Około 1095 roku pątnicy, biorący udział w pielgrzymkach do Jerozolimy, narażeni byli na ogromne trudności i niebezpieczeństwa, grożące im ze strony muzułmanów. Praktycznie wszystkie drogi wiodące do Ziemi Świętej zostały zablokowane. Pomysłem na zmianę tego stanu rzeczy stała się zbrojna wyprawa.
27 listopada 1095 roku na synodzie w Clermont papież Urban II wygłosił przemówienie, skierowane do wielotysięcznego tłumu, złożonego z księży, rycerzy, mieszczan i wieśniaków.
"...Swoje przemówienie rozpoczął on od przedstawienia straszliwej sytuacji, w jakiej znalazło się chrześcijaństwo wschodnie, zagrożone śmiertelnie przez Turków. Malując obraz zniszczonych przybytków wiary i nieludzkich cierpień pątników, ukazując wizję profanacji Jerozolimy i Grobu Pańskiego papież zwrócił się z dramatycznym apelem o ratowanie Romanii i Ziemi Świętej. Urban II podkreślił, iż zwraca się zarówno do bogatych, jak i do najuboższych. W zbożnym dziele, jakie wyznaczył im namiestnik Chrystusowy, ich rola miała być równa. W zamian za zaniechanie bratobójczych, niemiłych Bogu walk i wyruszenie na świętą wojnę przeciwko profanom Krzyża mogą się spodziewać rozgrzeszenia po śmierci i dostatków za życia. Papież ze wzruszeniem w głosie mówił: „Bracia, wiele wam wypadnie cierpieć w imię Chrystusa: i nędzę, i biedę, niewygody, głód, pragnienie i inne tego rodzaju przykrości, jak to Pan powiedział do swych uczniów: nie wahajcie się iść przed ludźmi; daję wam głos i mowę, a następnie otrzymacie sowitą zapłatę". Kończąc swoje wystąpienie papież wezwał obecnych, by szykowali się do drogi wczesnym latem i polecił ich opiece Boga..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 18-19
Porywająca przemowa papieża wzbudziła powszechny entuzjazm. Ludzie w ferworze krzyczeli "Bóg tak chce!" Do dzisiaj nie wiadomo, skąd słuchacze wiedzieli, czego chciał wówczas Stwórca, ale ich wizje udzielały się innym.
Aby zachęcić bogatych feudałów do uczestnictwa i finansowania wyprawy, papież zobowiązał się zabezpieczyć ich majątki.
Zewnętrznym symbolem uczestnictwa w krucjacie miał być czerwony krzyż, naszyty na wierzchnim ubraniu. Wszyscy, biorący udział w wyprawie, musieli złożyć uroczyste ślubowanie.
1 grudnia 1095 roku, jako pierwszy z francuskich feudałów, Rajmund z Tuluzy zadeklarował swoje uczestnictwo. Po nim zaczęli zgłaszać się następni. Pielgrzymka zaczęła cieszyć się dużą popularnością także wśród Normanów z południowej Italii.
Przez cały 1096 rok idea wspólnej wyprawy do Ziemi Świętej zyskiwała coraz większe uznanie. Tysiące Europejczyków składały śluby pośpieszenia do Jerozolimy. Aby pozyskać środki na pielgrzymkę, ludzie zastawiali lub sprzedawali swoje majątki. Oprócz wielkich możnowładców i ich wasali w nieznane wybierali się także ludzie biedni. Motorem, napędzającym podjęcie tak wielkiego trudu przez tak wielu, była z pewnością możliwość wzbogacenia się, przy jednoczesnym spełnieniu uczynków, popieranych przez Kościół, który zapewniał, że będą to działania miłe także Bogu. Jak widać, niewykształceni, prości ludzie o ograniczonych horyzontach, uwierzyli we wszystko i puścili się w wir wydarzeń. Mało kto wiedział, jak daleka jest to wyprawa, dlatego, kiedy kończył się prowiant, członkowie pielgrzymki często z głodu dokonywali rozbojów. Cierpiała na tym ludność krajów, które leżały na drodze podążającej ludzkiej masy, czyli Węgier i Bizancjum.
"...W Kolonii, której okolice były zasobne w żywność i mogły wyżywić dodatkowe kilkanaście tysięcy przybyszów, Piotr Pustelnik wygłosił płomienne kazanie do Niemców propagując w nim ideę krucjaty. W odzewie przyłączyło się do niego kilka tysięcy nowych zwolenników, w tym wielu rycerzy z mniej znamienitych rodów. Jako pierwszy opuścił Kolonię Walter Bez Mienia. Zaraz po świętach na czele kilku tysięcy Francuzów wyszedł z miasta i skierował się na szlak prowadzący na Węgry. W ten sposób jego oddział stał się forpocztą głównej wyprawy, która zaczęła się za nim posuwać 20 kwietnia. Wzdłuż Renu, mijając Koblencję i Moguncję, następnie z biegiem Neckaru Walter dotarł do Dunaju, a ten doprowadził go do granicy węgierskiej. Przekroczył ją 8 maja. Król węgierski Koloman zadbał o sprawny transport krzyżowców przez swoje królestwo. W końcu maja sforsowali oni Sawę i znaleźli się w Bizancjum. Nim dotarli jednak do Konstantynopola, doszło do kilku poważnych incydentów. W Belgradzie i jego najbliższym sąsiedztwie wybuchły walki pomiędzy oddziałami bizantyjskimi i podkomendnymi Waltera Bez Mienia. Ich bezpośrednią przyczyną były grabieże, jakich dopuścili się Francuzi poszukując żywności. W połowie lipca eskortowany przez silne oddziały greckie Walter i jego ludzie znaleźli się w stolicy imperium..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 25
"...Piotra Pustelnika i jego pielgrzymów czekały o wiele dramatyczniejsze przeżycia. Idąc zrazu szlakiem przetartym przez Waltera Bez Mienia główna ich grupa wkroczyła na Węgry w Sopronie, a część popłynęła łodziami w dół Dunaju. Gdzieś w okolicy Karłowic obie grupy połączyły się i 20 czerwca dotarły do Zemunia wyznaczającego południowy kraniec królestwa Kolomana. Do tej pory przemarsz krzyżowców nie stwarzał większych problemów. Wielotysięczna rzesza pielgrzymów budziła co prawda przerażenie i panikę wśród mieszkańców mijanych osad, lecz nie dochodziło do poważniejszych ekscesów i rabunków. Duże zapasy prowiantu zaczęły się wyczerpywać dopiero po przejściu Węgier. W Zemuniu doszło do tragedii. Awantura, jaka wybuchła między mieszkańcami a pielgrzymami pod jakimś błahym pretekstem, szybko przemieniła się w krwawe starcie. Piotr Pustelnik usiłował opanować sytuację, ale jego wysiłki spełzły na niczym. Dziki tłum krzyżowców rzucił się na mieszkańców Zemunia i jego załogę wojskową. Gotfryd Burel zaatakował i zdobył szturmem cytadelę. W krwawej jatce zginęło 4000 Węgrów..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 26
"...Niebawem dzieło zniszczenia krzyżowcy zaczęli szerzyć po drugiej stronie Sawy. Oddziały najemnych Pieczyngów, które miały nadzorować przeprawę w ściśle określonym miejscu, zostały zaatakowane i w części wyrżnięte. Schwytanych żołnierzy mordowano z dzikim okrucieństwem. Mieszkańcy Belgradu w panice opuścili miasto, które zostało wydane na pastwę grabieży i płomieni. Porównanie krzyżowców do niszczącej szarańczy, dokonane przez córkę cesarza księżniczkę Annę Komnenę, zaczęło wypełniać się tragiczną treścią..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 26-27
"...Do kolejnego starcia z Bizantyjczykami doszło pod Niszem, gdzie krzyżowcy zostali zdziesiątkowani, tracąc czwartą część swoich sił. W miarę spokojny, wolny od ekscesów i mordów marsz rozpoczęli oni dopiero w Sofii. Czekała tam na nich liczna eskorta nadesłana przez cesarza oraz transport z zaopatrzeniem. Dwa dni drogi przed Adrianopolem Piotr przyjął poselstwo od Aleksego I. Przez swoich wysłanników cesarz informował go, że wybacza krzyżowcom ich zbrodnie, gdyż dostateczną dla nich karą była już gehenna, jaką przeżyli podczas wielotygodniowego marszu..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 27
W sierpniu 1096 roku pielgrzymka dotarła pod mury Konstantynopola. Bizantyjski cesarz Aleksy I Komnen własnymi siłami przetransportował tę ludzką gromadę przez Bosfor do Helenopolis.
Połączona grupa Piotra Pustelnika i Waltera Bez Mienia ruszyła wzdłuż wybrzeża morza Marmara. W Nikomedii doszło do rozłamu. Spora grupa krzyżowców wymówiła posłuszeństwo Piotrowi Pustelnikowi i przeszła pod komendę niejakiego Renalda. Przemieszczająca się pielgrzymka zatrzymała się w ufortyfikowanym Civetot, które w niedługim czasie zostało zamienione w siedlisko rozbójników. Gotfryd Burel oraz Gotfryd często wypuszczali podjazdy, które łupiły okoliczną ludność oraz kupców, przemierzających te tereny.
W połowie września Francuzi Burela zaatakowali Nikeę, stolicę tureckiego sułtana Kilidż Arslana I Ibn Sulajmana. Dobrze ufortyfikowana twierdza nie doznała szkód, ale okoliczna ludność została ograbiona i wymordowana.
"...„Sukces" Francuzów pobudził do aktywniejszych działań Niemców i Włochów. Renald wyruszył w pole na czele kilku tysięcy nieźle uzbrojonych ludzi i zdobył na Turkach warowny zamek Kserigordon, któremu przeznaczył rolę bazy wypadowej do dalszych akcji zaczepnych. Tego właśnie obawiał się Kilidż Arslan i wysłał silny oddział z zadaniem odzyskania Kserigordonu. Turcy najpierw rozbili Niemców w polu, następnie zaś zablokowali ich resztki w zamku. Sytuacja oblężonych od początku stała się dramatyczna, gdyż przeciwnik opanował położone na zewnątrz murów strumień i studnię. [...]
Modły i pocieszenia na niewiele się zdały. Po ośmiu dniach straszliwych męczarni spowodowanych pragnieniem Renald postanowił się poddać. „Pod pozorem, że idzie walczyć, uciekł do nich, a z nim wielu innych". Tylko część oblężonych miała pozostać przy życiu. Cena, jaką przyszło im zapłacić za jego zachowanie, okazała się nadzwyczaj wysoka. „Ci wszyscy, którzy odmówili zaparcia się Pana, skazani zostali na śmierć, inni żywcem wzięci i podzieleni zostali jak trzoda. Jeszcze inni służyli za cel Turkom, którzy strzelali do nich z łuków. Niektórych sprzedano lub rozdawano jak zwierzęta. Jedni zaprowadzili niewolników do swych domów, inni do Korasanu (sułtanaty wschodnie), do Antiochii, do Aleppo, wszędzie gdzie mieszkali Turcy. I ci byli pierwsi, którzy dostąpili męczeństwa w imię Chrystusa"..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 28-29
"...Wieści o pogromie Renalda i jego oddziału — początkowo Turcy rozpuścili plotkę o zdobyciu przez Niemców Nikei, aby wywabić wroga z Civetot — spowodowały w obozie Francuzów nieopisaną panikę. Ustalono, że Piotr Pustelnik uda się natychmiast do Konstantynopola po pomoc. Do jego powrotu krzyżowcy mieli powstrzymać się od podejmowania jakichkolwiek zaczepnych akcji. Stało się jednak inaczej. Bunel, osługując się argumentem konieczności pomszczenia klęski Niemców, przeforsował plan wyjścia naprzeciw Turkom i stoczenia bitwy w otwartym polu. 21 października krzyżowcy opuścili Civetot. W mieście pozostały jedynie kobiety, dzieci, starcy i chorzy oraz część księży. Rozpoczął się ostatni akt tragedii ludowej wyprawy Piotra Pustelnika.
Około 5 km od obozu krzyżowcy wpadli w zasadzkę. Turkom zaskoczenie przyszło tym łatwiej, ponieważ Frankowie posuwali się bez ubezpieczenia, hałaśliwie, w sposób urągający podstawowym zasadom sztuki wojennej. Gdy na jadący na czele poczet rycerzy spadł grad strzał zranione konie wpadły w popłoch, przeciwnik rzucił się do frontalnego ataku. Regularna obrona trwała jedynie przez chwilę. Rozbici krzyżowcy rzucili się do bezładnej ucieczki w kierunku Civetot. Z Turkami na karku wpadli do obozu, w którym niektórzy pielgrzymi pogrążeni byli jeszcze we śnie.
Rozpoczęła się bezlitosna masakra. „Napadli na nich Turcy i jednych znaleźli śpiących, innych nagich, a wszystkich zabijali. Pewien ksiądz odprawiający właśnie mszę umęczony został przy ołtarzu". Turcy oszczędzili jedynie młodych chłopców i dziewczęta oraz. gdy ochłonęli w szale zabijania, garstkę innych jeńców. Około 3000 ludzi schroniło się w starym, zdewastowanym zamku nad brzegiem morza, gdzie udało im się odeprzeć ataki wroga. Po pewnym czasie zabrała ich stamtąd flota cesarska. Gotfrydowi Burelowi, sprawcy pogromu, udało się ujść z pobojowiska. Zginął natomiast Walter Bez Mienia, niewątpliwie jeden z najrozsądniejszych wojskowych przywódców wyprawy, oraz kilku innych znaczniejszych rycerzy: Renald z Breis, Fulko z Orleanu, Hugon z Tybingi, Konrad i Albert z Zimern. Krucjata Piotra Pustelnika dobiegła swojego tragicznego kresu..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 29-31
Wyprawa rycerska wyruszyła z Europy w drugiej połowie 1096 roku. Jednym z pierwszych baronów, którzy zakończyli przygotowania i podjęli ten wysiłek, był Hugon hrabia Vermandois - syn francuskiego króla Henryka I. W październiku 1096 roku dotarł do Bari. Stamtąd statkiem przepłynął do Dyrrachium, przeżywszy po drodze straszną burzę, w czasie której zatonęło kilka jego okrętów. Kiedy doszedł do siebie po tym wstrząsie, udał się do Konstantynopola na dwór Aleksego I Komnena. Tam hrabia Vermandois został niezwykle życzliwie przyjęty i ugoszczony. Zgodził się nawet złożyć bizantyjskiemu cesarzowi przysięgę, w której zobowiązał się, że w przypadku gdy utworzy jakikolwiek organizm państwowy w Azji, uzna zwierzchnictwo Aleksego I Komnena jako seniora.
23 grudnia 1096 roku pod murami bizantyjskiej stolicy stanął książę Dolnej Lotaryngii Gotfryd z Bouillon. Towarzyszyła mu potężna armia rycerzy. Wraz z księciem przybyli jego dwaj bracia - Eustachy III hrabia Boulogne oraz Baldwin.
Wojska Gotfryda rozłożyły się na rozległych błoniach przed Konstantynopolem. Następnie otrzymały cesarski furaż. Sam Aleksy I próbował zmusić księcia do złożenia przysięgi lennej, podobnej do tej, jaką wcześniej związał się Hugon hrabia Vermandois. Gotfryd, zobligowany przysięgą, złożoną rzymskiemu cesarzowi Henrykowi IV, nie mógł i nie chciał ślubować bizantyjskiemu monarsze. Upór Hugona wyzwolił ogromną ilość napięć w relacjach z Aleksym I. Początkowo bizantyjski władca wstrzymał dostawy żywności, lecz reakcją na jego działania było pustoszenie okolicznych terenów, więc zaopatrzenie na nowo zaczęło docierać. Rozpoczął się okres "zimnej wojny" i negocjacji.
"...Pod koniec marca cierpliwość Aleksego I wyczerpała się. Postanowił zdecydowanym działaniem wymóc na Gotfrydzie przysięgę. Wpływ na to miała bez wątpienia wiadomość o zbliżaniu się następnych armii krzyżowych. Aleksy I wydał rozkazy pozbawiające krzyżowców najpierw dostaw żywności, a następnie paszy dla koni. Zbliżał się Wielki Tydzień. Zarządzenia cesarza, poza tym, że pozbawiały jedzenia, również upokarzały. W obozie krzyżowców zawrzało z nienawiści do Greków. Sytuacja w każdej chwili mogła wymknąć się spod kontroli..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 43-44
2 kwietnia 1097 roku doszło do małej potyczki pomiędzy oddziałami Gotfryda i cesarza. Żołnierze księcia Dolnej Lotaryngii starcie wygrali, zabijając siedmiu przeciwników, a reszta cesarskich wojowników uciekła za mury stolicy.
"...W Konstantynopolu wybuchła panika i jedynie spokojowi oraz rozwadze Aleksego I mieszkańcy stolicy zawdzięczali wyniesienie całych głów z opresji. Basileus postawił na nogi wszystkie oddziały znajdujące się w mieście i jego okolicach, lecz zakazał żołnierzom strzelania do atakujących mury krzyżowców. Łucznicy mieli celować ponad ich głowami, by jedynie pokazać sprawność i gotowość cesarskiego wojska do odparcia szturmu. Demonstracja siły zrobiła wrażenie na Gotfrydzie, który wydał rozkaz do wycofania się.
Nie doszło jednak do zażegnania konfliktu. Przysłani nazajutrz przez cesarza posłowie nie zostali dopuszczeni do głosu; nim zdołali cokolwiek powiedzieć, dosięgły ich zniewagi i złorzeczenia. Niemal z równie nieprzychylnym przyjęciem spotkał się Hugon z Vermandois, który ponownie przybył do obozu krzyżowców w misji dobrej woli. Zarzucono mu służalczość i zdradę.
Oba te fakty przekonały Aleksego, że jego dotychczasowe umiarkowanie i dobra wola rozzuchwalają jedynie krzyżowców i w żadnym razie nie doprowadzą do satysfakcjonującego go rozstrzygnięcia. Postanowił wymusić szacunek za pomocą oręża. Lecz tym razem jego żołnierze nie mieli strzelać w powietrze. Krótkie i niezbyt krwawe starcie, do jakiego doszło, nauczyło Gotfryda i jego podkomendnych pokory dla przeciwnika. Bardzo dobrze wyszkolone i zaprawione w licznych bojach oddziały cesarza z łatwością poradziły sobie z silniejszą liczebnie, ale gorzej zorganizowaną i prezentującą niższe walory bojowe armią księcia.
Przegnani z pola walki krzyżowcy dopiero teraz uświadomili sobie własną słabość i zrozumieli, jak bardzo w rzeczywistości są uzależnieni od cesarza. Bez jego zgody i pomocy nie mieli szans przeprawić się na azjatycki brzeg. Prawda ta dotarła również do Gotfryda, który postanowił wreszcie zrezygnować z dalszego oporu i w imię nadrzędnego interesu złożyć hołdowniczą przysięgę..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 44-45
Po dwudniowej uczcie i uroczystej przysiędze baronów Aleksy I Komnen obdarował krzyżowców sporą sumą pieniędzy, a następnie przetransportował na azjatycki brzeg Bosforu.
9 kwietnia 1097 roku pod mury Konstantynopola dotarł Boemund z Tarentu, syn Roberta Guiscarda. Przyprowadził on ze sobą armię mniej liczną niż Gotfryd, ale lepiej wyekwipowaną i o większych walorach rzemiosła wojennego. Grupa ta została przetransportowana drogą morską z Bari na wybrzeże Epiru. Koncentracja pojedynczych oddziałów nastąpiła w wiosce Dropola, skąd całe to skupisko normańskiego rycerstwa ruszyło na Konstantynopol.
"...O swoim przyjaznym usposobieniu Boemund przekonał wkrótce wysłanników Aleksego I, którzy dotarli do jego armii w połowie drogi pomiędzy Tessaloniką i Serresem. Zobowiązał się nawet wobec nich do zwrotu zarekwirowanego podczas dotychczasowego marszu mienia. Ze swojej strony Bizantyjczycy złożyli zapewnienie o niezakłóconym zaopatrywaniu armii krzyżowej we wszystkie niezbędne produkty. Twardzi normańscy wojownicy, przywykli do gwałtów i grabieży, czuli się dość nieswojo w nowej roli „rycerzy Chrystusowych", którzy przechodząc przez dziedziny łupionego dotychczas cesarza musieli zachowywać się niczym przysłowiowe baranki..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 51
10 kwietnia 1097 roku doszło do osobistego spotkania Aleksego I Komnena i wodza Normanów Boemunda. Audiencja odbyła się w bardzo przyjaznej atmosferze. Boemund bez problemu złożył przysięgę lenną cesarzowi. Z zamian otrzymał prowiant i pieniądze, a 26 kwietnia jego armia została przetransportowana na azjatycki brzeg Bosforu.
Następny do bizantyjskiej stolicy dotarł Rajmund IV hrabia Tuluzy. Wybrał on drogę przez Alpy, Istrię i Dalmację. Wojska nękane były po drodze przez plemiona słowiańskie, głód i choroby. Po przekroczeniu granic cesarstwa prowadził ich, przydzielony przez Aleksego I Komnena, oddział Pieczyngów, z którymi często dochodziło do potyczek zbrojnych.
"...Po przybyciu do Russy, ogołoconej z żywności przez Normanów, którzy przechodzili tędy przed dwoma tygodniami, Francuzi z okrzykiem „Tuluza!, Tuluza!" rzucili się na mury, wdarli do miasta i dokumentnie złupili wszystkie bez wyjątku domostwa, wydzierając zrozpaczonym mieszkańcom resztki ukrytego przez nich pożywienia.
Na tle opisanych wydarzeń zaskakująco dla Rajmunda musiały brzmieć słowa wysłannika cesarza, który przybył do obozu krzyżowców kilka dni później. Poseł przekazał hrabiemu wyrazy serdecznego powitania i zaprosił go do stolicy na spotkanie z basileusem..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 56
Gdy Rajmund IV udał się do Konstantynopola, nikt nie był w stanie zapanować nad głodną przygód grupą z Tuluzy. Zaczęły się rozboje, grabieże i gwałty. Na pomoc policji cesarskiej, złożonej z Pieczyngów, ściągnęły regularne oddziały cesarskiego wojska. Doszło do bitwy, którą rozzuchwalona horda Francuzów całkowicie przegrała, ratując się paniczną ucieczką i tracąc cały dobytek, zgromadzony w taborze, a przechwycony przez cesarskich.
26 kwietnia 1097 roku Rajmund IV złożył Aleksemu I przysięgę w zmienionej formie. Przyrzekł bronić życia i honoru cesarza i nie czynić niczego, co mogłoby przynieść mu szkodę. Bizantyjski władca był usatysfakcjonowany tym zobowiązaniem.
Przez dwa tygodnie Rajmund IV przebywał jeszcze w Konstantynopolu, w oczekiwaniu na nadejście upokorzonej grupy jego pielgrzymów. Czas ten wykorzystał na poprawę relacji z cesarzem i zatarcie złego wrażenia, co według Anny Komneny w pełni mu się udało.
W drugiej połowie października 1096 roku z terenów północnej Francji wyruszyła na wschód ostatnia grupa krzyżowców. Przywództwo jej objęli Robert II Krótkoudy - książę Normandii i syn Wilhelma Zdobywcy, Stefan - hrabia Blois i szwagier Roberta II oraz Robert II - hrabia Flandrii.
Grupa ta udała się do Italii. Następnie przez Rzym dotarła do Apulii, gdzie przebywała siostra Roberta Flandryjskiego, Adela - żona Rogera Borsy. Rodzinne biesiady nie trwały długo. Robert Flandryjski niedługo potem wyruszył do Bari, skąd w grudniu przeprawił się drogą morską do Konstantynopola. Tu bez żadnych problemów i ociągania się złożył przysięgę lenną Aleksemu I.
Południowe Włochy na tyle oczarowały Roberta II Krótkoudego i Stefana z Blois, że postanowili zimę spędzić w Kalabrii.
"...Robert normański i Stefan z Blois przeciągnęli swój pobyt we Włoszech aż do wiosny. Dobre warunki bytowe rozleniwiły zarówno ich, jak i żołnierzy. Niektórzy z rycerzy, w których bezczynność wygasiła krucjatowy zapał, powrócili w rodzinne strony. Tak więc gdy wreszcie 5 kwietnia z nabrzeża w Brindisi krzyżowcy odpływali ku ziemiom Bizancjum, ich liczba była mniejsza niż jeszcze przed czterema miesiącami.
Przeprawa rozpoczęła się tragicznie. Pierwszy ze statków zaraz po odbiciu od brzegu dostał zbytniego przechyłu i natychmiast zatonął wraz z czterystoma ludźmi, końmi, bydłem oraz znaczną sumą pieniędzy. Powodem było zapewne zbytnie przeładowanie i nierównomierne rozłożenie ciężaru w ładowniach i na pokładzie..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 62
"...Na początku maja Robert i Stefan dotarli do stolicy Cesarstwa. Ich wojska umieszczono w obozie usytuowanym w niewielkiej odległości od murów. Była to już ostatnia armia krzyżowa, jaką przerażeni mieszkańcy Konstantynopola oglądali w czasie burzliwego półrocza na przełomie 1096 i 1097 r. Wszystkie inne wojska znajdowały się na azjatyckim brzegu. Obaj wodzowie nie wzbraniali się przed złożeniem przysięgi lennej Aleksemu I. Cesarz oczarował ich bez reszty. Najpierw ukazał im potęgę i przepych stolicy, dokąd krzyżowcy wpuszczani byli w maleńkich, kilkuosobowych grupkach. Później obsypał darami, które swą wartością wprawiły baronów w nieukrywane zdumienie i najwyższy podziw dla nadzwyczajnej hojności basileusa. Wśród prezentów były pieniądze, jedwabne, rzadkiej piękności szaty, rumaki..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 64
Sielanka w Konstantynopolu trwała dwa tygodnie, po upływie których ostatni krzyżowcy zostali przetransportowani na azjatycki brzeg. Stamtąd niezwłocznie ruszyli w kierunku Nikei, pierwszej wielkiej tureckiej twierdzy.
"...Zrazu krzyżowcy zablokowali miasto jedynie z dwóch stron. Od północy zajęli stanowiska Lotaryńczycy, Tankred rozbił obozowisko od strony wschodniej. Południową część murów pozostawiono Rajmundowi z Saint-Gilles, który nadszedł dopiero 16 maja. Mimo to zdążył przed tureckimi oddziałami wysłanymi przez Kilidż Arslana I z odsieczą. Obrońcy stolicy kilkakrotnie słali gońców z informacją o wolnym dostępie do miasta, lecz tureckiej awangardzie nie udało się wykorzystać tej szansy.
Krótko przed Rajmundem pod Nikeę dotarł Boemund. Wraz z jego pojawieniem się zdecydowanie poprawiło się zaopatrzenie armii w żywność. Jako ostatni pod oblężone miasto przybyli Robert z Normandii i Stefan z Bois. Stało się to 3 czerwca.
Tymczasem pod Nikeą doszło do dramatycznych wydarzeń. Ich preludium stanowił krótki, zacięty bój spotkaniowy stoczony między czołówką idących z odsieczą oddziałów Kilidż Arslana I i zgrupowaniem hrabiego Rajmunda. Po odparciu przez Franków Turcy wycofali się i w niewielkim oddaleniu od chrześcijańskich stanowisk oczekiwali na przybycie głównych sił z Kilidż Arslanem I. [...]
Kilidż Arslan I nie silił się na żadne taktyczne rozwiązania. Jego armia prosto z marszu uderzyła na front utworzony przez oddziały Rajmunda. Z pomocą Tuluzańczykom i Prowansalczykom przyszedł jedynie Robert z Flandrii. Gotfryd i Boemund pozostali na dotychczasowych stanowiskach. Ich zachowanie wynikało z obawy, że opuszczenie pozycji od strony północnej i wschodniej spowoduje powstanie luki, przez którą część sił nieprzyjaciela będzie mogła swobodnie wkroczyć do twierdzy.
Robert i Rajmund poradzili sobie jednak. Chociaż przyszło im zmierzyć się z kilkakrotnie liczniejszym przeciwnikiem, nie pozwolili mu rozerwać własnego szyku i nie dopuścili do przedarcia się Turków do miasta. Rycerstwo zachodnioeuropejskie zademonstrowało swoją wyższość nad przeciwnikiem nawykłym do zaskakujących ataków, pozorowanych odwrotów, lotnych pościgów, po mistrzowsku posługującym się łukiem i włócznią, ale tracącym wiele ze swoich walorów w twardym boju z ciężkozbrojną konnicą, przytłaczającą swą masą i górującą wyszkoleniem. [...]
W trwającej niemal przez cały dzień bitwie z wojskami Kilidż Arslana I wyróżnili się szczególnie biskup Le Puy, dowodzący prawym skrzydłem, oraz Rajmund z Saint-Gilles. Hrabia ani trochę nie dbał o to, że może stać się łatwym celem dla nieprzyjaciół. Naznaczony niczym strzelnicza tarcza znakiem krzyża, którym ozdobił nie tylko zbroję, ale także tarczę, hełm i czaprak konia2, mieczem czynił wokół siebie straszliwe spustoszenie walcząc wśród największej gęstwiny wrogów. Bitwa ustała dopiero wraz z zapadnięciem zmroku. Kilidż Arslan I nakazał odwrót..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 70-72
Po wycofaniu się sułtana krzyżowcy zajęli się oblężeniem Nikei. Rozpoczęto czynić podkopy pod fundamentami murów obronnych. Podjęte działania nie przynosiły jednak większych efektów. Trudno było znacznie naruszyć twierdzę, której broniły potężne mury, a oblężeni przez cały czas byli zaopatrywani od strony jeziora. Krzyżowcy zwrócili się do cesarza Aleksego I Komnena z prośbą, aby zablokował swą flotą ten kanał dostaw.
Cesarz dostarczył flotyllę lekkich łodzi, które przewieziono na wozach i zwodowano pod osłoną nocy na jeziorze od strony miasta Kios. Łodzie obsadzono ludźmi z oddziału Butumity. Rankiem łodzie przesunęły się w kierunku miasta.
Pojawienie się floty bizantyjskiej wywołało u tureckich obrońców Nikei spore przygnębienie. Stało się jasne, że z powodu braku wsparcia ze strony sułtana oraz zlikwidowania źródła aprowizacji oblężenie nie potrwa już długo.
Przez kilka dni negocjacje upływały na jałowych dyskusjach, gdyż obrońcy mimo wszystko łudzili się jeszcze nadzieją na powrót Kilidż Arslana I. Przełom w rozmowach spowodowała dopiero informacja o naznaczonym przez krzyżowców na 19 czerwca szturmie generalnym. W noc poprzedzającą atak Turcy doszli do porozumienia z Butumitesem i ustalili warunki kapitulacji. Przed świtem oddziały bizantyjskie, złożone w przeważającej mierze z najemnych Pieczyngów, wkroczyły do twierdzy przez zachodnie bramy.
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 75
"...Zdezinformowana działaniami flotylli bizantyńskiej załoga Nikei, odcięta ze wszystkich stron, miała tylko dwie możliwości wyboru: poddać się cesarzowi, który oferował poprzez swojego wysłannika Butumitę pewne warunki kapitulacji, lub też poddać się przybyszom z zachodu. Cesarz jawił się dla załogi Nikei jako jedyny gwarant życia i wolności, dlatego to właśnie w jego ręce złożono klucze do miasta. Flotylla bizantyńska zaś posłużyła do ewakuacji poza zasięg krzyżowców notabli i żołnierzy tureckich, co miało miejsce po wkroczeniu oddziału Butumity do miasta..."
Fragment książki: M. Böhm "FLOTA I POLITYKA MORSKA ALEKSEGO I KOMNENA" s. 164
Ponad siedem tygodni, spędzonych pod murami Nicei, krzyżowcy mogli uznać za czas stracony. Cóż z tego, że przyczynili się do odzyskania twierdzy, jeżeli przeszła ona we władanie cesarza, a wojownicy nie otrzymali z tego tytułu żadnych bonusów. Ten fakt spowodował sporą niechęć do władzy z Konstantynopola. Europejczycy z pewnością zapomnieli o tym, że nie przyjechali tutaj po łupy, oraz że Aleksy I Komnen przez cały czas zaopatrywał ich w wodę, żywność i furaż, a to przecież kosztowało.
"...Chociaż nieufność od cesarza i Bizantyjczyków już na dobre zagościła w sercach baronów, to ich wrogość została przez Aleksego I umiejętnie zneutralizowana. Podobnie zresztą jak i szeregowych żołnierzy, każdy z nich otrzymał bowiem dodatkowe racje żywności. Natomiast wodzowie krucjaty obdarowani zostali iście po królewsku. Cesarz przyjął ich w swoim obozie w Pelekanonie i rozdzielił pomiędzy nimi wielką część sułtańskiego skarbca zdobytego w Nikei. Prawdziwe góry złota wywarły na baronach ogromne wrażenie. Wielu z nich dopiero teraz, na żądanie Aleksego I, złożyło lenny hołd. Przysięgę hołdowniczą, choć nie bez oporów i przyjmując wyzywająco grubiańska postawę, złożył nawet najbardziej nieprzejednany w tej sprawie Tankred..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 76
Szeregi krzyżowców zostały uzupełnione bizantyjskim oddziałem pod dowództwem Tatikiosa i 26 czerwca wyprawa krzyżowa ruszyła dalej na południe.
"...W ogólnym zamieszaniu, jakie zapanowało w pierwszych chwilach po tureckim ataku, Boemund nie stracił głowy. Wydał rozkaz ustawienia namiotów w szeregach, tworząc w ten sposób coś na kształt muru obronnego. Za tą przeszkodą ustawili się spieszeni rycerze. Nie posiadający broni pielgrzymi zajęli stanowiska w środku wielkiego, nieregularnego koliska. Przede wszystkim zaś zadbał o wysłanie gońców do innych oddziałów z prośbą o natychmiastowe przybycie na pole bitwy. [...]
Nim jednak nadeszła pomoc, zgrupowanie Boemunda przez wiele godzin musiało toczyć dramatyczny bój z liczniejszym przeciwnikiem. Zdziwili się nasi skąd może się wziąć podobna ilość Turków, Saracenów i innych ludów, niemożliwa do obliczenia, bo wszystkie góry, pagórki, doliny, wszystkie doliny zewnątrz i wewnątrz były pokryte tym wyklętym nasieniem..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 79
Kąsani ze wszystkich kierunków wojownicy Boemunda, w oczekiwaniu na pomoc, skupili swe działania głównie na pilnowaniu, aby nie doszło do rozerwania obronnego szyku.
"...Turcy zastosowali podczas bitwy swoją typową taktykę. Gromady konnych i pieszych łuczników wysuwały się na czoło pierścienia otaczających krzyżowców wojsk i wypuszczały w ich kierunku chmury strzał. Po ich wystrzeleniu robiły miejsce kolejnej grupie. I tak kwadrans po kwadransie, godzina po godzinie na stanowiska chrześcijan spadał deszcz pocisków. Coraz więcej zabitych i rannych zaczęło wypełniać obóz. Wydawało się, że Turcy niemal bezkarnie, na odległość, jedynie ciągłym, systematycznym ostrzałem zniszczą przeciwnika lub zmuszą go do poddania się. A to w najlepszym razie oznaczało hańbiącą niewolę..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 80
Obrońcy, skupieni na małej przestrzeni, w zwartej masie dzielnie bronili się. Koło południa przybyła odsiecz. Jako pierwsi wspomogli uwijających się Normanów Hugon hrabia Vermandois oraz Gotfryd z Bouillon. Następnym, który zaatakował Turków, był Rajmund IV hrabia Tuluzy.
"...Oto w decydującym momencie boju armia chrześcijańska jakby cudownie się rozmnożyła. Pewni zwycięstwa, oswojeni z myślą, że walczą ze wszystkimi, zamkniętymi w śmiertelnym kotle wojskami krzyżowców, musieli muzułmanie stawiać czoło ich nowym siłom. Zastępy Kilidż Arslana I były wciąż na tyle liczne, aby zwyciężyć w rozpalającej się na nowo walce, jednak ich duch bojowy rozwiał się w tym samym momencie, w którym pod Doryleum rozległy się wojenne zawołania Lotaryńczyków, Tuluzańczyków i Pro- wansalczyków. Nie potrafili przeszkodzić w połączeniu się obu armii krzyżowych. W ciągu krótkiego czasu powstał długi, jednolity front ich oddziałów. Boemund, Robert normandzki i Stefan z Blois zajęli jego lewe skrzydło, Rajmund i Robert z Flandrii utworzyli centrum, natomiast Gotfryd i Hugon hrabia Vermandois stanęli na prawym skrzydle.
Turcy nie byli w stanie przeciwstawić się prowadzonemu z niesamowitą zaciekłością natarciu. W krytycznym momencie bitwy hufce Kilidż Arslana I, już prawie pobite, bo wstrząśnięte nagłym pojawieniem się odsieczy i obezwładnione tym psychicznie, pozbawione zostały również swojego najgroźniejszego materialnego oręża. W kołczanach tureckich żołnierzy zabrakło strzał! Jeszcze przez jakiś czas czołowe oddziały walczyły z rozpaczliwą odwagą, lecz moment, w którym dzika, wszechogarniająca panika miała rozsadzić krociową armię Kilidż Arslana I, zbliżał się nieubłaganie. Stało się to w chwili, gdy na swoich tyłach Turcy dostrzegli nieprzyjacielskie wojska. Był to niewielki w istocie oddział dywersyjny wysłany przez zapobiegliwego biskupa Le Puy, lecz w wyobraźni nieszczęsnych wyznawców Proroka Mahometa urósł on do rozmiarów jeszcze jednej potężnej armii Franków przybywającej na plac boju. Front wojska Kilidż Arslana I pękł niczym mydlana bańka. Przerażeni żołnierze z obłędem w oczach, rozpaczliwie wzywając pomocy Allacha, rzucili się do bezładnej ucieczki. „Uciekli szybko do swoich obozów, ale tam nie przebywali długo. Uciekali dalej, a my ścigaliśmy ich przez cały dzień i zebraliśmy wielkie łupy w złocie i w srebrze, konie, osły, wielbłądy, owce i woły i wiele, wiele innych, których trudno pamiętać"..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 82-83
Kilidż Arslan I, uciekając z pola bitwy, spustoszył przebyte tereny, a następnie ukrył się w niedostępnych górskich rejonach. Tak zakończyła się kariera wielkiego tureckiego wodza.
Krzyżowcy zaś przez dwa dni odpoczywali i świętowali kolejny triumf nad innowiercami. Ostanie doświadczenia spowodowały, że postanowili dalej poruszać się w jednej spójnej grupie, unikając rozdrobnienia. Mniejsze grupy stawałyby się łatwym do zlikwidowania celem dla tureckich podjazdów, ataków których z pewnością spodziewano się na trasie dalszej wędrówki.
Ludzkie mrowie ruszyło wzdłuż podnóża gór za przewodnikami, których najął Tatikios.
"...Pierwszym większym miastem, w którym krzyżowcy zatrzymali się po wyruszeniu 3 lipca z Doryleum była Antiochia Pizydyjska. Dziwnym trafem nie została ona zniszczona przez uciekających Turków, co pozwoliło chrześcijanom zapatrzeć się w pitną wodę i żywność. Z Antiochii, idąc górskimi przełęczami masywu Sultandag, armia dotarła do Filomelionu. Tu rozpoczynał się najtrudniejszy spośród dotychczasowych odcinek drogi. Szlak, wciśnięty pomiędzy góry i pustynię, zagłębiał się w dzikie, odludne rejony, gdzie szansa zdobycia jakiegokolwiek zaopatrzenia była minimalna, a niemiłosiernie palące promienie słońca — pamiętajmy, że krzyżowcy maszerowali w czasie największych lipcowych upałów — skazywały ludzi na prawdziwe katusze. Szczególnie cierpieli z tego powodu ciężkozbrojni rycerze i ich bojowe rumaki okryte blachami. Armia, choć coraz bardziej przypominała pochód widm, posuwała się jednak naprzód owładnięta duchem niezwykłego wręcz braterstwa i niezłomnym postanowieniem dotarcia do Jerozolimy..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 85-86
"...W drugiej dekadzie sierpnia krzyżowcy dotarli do Ikonium (Konia). Miasto, w niedalekiej przyszłości stolica mocno okrojonego sułtanatu Kilidź Arslana I, było puste i zniszczone. Za nim znajdowała się natomiast zachwycającej urody dolina Meram, bogata w roślinność i poprzecinana życiodajnymi strumieniami. Wyczerpanym krzyżowcom wydała się ona prawdziwym rajem. Kilkudniowy pobyt w dolinie Meram okazał się dla zdrożonych żołnierzy i pielgrzymów prawdziwym darem Boga. Łagodny klimat, świeża, źródlana woda postawiły na nogi nawet Rajmunda z Saint-Gilles, który w tym czasie przechodził bardzo ciężką chorobę i wydawało się, że może umrzeć..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 85-86
Z Ikonium pielgrzymka pomaszerowała dalej, zaopatrzywszy się wcześniej w duże zapasy wody. W okolicach Heraklei stały wojska emira Hasana i emira daniszmendzkiego. Samą demonstracją siły Turcy próbowali zmusić krzyżowców do dalszego marszu drogą przez góry Taurus. Europejska armia podjęła wyzwanie. Jako pierwsi na tubylców rzucili się Normanowie z Boemundem na czele. Muzułmanie, widząc w jak świetnej formie są pielgrzymi z odległych krain, zrezygnowali z walki.
W Heraklei dowódcy nie potrafili znaleźć płaszczyzny porozumienia w sprawie dalszej marszruty. W związku z tym doszło do podziału gromady pielgrzymów. Tankred i Baldwin wybrali drogę przez góry Taurus, Wrota Cylicyjskie do Cylicji i dalej przez Wrota Syryjskie do Antiochii. Reszta krzyżowców wybrała drogę dłuższą, ale łatwiejszą, do Cezarei Kapadockiej, dalej przez Antytaurus do Marasztu, następnie przełęczą Wrót Armeńskich na równinę Antiocheńską. 10 września 1097 roku obie grupy wyruszyły w dalszą drogę.
"...Po dojściu do Antiochii krzyżowcy zajęli pozycje jedynie od strony północno-wschodniej, co dla Jaghi Sijana stanowiło niespodziankę. Od blokady wolna była więc nie tylko południowa część murów, co było łatwe do przewidzenia, ale także ich cała północno-zachodnia strona. Najsilniejsze siły rozlokowały się naprzeciwko bram Sw. Pawła i Psiej. Rozłożyli tam obozy Boemund i Rajmund z Tuluzy. Bardziej na prawo od nich zajął pozycje Gotfryd, blokując wyjście z Bramy Książęcej. Pozostałe bramy pozostały chwilowo wolne od oblężenia. Krzyżowcy przystąpili jednak natychmiast do wznoszenia mostu łyżwowego przez Orontes. Połączyć miał on obóz Gotfryda ze wsią Talenki oraz umożliwić korzystanie z dróg prowadzących do Aleksandretty i portu Saint-Simeon. Po wybudowaniu mostu na północny brzeg Orontesu przeszła część oddziałów z wojsk Gotfryda oraz tych dowódców, którzy początkowo zajmowali pozycje w drugim rzucie na tyłach wojsk Boemunda..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 108
Na naradzie dowódców, do której niebawem doszło, zrezygnowano z natychmiastowego szturmu potężnej twierdzy i podjęto decyzję o oczekiwaniu na posiłki oraz na ekipę inżynierów, niezbędnych do montażu machin i nadzorowania innych prac oblężniczych.
Niebawem pod murami Antiochii pojawił się Tankred i zajął pozycję w ufortyfikowanym kasztelu naprzeciwko Baszty Dwóch Sióstr, po zachodniej stronie fortyfikacji.
Początkowo Antiochia dla cywilów była miastem otwartym. Pozwalano im wchodzić i wychodzić bez przeszkód. Władca Antiochii Jaghi Sijan, próbując wykorzystać ten militarny zastój, wysyłał oddziały, które dokuczały krzyżowcom.
"...Pierwszy większy sukces krzyżowcy odnieśli w połowie listopada. Udało się im doszczętnie zniszczyć załogę niewielkiej fortecy Harenc (Hareg, Harim) położonej około 10 kilometrów od Antiochii na drodze do Aleppo. I znów oddajmy głos świadkowi tych wydarzeń: „Niedaleko leżał gród Haregu, gdzie zamknęły się liczne i bardzo mocne siły tureckie stale naszych ludzi niepokojące. Gdy o tym dowiedziała się nasza starszyzna, bolejąc nad tym wysłali znaczny oddział rycerzy, aby rozpoznali miejsce, gdzie przebywali Turcy. Dowiedziawszy się miejsca ich schronienia, nasi rycerze szukając ich starli się z nimi. Potem cofali się stopniowo aż do miejsca, gdzie wiedzieli, że znajduje się Boemund ze swym wojskiem. Dwóch z nich zginęło w owej potyczce. Na wiadomość o tym Boemund ruszył wraz ze swymi niczym potężny atleta Chrystusowy, a barbarzyńcy uderzyli na nich, tym bardziej że naszych było niewielu. Wtedy rozpoczęła się bitwa. Wielu z wrogów zginęło, a inni zostali pochwyceni i zaprowadzeni przed bramę miasta, gdzie ich ścięto, aby oblężonych porazić tym większym bólem"..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 111
Niedługo potem do portu Saint-Simeon przybiło trzynaście genueńskich okrętów z zaopatrzeniem. Fakt, że Europa nie zapomniała o krzyżowcach, wysoce podniósł morale uczestników pielgrzymki.
Po wyczerpaniu zapasów żywności nastał bardzo trudny okres, w którym głównym zajęciem, tak krzyżowców jak i oblężonych, stało się zdobywanie pożywienia. W krótkim czasie okoliczne przestrzenie zostały doszczętnie opróżnione z zapasów. Nawet w wigilię Świąt Bożego Narodzenia stoły nie uginały się od rozmaitości kulinarnych. Sztab dowodzenia błyskawicznie musiał podjąć decyzję, co robić dalej.
"...Ostatecznie na wielką wyprawę po żywność miało wyruszyć około 20 000 ludzi pod wodzą Boemunda i Roberta z Flandrii. Marszrutę wyznaczono wzdłuż biegu Orontesu w kierunku miasta Hama. W tamtejszych okolicach spodziewano się znaleźć zasobne wsie, co dla ich mieszkańców w praktyce oznaczało wyrok śmierci.
Boemund z Flandryjczykiem opuścili obóz zaraz po
świętach 28 grudnia. Pierwszemu z nich ani przyszło do
głowy, że już nazajutrz Antiochia omal nie wpadnie w ręce
jego największego osobistego wroga - Rajmunda z Tuluzy.
Wobec ciężkiej choroby Gotfryda właśnie Rajmund, wspomagany
jak zwykle przez biskupa Le Puy, miał dowodzić
oblężeniem. Jagni Sijan, który przez swoich szpiegów został natychmiast powiadomiony o ekspedycji Boemunda i Roberta z Flandrii, odczekał, aż ich oddziały oddalą się
wystarczająco daleko od twierdzy i nocą z 29 na 30 grudnia
dokonał potężnego wypadu z miasta. Korzystając
i ciemności Turcy wyszli z twierdzy przez most i z furią
uderzyli na najbliżej obozujących Franków. Były to oddziały
hrabiego Saint-Gilles8. Rajmund po raz kolejny
udowodnił, jaki wyśmienity jest z niego wojownik. Gwałtowny
i niespodziewany atak nie zdołał go zaskoczyć.
Turcy tylko przez chwilę mieli inicjatywę. Hrabia osobiście
poprowadził szarżę na następującego przeciwnika i zmusił
go do panicznej ucieczki. Rozgrzany walką nie poprzestał
jednak na powstrzymaniu i wyparciu wroga, ale na jego
karku przebiegł ze swoimi ludźmi most, nim zdołano
zamknąć przed nim bramę. Doszło przy niej do kotłowaniny.
Turcy zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Gdyby Frankom
udało się zdobyć wejście do miasta choćby na krótki
czas, ale wystarczający do nadejścia posiłków, los Antiochii
byłby przesądzony. Jednakże od krzyżowców tym
razem odwróciło się szczęście. Jeden z koni zrzucił z siebie
jeźdźca i zaczął się cofać, spychając z mostu inne wierzchowce.
Zamieszanie dosięgło szczytu. Atakujący stracili
orientację i zdezorientowani poczęli się wycofywać. Teraz
Turcy rzucili się w pościg. Podkomendni Rajmunda oparli
się dopiero w pobliżu mostu łyżwowego..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 113-114
W tym czasie Boemund i Robert, nieświadomi wydarzeń rozgrywających się pod Antiochią, przemieszczali się dalej na południe. 30 grudnia 1097 roku zostali zaatakowani przez armię Dukaka z Damaszku, któremu towarzyszyli atabeg Tughtakin oraz syn Jaghi Sijana - Szams ad-Daula.
"...Do spotkania doszło we wsi Albara. Awangarda Franków wpadła w panikę, zaskoczona nagłym pojawieniem się muzułmanów. Czołowymi oddziałami dowodził Robert z Flandrii, który nieopatrznie wysforował się przed główne siły. Turcy z łatwością otoczyli jego poczet i rozpoczęli rzeź stłoczonych na małej przestrzeni rycerzy. Dufni w swoją wielokrotną przewagę i wykorzystując czynnik zaskoczenia zbyt szybko uwierzyli jednak w zwycięstwo. Dukak sądząc, że ma do czynienia z całą armią wroga, zaangażował w walkę większość swoich sił. Na to zaś czekał Boemund, trzymając gros oddziałów w odwodzie i zwlekając najdłużej jak to było możliwe z wydaniem rozkazu do kontruderzenia. Nagły atak w momencie, gdy Turcy byli już przekonani o swoim triumfie, przesądził losy bitwy. Robert został uratowany przed niecbybnym pogromem, a Dukak z mocno przetrzebionym wojskiem cofnął się w kierunku Hamy rezygnując z odsieczy dla Antiochii. Dla krzyżowców była to jedyna korz yść odniesiona z wygranego starcia. Powstrzymanie Dukaka przyniosło im tak duże straty, że obaj wodzowie krótko po bitwie zarządzili odwrót do głównego obozu. Decyzję tę podjęli w obawie przed nowym atakiem wroga, którego sił do końca nie byli w stanie rozpoznać; armia Dukaka nie musiała bowiem być jedyną śpieszącą z pomocą dla obleganej twierdzy..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 115-116
Problemu głodu nie udało się rozwiązać. Styczniowe deszcze i chłody zaczęły zbierać swoje żniwo. Pielgrzymi chorowali i umierali lub uciekali z obozu, by na własną rękę szukać pożywienia. Liczebność armii z dnia na dzień kurczyła się, a utrapienie nie znikało, lecz działo się wręcz odwrotnie: pogłębiało się.
"...któregoś dnia po obozie rozeszła się lotem błyskawicy szokująca wieść o ucieczce samego Piotra Pustelnika oraz Wilhelma Cieśli. To już nie była zwykła rejterada ludzi małego ducha porzucających towarzyszy w biedzie. Wszyscy znali Piotra i wiedzieli, jaką rolę odegrał w propagowaniu i organizowaniu krucjaty. Dla wielu był wręcz jej żywym symbolem. Baronowie nie mogli dopuścić do tego, aby ów symbol w niesławie runął z pomnika, na który wyniosły go wcześniejsze dokonania. Jego fatalny przykład mógł zdruzgotać morale tysięcy innych pielgrzymów i popchnąć ich do podobnego postępku. Za uciekinierami ruszył w pościg Tankred i przyprowadził ich z powrotem do obozu. Ucieczce Piotra ze zrozumiałych względów nie nadano rozgłosu. Starano się wręcz racjonalnie wytłumaczyć jego - by użyć eufemizmu - chwilową słabość..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 117
W pierwszych dniach lutego 1098 roku obóz opuścił Tatikios i powrócił do Konstantynopola, a pod Antiochię zaczęła się zbliżać armia Ridwana z Aleppo. Niebawem Turcy odbili z rąk krzyżowców Harenc. Na naradzie wojennej triumfował pomysł wysunięty przez Boemunda, który zaproponował, aby całą masę ludzką podzielić na dwie grupy. Jedna, piesza, miała pilnować obozu i odpierać ataki Jaghi Sijana, druga zaś podążyła na bitwę z wojskiem Ridwana.
"...Krzyżowcy z oddziału uderzeniowego 8 lutego wieczorem
przeszli mostem łyżwowym na drugi brzeg Orontesu
skierowali się na zachód i zapadli w zasadzce w pobliżu
mostu Żelaznego pomiędzy rzeką a Jeziorem Antiocheńskim.
Uderzyli wczesnym świtem, gdy wojska nieprzyjacielskie
znajdowały się w pełnym marszu. Zaskoczenie powiodło
się im równie dobrze, jak niedawno Dukakowi w stosunku
do oddziału Roberta z Flandrii.
Pierwszy wściekły atak nie zdołał rozerwać szyków nieprzyjaciela.
Turcy zostali jednak mocno zmieszani, a nagłość
szarży nie pozwoliła im zastosować ich ulubionego
manewru; łucznicy nie zdołali sformować dość zwartego
szeregu i w kierunku Franków poleciały pojedyncze strzały,
które nie wyrządziły im większej szkody. Rycerze cofnęli się
w porządku na miejsce, gdzie warunki terenowe wykluczały
możliwość oskrzydlenia przez wroga. Przegrupowanie nie
trwało długo. Nie dość długo, aby Turcy zdołali otrząsnąć
się z szoku wywołanego pierwszym atakiem. W czasie gdy
w ich szeregach oficerowie próbowali wprowadzić jako taki
porządek, krzyżowcy uderzyli powtórnie, z jeszcze większym
niż poprzednio impetem i wszystkimi siłami Ziemia zadrżała, wydawało się, że narastające dudnienie kilku tysięcy końskich kopyt zwiastuje straszliwe trzęsienie. Ława zakutych w żelazo rycerzy niczym pancerny
taran uderzyła w masę nieprzyjacielskich żołnierzy. By
opisać skutek szarży, posłużę się słowami Waldemara
Łysiaka: „Wbili się w tę zgraję z impetem, powodując
znany artylerzystom »efekt ulicy« - tak nazywa się skutki
wielkokalibrowego strzału z bliskiej odległości w gęstwę
ludzką: w tłumie powstaje wówczas krwawy korytarz
zwany »ulicą«".
„Ulica" wyrąbana przez Franków w stłoczonych masach
piechoty i jazdy tureckiej upodobniła się raczej do szerokiej autostrady. Konnica krzyżowców przetoczyła się
przez wroga niczym walec. Cofający się w panice wojownicy
z pierwszych linii, którym jakimś cudem udało się
uniknąć stratowania, wprowadzili zamieszanie w tylnych
szeregach. Ridwan ani żaden z podległych mu emirów nie
mógł powstrzymać narastającego z każdą chwilą zamętu.
Armia turecka, choć tak bardzo górująca liczbą nad przeciwnikiem,
nie była w stanie przedstawić się jego miażdżącej
szarży i zaczęła w bezładzie cofać się na Aleppo. Do
uciekających obok Harencu grup przyłączyła się jego załoga,
nie chcąc ryzykować oblężenia przez rozgrzanych bojem Franków.
Tego dnia zwycięstwo odniosła nie tylko jazda. Podczas
gdy rycerze skutecznie walczyli z armią Ridwana, piechota
zgromadzona w obozach wokół Antiochii musiała stoczyć
twardy bój z potężną wycieczką z twierdzy. Jaghi Sijan
zaangażował w nią niemal wszystkie siły, pozostawiając na
murach minimalną liczbę ludzi. Losy bitwy bardzo długo
się ważyły. Turkom udało się zdobyć sporo terenu, spychając
Franków do obrony. Przełom nastąpił w momencie,
gdy w godzinach popołudniowych walczący ujrzeli w oddali
powracających w uporządkowanych szykach rycerzy.
Jaghi Sijan nie musiał czekać na oficjalne wiadomości, aby
pojąć, iż następna armia podążająca na odsiecz Antiochii
została pokonana. W tej sytuacji kontynuowanie walki
byłoby szaleństwem. Turecki wódz, zapewne z przekleństwem
na ustach pod adresem Franków, bez wątpienia
wspomaganych znów przez szejtana, wydał swoim żołnierzom
rozkaz do odwrotu..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 121-122
W marcu 1098 roku cesarz Aleksy I Komnen wysłał flotę, która zawiozła do portu Saint-Simeon w okolicach Antiochii pielgrzymów z Anglii i Italii oraz sprzęt oblężniczy. Dowódcą wyprawy był Edgar II Atheling, przegrany pretendent do angielskiego tronu, od niedawna stacjonujący w Konstantynopolu.
Ładunek odebrali na wyścigi Rajmund z Tuluzy oraz Boemund. Rozdzielili pomiędzy siebie zapasy i pielgrzymów oraz cieśli, przysłanych do montażu sprzętu oblężniczego. 6 marca 1098 roku powracających krzyżowców zaatakowali Turcy Jaghi Sijana.
"...Klęska była druzgocąca. Oddział Rajmunda, na który spadł główny impet wroga został niemal do nogi wybity. Nieliczni uciekinierzy dotarli do obozu z hiobową wieścią 0 klęsce i śmierci obu baronów. Powiadomiony o tragicznych wydarzeniach Gotfryd z Bouillon wydał natychmiast niezbędne zarządzenia. Na jego rozkaz sformował się oddział, który miał pośpieszyć z odsieczą dla niedobitków Rajmunda i Boemunda. Nim jednak opuścił obóz, z Antiochii uderzyli wojownicy Jaghi Sijana. Chciał on w ten sposób ułatwić powrót do twierdzy oddziału uczestniczącego w zasadzce. Turków spotkał srogi zawód. Krzyżowcy powitali ich w pełni przygotowani do walki. Bój nie zdołał się jeszcze rozpalić na dobre, gdy z resztkami swych żołnierzy nadciągnęli Rajmund i Boemund. Ich pojawienie się wzbudziło prawdziwy entuzjazm. Teraz krzyżowcom z łatwością udało się zepchnąć przeciwnika do twierdzy ..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 123-124
W połowie marca 1098 roku krzyżowcy wznieśli warowny kasztel. Powstał on naprzeciwko mostu prowadzącego do twierdzy. Tym sposobem oblężeni utracili swobodny kontakt ze światem zewnętrznym. Fortyfikację, którą początkowo nazywano La Mahomerie, przemianowano wkrótce na Kasztel Rajmunda na cześć pomysłodawcy jej wzniesienia. Zamek ten został później obsadzony załogą hrabiego Tuluzy. Z wielkich wrót Antiochii bez blokady pozostała tylko Brama św. Jerzego, przez którą Turcy z użyciem większych sił nadal mogli napadać oblegających. W kwietniu 1098 roku powstał kasztel Tankreda, który zablokował dostęp do Wrót św. Jerzego. W tym momencie poza blokadą pozostała tylko wąska Brama Żelazna.
"...Od pewnego czasu Boemund pozostawał w kontakcie
z jednym z dowódców Jaghi Sijana, niejakim Firuzem
(Pirrusem), który dowodził załogami trzech baszt, wśród
nich Baszty Dwóch Sióstr. Firuz był z pochodzenia Ormianinem,
który zmienił wyznanie i jako muzułmanin
zrobił karierę w administracji Jaghi Sijana. Nigdy nie
zerwał jednak związków z rodakami i dawnymi współwyznawcami.
W sytuacji gdy pomiędzy nim a Jaghi Sijanem
doszło do poważnego nieporozumienia na tle ukrycia zapasów
zboża, Firuz stał się wręcz idealnym „materiałem na zdrajcę". Należało go jedynie odpowiednio „urobić"
Dla przebiegłego Boemunda nie było to zadanie trudne
Jedynie brak czasu mógł pokrzyżować jego plany. Na
szczęście Kerboga, zbyt pewny siebie, a przez to nierozważny,
nie śpieszył się pod Antiochię i dał krzyżowcom
dodatkowe, bezcenne trzy tygodnie, tracąc je niepotrzebnie
na bezskuteczne oblężenie Baldwina w Edessie.
Rokowania z Firuzem Boemund zdołał utrzymać w zupełnej
tajemnicy. Nie dopuścił do niej nawet swoich najbliższych.[...]
Przełomowym dniem okazał się 2 czerwca. Najpierw
zdezerterował Stefan z Blois zabierając ze sobą silny
oddział rycerzy, a kilka godzin później do Boemunda
przybył syn Firuza z informacją, iż ojciec jest gotów
wpuścić Franków do miasta przez Basztę Dwóch Sióstr,
położoną na wprost kasztelu Tankreda. W celu uśpienia
czujności obrońców twierdzy Firuz zalecił krzyżowcom
upozorowanie wyprawy przeciwko nadciągającej armii
Kerbogi. Za dnia powinni oni wymaszerować na wschód,
pod osłoną nocy zawrócić i podejść skrycie pod zachodni
odcinek murów w bezpośrednie pobliże Baszty Dwóch
Sióstr. Dowodem ostatecznego przypieczętowania
umowy pomiędzy Boemundem a Firuzem oraz zgody na
jego plan miał być syn tureckiego dowódcy przysłany
w charakterze zakładnika.
Boemund przyjął sugestie Firuza. Ostatnie godziny, decydujące
o losie zarówno jego, krzyżowców, jak i Antiochii,
przeżył w nerwowym podnieceniu. Udzieliło się ono
także pozostałym dowódcom, gdy książę Tarentu powiadomił
ich o swoich zamiarach. Zebranym na naradzie baronom oraz biskupowi Le Puy oświadczył krótko: „Tej
nocy, jeżeli Pan Bóg pobłogosławi, Antiochia będzie w naszych
rękach".
Pozorowaną wyprawę przeciwko Kerbodze poprzedziło
obejście całego obozu przez herolda, który głośno
nawoływał do przygotowania się do wymarszu. Oczywiście
nie mogło to ujść uwagi obrońców Antiochii. Po
zachodzie słońca krzyżowcy ruszyli na wschód. Na czele
znajdował się silny oddział rycerzy, pochód zamykała
piechota. Odejście wielotysięcznych sił spod murów twierdzy
musiało przekonać żołnierzy Jaghi Sijana, że w ciągu
najbliższych dni nie grozi im większe niebezpieczeństwo
ze strony Franków. Owo fałszywe przekonanie miało ich
srogo kosztować.
W tym samym czasie, gdy twierdza zapadała w sen,
a nieliczne i niczego nie spodziewające się straże rozpoczynały
nocną wartę, krzyżowcy zawrócili w stronę Antiochii.
Oddziały kierowały się w stronę północnych i północno-
zachodnich murów. Boemund z pocztem rycerzy
i piechurami podszedł pod Basztę Dwóch Sióstr. Po wymianie
uzgodnionych wcześniej znaków przystawiono do
niej drabinę, po której zaczęli się wspinać rycerze Fulka
z Chartres. Boemund pozostał na dole wydając ostatnie
dyspozycje. Na górne piętro wieży, w której przebywał
Firuz, weszło 60 ludzi. Firuz nie potrafił ukryć wielkiego
zaskoczenia i podszytego strachem niepokoju, widząc zaledwie
kilkudziesięciu Franków. Wydawało mu się, że powinno
ich być kilkakrotnie więcej, aby całe przedsięwzięcie
się powiodło. Najbardziej zaskoczył go brak Boemunda.
Zrozpaczony Ormianin wpadł w lament, krzycząc: „Mało
mamy Franków! Gdzie jest dzielny Boemund? Gdzie ten
niezwyciężony?!".
Niecodzienni goście Baszty Dwóch Sióstr nie dali Firuzowi
długo rozpaczać. Rycerze błyskawicznie rozbiegli się
do dwóch pozostałych wież pozostających pod jego komendą.
Teraz pozostali pod murem żołnierze Boemunda
mogli przystawić do niego drabiny i bez przeszkód dostać
się na górę. Drabina, po której wszedł książę, zaraz potem
się złamała, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Frankowie
w tym czasie zdołali już opanować kilka sąsiednich
baszt mordując zaskoczonych, nielicznych tureckich żołnierzy.
W powstałym zamieszaniu stracił życie brat Firuza.
Część krzyżowców zbiegła ze szczytów wież do miasta.
Wkrótce przyłączyły się do nich wyrosłe niczym spod
ziemi grupy miejscowych chrześcijan. Wspólnymi siłami
wysieczono Turków broniących dostępu do bram Mostowej
i Św. Jerzego, a także otworzono wrota dla głównych
sił oczekujących po drugiej stronie. Tak długo opierająca
się oblężeniu Antiochia stanęła dla Franków
otworem.
Przez otwarte bramy wpadły konnica i piechota. Bitewny
zamęt i zgiełk zaczął się przesuwać spod murów w głąb
miasta. Setki Greków i Ormian przyłączyły się do krzyżowców,
uczestnicząc z zapałem w wycinaniu muzułmanów.
Nikt nie otrzymywał pardonu. Ginęli mężczyźni,
kobiety i dzieci. Wąskie ulice miasta spłynęły krwią. W zamieszaniu
zginęło także wielu chrześcijan. Zbudzony odgłosami
bitwy Jagni Sijan szybko się zorientował, że nie
ma szans na uratowanie miasta. Mógł jedynie spróbować
ocalić własną głowę, pokładając nadzieję w wierności przybocznej
gwardii i rączości koni. Udało mu się wymknąć
przez Bramę Żelazną. Na razie zdołał zachować życie. [...]
Boemund bezskutecznie szturmował cytadelę mając nadzieję,
że zdoła ją opanować, nim wróg ochłonie po szoku
wywołanym nocnym atakiem i nadzwyczaj łatwym zdobyciem
miasta. Szams al-Daula okazał się jednak trudnym
przeciwnikiem. Żelazną ręką ujął załogę cytadeli i odparł
Franków zadając im przy tym bolesne straty. Boemund
został ranny, a jego podkomendni woleli raczej rabować
i wyrzynać cywilną ludność, niż narażać się po raz kolejny
na pociski nadlatujące z górującej nad okolicą cytadeli.
Poza tym jej garnizon w niczym nie mógł przeszkodzić
rzezi, jaka przez wiele godzin trwała w całej Antiochii.
Tylko nielicznym Turkom udało się ujść z życiem. Wieczorem
w mieście pośród żywych byli już tylko chrześcijanie..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 128-132
W walkach 3 czerwca 1098 roku stracił życie Jaghi Sijan. Zdobycie Antiochii stało się szczęśliwym triumfem krzyżowców. Bez opanowania tej twierdzy kontynuowanie pielgrzymki prawdopodobnie byłoby niemożliwe. Ogromne mury dały armii krzyżowców schronienie, co stało się dobrym prognostykiem w obliczu zbliżającej się ogromnej armii Kerbogi.
Najważniejszym zadaniem krzyżowców stało się zorganizowanie skutecznej obrony przed zbliżającą się armią Kerborgi. Zapasy żywności, znalezione w twierdzy, okazały się niewystarczające, więc należało się także rozejrzeć za prowiantem. Skąpa okazała się również liczba żołnierzy, niezbędna do skutecznego obsadzenia stanowisk na murach, tym bardziej że cały czas potrzebny był garnizon do blokowania cytadeli, w której zamknął się Szams al-Daula, syn Jagni Sijana. Z miasta należało usunąć tysiące gnijących ciał, zalegających ulice.
Armia Kerborgi dotarła pod mury Antiochii 7 czerwca 1098 roku.
"...Nieprzyjacielskie zastępy zajęły pozycje opuszczone niedawno
przez krzyżowców. Jeszcze tego samego dnia Szams
ad-Daula wysłał do Kerbogi gońców z wezwaniem pomocy.
Kerboga uprzejmie potraktował wysłanników, ale za
udzielenie wsparcia zażądał przekazania jego oddziałom
cytadeli wraz ze wszystkimi zapasami. Miał powiedzieć:
„Jeżeli tak, to z całego serca i wiernie wspomogę cię
w niebezpieczeństwie. Antiochię odbiorę osobiście. Zobaczysz,
jakie oddam ci usługi, a miasta strzec będą moi
ludzie".
Postawiony w sytuacji bez wyjścia Szams ad-Daula zgodził
się przekazać cytadelę zaufanemu dowódcy Kerbogi,
Ahmadowi Ibn Marwanowi..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 135
Krzyżowcy, widząc co się dzieje, wznieśli solidny mur, odgradzający cytadelę od murów miejskich. Nowych fortyfikacji cały czas pilnował zbrojny oddział.
"...9 czerwca Ahmad Ibn Marwan zaatakował ten właśnie sektor. Początkowo udało mu się zaskoczyć obrońców, lecz w końcu Hugon z Vermandois, hrabia Flandrii i książę Normandii, dowodzący tego dnia w rejonie cytadeli, odparli napastników. Straty muzułmanów były tak duże, iż Kerboga zrezygnował z dalszych ataków, postanawiając wzmocnić blokadę i wziąć krzyżowców głodem...."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 136
10 czerwca 1098 roku Turcy otoczyli twierdzę żywym pierścieniem, aby odciąć możliwość zaopatrywania oblężonych. Krzyżowcy próbowali zbrojnym wypadem uniemożliwić im to, ale zamiar zakończył się porażką.
Sytuacja oblężonych z każdym dniem się pogarszała. Ceny żywności podskoczyły, przez co tylko bogatych stać było na normalne odżywianie się. Powszechny głód spowodował falę dezercji.
12 czerwca 1098 roku Turcy podjęli próbę zdobycia jednej z baszt. Mało brakło muzułmanom do osiągnięcia pierwszego sukcesu. To wydarzenie spowodowało, że Boemund wydał polecenie zniszczenia budynków, przylegających do murów, aby zapewnić większą swobodę ruchów oddziałów, zaangażowanych w obronę twierdzy.
Całą nadzieję na ocalenie oblężonych pokładali w cesarzu Aleksym I i jego armii. Bizantyjski monarcha wprawdzie wyruszył im na odsiecz, lecz nigdy nie dotarł. Zawód, jaki przeżyli krzyżowcy, odcisnął się głębokim piętnem. Europa nigdy tego nie wybaczyła Bizancjum.
"...Do obozu Kerbogi przybyło 27 czerwca poselstwo krzyżowców. W jego składzie byli Piotr Pustelnik i niejaki Herluin, rycerz francuski, posługujący się językiem arabskim i perskim. Zabrakło w nim natomiast któregokolwiek z wielkich baronów. Żaden z nich nie odważył się podjąć trudnej i niebezpiecznej misji. Brak jest zgodności co do warunków zaproponowanych przez posłów. W niektórych przekazach pojawiają się sugestie, jakoby krzyżowcy wzywali muzułmanów do stoczenia rycerskiego turnieju: po kilku wybranych przez każdą ze stron wojowników rozstrzygnęłoby spór na ubitej ziemi. Kerboga przyjął zapewne propozycję chrześcijan jako niewczesny żart lub przejaw szaleństwa wywołanego głodem. Jako odpowiedź Piotr Pustelnik i Harluin usłyszeli żądanie bezwarunkowej kapitulacji i zdania się na łaskę zwycięskiego atabega.
Kerboga nie pozostawiał krzyżowcom wyboru. Musieli stoczyć decydującą o wszystkim bitwę. Poprzedziły ją trzydniowe procesje i nabożeństwa w kościołach Antiochii. Żołnierze i pielgrzymi przystąpili do spowiedzi..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 142-143
"...Rano 28 czerwca na obszernym placu przyległym do murów miejskich Boemund ustawił krzyżowców w sześć bitewnych kolumn. Dowództwo pierwszej, złożonej z Francuzów i Flamandów, objął Hugon z Vermandois oraz Robert z Flandrii, drugiej, sformowanej z Lotaryńczyków, przewodził Gotfryd, trzecia, złożona z Normanów z Normandii, miała ruszyć pod wodzą księcia Roberta, na czele czwartej kolumny, zastępując chorego Rajmunda, stanął sam biskup z Le Puy i dowodził Tuluzańczykami i Prowansalczykami. Dwie ostatnie kolumny utworzyli Normanowie włoscy dowodzeni przez Boemunda i Tankreda. Dodatkowy, siódmy oddział w sile 200 ludzi pod komendą Rajmunda, wydzielono w celu blokady cytadeli. Mieli to być jedyni żołnierze pozostawieni w Antiochii. Krzyżowcy stawiali więc wszystko na jedną kartę.
Armia niemal zupełnie pozbawiona została koni, które zjedzono podczas oblężenia. Część baronów przesiadła się zatem na zwierzęta juczne: osły i muły. W normalnych warunkach widok zakutego w żelazo rycerza na ośle lub mule wywołałby rozbawienie, lecz pod Antiochią w dniu bitwy z Kerbogą szczęśliwcy zasiadający na owych „rumakach" wzbudzać mogli jedynie zazdrość.
Największy chyba zaszczyt spotkał Rajmunda z Aguilers. Powierzono mu bowiem zadanie niesienia świętej włóczni, która podczas walki miała towarzyszyć wojskom. [...]
Gdy tylko pierwsze szeregi krzyżowców wynurzyły się
z bramy i ukazały na przedpolu, jeden z wodzów Kerbogi,
Wahab Ibn Mahmud, zażądał od niego wydania rozkazu
do natychmiastowego ataku. Kerboga jednak odmówił.
Nie zadowalała go perspektywa rozbicia tylko czołowych
oddziałów chrześcijan, a tak mogłoby się stać w razie
przedwczesnego natarcia. Chciał za jednym zamachem unicestwić
całą armię, unikając w ten sposób późniejszego
męczącego oblężenia i krwawych walk ulicznych. Patrząc
na kolejne kolumny wroga opuszczające miasto wyobrażał
sobie, że przyjdzie mu spotkać się z armią ludzkich szkieletów
z ledwością powłóczących nogami, niezdolnych do
stawiania oporu jego liczniejszym, dobrze odżywionym
oddziałom. Nie mógł znać stanu uniesienia, w jakim znajdowały
się zastępy przeciwnika.
O swym błędzie w ocenie przeciwnika Kerboga przekonał
się zbyt późno. Gdy krzyżowcy nad wyraz sprawnie,
szybko i w większej liczbie, niż się tego można było
spodziewać, rozwinęli się w szyku bojowym, turecki wódz
stracił pewność siebie. Ku nadciągającym chrześcijanom
wysłał herolda z propozycją nawiązania rozmów pokojowych.
Na darmo. Widząc, że przeciwnik nie wstrzymał
natarcia, Kerboga zarządził pozorowany odwrót, stosując
ulubioną taktykę swojej lotnej armii. Chciał w ten sposób,
zachęcając wroga do szybszego pościgu, wciągnąć go na bardziej pofałdowany teren, rozerwać jego szyki i, zasypawszy ulewą strzał, pokonać w rozproszonych grupach. [...]
Jednocześnie z zarządzeniem ataku od czoła Kerboga
rozdzielił armię, przeznaczając część sił do oskrzydlenia
lewego skrzydła przeciwnika, którego prawe skrzydło
chroniła rzeka. Oba zamiary spaliły na panewce. Krzyżowcy,
mądrze kierowani przez czujnego Boemunda i dowódców
poszczególnych kolumn, nie dali się sprowokować do chaotycznego ataku i zdołali utrzymać jednolity front,
próba obejścia ich lewego skrzydła również się nie powiodła,
gdyż Boemund, dostrzegając zagrożenie, utworzył natychmiast
dodatkowy korpus pod dowództwem Renalda
z Toul, który osłonił bok armii. [...]
Cudowny widok świętych przybywających z odsieczą na
tyle podniósł bojowy zapał krzyżowców, że front wojsk
muzułmańskich zaczął się niebezpiecznie chwiać. Chrześcijan
nie mogły powstrzymać ani strzały łuczników, ani
ostre dziryty miotane przez jazdę. Mur zakutych w żelazo
rycerzy, atakując od czoła niczym taran, rozłupał główną
masę nieprzyjacielskich wojsk. Najwyższa rycerska sprawność
w połączeniu z religijnym uniesieniem i bitewnym
szałem święciły pełny triumf nad górującym liczbą, ale
pozbawionym podobnych przymiotów wrogiem.
W decydującym momencie bitwy krzyżowcom doszedł
jeszcze jeden cenny sprzymierzeniec - upadek ducha
i zdrada w tureckim obozie. Wielu emirów postanowiło
opuścić pole walki. I co może bardzo zdziwić - nie była to
bynajmniej ucieczka przed Frankami. Sprzymierzeńcy Kerbogi doszli do przekonania, iż po zwycięstwie nad krzyżowcami stanie się on na tyle silny, że obróci miecz przeciwko nim.
Sygnał do dezercji dał Dukak z Damaszku, pociągając
za sobą dziesiątki innych. Linia obrony załamała się
w tureckich szeregach wybuchła panika. Kerboga nie stracił
jednak zimnej krwi i usiłował przeciwdziałać zamieszaniu.
Na jego rozkaz podpalono szmat suchej trawy, aby
ogniem odgrodzić się od chrześcijan. Poza tą naturalną
osłoną emir Mosulu zamierzał dokonać przegrupowania
swoich topniejących i całkowicie zdezorganizowanych oddziałów.
Krzyżowcy nie dali mu jednak na to czasu, w tym
dniu nawet ogień nie mógł ich powstrzymać. [...]
Gdy Frankowie przekroczyli ogniową zaporę, Kerboga
utracił wiarę w możliwość powstrzymania ich szaleńczego
ataku i odniesienie zwycięstwa. Na dodatek wierności
dochowali mu do końca jedynie emir Himsu i Sukman
Artukida, lecz ich oddziały nie mogły wpłynąć na wynik
bitwy. Olbrzymia armia turecka przeistoczyła się w bezkształtną
masę przerażonych, porzucających broń wojowników, myślących już tylko o własnym ocaleniu. Do stapiania oporu nie byli już zdolni. Zdruzgotany klęską
Kerboga zawrócił konia i wraz z innymi rzucił się do ucieczki.
Krzyżowcy nie popełnili wielokrotnie powtarzanego
w podobnych sytuacjach błędu i nie tracili czasu na grabież
nieprzyjacielskiego obozu. Pozostawiając tę czynność
na później, ścigali Turków do Mostu Żelaznego, znacząc
drogę setkami trupów. Większość wojowników Kerbogi
padła od ciosów w plecy. Zresztą i poza Mostem Żelaznym
uciekinierzy nie mogli czuć się bezpiecznie. Część z nich
usiłowała schronić się w opuszczonym przez krzyżowców
kasztelu Tankreda, lecz miejsce to okazało się dla nich
śmiertelną pułapką. Frankowie z marszu zdobyli kasztel
i wybili wszystkich obrońców. Podobny los spotkał wielu
innych Turków z rąk syryjskich i ormiańskich wieśniaków.
Kerbodze poszczęściło się bardziej niż tysiącom jego
podkomendnych. Z nielicznym pocztem udało mu się dotrzeć
do Mosulu. Katastrofa, jaka spotkała go pod Antiochią,
złamała jednak raz na zawsze jego potęgę militarną
i pozbawiła znaczenia wśród innych emirów. Od tej
pory Kerboga zniknął z kart wielkiej historii.
.."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 143-148
Tego samego dnia poddała się załoga cytadeli antiocheńskiej, która była do tej pory główną bolączką krzyżowców. Została ona obsadzona oddziałami wszystkich wodzów krucjaty. Żaden z baronów nie chciał stracić ani krzty wpływów w zdobytym mieście. Nie potrafiono także znaleźć płaszczyzny porozumienia w sprawie, który z nich ma stać się władcą Antiochii. Z tego powodu atmosfera była potwornie gęsta, a objawy globalnego braku zaufania widać było za każdym rogiem.
1 sierpnia 1098 roku zmarł biskup Le Puy. Przyczyną śmierci była zaraza (prawdopodobnie tyfus), która w Antiochii zadomowiła się latem.
Powszechny pomór, chęć przygód i łupów stał się przyczyną opuszczenia przez baronów Antiochii. Boemund udał się do Cylicji i wizytował załogi, pozostawione tam przed rokiem przez Tankreda. Rajmund Pilet zdobył Tali Mannas. Robertowi z Normandii udało się na kilka tygodni uchwycić władzę w Laodycei. Gotfryd odwiedził Turbessel i Ravendel.
"...W październiku krzyżowcy przeprowadzili dwie spektakularne akcje. Gotfryd z Rajmundem wyruszyli do miasta Azaz położonego na szlaku z Edessy do Antiochii. Jego władca, Umar, podniósł bunt przeciwko Ridwanowi z Aleppo i zwrócił się o pomoc do Franków. Gotfrydowi i Rajmundowi, wzmocnionym dodatkowo przez oddział przysłany z Edessy przez Baldwina, udało się odpędzić od Azazu wojska przysłane przez Ridwana dla uśmierzenia buntu. Gotfryd odebrał od Umara hołd lenny. Dowodzi to, jak szybko Frankowie potrafili przystosować się do skomplikowanej sytuacji panującej na Bliskim Wschodzie i nauczyli rezygnować z twardych zasad wiary na rzecz doraźnych i namacalnych korzyści płynących z politycznego pragmatyzmu..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 153-154
Zbliżał się czas rozpoczęcia dalszej wyprawy w kierunku Jerozolimy. W związku z tym 5 listopada 1098 roku w katedrze św. Piotra zebrali się dowódcy krucjaty. Głównym problemem, który należało jak najszybciej rozwiązać, było zdecydowanie, komu na własność przypadnie Antiochia.
"...Rajmund z Tuluzy odwoływał się do honoru wielmożów, którzy złożyli przysięgę cesarzowi i, jak na prawdziwych rycerzy przystało, powinni jej bezwzględnie dotrzymać. Zażarte spory i burzliwe dyskusje toczyły się przez kilka dni. Ciągle brakowało porozumienia pomiędzy dwoma największymi antagonistami: Boemundem i Rajmundem..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 155
Impas, który zaistniał pomiędzy baronami, wprowadzał zniecierpliwienie nie tylko w sztabie, ale także wśród mas. Coraz częściej pojawiające się demonstracje tłumu powodowały presję. Rosnące napięcie odniosło pozytywny skutek. Wreszcie osiągnięto kompromis!!!
"...Rajmund przyrzekł podporządkować się rozstrzygnięciu, jakie w sprawie Antiochii poweźmie rada baronów, ale pod warunkiem, że Boemund ruszy wraz z całą armią do Palestyny. Ze swojej strony książę Tarentu przysięgał, że nie będzie w żaden sposób szkodził krucjacie ani nie przyczyni się do opóźnienia wymarszu wojsk. Zbrojny rozejm pomiędzy obydwoma wodzami podkreślał fakt, że Boemund utrzymywał w swych rękach cytadelę i trzy czwarte miasta, Rajmund natomiast zatrzymał w swym posiadaniu pałac Jaghi Sijana i ufortyfikowany most..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 155-156
"...Aby uspokoić tłumy pielgrzymów i wojsko - nie ustalono
bowiem ciągle daty wymarszu na Jerozolimę - baronowie
postanowili wyruszyć przeciwko twierdzy Ma'arrat
an-Numan zajmującej strategiczne położenie na lewym
skrzydle armii idącej w kierunku Palestyny. 27 listopada
oddziały Rajmunda z Tuluzy i Roberta z Flandrii podeszły
pod mury fortecy. Następnego dnia Frankowie przypuścili
szturm do miasta zakończony fiaskiem. Niepowodzenie
to nie osłabiło jednak ich bojowego ducha i gdy
kilka godzin później pod Ma'arrat an-Numan nadszedł
Boemund, postanowili ponowić atak.[...]
Dwukrotny nieudany szturm przekonał krzyżowców
o konieczności podjęcia regularnego oblężenia twierdzy.
Miasto zostało otoczone szczelnym pierścieniem placówek.
Obrońcy zostali odcięci od świata zewnętrznego, jednak
przez kilkanaście następnych dni krzyżowcy nie poczynili
żadnych postępów. Mało tego, sami zaczęli odczuwać
problemy związane z zaopatrzeniem. Silne oddziały musiały penetrować okolicę w poszukiwaniu żywności.
Wobec przedłużającego się oblężenia postanowiono
zbudować machiny, bez których zdobycie twierdzy wy.
dawało się niemożliwe.[...]
Szturm odbył się 11 grudnia. Wprawdzie krzyżowcy nie
zdobyli ani baszty, ani wystarczająco długiego odcinka
umocnień, jednak od osłoną wieży dokonali podkopu pod
murem. Przedsięwzięcie to udało się dzięki poświęceniu
niejakiego Gultery'ego z Daturu i kilku innych rycerzy,
którzy przedostali się na blanki i przez pewien czas powstrzymywali
wściekłe ataki przeciwnika, odwracając tym
samym jego uwagę od kopiących. Mur runął pod wieczór.
Poprzez rumowisko część żołnierzy wdarła się do twierdzy,
przystępując od razu do grabieży. Obrońcy, sparaliżowani
strachem, wycofali się w głąb miasta. Niektórzy z mieszkańców
zabarykadowali się w domach, zamierzając okupić
życie posiadanym dobytkiem. Były to płonne nadzieje.
Walki w Ma'arrat an-Numan ustały nocą po ogłoszeniu
przez herolda Boemunda, że w razie, gdy miasto skapituluje
na jego ręce, weźmie on mieszkańców pod swoją opiekę,
gwarantując im życie. Mieli się oni schronić we wskazanym
przez herolda olbrzymim budynku położonym przy
głównej bramie fortecy. W ten sposób Boemund, podobnie
jak w wypadku Antiochii, zamierzał podstępem wejść
w posiadanie miasta, odbierając owoce zwycięstwa Rajmundowi.
Tym razem jego plan przyniósł połowiczne skutki.
Wczesnym rankiem do twierdzy wkroczyły główne siły
Franków i walki wybuchły na nowo. W powstałym zamieszaniu
nikogo nie oszczędzano. Zdesperowani obrońcy,
widząc, że nie mają szans ratunku stawiali rozpaczliwy
opór. Niektórzy spłonęli żywcem we własnych domach,
które wcześniej zostały gruntownie złupione..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 156-158
Po bitwie doszło do kolejnego zatargu pomiędzy Boemundem i Rajmundem. Tym razem kością niezgody stała się ilość bogactw, jaką ze zdobytego miasta przejął książę Tarentu. Przedłużający się postój ponownie powodował narastanie problemów żywnościowych i zniecierpliwienie tłumu.
"...Przed Nowym Rokiem Rajmund opuścił Ma'arrat an-Numan i udał się do Rugii, gdzie publicznie ogłosił, iż wymarsz do Palestyny nastąpi w ciągu najbliższych dni. Na wieść o tym Boemund również opuścił miasto i na czele swoich oddziałów pociągnął do Antiochii, pozostawiając Ma'arrat an-Numan we władzy biskupa Albary..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 160
Pomimo tego cały czas brakowało ostatecznej decyzji, kiedy nastąpi wymarsz do Jerozolimy. Podirytowani żołnierze i pielgrzymi, stacjonujący w pobliżu Ma'arrat an-Numan, nie chcieli dłużej czekać na wynik politycznych rozgrywek możnowładców.
Mniej więcej w tym samym czasie armia Fatymidów pod dowództwem Szachanszacha al-Afdala, wykorzystując osłabienie Turków, zdobyła Jerozolimę, rządzoną przez lenników Dukaka z Damaszku, Sukmana i Ilghaziego, synów Artuka.
"...Z aplauzem przyjęli pomysł, aby zburzyć mury z takim trudem
zdobytej twierdzy i nie zwlekając już dłużej ruszyć do
Jerozolimy - na czele z Rajmundem lub z kimkolwiek
innym. Hrabia przybył natychmiast do Ma'arrat an-Numan
i stwierdził, że o dalszej zwłoce nie może być mowy.
Nawet, gdyby ceną okazać się miało wywyższenie Boemunda.
Trzeciego stycznia 1099 r. Rajmund z Saint-Gilles, jadąc
na czele swoich oddziałów, za którymi ciągnęły grupy
pielgrzymów, opuścił Ma'arrat an-Numan. Żegnały go
dymy płonącego miasta, podpalonego na znak, że nie ma
powrotu. Rozpoczynał się ostatni etap kilkuletniej wędrówki,
u celu której oczekiwała wyśniona Jerozolima.
Rajmund szedł boso, mając u boku wasali. Biskup
Albary i Rajmund Pilet wzmocnili hrabiego swoimi oddziałami.
Jako ostatni spośród podkomendnych Rajmunda
miał się z nim połączyć Wilhelm Ermingar, dowódca
garnizonu pozostawionego w Antiochii. Zdając sobie sprawę
ze szczupłości własnych sił, które w razie zaatakowania
przez wielokrotnie liczniejsze oddziały Boemunda nie miałyby
szans na postawienie skutecznego oporu, Wilhelm
wybrał najsłuszniejsze chyba rozwiązanie i połączył się
z armią zmierzającą do Palestyny..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 160-161
Kolejnym etapem wyprawy stało się miasto Kafartab, w którym zarządzono postój. Krzyżowcy odpoczywali tam do 16 stycznia. Uzupełniwszy zapasy pokarmu i wody, armia Rajmunda z Tuluzy, dysponująca w tym czasie tysiącem rycerzy (kawalerzystów) i pięcioma tysiącami piechurów, ruszyła w dalszą drogę.
"...Po sforsowaniu Orontesu Rajmund odbył z pozostałymi
baronami naradę, by zadecydować o wyborze dalszej drogi.
Jego zdaniem należało ruszyć wprost ku wybrzeżu
i maszerować brzegiem morza. Pozwoliłoby to zachować
kontakt z Antiochią i uzyskać zaopatrzenie z Cypru dzięki
flocie bizantyjskiej. Stanowisko to spotkało się z krytyką
Tankreda. Był on zdania, iż posuwanie się wzdłuż wybrzeża
pociągnie za sobą konieczność zdobywania licznych
twierdz, a posiadane siły nie pozwalają na angażowanie się
w działania oblężnicze1. Według opinii Tankreda trzeba
kierować się jak najkrótszą drogą wprost na Jerozolimę,
gdyż jej zdobycie spowoduje napływ nowych sił z Europy
i automatyczny niejako upadek innych miast palestyńskich.
W takim jednak razie należało przemierzyć rozległy obszar między Libanem a pustynią znajdujący się we
władaniu Dukaka, po którym można było się spodziewać
zaciekłego oporu.
Ostatecznie baronowie przyjęli kompromisowe rozwiązanie.
Wojska miały dojść do wybrzeża morskiego
w punkcie położonym bardziej na południe niż pierwotnie
zakładał Rajmund, maszerując przez równinę Al-Bukaja
leżącą pomiędzy górami An-Nusajrijja a Libanem. Postanowiono
także nie oblegać napotkanych twierdz, by uniknąć
strat w ludziach i cennego czasu..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 163-164
22 stycznia wyprawa dotarła do miasta Masjaf. Po kilku dniach stanęła na równinie Al-Bukaja, na której uwagę przybyszów skoncentrowała potężna i wyśmienicie zaopatrzona twierdza Hisn al-Akrad (Zamek Kurdów).
"...Oblężenie rozpoczęło się 28 stycznia i omal nie przyniosło
tragicznego końca krucjacie. Saraceni posłużyli się
fortelem. Wypuścili z twierdzy część zwierząt, a gdy Frankowie
złamali szyki i rozbiegli się po okolicy w pogoni za
nimi, uderzyli nagle na rozproszonego nieprzyjaciela. Zamęt
wśród krzyżowców był tak wielki, że w pewnej chwili
w śmiertelnym niebezpieczeństwie znalazł się sam hrabia
Rajmund. Jego straż przyboczna zagubiła się gdzieś i hrabia
musiał z desperacją walczyć o życie. Na szczęście dla
niego i krzyżowców przeciwnika, który dysponował o wiele
mniejszymi siłami, udało się odeprzeć.
Następnego dnia Frankowie, już skonsolidowani i żądni
odwetu, podeszli pod mury Zamku Kurdów, aby powtórzyć
szturm, ale spotkała ich niespodzianka. Twierdza opustoszała.
Jej załoga, nie licząc na powtórne przechytrzenie
nieprzyjaciela wroga, wolała uciec niż dać się wyrżnąć..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 164-165
W Hisn al-Akrad armia krzyżowców zatrzymała się na trzy tygodnie. Dobrze zaopatrzone miasto sprzyjało rekreacji i kumulowaniu energii na dalszą drogę. W tym czasie Rajmund przyjmował pokojowo nastawione muzułmańskie poselstwa. Gośćmi hrabiego Tuluzy byli między innymi wysłannicy emira Trypolisu Dżalala al-Mulk Abu al-Hasana, z rodu Banu Ammar, którzy w celu omówienia warunków przemarszu krzyżowców przez terytorium emiratu zaprosili reprezentantów wyprawy krzyżowej do Trypolisu.
"...Wysłannicy hrabiego zostali oczarowani przepychem i dobrobytem panującym w Trypolisie. Po powrocie doradzili Rajmundowi, aby napadł na którąś z twierdz emiratu i pokazując własną potęgę wymusił na strachliwym Dżalalu wysoki okup. Cierpiący na brak pieniędzy hrabia przystał na ten plan..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 165
"...Oblężenie od początku prowadzone
było niemrawo, bez większego przekonania. Rajmund
miał zbyt małe siły, by otoczyć twierdzę ze wszystkich
stron. Jej załoga zaś nie wystraszyła się Franków
i najwidoczniej postanowiła zweryfikować tworzący się mit
o ich niezwyciężoności. Wszystkie ataki spotkały się z twardym
oporem. Najgorsze było to, że Rajmund miał ograniczone
pole manewru. Gdy już raz zdecydował się zaatakować
miasto, nie mógł - nawet gdyby to było jedyne
rozsądne rozwiązanie - odstąpić od niego bez ryzyka
ataku ze strony emira Trypolisu, dla którego porażka
Franków pod Arką stałaby się dowodem ich rzeczywistej
słabości militarnej. [...]
Pod Arką krzyżowcy stali jeszcze kilka tygodni, tracąc
czas i siły podczas bezskutecznego oblężenia. Dopiero
13 maja Rajmund z Tuluzy uległ namowom najbliższych
towarzyszy i zarządził zwinięcie obozu..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 166-168
"...Jednocześnie z uderzeniem na Arkę Rajmund zaplanował atak na Tortosę, port położony pomiędzy Trypolisem, a pozostającą w rękach krzyżowców Laodyceą. W ekspedycji wzięli udział Rajmund Pilet oraz Rajmund, wicehrabia Turenne. Ich niewielki oddział dotarł pod Tortosę nocą 16 lutego. W zdobyciu twierdzy posłużyli się fortelem. Aby stworzyć wrażenie, iż rozporządzają silną armią, obaj dowódcy zarządzili rozpalenie wokół Tortosy dziesiątek ognisk. Ten prosty podstęp powiódł się nadzwyczajnie. Przerażona załoga zaokrętowała się na stojące w przystani statki i przed ranem opuściła twierdzę. Zdobycie Tortosy usprawniło bardzo komunikację z Antiochią, Cyprem i Europą. Wraz z jej opanowaniem krzyżowcom poddało się również pobliskie miasto Marakijja. Zwycięstwo przyniosło także i tę korzyść, że pod jego wrażeniem baronowie pozostający jeszcze w Antiochii postanowili ruszyć do Palestyny. Nie dotyczyło to Boemunda..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 165-166
Spod Arki armia krzyżowców podeszła pod Trypolis. Aby uniknąć oblężenia, emir Trypolisu zapłacił za przychylność dowódców wyprawy. Zwolnił jeńców oraz zapewnił suty prowiant na dalszą drogę przybyszom z chrześcijańskiej Europy.
19 maja 1099 roku Frankowie dotarli do rzeki Psiej, po przekroczeniu której znaleźli się na terytorium należącym wówczas do Fatymidów.
"...Pierwsza twierdza z egipską załogą - Bejrut, nie zamierzała stawiać zbrojnego oporu. Jej mieszkańcy, w zamian za powstrzymanie się przybyszów od grabieży podmiejskich sadów, ofiarowali im bogate dary. Inaczej rzecz się miała pod Sydonem. Jego garnizon dokonał wypadu i zaatakował obóz krzyżowców. Odparli oni co prawda napastników, ale szybko zdecydowali się opuścić sąsiedztwo Sydonu i ruszyli na Tyr. Stamtąd, bez żadnych starć, poprzez przełęcz zwaną Schodami Tyryjskimi i wzgórza An-Nakura, dotarli do Akki. Jej namiestnik nie podjął jakichkolwiek nieprzyjaznych kroków. Przeciwnie, dostarczył Frankom zapasów prowiantu, unikając dzięki temu zniszczenia urodzajnych podmiejskich pól..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 169
Okres pomiędzy 26 a 30 maja 1099 roku krzyżowcy spędzili w Cezarei Nadmorskiej. Tu celebrowali święto Zesłania Ducha Świętego.
3 czerwca 1099 roku armia podeszła pod Ar-Ramlę. W opuszczonym przez muzułmanów mieście założono stolicę biskupią i pozostawiono ją w rękach kapłana normandzkiego Roberta z Rouen.
6 czerwca 1099 roku wyruszono w dalszą drogę, by 7 czerwca dotrzeć do wzgórza zwanego przez pielgrzymów Montjoie, skąd na horyzoncie widać było cel wyprawy - Święte Miasto.
"...Krzyżowcy rozpoczęli oblężenie natychmiast po dojściu
do miasta. Wobec szczupłości sił zebrali oddziały w miejscach,
gdzie mieli najłatwiejszy dostęp do murów. Wschodni
i południowo-wschodni odcinek umocnień w ogóle nie
był przez nich blokowany.[...]
Robert z Normandii zajął pozycję
na wprost Bramy Kwietnej (Heroda), a Robert Flandrii
stanął naprzeciwko Bramy Kolumny, zwanej też Bramą Św.
Szczepana lub Damasceńską. Gotfryd obsadził teren od
północno-zachodniego narożnika murów do Bramy Jafskiej.
Początkowo na południe od niego rozłożył się obozem
Rajmund z Saint-Gilles, ale przekonawszy się, że leżąca
pomiędzy jego oddziałami a miastem dolina zbytnio utrudnia
dostęp do umocnień, przeniósł się po paru dniach na
górę Syjon. Aby obraz był pełny, trzeba wspomnieć, iż
Tankred przystąpił do oblężenia jako ostatni z baronów;
trochę czasu zabrało mu przyprowadzenie pod Jerozolimę
stad owiec, jakie zagarnął w okolicy Betlejem. [...]
Ważnymi dniami podczas oblężenia Jerozolimy były
12 i 13 czerwca. W niedzielę 12 czerwca baronowie wyruszyli
z pielgrzymką na Górę Oliwną. Spotkany na miejscu
pustelnik zalecił im zaatakować twierdzę następnego dnia.
Argumenty o braku wystarczającej liczby machin oblężniczych
zbył lekceważąco; powinni mieć dość wiary w zwycięstwo,
a wówczas Bóg ich nim obdarzy.
Niezwykłe spotkanie na Górze Oliwnej wywarło tak
głębokie wrażenie na Rajmundzie i pozostałych baronach,
że następnego dnia padł rozkaz do powszechnego szturmu.
Okazało się jednak, że najmocniejsza nawet wiara i siła
ducha to atuty stanowczo zbyt słabe. „W poniedziałek
gwałtownie zaatakowaliśmy miasto i to z taką siłą, że
gdyby tylko drabiny były gotowe, miasto wpadłoby w nasze
ręce. Tymczasem zniszczyliśmy niższy mur, a do muru
głównego przystawiliśmy wieżę oblężniczą. Nasi rycerze
weszli na nią natychmiast rozpoczynając walkę na miecze
i włócznie z Saracenami i obrońcami miasta. Wielu z naszych
legło, ale więcej z ich strony"..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 174-177
15 czerwca 1099 roku podjęto decyzję o zaprzestaniu szturmów do momentu, w którym zostanie zbudowana odpowiednia ilość sprzętu oblężniczego. Sprawa nie była taka prosta, ponieważ brakowało narzędzi i drewna. Z pomocą krzyżowcom przyszły genueńska i angielska flota, które do portu w Jafie dostarczyły niezbędne przyrządy i materiały oraz prowiant. Jedynym problemem, jaki pozostał, był brak drewna. Przywieziono je z oddalonych o około 50 km okolic Samarii. Do transportu użyto zdobycznych wielbłądów i wziętych do niewoli muzułmanów.
"...10 lipca zakończono ostatnie roboty
przy wielkich beluardach. Bardzo przydatni okazali się
Genueńczycy, na których czele stali bracia Embriaco. Od
czoła i po bokach wieże zabezpieczono przed działaniem
ognia nabijając na nie dziesiątki wołowych i wielbłądzich
skór. Jedną z dwóch największych wież ustawiono na
wprost północnego odcinka murów obronnych, drugą
przetoczono na Górę Syjon. Trzecia, mniejsza wieża, została
podciągnięta w pobliże północno-zachodniego narożnika
umocnień. [...]
Po naradzie baronowie
postanowili uderzyć na miasto w nocy z 13 na 14
lipca. Główny atak zamierzano skoncentrować od strony
Góry Syjon oraz od wschodu. Uderzenie na narożnik północno-
zachodni miało być prowadzone wydzielonymi niewielkimi
siłami, aby odwrócić uwagę oblężonych od głównych
kierunków ataku i rozdzielić ich oddziały. Istnienie szerokiej
fosy opasującej miasto sprawiło, iż szturm został rozłożony
na dwa etapy. Najpierw miały być zasypane fosy w miejscach,
gdzie do muru zamierzano podsunąć beluardy, dopiero
potem mógł nastąpić właściwy atak.
O świcie 14 lipca krzyżowcy w gęstych szeregach podeszli
pod umocnienia Jerozolimy i zaczęli zasypywać forsę. Nikt
się nie oszczędzał. Żołnierze byli gęsto przymieszani z pielgrzymami.
Jedni i drudzy pospołu padali pod gradem kamieni
i strumieniami ognia greckiego, którego Saraceni nie żałowali
oblegającym. Walka trwała bez ustanku. Pomimo twardej,
desperackiej obrony atakujący, wspierani ostrzałem prowadzonym
przez dziesiątki katapult, czynili systematyczne postępy.
W wyznaczonych miejscach fosa wypełniła się po
brzegi kamieniami, wiązkami słomy i ciałami poległych tworząc
rampy, po których można było przetoczyć beluardy.
Wieczorem wieża obsadzona przez Tuluzańczyków dotknęła
muru. Wydawało się, że lada chwila żołnierze wedrą
się na obwarowania. Jednakże obrońcy walczący na tym
odcinku pod dowództwem Iftichara zdołali po krwawym
boju odepchnąć wojowników Rajmunda z Saint-Gilles. Noc
nie przerwała szturmu. Obie strony zdawały sobie sprawę, że
następne godziny zadecydują o ich losie.
Rano 15 lipca Prowansalczykom udało się to, czego wieczorem
poprzedniego dnia dokonali Tuluzańczycy. Również
ich beluarda przylegała do muru w pobliżu Bramy Kwietnej.
Ich seniorzy, Gotfryd i Eustachy, stali na najwyższym piętrze.
Obaj zakuci od stóp do głów w zbroje, zbryzgani krwią,
w bitewnym zgiełku niemal nie zwracali uwagi na lecące kunim ze wszystkich stron pociski Saracenów. Za nimi ustawiło
się kilku innych rycerzy i tłum piechurów. [...]
Około południa nastąpił przełom. Lotaryńczykom udało
się przerzucić pomost na mur. Wycieńczeni wielogodzinną
walką muzułmanie stawiali coraz słabszy opór. Nie byli już
w stanie zepchnąć napastników. Jako pierwsi wdarli się na
blanki Litold i Gilbert z Tournai z oddziałem doborowych
żołnierzy. [...]
Zdobycie odcinka murów na froncie Prowansalczyków pozwoliło na przystawienie do nich drabin. Teraz już nie pojedynczy wojownicy, ale ich dziesiątki, setki zaczęły
przedostawać się na szczyt umocnień, a z nich do miasta
Coraz szerszy strumień atakujących z furią krzyżowców
wdzierał się w linię obronną muzułmanów. Jeszcze jakiś
desperacki kontratak mógł odepchnąć Franków, jeszcze
rzucenie rezerw na zagrożony odcinek byłoby może w stanie
odmienić losy bitwy. Lecz Iftichar ad-Daula nie mógł
być jednocześnie w kilku miejscach i nie miał już żadnych
rezerw, gdyż wszystkie jego siły były w ogniu walki. Miejsce
zaś desperackiej odwagi, z jaką dotychczas walczyli
Saraceni, zaczęły nieubłaganie zajmować zwątpienie i panika.
Coraz częściej oglądali się za siebie, coraz słabiej
odbijali ciosy, niektórzy porzucali broń i rzucali się do
ucieczki. Fala zwycięskich Franków odpychała ich od murów.
Gotfryd wydawał rozkazy z wysokości umocnień. Przez
otwartą na oścież Bramę Kolumny do miasta wlewało się
morze chrześcijan. Los Jerozolimy był przesądzony.
Najszybszy, najenergiczniejszy w prowadzeniu ataku
okazał się najmłodszy spośród wielkich baronów - Tankred.
Jego poczet zapuścił się najdalej w głąb miasta. Podczas
gdy Gotfryd i Lotaryńczycy ścinali się z wrogiem
w pobliżu murów, on na karkach uciekających tłumów
dotarł już niemal do serca twierdzy. [...]
Większość mieszkańców, omijając obszar świątyni, uciekała
w największym popłochu w stronę południowej dzielnicy
miasta, gdzie Frankom nie udało się jeszcze przełamać
zaciętego oporu muzułmanów. Dopiero gdy we wczesnych
godzinach popołudniowych dowódca załogi doszedł
do przekonania, że dalsza walka jest bezcelowa i wydał
swoim żołnierzom rozkaz ewakuacji do Wieży Dawida,
Rajmund z Saint-Gilles wdarł się do Jerozolimy. Iftichar
nie zamierzał jednak bronić się w cytadeli. Przypuszczał, że
jeśli nie w bezpośrednim ataku, to głodem bastion zostanie
wzięty. Dlatego nie zastanawiając się wiele zaproponował
Rajmundowi oddanie Wieży Dawida wraz ze zgromadzonym
w jej wnętrzu skarbem i zapasami broni. W zamian za
to oczekiwał dla siebie i przybocznej straży gwarancji
bezpieczeństwa. Hrabia przystał na te warunki. Cytadela
i jej zasoby stanowiły zbyt łakomy kąsek, by nie skorzystać
z propozycji Iftichara. Muzułmański dowódca garnizonu
Jerozolimy w otoczeniu gwardii, eskortowany przez żołnierzy Rajmunda, bezpiecznie opuścił miasto, kierując się
w stronę obsadzonego przez współwyznawców Askalonu. [...]
Do zmroku i przez całą noc oraz następnego dnia
trwało dorzynanie niedobitków spośród garnizonu Jerozolimy
i jej nieszczęsnych mieszkańców. Ze zwierzęcą wprost
satysfakcją mordowano Żydów, którym Iftichar ad-Daula
pozwolił pozostać w mieście, a oni odpłacili mu wiernością
do końca. W powstałym zamęcie zginęło zresztą także wielu chrześcijan. Rankiem 16 lipca dopełnił się los ludzi
zamkniętych w meczecie Al-Aksa. Nie uchroniły ich grube
mury, powiewający na wietrze widoczny z dala proporzec
Tankreda ani pełniący straż oddział Normanów. Dysząca
żądzą mordu, pijana od oparów krwi tłuszcza wdarła się
do meczetu, czyniąc w nim prawdziwe jatki. [...]
Nie wiadomo dokładnie, ile ofiar pochłonęła masakra
dokonana przez krzyżowców na ludności Jerozolimy.
W przekazach kronikarzy arabskich pojawia się astronomiczna
liczba 70 000 zabitych, co jednak, niestety, nie musi
być wielkością zawyżoną. Anonim pozostawił znamienne
zdanie: „Żywi Saraceni wynosili zmarłych przez bramy
i układali z nich stosy, tak wysokie jak domy. Nikt nigdy
nie słyszał o czymś podobnym, ani nie widział zwłok
pogańskich, układanych w stosy, i tylko Bogu ich liczba
była wiadoma..."
Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 183-190