześcijańskich. Obie armie zbliżały się do siebie z tą jednak różnicą, że wojska Władysława III Jagiellończyka nie miały jeszcze tej świadomości. Szybki marsz wojsk sułtana na północ miał na celu pogłębienie własnego obszaru operacyjnego, oddalenie niebezpieczeństwa od Adrianopola, uchwycenie przełęczy Ajtos, aby zamknąć drogę krzyżowcom na południe i nie wpuścić ich na Nizinę Burgaską..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 93-97

Kampanie
Władysława Warneńczyka przeciwko Turkom
Oblężenie twierdzy Szumen 25-27 październik 1444

"...Wyjątkowo zaciekłe boje stoczono o twierdzę Szumen (25-27 października), dobrze zaopatrzoną i zaciekle bronioną, która blokowała dalszy marsz w kierunku nadmorskich nizin - warneńskiej i burgaskiej. Kierował nimi sam król, o czym zaświadcza tablica pamiątkowa umieszczona w ruinach twierdzy.

Fortyfikacja usytuowana na wzgórzu górowała nad okolicą. Walory tego miejsca dostrzegali już Trakowie, którzy w V wieku p.n.e. otoczyli je murami obronnymi. Później wzmocnili i rozbudowali ją Rzymianie i Bizantyjczycy, a w okresie II państwa bułgarskiego (1185-1396) urosła do roli najważniejszych twierdz w rejonie północno-wschodniej Bułgarii.

Krwawe boje o Szumen, także z użyciem maszyn oblężniczych, trwały trzy dni, a ostatni obrońcy zabarykadowali się w wieży (dążonie), gdzie żywcem zostali spaleni. Duże straty poniosła też armia chrześcijańska..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 89-90

ozdoba

"...Zapewne obawa przed większą dywersją na tyłach skłoniła króla do wysłania oddziału rozpoznawczego liczącego 500 żołnierzy w kierunku Tyrnowa. Mieli sprawdzić czy nie ma tam większych sił nieprzyjaciela i czy nie otrzymuje on posiłków z Tracji czy Mezji. Podjazd ten miał też osłaniać siły główne z tego kierunku. Dowództwo dało się jednak zaskoczyć wojskom tureckim sandżakbeja Nikopolis Mahmeda. Rozgorzała gwałtowna walka. Na placu boju poległo 300 rycerzy, a wzięci do niewoli jeńcy, w pełnych zbrojach, zostali wysłani do Adrianopola. Od tej pory trzeba było liczyć się z możliwościami działań partyzanckich na tyłach, co też miało duży wpływ na postawę miejscowej ludności, tym bardziej, że Turcy podjęli akcję przesiedlania w głąb kraju mieszkańców tych wsi, które współpracowały z wojskami chrześcijańskimi. Taki los spotkał mieszkańców położonych niedaleko Tyrnowa wsi Kaługarewo (Płużna), skąd wysiedlono 26 rodzin. Szczególnie aktywny w organizowaniu tych działań i przesyłaniu informacji do Adrianopola okazał się sandżkbej z Nikopolis i zwycięzca spod Tyrnowa - Mahmed..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 90

"...W pierwszych dniach listopada 1444 roku wyjątkowo ciężkie walki stoczono o wieś Stan koło Nowego Pazaru. Okoliczności i dynamikę tego nocnego boju spotkaniowego, w sposób niepowtarzalny, w rymowanym sprawozdaniu, przedstawił Beheim. Obie strony prowadziły bój z wyjątkowym zacietrzewieniem i okrucieństwem. Wojska królewskie niszczyły wszystko, zabijając przeciwników i nie biorąc jeńców, tak że „w końcu nie można było posuwać się do przodu z powodu ogromnej ilości trupów". Podobne adnotacje możemy znaleźć i u innych kronikarzy..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 90

"...Podczas walk w dniu 6 listopada o twierdzę Owecz (Prowadijski Rejon umocniony), która wkrótce została zdobyta i spalona, nadeszła szokująca wiadomość od dowódcy floty papieskiej do kardynała Cesariniego, że Murad II przeprawił się przez Bosfor i podjął marsz w kierunku Adrianopola. Miał nie dopuścić krzyżowców do stolicy i wydać bitwę w wybranym przez siebie, dogodnym terenie..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 91

"...Większość historyków obstaje przy dniu 6 listopada jako tym, w którym informacja o przeprawieniu się armii Murada II na rumelijski brzeg dotarła do Władysława III. Była ogromnym zaskoczeniem i szokiem dla dowódców oddziałów chrześcijańskich. Rozpoznanie jednak było na tyle niedokładne, że nie wiedziano czy to awangarda, czy też główne siły tureckie idą im na spotkanie. Przez pewien czas przypuszczano, że to straż przednia armii tureckiej, nie chcąc uwierzyć, że sułtan tak szybko zdołał zmobilizować swoje siły i na tyle uporządkować sytuację, aby z całą potęgą przystąpić do przeciwdziałania. Jak stwierdza Popow „informacja o marszu wojsk tureckich przyniosła smutek i zatroskanie w szeregach organizatorów pochodu". Nie powstrzymała jednak dalszego marszu armii chrześcijańskiej, która niespodziewanie znalazła się w położeniu wyjątkowo trudnym.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 97-98

Oblężenie twierdzy Petrycz 6 i 7 listopada 1444

"...Mimo to prowadziła dalsze działania, oblegając 6 i 7 listopada twierdzę Petrycz (Prowadijski Rejon Umocniony), położoną na wysokiej skale, otoczoną głębokimi wąwozami i potrójnymi murami obronnymi. Przy pomocy artylerii rozbito bramy, zdołano przebić się przez kamienne zabezpieczenia i wedrzeć do środka. W tych walkach wyróżniły się oddziały Jana Tarnowskiego i Leszka Bobrzyckiego, o którym Kallimach zapisze, że „... słynął ze swojej siły, a odwaga jego była przedmiotem pochwał całego społeczeństwa". Tarnowski był dwukrotnie ranny, a Bobrzycki rzekomo pierwszy wdrapał się na mury, pokazując drogę innym. Większość obrońców zginęła, ponieważ nie chciała się poddać. Niektóre źródła mówią o 5 tysiącach zabitych, z czego, jak stwierdza Kallimach „... zginęli od miecza w czasie rabunku, a innych postrącano dla postrachu w przepaść ze skał, na których czuli się tak bezpiecznie". Niemałe straty ponieśli też atakujący. Uwolniono natomiast wielu jeńców chrześcijańskich, którzy dostali się do niewoli tureckiej w poprzednich walkach. Wśród nich byli Węgrzy, Polacy, Czesi i przedstawiciele innych narodowości. Rzecz charakterystyczna i ciekawa, nie było wśród nich Bułgarów (Cwetkowa, Gawer), którzy mieli się „schronić w rodzinnych stronach". Twierdza ta odgrywała dużą rolę strategiczną. Strzegła przejść przez Bałkany Wschodnie, a jej zdobycie otwierało drogę na południe. Było to dużym sukcesem, przyprawionym jednak goryczą, jako że po drugiej stronie przejścia czekali już żołnierze Murada II..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 98

"...W kilka dni później (6 listopada) to samo spotkało twierdzę Provadija. Zamek ten był wzniesiony na skale i zabezpieczony potrójnym murem oraz głębokimi rowami. Jego zdobycie kosztowało armię chrześcijańską sporo wysiłku. Straty Turków też były znaczne, źródła podają że zginęło ich około 5000, z czego część „od miecza", część zaś postrącano z murów w przepaść okalającą twierdzę. Zarówno Sumen, jak też Provadiję zdobywano, ponieważ leżały na trakcie odwrotu na Węgry. Jednakże z braku sił nie obsadzono ich załogami, co dopiero w pełni zabezpieczałoby odwrót. Kallimach, opisując walki o obydwie warownie, podaje m.in.: W tych zwycięskich walkach wsławiło się wielu rycerzy, jedni sztuką wojskową, inni odwagą swoich czynów, ale najbardziej Jan Tarnowski i Leszek Bobrzycki Tarnowskiego dwa razy raniono przy wyłamywaniu bram Szumłi, a Bobrzycki pierwszy wdarł się na mury Provadji i tym samym ułatwił wejście inny..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 199

ozdoba

"...W dotychczasowym marszu przez Bułgarię armia króla Władysława mogła się czuć względnie bezpiecznie. Od północy osłaniała ją potężna przeszkoda wodna, a na prawym skrzydle, od południa, w pewnej odległości od trasy marszu rozciągały się góry Bałkanu. Nie napotykano większych sił nieprzyjacielskich działających w polu, a wysiłek związany ze zdobywaniem Sumenu czy Provadiji miał miejsce w końcowej fazie tego etapu kampanii. Jedynym, który próbował zbrojnie niepokoić chrześcijan był Mehmed-bej z Nikopolis. Gdy armia węgierska przesunęła się obok tego zamku, ruszył w ślad za nią. Jego obecność zmuszała wojska królewskie do czujności i powodowała konieczność zabezpieczania tyłów. Pomimo tych ostrożności Mehmed-bej odniósł znaczący sukces, gdy w pobliżu Tyrnowa napadł na oddział złożony z 500 rycerzy chrześcijańskich. Prawdopodobnie w celach rabunkowych odłączyli się oni od trasy marszu i wpadli w tarapaty. Bitwa zakończyła się zwycięstwem Turków. Tylko 200 Węgrów wyniosło głowy i wróciło do sił głównych, reszta poległa, a kilkudziesięciu wziętych do niewoli Mehmed-bej odesłał do Adrianopola..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 199-200

"...Właśnie podczas walk o twierdzę Petricz królewscy zwiadowcy przynieśli wiadomość o zbliżaniu się głównych sił sułtana. Opanowanie Prowadyjskiego Rejonu Umocnionego umożliwiało armii Władysława III przejście przez Bałkan Wschodni i przebicie się na południe, w kierunku Niziny Warneńskiej

Skoro tak diametralnie zmieniła się sytuacja strategiczna, dlaczego nie zaniechano dalszych działań i nie próbowano się wycofać? Powrót przez góry tą samą drogą, ogołoconą z żywności wydawał się niemożliwy. Armia, która miała sporą liczbę piechoty i wozów wolno poruszała się w terenie. Groźna była na nizinach, w górach zaś traciła swoje atuty. Ciężkozbrojna kawaleria w górach była raczej mało przydatna, a wozy bojowe można było łatwiej wykorzystać jako zbrojny tabor na płaskim terenie. Wycofanie się więc przed armią Murada II, bardziej manewrową i szybszą od armii rycerskich, nie dawało szans na powodzenie. Tych należało szukać w otwartej bitwie, gdzie można było wykorzystać atut ciężkozbrojnego rycerstwa i wagenburgów z piechotą i działami. Należało więc wybrać miejsce, gdzie warunki stoczenia bitwy byłyby najkorzystniejsze. Takim wydawało się być wybrzeże morskie..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 98-99

"...Zdobycie Petricz (7 listopada) dawało możliwość podjęcia szybkiego marszu w kierunku Warny. Oceniano, że przełęcz Ajtos jest już obsadzona przez Turków i przebicie się na Nizinę Burgaską będzie raczej niemożliwe. Pośpiesznie więc należało zająć Nizinę Warneńską, gdzie można było zarówno rozwinąć wojska do bitwy, jak i oczekiwać na pomoc floty papieskiej, która przecież już w rejonie cieśnin nie była potrzebna. Ciągle, chociaż bezskutecznie, oczekiwano na wiadomości o ruchach armii bizantyjskiej, która powinna związać przynajmniej część sił nieprzyjaciela.

W drodze w kierunku Warny wojska królewskie opanowały małą twierdzę Michalicz (9 listopada) położoną przy dzisiejszej wsi Aksakowo. Do twierdz i garnizonów okręgu warneńskiego jeszcze nie dotarły informacje o zbliżaniu się sił Murada II. Za to docierały przerażające wieści z terenów opanowanych przez wojska chrześcijan. W panice władze i poszczególne garnizony rozpoczęły pośpieszną ewakuację, a mieszkańcy w obawie przed spaleniem, grabieżą i rozbojami przekazywały uroczyście symboliczne klucze wysłannikom królewskim. I tak Władysławowi III poddały się: Mekropolis koło Jewsinowgradu, Kalakra, Gałata, Kawarna i Warna.Tureckie załogi uciekły na Morze Czarne, wykorzystując znajdujące się w portach okręty. Do twierdz wprowadzono załogi, a armia królewska dotarła pod mury Warny i zatrzymała się 9 listopada na zachód od miasta. Wybór miejsca nie był przypadkowy. Nizinny teren stwarzał możliwości stoczenia bitwy w otwartym polu i wykorzystania atutów konnicy oraz nadzieję na wyżywienie przez kilka dni dla ludzi i koni.

Po sforsowaniu Bałkanów, w rejonie wsi Nadar, wojska Murada II, dwiema drogami: jedną, prowadzącą obok średniowiecznej twierdzy Owczeg i dalej na Asparuchowo - Dołgopole, i drugą - doliną rzeki Elemica w kierunku Grozdowa, wychodziły na równinę położoną na południowy - zachód od Prowadii, wprost na tyły sił chrześcijańskich. Sułtan zamierzał zaskoczyć przeciwnika i pokonać go w otwartym boju. Liczne podjazdy dokładnie informowały dowództwo tureckie o ruchach nieprzyjaciela. Wywiad turecki działał sprawnie, a jego wiedza o armii królewskiej była większa i bardziej konkretna.

Wieczorem 9 listopada wojska Murada II podeszły na odległość 4 km od wojsk królewskich i zajęły pozycje na Frangijskich Wzgórzach, podejmując przygotowania do generalnego starcia. Zgodnie ze zwyczajem tureckim rozpalono liczne ogniska, które miały przerazić przeciwnika poprzez uświadomienie mu liczebności wojsk. Obie strony prowadziły intensywne rozpoznanie i podjęły przygotowania do bitwy.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 99-100

"...Schodząc na równinę warneńską armia królewska znalazła się w trudnym położeniu. Przeprowadzony przez Hunyadiego zwiad wyjaśnił, że to nie straż przednia nieprzyjaciela, ale jego główne siły blokują dalszy marsz na południe. Wojska chrześcijańskie znalazły się w pułapce. Od zachodu blokowały je główne siły tureckie, od wschodu i południa było morze, Jezioro Dewneńskie i bagna, a od północy i północnego wschodu góry Bałkany, bezdroża Dobrudży i czekające tam oddziały Nikopolskiego beja Mahmeta. Nadal nie nadchodziły wieści z Bizancjum i od dowódców floty papieskiej. Z ruchów wojsk Murada II można było wnioskować, że są one w stanie już następnego dnia atakować. Należało więc szybko przedsięwziąć odpowiednie kroki i uszykować własne formacje do boju. Dopiero teraz zaczęto sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 102

Bitwa pod Warną 10 listopad 1444

"...Wojska Władysława III weszły głęboko w obszar operacyjny wroga i nagle zamiast spodziewanego korpusu osłonowego natknęły się na główne siły tureckie. Wycofanie się tą samą drogą nie mogło zakończyć się powodzeniem. Teren był ogołocony z żywności i furażu, a armia składająca się w dużej części z piechoty i wozów bojowych nie miała szans na ucieczkę przed bardziej manewrową, lżej wyposażoną jazdę turecką. Odwrót przez lesiste tereny Dobrudży, w dodatku słabo zamieszkałej, trzeba by obliczyć - jak stwierdza Długosz - „... najmniej na osiem dni drogi".

Nocą z 9 na 10 listopada 1444 roku Władysław III Jagiellończyk zwołał naradę dowódców. Zarysowały się dwie koncepcje działań bojowych. Zdając sobie sprawę z przewagi liczebnej wojsk sułtańskich Cesarini proponował przejście do obrony. Postulował zamknięcie się w wagenburgu - obozie warównym - i trwanie w uporczywej obronie, do momentu nadejścia (przecież obiecanej) pomocy ze strony republik włoskich, Bizncjum i floty papieskiej. Takie rozwiązanie poparło część dowódców węgierskich. Hunyadi natomiast uważał, że jedynie wydanie walnej bitwy może przynieść korzystne rozstrzygnięcie. jego zdaniem obrona w oparciu o wagenburg była ryzykowna z dwojakiego punktu widzenia. Po pierwsze - zgromadzonej w obozie żywności mogło zaledwie wystarczyć na kilka dni, a armia otoczona przez wroga, nękana widmem głodu, szybko ulegnie demoralizacji. Po drugie - nic nie zwiastowało, aby szybko mogła nadejść pomoc, a pogarszająca się wciąż pogoda i wzburzone morze stawiało pod znakiem zapytania możliwość dopłynięcia w rejon Warny floty papieskiej. Hunyadi uważał, że zamykając się w obozie okaże się swoją słabość przeciwnikowi i negatywnie wpłynie na morale własnych oddziałów. Trzeba uderzyć wszystkimi siłami - argumentował - i wówczas albo odniesiemy zwycięstwo, albo zginiemy z godnością w otwartej walce jak przystało na rycerzy. W najgorszym wypadku zamierzał silnym natarciem przebić się przez szyki tureckie i wyjść z okrążenia. Starcie w takim wypadku przybrałoby charakter bitwy o przebicie a front armii królewskiej byłby zwrócony w kierunku zachodnim. W tym samym czasie zwiad prowadził intensywne rozpoznanie i alarmował zgromadzonych na naradzie dowódców o tureckich przygotowaniach do walki i o możliwościach jej rozpoczęcia w każdej chwili.

Władysław III poparł koncepcję Hunyadiego i zapadła decyzja o wydaniu nieprzyjacielowi w dniu następnym walnej bitwy. Widocznie obaj wodzowie stracili nadzieję na pomoc sprzymierzonych, skoro nie brali pod uwagę koncepcji stoczenia bitwy obronnej w oparciu o warneński system fortyfikacyjny. Plan Hunyadiego wydawał się prosty i jedyny, jaki można było przyjąć w tej sytuacji. Dawał też pewną możliwość na wypadek przegranego starcia. Liczono się z tym, że bitwa będzie ciężka i krwawa, a straty jakie nawet w wypadku zwycięstwa Turków poniesie armia sułtana będą tak duże, iż skutecznie powstrzymają go przed atakiem na wycofujące się w szyku taborowym oddziały chrześcijańskie. Przewidywano, że formacja janczarów, która jako jedyna byłaby w stanie rozerwać tabor bojowy będzie tak osłabiona w wyniku ciężkich bojów, że nie sprosta temu zadaniu. Plan więc był realny i nawet wyznaczono kierunki odwrotu ku Dobrudży, gdzie można było pokusić się o zastosowanie odwrotu w szyku taborowym. O atmosferze narady świadczy fakt, że w ferworze sporów wysunięto też propozycję „porzucenia taborów i piechoty na pastwę przeciwnika i pospiesznej ucieczki". Dzięki zdecydowanej postawie króla i Hunyadiego koncepcja ta została odrzucona. [...]

Jan Grzegorzewski uzupełniając ten opis dodaje, iż teren, na którym „odbył się epokowy bój (...) przedstawia równinę (około 9 km największej długości i 7 km największej szerokości) ciągnącą się od zatoki warneńskiej, w kierunku południowo-zachodnim ku Dobryczowi obrzeżoną od północy Wzgórzami Frangijskimi (...) od południa Jeziorem Dewneńskim, lekko pochylającą się ku temu ostatniemu, przerżniętą łożyskami paru wyschniętych strumieni, w części wschodniej falistą i pogarbioną niskimi pagórkami, a tu i ówdzie na całej przestrzeni ujawniającą sztuczne, sporadyczne kurhany i mogiły. Grunt lekko piaszczysty, scalony burzanami i gdzieniegdzie uprawą rolną, ku jeziorze błotnisty". [...]

Tak więc ukształtowanie terenu i przewaga liczebna wroga miały wpływ na taką, a nie inną formę szyku bojowego. Na lewej flance naturalną barierą obronną o długości około 15 km było Jezioro Dewneńskie i bagna rzeki Prowadijskiej, zamknięte od zachodu wzniesieniami dochodzącymi do 300 m. n.p.m. Dobrym więc miejscem do rozegrania bitwy była równina położona na zachód od Warny o długości około 10 i szerokości 7 km, ograniczona z kolei od północy pasmem Wzgórz Frangijskich.

Obszar ten był dość trudny do właściwego rozmieszczenia wojsk. Wydawał się bardziej korzystny dla armii tureckiej, której przyszło prowadzić działania od strony Wzgórz Frangijskich. Ich pozycje pozwalały na wgląd w pole walki i kontrolowanie ruchów przeciwnika oraz elastyczne reagowanie na jego poczynania. Teren wyraźnie był pochylony w stronę Warny schodząc stopniowo z 300 m. n.p.m. do kilkudziesięciu lub nawet kilkunastu. Największe niebezpieczeństwo dla armii królewskiej, skoncentrowanej na równinie rozciągającej się pod murami Warny, czaiło się od strony Wzgórz Frangijskich. Zarówno teren, jak i przewaga liczebna nieprzyjaciela nie stwarzały zbyt dogodnych warunków do działań manewrowych. W wypadku ewentualnej porażki jedyną drogą ratunku było przebicie się przez pierwsze linie wroga i wycofanie się bezdrożami Dobrudży w kierunku Dunaju. W dodatku w czasie formowania szyków bojowych zdecydowano się na wycofanie załóg z okolicznych twierdz, aby nie uszczuplać i tak już nielicznej własnej armii. Nie zdecydowano się nawet na obsadzenie Warny, kiedy załoga turecka wycofała się przed wojskami krzyżowców. Miasto pozostało w rękach mieszkańców, którzy wprawdzie podporządkowali się Władysławowi III, ale nie mieli zamiaru podjąć żadnej współpracy. Zamierzali poddać się zwycięzcom. Decyzja więc o wycofaniu załóg z Kalakry, Galaty i Warny okazała się w konsekwencji fatalną. Odbierała bowiem możliwość schronienia się za murami tych fortyfikacji na wypadek porażki i jak się przekonamy odegrała dużą rolę w trakcie bitwy.

Przez całą noc obie strony formowały szyki bojowe i intensywnie się przygotowywały do generalnego starcia prowadząc rozpoznanie terenu i przeciwnika. Aby najlepiej wykorzystać posiadane siły i środki Hunyadi zdecydował się na ustawienie wojsk chrześcijańskich w formie wachlarza, na łuku długości około 3 km. Można się zastanawiać, czy front nie był za bardzo rozciągnięty dla tak szczupłych sił? Wielu historyków na tak postawione pytanie odpowiada twierdząco (np. Potkowski). Sądzę, że Hunyadi starał się tak uformować szyki (od Jeziora Dewneńskiego do Wzgórz Frangijskich), aby uniemożliwić nieprzyjacielowi wykonanie manewru oskrzydlającego. Zgodzić się jednak wypada z tezą, że miało to wpływ na sprawność dowodzenia. Środek był wysunięty do przodu z lekko cofniętymi do tyłu skrzydłami. Siły, których liczbę początkowo szacowano na około 20 tysięcy, w istocie były skromniejsze ze względu na straty poniesione podczas walk w rejonie Szumen, Tyrnowa i Prowadiji. Całość została podzielona na trzy korpusy: prawe skrzydło, centrum i lewe skrzydło. Zajęły one pozycje od miejscowości Planowa, położonej u podnóży Wzgórz Frangijskich na prawym skrzydle, po bagna przylegające do Jeziora Dewneńskiego, w rejonie dzisiejszego rozwidlenia szosy w kierunku na Golama Franga i Kamenar. Takie ustawienie miało zabezpieczyć wojska królewskie przed ewentualnym ich oskrzydleniem. Na prawym skrzydle, najsłabszym, uformowano 5 chorągwi rycerskich, z których 4 stanowiły wojska dowodzone przez: biskupa Bośni - Rafała z Zegew Herczega, egerskiego biskupa Szymona Rozgonyego, chorwackiego bana - Franca Tallocziego i biskupa Waradynu Jana Dominisa. Piątą chorągwią rycerzy krzyżowców dowodził kardynał Cesarini. Oddziały Dominisa były trochę cofnięte i stanowiły odwód strategiczny prawego skrzydła. W skład korpusu prawego skrzydła wchodziła też polska chorągiew pod komendą Leszka Bobrzyckiego.

Korpus był dodatkowo wzmocniony przez czeską piechotę i rycerski obóz warowny - wagenburg. Był to żołnierz zaprawiony w bojach, doświadczony i potrafiący znakomicie się bronić w obozie warownym, a prowadził go do boju - znany już nam z pierwszej wyprawy - hetman Jan Ćapek z Sań. Podporządkowano mu część bułgarskich ochotników, których liczbę Radi Carew w artykule „O bitwie pod Warną", opartym na odnalezionych zapiskach Jana Śliwy, dziesiętnika z oddziałów czeskich, ocenia na 700 ludzi. Wydaje się to jednak liczbą tylko trochę przesadzoną. Wagenburg tworzył prawdziwą ruchomą fortecę, poprzez system wozów powiązanych łańcuchami. Na wozach stały małokalibrowe działa, a za wozami piechota uzbrojona w arkebuzy, kopie, rohatyny, topory bojowe, buzdygany, łuki, gotowa w każdej chwili do odparcia ataku nieprzyjaciela. Długie kopie dodatkowo były zaopatrzone w haki, przy pomocy których można było ściągać z koni atakującą jazdę. Wagenburg, w zamyśle Hunyadiego, miał nie tylko powstrzymać turecki atak, ale i ułatwić wykonanie manewru w kierunku północno-wschodnim. Niektóre źródła wspominają, że znajdowała się tam pewna liczba machin miotających, o których wykorzystaniu podczas bitwy nie udało się znaleźć żadnych informacji.

Cytowany już tu Popow uważa, że korpus prawego skrzydła nie miał dowódcy i dlatego poszczególne chorągwie działały samodzielnie, nie zawsze w interesie całości sił tego skrzydła. Nie sądzę jednak, aby tak wytrawny wódz jak Hunyadi popełnił taki błąd. Większość autorów podaje, że wojskami prawego skrzydła dowodził biskup Waradynu - Jan Dominis. Niektórzy zaś wymieniają kardynała Cesariniego. Wydaje się, że rację mają ci pierwsi. Cesarini w tym czasie przeżywał ciężkie chwile. To do niego kierowano pretensje za brak współdziałania z wojskami bizantyjskimi i flotą papieską. Szybko tracił znaczenie i powagę: „Z roli przywódcy krucjaty stał się naraz najbardziej znienawidzonym człowiekim w armii" - konstatuje Michałek. Wojska, którymi dowodził, były najbardziej zdemoralizowane i skore do odwrotu, a nawet ucieczki, a on sam załamany psychicznie. W takim stanie nie mógłby podołać obowiązkom dowódcy prawego skrzydła.

Siły prawego skrzydła składały się z rycerstwa ciężkozbrojnego i lekkiej jazdy wołoskiej. Liczyły w sumie około 6,5 tysiąca żołnierzy ustawionych w dwóch rzutach: w pierwszym - 5 chorągwi rycerskich (około 2,5 tysiąca ludzi, w tym 600 rycerzy) oraz część jazdy wołoskiej; w drugim - umieszczono pozostałe siły lekkiej jazdy wołoskiej, które miały stanowić odwód strategiczny. Oddziały Wołochów szacowano na około 4 tysiące ludzi. Za nimi uformowano tabor bojowy, w rozwidleniu dróg wyprowadzających z Warny w kierunku Dobrudży i z Warny na południe - na Burgas. Stąd już niedaleko był usytuowany główny obóz wojsk królewskich, oparty plecami o mury Warny i Morze Czarne.

Położenie wojsk prawego korpusu nie było łatwe. Zostały one uformowane w dolinie, a nieprzyjaciel obsadził zalesione wzgórza, które górowały nad równiną i stanowiły niemałą przeszkodę na wypadek konieczności podjęcia działań ofensywnych. Ewentualny atak chorągwi rycerskich pod górę odbierałby im siłę uderzeniową. Na prawo od pozycji rozciągał się zalesiony obszar bezdroży, który stanowił jedyną drogę odwrotu, a zarazem umożliwiał armii tureckiej prowadzenie działań oskrzydlających. Głównym więc celem korpusu miało być niedopuszczenie do oskrzydlenia wojsk chrześcijańskich oraz zabezpieczenie ewentualnych dróg odwrotu.

W centrum ugrupowania chrześcijańskiego zostały uformowane dwie chorągwie: królewska oraz św. Jerzego, składająca się z doborowego ciężkozbrojnego „najlepiej okrytego" rycerstwa polsko-węgierskiego. Całość liczyła około 4 tysięcy, z czego Polacy stanowili połowę. (Beheim) W korpusie centralnym walczyło około 1000 rycerzy, w tym pewna liczba najemników. Dowódcą tych sił był król Władysław III Jagiellończyk, zaś chorągiew św. Jerzego miał prowadzić do boju ban węgierski Stefan Batory (Bathory). Pod jego komendę oddano oddziały pochodzące z pogranicznych rejonów Węgier (bataliony: transylwański, sekajski i komitatu Temesz) oraz piechotę najemną. Oddział przyboczny króla składał się z 500 rycerzy najlepiej uzbrojonych i wyćwiczonych, doświadczonych w wielu bojach. Powszechnie uważano, że w skład korpusu centralnego wchodziły najlepsze oddziały w całej armii. Chorągwie ustawiono w dwóch liniach: w pierwszej - Polacy; w drugiej - Węgrzy. Król rozwinął stanowisko dowodzenia na niewielkim pagórku (dziś mieści się tu stacja benzynowa), w odległości zaledwie 1,5 km od pozycji janczarów. Ich przygotowany do walki czworobok był dobrze widoczny, a szczególnie dwa wzgórza blisko siebie położone: Sandżak tepe i Murad tepe, gdzie znajdowało się stanowisko dowodzenia sułtana. Wśród wojsk królewskich, jak zgodnie twierdzą badacze bułgarscy, stanęły do walki nieliczne oddziały Bułgarów, którzy podczas drugiego pochodu dołączyli do armii królewskiej. Część bułgarskich ochotników - jak już wspomniałem - walczyła pod komendą Jana Capka z Sań. W pewnej odległości za ugrupowaniem ustawiono tabor, tuż przy drodze wyprowadzającej z Warny na południe. Warto w tym miejscu przypomnieć, że król był cierpiący, dokuczał mu wrzód na lewej nodze. Nad tymi oddziałami powiewały dumnie chorągwie: królewska i św. Jerzego. Naprzeciw tego ugrupowania formowało się lewe skrzydło wojsk Murada II.

Na lewym skrzydle wojsk chrześcijańskich, w dwóch rzutach, ugrupowano 5 chorągwi: węgierską, transylwańską i 3 prywatnych węgierskich magnatów. W pierwszym rzucie stanęło rycerstwo węgierskie w szyku kolumnowym; w drugim chorągwie lekkie (karuce). W tym korpusie znalazły się oddziały złożone z doświadczonych żołnierzy, w sumie około 6 tysięcy konnicy, w tym ponad 600 rycerzy. Peter Chadżywanow oblicza siły tego skrzydła na 4-5 tysiący ludzi. Wydaje się jednak, że musiały być znacznie większe, skoro Hunyadi przewidywał dla nich wykonanie zadań rozstrzygających w bitwie. Niektórzy historycy (np. K. Olejnik) uważają, że siły te „stanowiły nieomal połowę armii królewskiej". Dowództwo nad całością tych wojsk powierzono szwagrowi Hunyadiego - Michałowi Szylagi, znanemu także jako Kara Michaił. Węgierskimi oddziałami nadwornymi dowodził Laszlo Laszonczi. Tu też znajdowało się stanowisko głównodowodzącego bitwą - Hunyadiego. Pozycja była dobra, nie groziło jej oskrzydlenie, bo opierała się lewym skrzydłem o Jezioro Dewneńskie. Drugi rzut tego ugrupowania stanowiła lekka jazda transylwańska, zdolna do szybkiego manewru. Za nią, w odległości strzału z kuszy (300-400 m), ustawiono wozy taboru bojowego, umieszczając w nim piechotę, artylerię, zapasowe kopie i konie.

W każdym z trzech taborów, luźno stojących na tyłach, znajdowało się po około 70 wozów. Prawdopodobnie nie były związane łańcuchami, za to zaopatrzone w osłony z desek, tak aby można było w każdym miejscu i w dowolnym czasie otworzyć tabor i wysunąć piechotę do walki z lekko-zbrojnymi oddziałami tureckimi. Uwaga ta odnosi się do taborów ustawionych za lewym skrzydłem i centrum ugrupowania wojsk chrześcijańskich. Wydaje się, że tabory prawego skrzydła były uformowane w wagenburg. Ufortyfikowano również główny obóz sił królewskich, aczkolwiek składał się on tylko ze zwykłych wozów. Załogę takiego wozu bojowego stanowiło 20 ludzi, w tym 4-8 strzelców z kuszami, 2 strzelców z rusznicami, a reszta była uzbrojona w broń sieczną i cepy. Palatio wspomina, że nie łączono tych wozów w tabory obronne prawdopodobnie wyznaczając im zadania osłony poszczególnych chorągwi, jak też obrony przed oskrzydleniem. Takie ugrupowanie taborów i zgromadzonej w niej piechoty dawało dobre efekty w walce z lekkozbrojnymi oddziałami tureckimi, które potrafiły podczas walki przedrzeć się na skrzydło i boki ugrupowań rycerskich uformowanych w luźny szyk kolumnowy. Gdy jednak natykali się na piechotę uzbrojoną w kusze i łuki byli bezradni i ponosili duże straty. Taborom przewidywano w tej bitwie dwie nie mniej ważne funkcje. Po pierwsze - chorągwie, które wracały z szarży miały szanse na bardzo szybkie uzupełnienie kopii i otrzymanie zapasowych koni. W ten sposób łatwo mogły się przeformować i ponownie ruszyć do boju. Po drugie - na wypadek przegranego starcia chorągwie powinny się schronić za linię wozów i wraz z piechotą prowadzić obronę. Jak już wspomniałem, główny obóz armii królewskiej umieszczono pod murami Warny. Ugrupowano w kształt taboru obronnego i odpowiednio ufortyfikowano. Na wozach taborowych umieszczono lekkie działa, które raczej odstraszały (głównie konie) jak raziły przeciwnika. Usytuowanie taboru głównego tuż pod murami Warny miało uniemożliwić wojskom tureckim wyjście na tyły armii chrześcijańskiej.

Ocena ugrupowania wojsk chrześcijańskich, aczkolwiek niepozbawiona pewnych mankamentów, raczej wypada pozytywnie. Jak się wydaje, uwzględniono zarówno warunki pola walki, jak i charakter przyszłego boju. Za błędne niektórzy uznają umieszczenie na prawym skrzydle ciężkozbrojnych wojsk zaciężnych, co - biorąc pod uwagę konfiguracje terenu - nie pozwalało na dobre wykorzystanie ich walorów bojowych. Drugim błędem było wycofanie załóg z twierdz i nieobsadzenie bram Warny. Wielu autorów uważa jednak taki sposób ugrupowania za maksmalnie optymalny. Znakomicie wykorzystano konfigurację terenu, a wojska uformowano na możliwie najwęższym odcinku pomiędzy Jeziorem Dewneńskim a Frangijskim Płato (w linii prostej około 3 km).

Piechota armii chrześcijańskiej, którą większość historyków szacuje na 4 tysiące ludzi była uzbrojona w łuki, kopie, kusze, topory i ręczną broń palną - tzw. arkebuzy. Łucznicy znajdowali się przeważnie w oddziałach z Bośni, Chorwacji i Transylwanii. Warto podkreślić, że poszczególne oddziały piechoty różniły się od siebie zarówno uzbrojeniem, jak i poziomem wyszkolenia. Konnica była wyposażona w szable i dwie ostre kopie. Rycerstwo i część koni zakute w ciężkie zbroje. Nie posiadała ich jazda wołoska. Za to jej walorem był ruch i możliwość szybkiego manewru. Artylerię stanowiły małokalibrowe działa, umieszczone głównie na wozach, dla obrony wagenburga i strzelające najczęściej kamiennymi lub żelaznymi kulami. Niestety w ferworze walki często raziły i wroga i swoich. Niewiele relacji w ogóle wspomina o ich użyciu. Piszą o wykorzystaniu artylerii podczas bitwy anonimowe źródła tureckie. Bułgarski historyk Ognian Marinow uważa, że w bitwie pod Warną, po raz pierwszy na bałkańskich ziemiach została wykorzystana broń palna i to zarówno przez stronę chrześcijańską, jak i Turków. Wspomina też o użyciu ręcznej broni palnej, bombard. Stosunkowo niewielka liczba dział nie mogła zaważyć na losach tej bitwy.

Całość wystawionych do boju sił chrześcijańskich, jak się wydaje, nie przekraczała 20 tysięcy żołnierzy. Armia była wielonarodościowa. Składała się z: Węgrów, Polaków, Siedmiogrodzian (Sasi i Rumuni), Czechów, Bułgarów oraz najemników i rycerstwa z Zachodniej Europy. Należy podkreślić, że w większości były to oddziały ciężkozbrojnej jazdy rycerskiej oraz lekkiej jazdy wołoskiej (15-16000). Naczelne dowództwo powierzono Hunyadiemu. Jednak obecność króla Władysława III Jagiellończyka, nominalnego dowódcy na polu walki, stwarzała pewne problemy w dowodzeniu. Doświadczono już tego podczas pierwszej wyprawy. Większość autorów uważa, że morale armii królewskiej było dobre, przynajmniej do czasu, kiedy to do żołnierzy dotarła świadomość, że mają przed sobą główne siły tureckie, które kilkakrotnie przewyższają własne. Wówczas to dyscyplina uległa wyraźnemu pogorszeniu, a do niektórych oddziałów wdzierała się wręcz panika, np. w chorągwi dowodzonej przez kardynała Cesariniego (Popow).

Hunyadi przedstawił obronno-zaczepną koncepcję bitwy. Zdając sobie sprawę, że należy uniknąć ataku na pozycję janczarów, których uważano za najlepszą turecka formację, wybierano taki wariant bitwy, który miał ich eliminować w pierwszym etapie walk. Ataki tureckiej konnicy chciano neutralizować zdecydowanymi, krótkimi szarżami rycerstwa, które po wykonaniu uderzenia miało powracać na poprzednio zajmowane pozycje. Taka taktyka powinna doprowadzić do załamania morale w szeregach tureckiej jazdy, która zniechęci się do dalszych działań i wycofa z pola bitwy, co w przeszłości zdarzało się nie tak rzadko. Ewentualne „włamania" w szeregi własne miano likwidować przy pomocy piechoty i kontrataków odwodów. Centralnemu korpusowi powierzono zadanie „wiązania" korpusu janczarów, który miano atakować tylko w przypadku, gdyby opuścił on swoją ufortyfikowaną i przygotowaną do działań defensywnych pozycję. Centrum miało też uniemożliwić sułtanowi użycie odwodów. Atak na ufortyfikowaną pozycje janczarów przewidywano tylko w momencie wycofania się tureckiej konnicy z pola bitwy. Plan bitwy wydawał się więc klarowny i mający duże szanse powodzenia, pod warunkiem, że będzie wykonany precyzyjnie i z dużą konsekwencją.

W nocy z 9 na 10 listopada 1444 roku sułtan Murad II ugrupował swoje siły w odległości 1,5-2 km. od pozycji wojsk chrześcijańskich. Był zadowolony, że udało mu się zmusić przeciwnika do przyjęcia bitwy na Nizinie Warneńskiej. Doceniał walory tego miejsca, a niektórzy kronikarze piszą, że już po opuszczeniu Adrianopola i pośpiesznym marszu na północ myślał o starciu z chrześcijanami w takim terenie, gdzie zostaną oni pozbawieni możliwości manewru. Za właśnie takie miejsce uważał dolinę rozciągającą się na zachód od Warny.

Armia turecka przyjęła ugrupowanie tradycyjne, typowe dla innych wcześniejszych starć z wojskami europejskimi. Została uformowana w jednej linii. Na prawym skrzydle znalazła się jazda: timuriati i spahisi w sile około 10 tysięcy pod komendą bejlerbeja Rumelii Dawuda paszy. Ustawiono ją na wschód od miejscowości Pasza-kiój (dziś Władysławowo), na rozległej równinie. Oddziały te pochodziły z Rumelii, europejskiej części Turcji i były bardziej doświadczone w walce z „niewiernymi". Były też lepiej uzbrojone i dosiadały cięższych koni. Stwarzało to szansę przeciwstawienia się europejskiemu rycerstwu. Na lewym skrzydle bejlerbej Anatolii Karadża beg miał poprowadzić do boju wojska pochodzące z Azji, głównie konnicę: spahisów i timuriatów. Ulokowały się one na wzgórzach rozciągających się na południowy zachód od miejscowości Golama Franga (dziś Kamenar) w odległości 2-2,5 km. od wzgórz Sandżak tepe i Murad tepe. Zgodnie z orientalną tradycją jazda była ustawiona w 5 linii, a sposób w jaki walczyła dobrze scharakteryzował Michałek - „Pierwsza linia walczyła w szyku rozproszonym, następne składały się z oddziałów coraz ciężej uzbrojonych. Najsilniejsza była czwarta linia nazywana (...) „wieczorem wstrząsu", składająca się z ciężkozbrojnych spahisów". Szli do boju w odrębnych kolumnach, usytuowanych od siebie w pewnej odległości. Bezpośrednio przed konnicą uformowano w dwóch szeregach oddziały piechoty i jazdy: w pierwszym akindży (jazda), a w drugim azapi (piechota). Ich liczbę, która stanowiła swoiste dopełnienie tureckiej armii i biła się głównie o łupy, szacuje się na 10 do 13 tysięcy. Otrzymały one zadanie zaatakowania przeciwnika przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ogółem siły lewego skrzydła są szacowane na około 30 tysięcy wojska.

Oba skrzydła były ubezpieczone dodatkowo przez oddziały spahisów, liczące około 3 tysiące żołnierzy. Konnica lewego i prawego skrzydła była formowana w odrębne pododdziały, szwadrony i pułki i stała w linii frontu w pewnej odległości od siebie, lecz w taki sposób, aby mogła współdziałać lub udzielać sobie pomocy w konkretnej potrzebie. Zwiększało to jej ma- newrowość i skuteczność na polu walki.

W samym centrum ugrupowania, w rejonie dwóch wzgórz (mogił trackich), na wysokości ostatniego rzędu konnicy, uformowano czworobok janczarów (jeni czari - nowe wojsko; jednostka elitarna) w sile około 5 tysięcy (niektóre źródła mówią nawet o 10 tysiącach) pod dowództwem Jazydży Togena. Ich pozycja była zabezpieczona wilczymi rowami, a czworobok otoczony wbitymi w ziemię zaostrzonymi palami pochylonymi w stronę skąd można się było spodziewać ataku wroga. Wykopany z przodu głęboki rów osłaniali jeźdźcy na dromaderach, które miały za zadanie płoszyć konie atakujących. Na wypadek ataku piechota janczarów wbijała w ziemię wysokie tarcze, tworząc swoistą palisadę, zza której raziła wroga z łuków. W tylnej części czworoboku janczarów, na wzgórzu Murad tepe znajdowało się stanowisko dowodzenia sułtana. Był otoczony ze wszystkich stron janczarami i chroniony przez gwardię przyboczną, która miała czuwać nad jego bezpieczeństwem. Przed jego namiotem powiewał na wietrze, wetknięty na lancę, tekst traktatu szegedyńskiego, który miał zaświadczać o wiarołomstwie chrześcijan. Z tyłu pozycja dodatkowo była osłaniana przez nadworną konnicę - salizarów. Oddziały te składały się z żołnierzy doświadczonych w bojach, znakomicie wyćwiczonych i uzbrojonych. Nad nimi powiewały cztery chorągwie sułtańskie: pierwsza „... biało złotymi słowami pisana, tuż przy sułtanie tzw. „chorągiw wszelkich mocy"; druga - czerwona - salizarów, zaś janczarzy szli do boju pod dwiema chorągwiami: „... zieloną a czerwoną i (...) złotą a czerwoną".

Na lewym skrzydle, już poza szykiem, umieszczono nieregularne jednostki jazdy - akyndżych i piechoty azebeków. Ustawiono ich od północnego zachodu, poza wzgórzami, które otaczały równinę warneńską. Ukryte miały oczekiwać na dogodny moment do zaatakowania prawego skrzydła wojsk chrześcijańskich.

Za czworobokiem janczarów, w odległości 2-3 km, został ulokowany obóz turecki z dużą ilością wozów transportowych, namiotów, koni pociągowych i wielbłądów. Owe wozy transportowe i wielbłądy, jak podaje Długosz, były obładowane „jedwabiami, zasobami strzał i innych rzeczy do życia i wyprawy wojennych potrzebnymi". Zgodnie z tradycją przodków - nomadów - Turcy zabierali na wyprawy wojenne cały dobytek. Dlatego w obozie przebywało dużo sług, różnego rodzaju jednostek pomocniczych. Ważną rolę odgrywały pododdziały sanitarne i aprowizacyjne, zaopatrujące wojska głównie w wodę. Istnienie formacji sanitarnych chroniło armię przed epidemiami różnych chorób. Zdarzały się one znacznie rzadziej wśród wojsk tureckich, aniżeli miało to miejsce w armiach chrześcijańskich. Obóz też zgodnie z tradycją przodków nie był obwarowany. Chroniły go właśnie liczne wojska pomocnicze. One to wraz ze służbą obozową prawie zawsze były liczniejsze od regularnych formacji. Często też jednak, podobnie jak nieregularne oddziały, były rzucane do walki w beznadziejnych sytuacjach. Stanowiły łatwy łup dla przeciwnika, swoiste „mięso armatnie". Nie były zbyt cenione i często chętnie szafowano ich krwią.

Liczebność wojsk tureckich w bitwie pod Warną jest stosunkowo trudna do oszacowania. W źródłach spotykamy liczby od 40 do 200 000 żołnierzy. Hunyadi w liście do przyjaciela - Michała Orszaga - pisze o 105 tysiącach. Najbardziej prawdopodobną wydaje się cyfra 55 000 regularnego wojska, nie wliczając formacji pomocniczych i służby obozowej. Korpus janczarów, jak już wspomniałem, liczył około 5 tysięcy, gwardia przyboczna sułtana wraz z jazdą nadworną - około 2600 ludzi; jazda prawego skrzydła 15 000, a lewego do 12 000. Nieregularne formacje akyndżych i azebeków około 18-20 tysięcy. Liczbę jednak doborowych formacji, będących równorzędnymi partnerami dla rycerstwa europejskiego, szacować można na około 9600: 5000 janczarów, 3000 ciężkozbrojnych spahisów, gwardia osobista 1000 i jazda nadworna około 600 konnych.

Armia turecka nie miała prawdopodobnie artylerii i rycerstwa ciężko-zbrojnego, na wzór rycerstwa zachodnioeuropejskiego. Chociaż, z drugiej strony, cytowany już O. Marinow przypuszcza, że Turcy mogli posiadać broń palną, w tym i artylerię, zdobytą na chrześcijanach we wcześniejszych walkach, co nie wydaje się aż tak nieprawdopodobne. Wszak dysponujemy informacją, o użyciu artylerii podczas przeprawy wojsk sułtana przez Bosfor. Uzbrojenie armii tureckiej nieco się różniło od uzbrojenia wojsk Władysława III. Jazda turecka była lżejsza i zdolna do szybkich manewrów. Główną jej broń stanowiły cienkie kopie i ciężkie szable, dobrze wyostrzone, które po uderzeniu głęboko wrzynały się w ciało przeciwnika. Piechota dysponowała łukami, szablami i jataganami. Dodatkową broń ochronną janczarów stanowiły długie tarcze, o których wykorzystaniu była już tu mowa. Było to wojsko dobrze wyćwiczone i wyposażone. Panował w nim wysoki duch bojowy. O zdyscyplinowaniu, dobrym przygotowaniu do walki i wysokim morale armii tureckiej wspominają prawie wszyscy kronikarze.

Przejrzysta też była organizacja dowodzenia. Każda oddzielnie działająca grupa, każdy oddział, posiadał swoją komendę, a całością, z dogodnie usytuowanego stanowiska dowodzenia, dającego wgląd w pole walki, kierował sułtan Murad II. Stąd płynęły rozkazy do wszystkich oddziałów, zarówno skrzydłowych, jak i do janczarów. Pamiętnik janczara (Konstantego z Ostrowicy) wspomina, że sułtan miał prawie we wszystkich oddziałach swojej armii czausów (posłańców) - przemieszczcjących się na farbowanych koniach, którzy „... opatrywali, kto jakie męstwo uczyni i jak się kto ma ku bitwie", co dawało dobry przegląd sytuacji i umożliwiało sprawiedliwie nagradzać jak i karać. Stanowisko dowodzenia było dobrze zabezpieczone przez janczarów i gwardię przyboczną, a sułtan nie miał zwyczaju brać osobiście udziału w bitwach. W armii panowała wzorowa dyscyplina, a podstawowe siły były dobrze przygotowane do walki. Strategia oparta była na umiejętności organizowania współdziałania poszczególnych rodzajów wojsk, janczarzy i spahisi byli też dobrze zmotywowani do walki. Janczarzy odpowiadali piechocie zaciężnej w armii chrześcijańskiej, spahisi zaś - pospolitemu ruszeniu. Do niespodzianek, mających zaskoczyć przeciwnika (jak wspominają Zotikos i Chalkokondyles) miało być wykorzystanie wielbłądów, do płoszenia koni oraz ruchomego systemu obronnego, powstającego z palisady, organizowanego w razie potrzeby przez janczarów z dużych metalowych tarcz powbijanych w ziemię.

Wojska sułtana były prawie trzykrotnie liczniejsze od armii chrześcijańskiej. Ich front stanął naprzeciw centrum i lewego skrzydła przeciwnika, w odległości 1, 5 km, jak podaje w swej relacji Andrzej de Palatio. Takie ugrupowanie bojowe oskrzydlało wojska królewskie i odcinało im drogi odwrotu na zachód i północ. Jedyną linią odwrotu pozostawała błotnista dolina rzeki Prowadijskiej rozciągająca się w kierunku Galaty oraz Warna, o ile bramy miasta pozostaną otwarte. Pomimo więc gotowości do stoczenia rozstrzygającej bitwy, Murad II nakazał przyjąć ugrupowanie obronne, jakby oczekiwał na atak przeciwnika. [...]

Rozmieszczenie wojsk podczas bitwy pod Warną

Świt 10 listopada 1444 roku zastał wojska obu stron, w szykach bojowych uformowanych na równinie, w odległości od siebie około półtora do dwóch kilometrów. Król o świcie objeżdżał szeregi na dużym czarnym ogierze, dokonując przeglądu pododdziałów, a Cesarini, który mu towarzyszył udzielał odpustów przed bitwą. Dzień był świąteczny. Kościół katolicki czcił pamięć św. Marcina - papieża i męczennika. Po stronie muzułmańskiej dźwięki kotłów, bębnów i piszczałek zapowiadały rychłe rozpoczęcie boju. Kiedy dudnienie słabło, słychać było chrzęst broni i modlitwę poranną wyznawców Allacha: „la ilaha illa illahu Muhammadu rasulu llah" („nie ma Boga nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem"). Czas płynął i żadna ze stron nie chciała jako pierwsza rozpoczynać starcia, starając się najpierw rozpoznać dokładniej ugrupowanie przeciwnika i przewidzieć jego ewentualne zamiary. Owo wyczekiwanie przedłużało się. Kronikarze wspominają, że trwało około 3 godzin. Chrześcijanie liczyli, że Turcy opuszczą wzgórza i zejdą w dolinę, że przeciwnik pierwszy rozpocznie atak. Turcy wyczekiwali na atak armii królewskiej.

Nieoczekiwanie pogorszyła się pogoda. Zerwał się wiatr, który wiał prosto w oczy chrześcijan. Niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, lunął ulewny deszcz, przechodząc z czasem w grad. Rozpętała się burza. Wiatr był tak silny, że łamał drzewca sztandarów i rozrywał ich płachty, mieszał szyki ustawionych do boju wojsk. Niektórzy piszą, że porywisty wiatr pozrywał wszystkie płachty sztandarowe. Ocaleć miała tylko chorągiew królewska, chociaż i tę „... wyrwał z rąk chorążego i rzucił na ziemię". Długosz zapisze, że „...rzec można, iż same żywioły pomagały barbarzyńcom do zwycięstwa". Co prawda do zwycięstwa było jeszcze daleko, ale szalejąca burza i ulewny deszcz rzeczywiście pogorszyły sytuację na niekorzyść wojsk królewskich. Operowanie ciężkozbrojną konnicą, po rozmiękłej ziemi stwarzało dodatkowe trudności. [...]

Około godziny 10 sułtan postanowił wykorzystać zamieszanie, jakie wkradło się w szeregi przeciwników podczas gwałtownej burzy. Dostrzegł, że słabym punktem ugrupowania chrześcijan jest ich prawe skrzydło, trochę stłoczone u podnóży Wzgórz Frangijskich i pozbawione możliwości manewru. Do ataku ruszyły więc oddziały piechoty i lekkiej jazdy, częściowo ukryte do tej pory za wzgórzami. Szli do boju w niesamowitym jazgocie i wrzasku, z biciem w bębny, piskiem piszczałek, odgłosem trąb, mieszającymi się z okrzykami bojowymi i rytmicznymi uderzeniami szabel o tarcze i pik o siebie. Żądni krwi i łupów akindżi i azapi zaatakowali pozycje chrześcijan. Imponujący był rozmach i swoboda, z jaką Turcy z zimną krwią i pogardą śmierci, rozpoczęli swoje uderzenie. Rozgorzał gwałtowny bój, lecz kontruderzenie oddziałów dowodzonych przez bana Tallocziego odparło atak turecki, zadając nieprzyjacielowi duże straty. Szarża hufców Thallocziego trwała krótko, po czym kontratakujący wrócili na poprzednio zajmowaną pozycję. Turcy nie dawali jednak za wygraną i wkrótce ponownie ruszyli do natarcia. I tym razem zostało ono odparte z dużymi stratami atakujących. Tymczasem, w ferworze walki, chorągwie węgiersko-wołoskie zagrzane bojem, przedłużyły nieco swój pościg. Oddziały zbytnio wysunęły się do przodu, głównie te dowodzone przez biskupa Waradynu Jana Dominisa i biskupa Egeru - Szymona Rozgonyiego. Szyk kolumn się rozluźnił. Zwiększyły się między nimi odległości i zostało niebezpiecznie odsłonięte skrzydło. Na taką sytuację jakby oczekiwał dowódca lewego tureckiego skrzydła Karadża beg. Rzucił całą swoją jazdę na odsłonięte skrzydło i tyły chrześcijan.

Uderzenie wyszło na oddziały dowodzone przez obu biskupów, w momencie gdy ich szyki były rozluźnione i przemieszane. Ciężkozbrojne chorągwie na zmęczonych już koniach nie były w stanie stawić oporu nieprzyjacielowi. Wybuchła panika, która szybko ogarnęła i inne pododdziały prawego chrześcijańskiego skrzydła. Bezładny odwrót pogłębił chaos i zwiększył straty. Wkrótce zostało rozbite całe skrzydło. Ci, co nie zginęli w walce, tonęli w błotach otaczających Jezioro Dewneńskie i rzekę Prowadijską. Tak zginął dowódca prawego skrzydła biskup Waradynu Jan Dominis. Biskup Egeru Szymon Rozgony, kanclerz królestwa węgierskiego, dotarł do bram Warny, lecz nie został wpuszczony do miasta. Mieszkańcy w obawie przed zemstą Turków zaryglowali bramy. Tak mścił się błąd, polegający na nieobsadzeniu własnymi oddziałami twierdzy warneńskiej i bram miasta. Rozgony próbował przebić się wraz z resztą swoich wojsk w stronę Galaty, lecz tu poległ w nierównej walce.

W stronę taboru bojowego (wagenburga) zdołała wycofać się część Wołochów oraz dwustuosobowy oddział rycerzy, wraz z państwowym sztandarem węgierskim, chorągwią św. Władysława, pod komendą bana Thallocziego oraz resztki wojsk kardynała Cesariniego. Podjęli tu oni zdecydowana obronę pomimo zaciekłych ataków wroga.

Zachęcona sukcesem anatolijska jazda pod wodzą Karadża paszy kontynuowała uderzenie w kierunku południowo - zachodnim, gdzie udało jej się rozbić oddziały rycerstwa i przystąpić do grabieży ich obozowisk. Wzmożono atak na wagenburg z nadzieją, że jego zdobycie pozwoli wyjść na tyły ugrupowania wojsk Władysława III Jagiellończyka. Był to poważny błąd. Jazda i raczej nie była w stanie zdobyć taboru bojowego. Siły się rozproszyły jako że część atakujących dotarła do obozu głównego i rozpoczęła rabunek, część rzuciła się w pogoń za uciekającymi. Ci, co szturmowali warenburg zaczęli ponosić ogromne straty od ognia artylerii, bombard, hakownic, arkebuzów, kuszników i łuczników. Obrońcy przypuścili atakujących na odległość 70 m, po czym otworzyli gwałtowny ogień. Z takiej odległości kusza przebija każdą zbroję i każdą tarczę. Atakujący stłoczyli się przed wozami a w takiej sytuacji każdy strzał, nie tylko z kuszy, w ciżbę był skuteczny. Wkrótce całe pole zasłane było trupami koni i ludzi.

W tym momencie, wyjątkowo dramatycznym i groźnym, Hunyadi i Władysław III zdecydowali się pchnąć do walki, stojące w centrum ugrupowania, dwie chorągwie ciężkozbrojnego rycerstwa polskiego i węgierskiego wzmocnione chorągwią lekkiej jazdy wołoskiej. Dla szachowania janczarów pozostawiono oddziały dowodzone przez Stefana Batorego. Uderzenie to, osobiście prowadzone przez króla i wojewodę siedmiogrodzkiego, było tak silne, że zmieniło sytuację na prawym skrzydle ugrupowania chrześcijańskiego. Starcie dwóch potężnych mas kawalerii doprowadziło do gwałtownego boju, w wyniku którego oddziały anatolijskiej konnicy zostały rozbite i poniosły dotkliwe straty. Poległ dowódca tureckiego lewego skrzydła, zarazem zięć sułtana, Karadża pasza. Cytowany już Carew podaje, że miał zginąć z ręki Bułgara Radosława, który z wagenburgu zauważył jak padł biały koń tureckiego dowódcy. Wybiegł więc z obozu i stoczył z nim pojedynek. Jako dowód zwycięstwa przyniósł pozłacany jatagan ozdobiony dużym rubinem.

Z głębokiej defensywy udało się wojskom chrześcijańskim przejść do ataku. Uciekający Turcy starali się zatrzymać na pozycjach wyjściowych do natarcia, lecz manewr ten nie udał się, tym bardziej, że do pościgu dołączyły z wagenburgu chorągwie wołoskie. Teraz napór uciekinierów dezorganizował szyki tureckiego ugrupowania. Rycerstwo chrześcijańskie parło do przodu, a oddziały wołoskie wbiły się na głębokość 4 tysięcy kroków (ok. 4 km.) w głąb tureckiego ugrupowania, obchodząc ich lewe skrzydło i czworobok janczarów. Palatio podaje, że część Wołochów dotarła do obozu wojsk tureckich, przebiła się przez osłonę i rozpoczęła rabunek. Natarcie to weszło jednak zbyt głęboko w ugrupowanie nieprzyjaciela „gubiąc cel uderzenia i oddalając się od własnych wojsk i placu boju". Było to tym groźniejsze, że chorągwie rycerskie, po udanym kontrataku zawróciły, w obozie uzupełniły kopie i powróciły na uprzednio zajmowane pozycje.

Pomimo sukcesów w szeregi rycerstwa wkradało się zdenerwowanie. Duże wrażenie robiła ogromna przewaga liczebna wroga oraz narastające zmęczenie spowodowane wielogodzinnym bojem. Uczestnik tych walk de Palatio odnotowuje, że w szeregach chrześcijańskich wojsk zapanował strach i „ubytek sił spowodowany staniem w szyku przez całą noc i długotrwałym ciężkim bojem. Nacierały na nas ciągle nowe i świeże wojska, a ruchów ich nie mogę dokładnie opowiedzieć; powiem tylko, że od początku bitwy, aż do nocy nie mogliśmy ani chwili spocząć". Podobne informacje znajdujemy i u innych kronikarzy.

Tymczasem oddziały wołoskie wdały się w przewlekłe walki na lewym tureckim skrzydle i żądne łupów, z zaciętością godną lepszej sprawy, atakowały i grabiły obóz turecki. Obrońcy zaś, dobrze przygotowani do tego typu działań, zastosowali wobec nacierających cały arsenał chwytów psychologicznych, które w ostateczności wciągały ich w sprytnie zastawiane pułapki. Wszystko to działo się na oczach janczarów, którzy jednak nie odważyli się opuścić swojej obronnej pozycji by przyjść z pomocą lewemu skrzydłu własnej armii. Skutecznie byli „pilnowani" przez, stojące w centrum ugrupowania chrześcijan, odwody. Tymczasem uciekający przed Wołochami Turcy, starym, wypróbowanym zwyczajem „rzucali na ziemię złote i srebrne monety lub cenne przedmioty i naprowadzali atakujących na wcześniej przygotowane pozycje obronne. Wciągano w pułapki zgromadzonymi na wozach drogocennymi materiałami, przedmiotami codziennego użytku a nawet pięknymi kobietami". Stada wielbłądów płoszyły konie wołoskich jeźdźców tak, że ci nie byli w stanie nad nimi zapanować i skierować w pożądaną stronę. Jak pisze Długosz „widziano niektóre [prawdopodobnie wielbłądy] obładowane pieniędzmi złotymi i srebrnymi, które Turcy zwyczajem z dawna u Turków używanym - widząc się w niebezpieczeństwie, a zwłaszcza uciekając przed nieprzyjacielem naumyślnie z wozów rozsypywali po ziemi, aby żołnierzy zatrudnić i opóźnić w pogoni". Metody takie dość często stosowane wobec wojsk chrześcijańskich i tym razem przyniosły oczekiwany skutek. Rozproszeni Wołosi ponieśli klęskę i albo zostali wybici, albo dostali się do niewoli. Tylko nielicznym udało się ujść z życiem.

Zdyscyplinowanie i wojenny duch uchronił chorągwie rycerskie od takiego losu. Po powrocie na pozycje wyjściowe do ataku, zarówno Hunyadi, jak i Władysław III, uporządkowali szeregi i starali się uspokoić namiętności. Bardziej doświadczony Hunyadi doradzał królowi, aby pozostał na stanowisku dowodzenia, dał oddziałom wypocząć i nie angażował się w działania ofensywne. Sam udał się na lewe skrzydło wojsk chrześcijańskich, gdzie już od pewnego czasu toczyły się zacięte walki.

Murad II, widząc rozbite swoje lewe skrzydło, rzucił do ataku rumelijskich spahisów, bardziej doświadczonych i lepiej przygotowanych do walki z krzyżowcami. Ogromną masą uderzyli oni na dobrze uzbrojoną węgierską jazdę. Ich falowe ataki były rozbijane krótkimi szarżami rycerstwa, dobrze dowodzonego przez Michała Szilagiego. Po takiej szarży Węgrzy i Siedmiogrodzianie sprawnie wracali na pozycje wyjściowe, wymieniając w walce kolejne rzuty chorągwi już przygotowane do odpierania następnych uderzeń wroga. Taktyka ta przynosiła dobre efekty, a Turcy ponosili dotkliwe straty.

Obserwując pole bitwy, dowódca prawego skrzydła tureckiego, Dawud pasza zdecydował się na zmianę swojej taktyki. Po kolejnym niepowodzeniu, przeformował oddziały i zaatakował całością swoich sił, zdając sobie sprawę, że dla odparcia tak zmasowanego ataku chrześcijanie będą zmuszeni rzucić do walki wszystkie chorągwie lewego skrzydła. W ten sposób rycerstwo nie będzie mogło stosować rotacji swoich jednostek i wymieniać zniszczone kopie. Przemieszanie zaś szyków wojsk chrześcijańskich umożliwi części tureckich oddziałów przeniknięcie na ich tyły. W takiej sytuacji o wyniku starcia powinna rozstrzygnąć przewaga liczebna. To kolejne, bardzo silne uderzenie jazdy rumelijskiej i wprowadzanie do boju falami coraz to nowych sił, doprowadziły do zaciętego boju dwóch mas kawalerii. Wojska chrześcijańskie pod naporem przeważających sił zaczęły się cofać, a część tureckiej jazdy dotarła nawet na tyły ugrupowania, w pobliże obozu. Sytuacja lewego skrzydła wojsk chrześcijańskich stawała się krytyczna.

Właśnie w tej chwili Hunyadi, który zorientował się w sytuacji, zdecydował się na wsparcie tego skrzydła uderzeniem z centrum. Do ataku ruszyły, niebiorące udziału w bitwie, chorągwie Stefana Batorego, które do tej pory trzymały w szachu korpus janczarów. Ich zadanie przejęły chorągwie polskie i węgierskie, które właśnie powróciły z interwencji na prawym skrzydle.

Kontruderzenie jazdy węgierskiej prowadził sam Hunyadi. Zmęczona przedłużającym się bojem, atakowana od czoła i ze skrzydła jazda turecka nie wytrzymała zdecydowanego natarcia. Początkowo zaczęła się cofać, aby następnie rzucić się do panicznej ucieczki. Cofająca się kawaleria demontowała teraz własne skrzydło, a w dodatku użycie całej masy jazdy nie pozwalało na wykonanie manewru. Prawe skrzydło wojsk tureckich zostało zdezorganizowane i częściowo rozbite. Niektórzy uciekinierzy dotarli nawet do Adrianopola przynosząc hiobową wieść o klęsce. A. de Palatio pisze, że Hunyadi w pościgu wbił się na głębokość ok. 10 tysięcy kroków (ok. 10 km) „zupełnie dezorganizując jego oddziały [sułtana - M. B.] i zadając duże straty". W szeregi tureckie wkradło się zdenerwowanie i niepokój a sułtan widząc rozbite swoje lewe i prawe skrzydło zaczął myśleć o odwrocie. Na polu bitwy pozostał mu już tylko korpus janczarów, ale jego wycofanie się byłoby bardzo ryzykowne. Pilnujące janczarów chorągwie polskie i węgierskie tylko czekały na taki manewr, kiedy uda się wywabić janczarów zza ufortyfikowanych pozycji. Jak podaje bizantyjski kronikarz Zotikos, niebezpieczeństwo takiego rozwoju sytuacji uświadomił Muradowi II jego krewny - Taji Karadża, który przestrzegał, że „wojska chrześcijańskie na plecach wycofujących się oddziałów dotrą do Odrynu [Adrianopola] i zdobędą go". Chwycił on za uzdę konia sułtana i zawołał: „... Wielki sułtanie, co czynisz? Jeśli ty uciekniesz, niewierni ścigać nas będą do Adrianopola". Kronikarz turecki (tzw. „Kronika Anonima") pisze, że w tym trudnym momencie Murad II, ubrany w strój derwisza, podniósł w górę obie ręce i zaczął gorąco modlić się do Allacha, aby swym wyznawcom dał zwycięstwo. Jego modlitwa „ zaraz została wysłuchana i wielki Bóg dał zwycięstwo wojskom Islamu". [...]

Sukcesy na obu skrzydłach kazały królowi przypuszczać, że pierwsza część planu została wykonana i zbliża się kluczowy moment bitwy. Na lewym skrzydle Hunyadi przerwał atak, cofnął swoje chorągwie, przeformował je i przygotował się do generalnego natarcia na pozycje janczarów. Miał zamiar wykonać uderzenie chorągwiami węgiersko - siedmiogrodzkimi, które uważano za najbardziej doświadczone i najlepsze w całej armii królewskiej. W takiej sytuacji chorągwie dowodzone przez Władysława III powinny pozostać jako rezerwa taktyczna, zabezpieczenie na wypadek niepowodzenia pierwszego ataku. Król miał ruszyć do ostatecznego natarcia wówczas kiedy Hunyadiemu udałoby się zdezorganizować szyki janczarów. Hunyadi zamierzał zaatakować z boku, omijając rów i palisadę, bowiem tylko ich czworobok tkwił we „wzburzonym morzu" Turków. A w tym „wzburzonym morzu" on - Murad II, otoczony gwardią przyboczną. Król zapewne przypuszczał, że atak na janczarów i gwardię przyboczną sułtana, przyniesie ostateczne rozstrzygnięcie bitwy. [...] Natarcie korpusu królewskiego nie zostało jednak uzgodnione w czasie z Hunyadim i to był pierwszy poważny błąd, jaki popełnił Władysław III w tej bitwie. Ta akcja pozbawiła armię chrześcijańską ostatniej rezerwy i doprowadziła do rozluźnienia szyków, niweczyła dobry plan ostatniego starcia. Drugi - to zbyt mała liczba wojsk, jakie poprowadził do rozstrzygającego uderzenia, do brawurowej szarży na ślepo. 500 rycerzy ciężkozbrojnych polskich i węgierskich to stanowczo za mało, aby rozstrzygnąć walkę na swoją korzyść. [...]

Pozycje janczarów były dobrze przygotowane i ubezpieczone, zarówno przez wał okalający czworobok, jak i wozy bojowe oraz powbijane w ziemię metalowe tarcze. Janczarzy doskonale wyćwiczeni w walce z jazdą potrafili skutecznie ją zwalczać, ostrzeliwując się z łuków. Ustawieni w 10 rzędów znakomicie byli przygotowani do zespołowego strzelania z łuków, metodą nawije, tzn. nad głowami własnych, przednich oddziałów, z prędkością 10 strzał na minutę. To oni wykonywali swoistą „nawałę ogniową", która zazwyczaj załamywała atak napastnika. Sami na ogół nie wycofywali się z zajmowanych pozycji bez rozkazu. Ginęli lub zwyciężali, nie biorąc do niewoli jeńców. [...]

Uderzenie gwardii przybocznej króla, pod jego osobistym dowództwem, wyszło czołowo na rów i palisadę ochraniającą pozycje janczarów. Długosz tak scharakteryzował początek tego starcia: „janczarowie pospuszczali ku ziemi długie (...) tarcze, dla zasłonięcia się od ciosów, tak straszliwą na wojsko królewskie wypuścili strzał chmarę, że niebo się od nich zaćmiło i wielu od nich zginęło ludzi a konie pokaleczone wydały jęk okropny". Hufiec królewski, pomimo dotkliwych strat, zdołał się jednak przebić przez umocniony wał i wbił się klinem w pozycje wroga, dochodząc aż do ostatnich pozycji ugrupowania janczarów, w pobliżu wzgórz: Sandżak tepe i Murad tepe. Zbyt mała liczba atakujących nie zdołała jednak wywalczyć rozstrzygnięcia. [...]

Król i jego gwardia przyboczna znaleźli się w śmiertelnej pułapce. Rozgorzał zawzięty bój potęgowany narastającym okrucieństwem. Okrążeni rycerze walczyli do ostatniego oddechu, do ostatniej kropli krwi, starając się raczej zginąć niż dostać do niewoli. Walczono z ogromnym poświęceniem i zaciętością. Wszędzie było widać rozwścieczone twarze i błyskające jatagany otaczające ze wszystkich stron hufiec królewski. Zapewne wówczas poległ dowódca, walczącej pod bezpośrednią komendą króla, węgierskiej chorągwi św. Jerzego - Stefan Batory. Mimo ponoszonych strat kilku rycerzy przebiło się do stanowiska dowodzenia Murada II. Niektórzy nawet uważają, że Władysławowi III udało się nawiązać kontakt wzrokowy z sułtanem. [...]

I w tym momencie nowa fala janczarów, jak „wezbrane morze", zalała już garstkę walczącego z determinacją rycerstwa. Jak podają niektóre źródła król Władysław III Jagiellończyk walczył z przykładną odwagą, w coraz bardziej gęstniejących szeregach nieprzyjaciół. [...]

Cytowany już wielokrotnie Długosz podaje, że w starciu tym „poległo mnóstwo ludzi i padło wiele koni (...) Władysław rzucił się na wrogów siejąc śmierć i grozę (...) wreszcie koń jego (...) zraniony w bok zrzucił go. Ciężka zbroja i spuchnięta noga nie pozwoliły mu się podnieść. Natychmiast podbiegli janczarowie i król padł pod gradem ich pocisków. Więcej szczegółów zawiera relacja anonimowego kronikarza tureckiego spisana w drugiej połowie XV wieku: „w sercu przeklętego króla zwyciężyła pokusa szatana, czyniąc go zbyt ufnym w zarozumiałości się uważając się za bohatera, sądził, iż wojsko on jeden wypędzi i dlatego uderzył w ich środek, gdzie stał sułtan Murad. Gdy jednak dotarł do skraju szyku koń jego potknął się, on sam spadł z niego na twarz. W tym miejscu znajdowało się dwóch janczarów, a imię jednego z nich było Kodża Hyzyr, którzy wraz z innymi rycerzami będącymi w pobliżu, ucięli głowę przeklętego króla i zanieśli do sułtana Murada". Głowę wbito na pikę i pokazywano walczącym, aby wśród wojsk chrześcijańskich wzniecić przerażenie i panikę i aby dodać odwagi walczącym Turkom. U innego kronikarza (Saadaddina) czytamy: „Król uniesiony zapałem zwycięstwa, usłuchał słów Janka, radzącego, aby na obóz szacha uderzył. Król niedowiarków, nierozważnie pędząc konia, zagrzany niebacznym męstwem, daleko się przed swoich wypuścił i prosto pędzi na święty bunczuk padyszacha. Wtenczas żołnierze, stosownie do rozkazu, otworzywszy drogę temu psu, zwarli się i opasali go z częścią oddziału, a janczar Kodża Chazer, dzielnym natarciem ranił mu konia, zwalił na ziemię wychowańca piekła, uciął nikczemną głowę i przynosząc ją padyszachowi, pochwały, względy i hojną nagrodę otrzymał. Ci, co wespół z tym obłąkanym młodzieńcem wpadli w pośrodek żołnierzy, jak osaczone w ostępie zwierzęta, wykłuci i pałaszami rozsiekani zostali... Odrąbaną zaś głowę [sułtan] na włócznię nadziać kazał dla przerażenia jej widokiem". Żyjący w XVI wieku kronikarz Maciej Stryjkowski z kolei odnotowuje lakonicznie: „Tamże po tym, gdy się ku wieczorowi nakłaniało, król zbity z rannego konia, szablami janczarskimi był rozsiekany". Gdzie wówczas była osobista eskorta króla, którą dowodzili jego ulubieńcy: Mikołaj Chrząstowski i Nelenda z Sieciechowie? Obaj uratowali się z pogromu! Osobista ochrona króla zawsze ruszała do ataku wraz z nim. Po jednej stronie ubezpieczał go Mikołaj Chrząstowski, po drugiej - Nekenda z Sieciechowie. Oni też byli świadkami jego walki oraz wykonawcami decyzji jakie podejmował podczas boju. Dlaczego w tej tragicznej bitwie ich zabrakło? Oto pytanie, które musi pozostać dziś bez odpowiedzi. Piwowarczyk spekuluje, że może na rozkaz króla zbierali rozproszonych rycerzy wchodzących w skład chorągwi, z którymi wyruszył do ostatniego boju, a później nie zdążyli dołączyć do atakujących. Popow z kolei tak pisał o śmierci króla: „Spłoszony koń młodego króla wpadł do rowu, potknął się i został zraniony. Król został pozbawiony możliwości przebicia się przez gęstniejące szeregi wroga do swoich. Spadł z konia i w tym momencie jeden z janczarów Karadża Chadar (Kodża Khizr) obciął mu głowę i dostarczył sułtanowi". Cytowany już turecki kronikarz Mehmed Neszri stwierdza, że sułtan, chcąc się przekonać czy przyniesiona głowa zatknięta na pice należy do Władysława III, kazał wezwać jednego z jeńców, który rozpłakał się i potwierdził, że jest to rzeczywiście głowa polsko-węgierskiego króla. Serb Konstanty z Ostrowicy pisze, że głowę rozpoznali komornicy królewscy, którzy „poznawszy głowę pana swego, z wielką żałością, płacząc krzyczeli, a cesarz z radością kazał ich ściąć".

Maciej Stryjkowski, który w sto lat po bitwie odwiedzał pole walki, wysuwa hipotezę, że Władysław III dał się wciągnąć w zastawioną na niego pułapkę. Miały ją stanowić głębokie wykopy przed czworobokiem janczarów, wypełnione zaostrzonymi palami i dla ich zamaskowania pokryte darnią. Śmierć ludzi i koni, którzy wpadli w te doły była okrutna. Na ich głowy spadały ciosy janczarów lub rozpędzone konie towarzyszy. Była to bezlitosna rzeź. Może ma rację Rojek, który sugeruje, że do takiego dołu wpadł też koń królewski wraz z jeźdźcem. Król „zginął przywalony stosami ciał wraz z innymi". Hipotezę tę potwierdza janczar - Serb, który odnotuje w kronice, że jego „kamrat imieniem Kutry (gruby), grzebiąc wśród splątanych ze sobą ciał, znalazł (...) trupa królewskiego, nie zdając sobie z tego sprawy". Kierował się piękną zbroją i szyszakiem z pióropuszem oraz złotą zapinką. Odrąbał więc głowę i zaniósł sułtanowi, a polscy jeńcy mieli ją zidentyfikować jako głowę króla Polski i Węgier.

Wiele elementów w tych relacjach jest zbieżnych. Są jednak i takie, które różnią się w dość zasadniczy sposób, już po bitwie Murad II rozesłał do wszystkich władców muzułmańskich tzw. fethname (uroczyste relacje), w których losy króla przedstawiono inaczej. Miał on rzekomo dostać się do niewoli i jako krzywoprzysięzca (przypominano i złamanie traktatu szegedyńskiego) został stracony.

Wiadomość o śmierci Władysława III Jagiellończyka szybko obiegła szeregi walczących, tym bardziej, że jego głowę wetknięto na długą kopię i podniesiono wysoko, tak że była widoczna z daleka. Niosący ją zaś żołnierze głośno wołali: „Ta głowa jest głową króla". Znaczna część rycerstwa biorącego udział w ataku poległa lub dostała się do niewoli. Tylko nielicznym udało się przebić na stronę chrześcijan. Wieść o śmierci króla wywołała w szeregach armii krzyżowców panikę i bezładny odwrót. W szeregi Turków wstąpił nowy duch i z dużym animuszem ruszyli do ataku, tym bardziej, że nadal nad walczącymi dumnie powiewała chorągiew sułtańska, a z obozu dochodziły dźwięki muzyki. Naszri pisze, że przerywali oni ucieczkę, „... zawracali i z podniesionymi szablami do góry rzucali się na wroga".

Sytuacja wojsk chrześcijańskich stawała się tragiczna. Usiłował ją ratować Hunyadi, który skupił wokół siebie część rozpraszających się wojsk królewskich. Tłumaczył dowódcom, że przecież przybyli na Bałkany bić się nie za króla, lecz za wiarę chrześcijańską i, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Starał się też odbić zwłoki królewskie, lecz kilkakrotnie ponawiane desperackie ataki kończyły się niepowodzeniem. Wydzielone oddziały transylwańskie kilkakrotnie atakowały czworobok janczarów. Szanse na powodzenie jednak malały, jako że na pole bitwy powracały oddziały tureckie, które poszły w rozsypkę w pierwszej fazie walk. Wracały teraz na plac boju z nadzieją odwetu, za doznane upokorzenia i straty i chciały chociażby częściowo zrehabilitować się w oczach sułtana. Anonimowy kronikarz turecki odnotuje, że „... przeklęty Janko znowu atakuje, ale kiedy zauważa, że będąca w rozsypce muzułmańska armia powraca i skupia się wokół sułtana Murada II wzrastając w siłę, pogrąża się w smutku i rzuca się do ucieczki".

Zacięty bój przeciągał się aż do godzin nocnych. Z trudem odpierano ataki jazdy tureckiej ponosząc przy tym dotkliwe straty. Stawało się coraz bardziej oczywistym, że bitwa jest przegrana. Hunyadi oceniał, że jedynym ratunkiem dla resztek chrześcijańskiej armii będzie przebicie się przez słaby jeszcze kordon jazdy tureckiej, w miejscu pomiędzy czworobokiem janczarów a obozem tureckim. Czas był najwyższy, tym bardziej, że część rycerstwa rzuciła się do panicznej ucieczki, aby pod osłoną zapadającego zmierzchu i nocy wymknąć się z pułapki. Wprawdzie teren nie był rozpoznany, lecz Hunyadi zebrał wojska, które znajdowały się w pobliżu i uderzył w kierunku Wzgórz Frangijskich i dalej na północ ku pustkowiom Dobrudży. Prowadził resztki armii chrześcijańskiej pozostawiając obóz i tabory na pastwę wroga. Miał nadzieję, że nieprzyjaciel zaangażuje swe siły w zdobywanie wagenburga i zaniecha pościgu. Raz jeszcze oddajmy głos uczestnikowi bitwy Andrzejowi de Palatio, który tak przedstawił sytuację wycofujących się wojsk: „... Z wyjątkiem Wołochów nikt z nas nie wiedział gdzie idzie; Każdy szedł w kierunku gdzie gnał go strach lub raczej prowadziło przeznaczenie. (...) I tak długotrwałe głodowanie, częste zimno i błądzenie było przyczyną śmierci więcej naszych ludzi aniżeli miecz Turków"..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 102-131

"...Pośród poległych w bitwie warneńskiej znalazło się wiele znaczących postaci. Z Polaków źródła wymieniają m.in. braci Tarnowskich, Marcina i Stanisława z Rożnowa, dwu synów Zawiszy Czarnego (okazało się później, że Stanisław jednak ocalał), Spytka Jarosławskiego - starostę lwowskiego, Pawła Wojnickiego z Sienna, Dersława Włostowskiego - starostę kamieńskiego i szereg innych rycerzy. Z grona znakomitych osobistości węgierskich polegli m.in. biskupi Rozgonyi i Dominis, dowódca chorągwi św. Jerzego - Stefan Batory, zginął też kanclerz królestwa - Henryk Thomassi..."

Bitwa była zacięta, toteż obydwie strony poniosły znaczne straty. Andrzej de Palatio zanotował, że armia królewska straciła czwartą część swojego stanu. Jeżeli podtrzymamy nasze wcześniejsze ustalenia, iż Władysław dysponował około dwudziestoma tysiącami żołnierzy, oznaczałoby to, że poległo i dostało się do niewoli około 5 tys. Wydaje się, że jest to bliskie prawdy, bo przecież obejmuje tych, którzy polegli w bitwie, poległych w czasie ucieczki na bezdrożach Dobrudży, także wszystkich rannych, zaginionych oraz pojmanych do niewoli. [...]

Pozostając przy stratach około 5 tys. w armii chrześcijańskiej, można przyjąć, że Turcy stracili dwukrotnie więcej, a więc około 10 tys. żołnierzy. Takie proporcje dadzą się wytłumaczyć lepszym wyszkoleniem i uzbrojeniem armii królewskiej. Było też regułą, że jazda turecka nie wytrzymywała uderzenia ciężkozbrojnych i jeśli nie uchyliła się od ciosu, ponosiła znaczne straty. Tak więc bitwa pod Warną może być uważana za jedno z najbardziej krwawych starć okresu późnego średniowiecza. Nie to wszelako przesądzało ojej szczególnym znaczeniu..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 217-218

ozdoba

"...Pomimo tego krytycznego wydarzenia Hunyady usiłował ratować przynajmniej część armii królewskiej od pogromu. Udało mu się skupić walczące w rozproszeniu chorągwie i natchnąć je wolą walki. Źródło tureckie (Anonim) podaje, iż Hunyady argumentował wobec zbierających się rycerzy, że przybyli tutaj walczyć za wiarę, a nie za króla, którego śmierć nie kończy bitwy. Niektóre relacje utrzymują że wódz węgierski zagrzewał współtowarzyszy do boju, aby odbić z rąk niewiernych zwłoki monarchy. Padały też argumenty, że należy kontynuować walkę, aby wynieść głowę z pogromu. Oddziały chrześcijańskie podjęły więc raz jeszcze desperacki atak na nieprzyjaciela. Szanse na sukces jednak malały z każdą chwilą bowiem na pole bitwy zaczęły powracać te chorągwie tureckie, które poszły w rozsypkę, a teraz - zagrzewane wieścią o śmierci króla wrogiej armii - szukały rewanżu. W rezultacie zapał bitewny chrześcijan chwilowo pobudzony, uległ ostatecznemu załamaniu. Chylący się ku końcowi dzień wzmagał niepokój zwyciężonych.

Rycerstwo europejskie rzuciło się do panicznej ucieczki, aby pod osłoną nocy wydostać się z pułapki. Hunyady, z niewielką tylko częścią żołnierzy, zdołał wycofać się w jako takim porządku na północ. Podobnie czyniły niewielkie grupki i pojedynczy rycerze, w ucieczce kierowano się ku Dunajowi. Sułtan wysłał za pokonanymi sipahiów Rumelii, jako że byli obeznani z bezdrożami Dobrudży, a na ich czele stanął Dawud-basza. Wojska tureckie wyłapywały niedobitki pokonanej armii chrześcijańskiej, a wielu rycerzy zginęło z głodu i zimna. Ocaleli głównie ci, którzy uciekali wespół z resztkami jazdy wołoskiej. Pogoń turecka trwała dwie doby i była tragicznym dopełnieniem przegranej pod Warną bitwy. Przy zapadających ciemnościach Turcy nie pokusili się o zdobywanie wozów bojowych i taboru. Dopiero następnego dnia dokończyli zwycięstwa, a łupem zdobywców padło to wszystko, co rycerstwo chrześcijańskie zgromadziło w pochodzie pod Warnę. Ponadto Turcy zdobyli szereg dokumentów urzędowych dotyczących nie tylko Węgier, lecz także i Polski, oraz królewską pieczęć węgierską..."


Fragment książki: Karol Olejnik "WŁADYSŁAW III WARNEŃCZYK " s. 216-217

Za wycofującymi się ruszyła kawaleria Dawud paszy, która jednak wkrótce skoncentrowała się na wyłapywaniu maruderów lub tropieniu drobnych oddziałów. Hunyadi uciekał z pola walki, zapisze dość złośliwie w „Pamiętniku janczara" Serb Konstanty z Ostrowicy „... albowiem nie był, kto by go gonić miał ". Sułtan obawiał się pułapki i nakazał Dawudowi przerwanie pościgu. Odchodził więc na północ w zwartym szyku, w dużym pośpiechu nieatakowany przez większe siły wroga. Marsz ten powinien przejść do historii sztuki wojennej. Pomimo ogromnych trudności Hunyadi szybko dotarł do Dunaju, a 25 listopada był już w Braszowie (w linii prostej około 370 km. od Warny). Niektórzy uważają, że zbyt pochopnie i pospiesznie wycofał się z pola walki, zostawiając piechotę i rannych, którzy zamknęli się w wageburgu. On sam też w listach tylko lakonicznie wspominał bitwę warneńską, a niekiedy - chcąc zapewne wyjaśnić przyczyny niepowodzenia - znacznie zawyżał liczbę Turków biorących w niej udział (nawet do 150 tysięcy). Wraz z Hunyadim uratowało się wielu rycerzy z lewego skrzydła ugrupowania chrześcijańskiego, głównie Siedmiogrodzian.


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 131

"...Wozy bojowe i tabory zostały zdobyte przez azabów i janczarów następnego dnia. Resztki wojsk królewskich, które się tutaj schroniły, wycięto w pień. Różne zapasy, broń, kosztowności, dokumenty, a nawet królewską pieczęć węgierską Turcy zabrali lub zniszczyli. Sułtan Murad II, na znak swego triumfu nad chrześcijanami, posłał zakonserwowaną w miodzie głowę króla Władysława do Anatolii. W Brusie, starej stolicy Osmanów, obnoszono ją po mieście święcąc zwycięstwo sułtana..."


Fragment książki: Edward Potkowski "WARNA 1444" s. 219-220

"...Przez trzy dni po zakończeniu bitwy wojska tureckie pozostawały na polu walki. Ciała poległych wyznawców Allacha grzebano z religijnym ceremoniałem. Trupy chrześcijan wrzucano do pobliskiego jeziora. Ci, co zginęli w dalszej odległości od miejsca starcia, byli później chowani przez miejscową bułgarską ludność. Nie można dociec, co stało się z ciałem króla Władysława III. Można tylko przypuszczać, że albo podzieliło los innych chrześcijańskich wojowników, albo zostało pochowane na polu bitwy. Za najbardziej przekonywującą tezę można uznać tę, która uważa, że pochowano je w cerkwi położonej najbliżej Warny. W pobliżu znajduje się monastyr skalny Aładża, znakomicie nadający się do takiego celu. Nie mamy o tym jednak żadnych wiadomości i musi to pozostać w sferze przypuszczeń.

Głowę króla po bitwie sułtan kazał w odpowiedni sposób zabezpieczyć. Jak zapisał autor „Kroniki janczara": „Cesarz [Murad II - przyp. M. B.] kazał (...) skórę wonnymi ziołami z bawełną napełnić, aby się nie psowała, włosy też rozczesać i barwę im poprawić, iż podobną była ku żywej". Tak przygotowaną głowę, zatopioną w miodzie, wysłano do Brusy (Anatolia), do zarządcy miasta Dźybi Alego, który wystawił ją na widok publiczny. Następnie została obmyta w rzece Nilufer i obwożono po różnych miastach jako widomy symbol zwycięstwa sułtana nad niewiernymi, a ci co „... głowę nieśli byli obdarowywani przez mieszczan oraz przez wysokich urzędników tureckich". Jeszcze podczas, kiedy czausz sułtański (kurier) przeprawiał się przez Bosfor, głowę królewską pokazano kapitanom statków włoskich i genueńskich. Ci jednak jej nie rozpoznali jako, że pokrywały ją blond włosy, a powszechnie było wiadomo, że król Władysław III był szatynem. Cytowany już wcześniej Michał Konstantynowicz dodaje, że posłano ją nawet sułtanowi egipskiemu, a ten posłańca, janczara, którego nazywano Bachrykader w nagrodę podniósł do godności wojewody. Wkrótce jednak ślad po niej zaginął. Jeden z kronikarzy wspomina, że przez pewien czas była przechowywana w cerkwi, zbudowanej na wzgórzu niedaleko Brusy, jako relikwia..."


Fragment książki: Mieczysław Bielski "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK NA BAŁKANACH " s. 136-137

"...O przyczynach porażki pod Warną dyskutowało wielu historyków. Zwykle winą za klęskę, obok Hunyadyego i kardynała Cesariniego, obarcza się króla. Uważa się, że nie powinien był rezygnować z zawartego z Turkami pokoju, a sama bitwa nie musiała zakończyć się klęską - gdyby nie nierozważny atak króla. W jednym z greckich źródeł znalazła się nawet wyrażona wprost opinia, że król zginął z powodu własnej głupoty. Ten pogląd niesłusznie upowszechnił się w literaturze przedmiotu. Nawet gdyby król nie zaatakował janczarów i nie zginął, chrześcijanie musieliby opuścić pole bitwy. Pod koniec dnia w przerzedzonych szeregach zmęczonych krzyżowców nie było już widocznego na początku bitwy entuzjazmu. Na pierwszy plan wysunęła się chęć ratowania życia. To, że wyprawa mająca na celu wyparcie Turków z Europy i dotarcie do Konstantynopola nie miała szans powodzenia, wiadomo było zanim jeszcze zdecydowano się przyjąć bitwę pod Warną. Czy można za to winić króla?

Eneasz Piccolomini, uważany przez Polaków za wroga, miał wiele racji, gdy w 1445 roku winą za zerwanie pokoju z Turcją i klęskę pod Warną obarczył nie Władysława, lecz jego doradców. W liście do Oleśnickiego z 13 września 1445 roku, nawiązując do zerwanego pokoju z Turcją i bitwy pod Warną, pisał Władysław, czy pojmany czy zabity, zawsze pada ofiarą nie własnego wykroczenia (bo go sam wiek już tłumaczy), ale zbrodni swoich doradców.

Nie sposób również odmówić racji Hunyadyemu, który w pełnym goryczy liście do papieża Eugeniusza IV napisanym w kilka miesięcy po bitwie, winą za klęskę obarczał sprzymierzonych. To przecież nie tylko honor i konieczność dotrzymania danego słowa pchnęły króla do rezygnacji z pokoju zawartego z sułtanem. Liczono na obiecywaną współpracę z potężną flotą i na antytureckie powstania na Bałkanach i Peloponezie. Bez tego współdziałania wyprawa pozbawiona była sensu. Tym bardziej bolesny musiał być zawód ze strony, z której się go nie spodziewano.

Niech Bóg będzie sędzią tych którzy postawili chrześcijan w tak krytycznym położeniu. Wielu sąsiednich książąt, Wołoszy, Bułgarii, Albanii i Konstantynopola, obiecało pomoc wojskową i prosiło żeby biec im na pomoc bo wszystko było dla nas przygotowane. Odpowiedzieliśmy na ich apel po tak wielkiej zachęcie, pomaszerowaliśmy naszą armią wkraczając na terytorium Turków. Niektóre wrogie oddziały poddały się bez oporu, inne zostały pokonane. Ale wkrótce stało się jasne, że nie mogliśmy polegać na dawanych nam wcześniej obietnicach pomocy Stanęliśmy w obliczu sytuacji, której nie oczekiwaliśmy, ponieważ przyjaźń wyżej wymienionych książąt w najlepszym razie była gorsza niż niewystarczająca i ponieważ obiecywane przymierze w rzeczywistości okazało się zdradliwym oszustwem. W ten sposób, lekceważąc obronę własnego kraju znaleźliśmy się źle uzbrojeni w kraju wroga... Mogliśmy uniknąć otwartej bitwy, ale honor nam nie pozwalał zrezygnować z kampanii, którą zaczęliśmy w imie Chrystusa... Doszło do nierównej walki, w której walczyliśmy dzielnie aż dopiero zmrok przerwał rzeź. Bitwa została przegrana na skutek stałego napływu niekończących się mas atakujących, wycofaliśmy się nie dlatego że zostaliśmy pokonani, ale raczej zalani i rozdzieleni... Nasza klęska nie została spowodowana naszą słabością, lub nadzwyczajną odwagą Turków. To sprawiedliwość boska zadała nam klęskę, ponieważ byliśmy źle wyposażeni i prawie nieuzbrojeni; barbarzyńcy wygrali tego dnia na skutek naszych grzechów


Fragment książki: Krystyna Łukasiewicz "WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK KRZYŻACY i KAWALER ŚWIĘTEJ KATARZYNY" s. 127-128

"...Polska źle wyszła na tym przedsięwzięciu węgierskim. Kraj był rozbity wewnętrznie. Zaostrzał się konflikt z Litwą, a unia budowana przez Jagiełłę praktycznie przestała istnieć. Zmarnowano też szansę odzyskania Śląska. Skarb państwa został zrujnowany długami, zaciąganymi przez króla na węgierską wojnę domową i wyprawy bałkańskie. Wiele zastawionych dóbr królewskich znalazło się w rękach panów polskich i szlachty. Śmierć poniósł król Polski, pierworodny syn Jagiełły, dwudziestoletni Władysław, „pokonany naszą nikczemnością" (scelere nostro victus) —jak napisał później biskup Zbigniew Oleśnicki. Korzyścią natomiast (chyba jedyną) była zmiana opinii europejskiej o Polsce i Polakach. Jak wykazał Andrzej Feliks Grabski, kampanie antytureckie króla Władysława, a potem bitwa i klęska warneńska znane były w całej Europie Zachodniej. Powtarzano szeroko wieści o tych wydarzeniach, komentowano je w kronikach i wykorzystywano do celów literackich. Dopiero po bitwie pod Warną nastąpiło przezwyciężenie negatywnych opinii, które rozpowszechniali w świecie chrześcijańskim Krzyżacy, o Polsce barbarzyńskiej, o pogańskich i schizmatyckich Jagiellonach"..."


Fragment książki: Edward Potkowski "WARNA 1444" s. 230

Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości